NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Relacja: Anthrax, Schizma, Terrordome – 02.06.2014r., Kraków „Fabryka”

Studyjnie może kart już nie rozdają, ale na żywo tasują przekonująco. Anthrax among the living jak najbardziej. I w Polsce mają mocny przyczółek. Mimo, że gig wypadł w poniedziałek, fabryczna sala na koncercie autorów „Fistful of Metal” nabita pod korek, a dobrych kilkadziesiąt osób rozlokowanych było jeszcze po innych segmentach klubu.

Wieczór otworzył miejscowy krakowski Terrordome. Dzielić dla nich scenę z legendarnymi nowojorczykami to na pewno duża sprawa. Basista Tom The Srom nie mógł sobie chyba wymyślić lepszego pożegnalnego gigu. Szybcy są Terrordome, głośno grają i się nie oszczędzają. I mimo że młodzi, to przekonujący, po prostu dobrzy w tym co robią. Wzajemne werbalne nakręcanie się na linii tłum – scena (Uappa Terror + Paua Siffredi), trwało praktycznie przez cały gig. Żwawa piguła wymieszanego speed/thrash metalu i crossover ewidentnie zrobiła dobrze publiczności. Mocna zabawa po obydwu stronach płotek. Latające w powietrzu w strefie podscenicznej ręczniki, koszulki czy osuszone plastikowe kubki wymownie o tym świadczyły. Na koniec Terrordome pokusili się o szaleńczy kilkudziesięcisekundowy bis w postaci bodaj „Hang The Cop” Nuclear Assault. Intensywne 30 minut, „bdb koncert”, kapela zagrała „tak od serca”.

Po krótkiej przerwie na scenę wkroczyła bydgoska Schizma, chyba najbardziej zasłużona hardcore crew na krajowej scenie. Sound się nieco zmienił. Nie było tak głośno jak w przypadku Terrordome, gitara była nieco ostrzej podkręcona, z czytelniejszymi fakturami jak idzie o riffy. No i Pestka ze swoim charakterystycznym, lekko panicznym wokalem, trochę w manierze krzykacza z francuskiego Kickback. Schizma dała przedni gig. Nie przeszkodziło to, że wobec absencji podstawowego basisty, grali tylko na jedną gitarę, bo bas przejął drugi gitarzysta. Przyszło im występować przed metalowo w większości zorientowaną publiką, ale feedback mieli bardzo dobry, za co dziękował frontman. Były m.in. „Mam Plan”, „Bez Ciebie” i tytułowy z ubiegłorocznej epki „Dla Was”. Kapitalnie wypadł esencjonalny dla bydgoszczan „Survival of the Worst”, podczas refrenów skandowany przez co poniektórych z Pestką. Między utworami wokalista z zadziwiającą szybkością wędrował po całej szerokości sceny, zagadując publikę. Bezpretensjonalnie i nieprzesadnie podkreślał swoimi gadkami tekstowy przekaz kapeli, tak że wypadło to nieźle. Bezwzględnie dobra sztuka. W Stanach (współ)rządzi Terror, w Polsce Schizma.

Po intro, przy pierwszych dźwiękach „Among the Living” które przeszło w „Caught in a Mosh”, Fabryka momentalnie zamieniła się w „Madhouse”. Anthrax. Niemłodzi już, Donais skutecznie zaniża średnią, ale jarzy. Frank Bello szalał jakby krakowski koncert miał być ostatnim w jego życiu. Scott i Joey komplementowali publikę, nie bez powodu. Z zestawu obowiązkowego było chyba wszystko, co być powinno i musi. Naturalnie euforycznie przyjęty „Indians”. Gdzieś w środku stawki rwący „Deathrider”, potem „N.F.L”, pod koniec „I Am The Law”. Publika tańczy, ścisk na sali jak na zakopiance za Chabówką w piątek popołudniu. W okolicach „In The End” sceniczne fany z pentagramami znanymi z „Worship Music” zastąpione zostały przez te z wizerunkami Dimebaga i Ronniego. Przy końcu przyłoili „Antisocial”. Bush był świetną opcją i znakomicie odnalazł się w zespole, ale Belladonna to jest jednak ten człowiek.
Dużo młodych osób było na koncercie i znaczna ich część najżywiej reagowała na Anthrax. Nie wiem czy to pokłosie trendu czy nie trendu na thrash. Obojętne. Jak by nie było, to widzieć kilkunastoletniego smarka w koszulce „Schizophrenia”, który przed przekroczeniem progu klubu dopija z gwinta z kumplami równolatkami zero pół bodaj bolsa, a potem nakręca młyn i gęsto podśpiewuje z Belladonną, bardziej chyba cieszy niż martwi.

Dużo ludzi po koncercie zostało w klubie z nadzieją, że Anthrax wyjdzie. No nie wyszedł. Takie ich prawo, płacone mają za obecność na scenie. A z tego zadania w Krakowie wywiązali się jak należy.

Autor: Sławek Łużny