NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Recenzja: Behemoth – The Satanist

2014, Nuclear Blast / Mystic Production

Od dawna, właściwie to od przygód dinozaurów z Kata, nikt nie wywołał tyle emocji wśród słuchaczy i mediów co Behemoth. Ekipa Nergala tym, co robi i jak robi, budzi skrajne emocje.

Niewątpliwie dziesiąta w historii zespołu pełna płyta, nosząca jakże nośny tytuł „The Satanist”, wywoła wokół siebie ogromne zainteresowanie i równie dużą mobilizację zarówno po stronie fanów, jak i przeciwników pomorskiej bestii. Ponad dwudziestoletni Behemoth nie próbuje opowiadać nam dobrze znanej historii z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem znanymi na pamięć. Pokazuje się nam jako zespół pełny werwy, który kpi sobie z własnego blichtru, do którego niebezpiecznie w przeszłości się zbliżał oraz, co jest wartością dodaną, bardzo dobrze się przy tym bawi. W przeszłości dążenie do jak najbardziej dopracowanej produkcji w połączeniu z całą otoczką jak cię widzą, tak cię piszą, spychały na drugi plan muzyczne pomysły. Satanista to płyta inna od swoich poprzedniczek. Tutaj muzyka, poszczególne utwory budują, a nie zastępują jakość całości. Nareszcie zabierają nas do swojego świata – takiego, jakiego od nich od lat oczekiwałem.

Oponenci Behemotha mogą spać spokojnie. „The Satanist” nie brzmi jak „Sventevith”. Produkcja jest najwyższych lotów, bardzo intensywna i… rockowa.

twierające płytę utwory jeszcze nie wywołują zaskoczenia:  „Blow Your Trumpet Gabriel” to Behemoth, jakiego znamy, ze znakomitą końcówką, która bardzo fajne przechodzi w niespokojny klimat. Następny „Furor Divinus” czy kolejny „Messe Noire” to masywne, brutalne blackmetalowe numery. Death metal, tak słyszalny na wcześniejszych płytach, jest tutaj potraktowany po macoszemu. Podobnie jak w czwartym, przywodzącym wspomnienia „Satanica”, „Ora Pro Nobis Lucifer”. Szczególnie przypadł mi do gustu piąty na płycie „Amen”, którego tytuł nie kłamie – konkretny, bardzo szybki numer, z chwilą na oddech w postaci wojennie brzmiącego bębna i wpadającą w ucho melodią. Cały czas jednak słyszę coś, co sprawia, że Behemoth brzmi świeżo. To bardzo wyraźny sznyt klasycznego rockowego grania. Nie mam na myśli radosnego rock and rolla, ale mówię o klasykach pokroju Led Zeppelin, Pink Floyd czy z innej beczki – Fields of the Nephilim. To nie jest lifting czy rewitalizacja stylu Behemoth, mamy tutaj do czynienia z novum w ich muzyce – klasycznym rockiem osadzonym w charakterystycznych dla zespołu ramkach. Te wpływy pokazują się w całej krasie w dalszej części krążka i świetnie się sprawdzają, zwłaszcza w wolnych i średnich fragmentach.

Gwarantuję, że takiego Behemotha, jak w tytułowym numerze, wcześniej nie słyszeliście. To właściwie rockowa piosenka ubrana w metalową aranżację – odważny wybryk w kontekście dość przewidywalnej (na wcześniejszych wydawnictwach) konwencji zespołu. A spodziewalibyście się Behemotha w klimacie Bathory z jego najbardziej monumentalnego okresu? To posłuchajcie, jak jest zbudowany „Ben Sahar”. Wrażenie robią pomysły na wykorzystanie różnych smaczków muzycznych jak hammondy, trąby itp. Jeśli wcześniej takie zabiegi były napuszone, doprowadzając je tym samym do przesadnej formy, teraz te fragmenty żyją w symbiozie z całą resztą muzyki. Udało się zespołowi i realizatorom osiągnąć kapitalny filmowy efekt. Oddzielne pochwały należą się za solówki – bardzo stylowe, ale nierozmiękczające potężnego charakteru muzyki Behemoth. Nawet taki sceptyk do harców na gitarach jak ja ma przyjemność z ich słuchania.
Im bliżej finału płyty, tym atmosfera gęstnieje. Dosłowny w swojej formie „In the Absence ov Light”, w którym bezkompromisowy feeling przegryza się z maksymalnym wyciszeniem na cytat z Gombrowicza, by w końcówce przejść w industrialny, transowy riff. Robi to wrażenie. Wspomniałem wyżej o silnym wpływie klasycznego rocka, wrażeniu, że muzycy świetnie się bawią, czy też o efektownych filmowych aranżacjach? To macie to wszystko w pigułce w postaci zamykającego Satanistę „O Father O Satan O Sun”! I co ważne, kiczu w tym nie stwierdziłem. Przewijający się przez cały utwór motyw przypominający zeppelinowski „Kashmir” nadaje osobliwego klimatu w odniesieniu do agresywnej stylistyki całej płyty. Gdyby Emperor w „artystycznych poszukiwaniach” nie zapędził się sam w kozi róg, być może brzmiałby dziś podobnie.

„The Satanist” nie jest szaleńczym zakrętem w dyskografii Behemoth, to ich najlepsza płyta. Bardzo dobra płyta.

Ocena: 9/10
Autor: Piotr Dorosiński