NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




EKSTREMALNE ZMYŚLI 04 (1982)

Rozkrok 1982 jest dla mnie najbardziej ekstremalną kupą miesiączek charakterystyczną dla tamtej dekady XX wywieku. Samoloty bowiem w tych dniach nie lądują a spadają (Waszyngton, Luizjana, Fortaleza, Moskwa, Tokio, Mannheim i Białoruś), bomby wybuchają (Berlin, Londyn, Ankara, Ballykelly), wojny trwają (Iran-Irak, Afganistan) lub się zaczynają (Falklandy, Liban), niektórzy politycy umierają (Leonid Breżniew), a inni się do władzy dorywają (Helmut Kohl), policjanci do ludzi strzelają (Korea Płd.) a inni trucizną zabijają (więzienie w Huntsville, Texas). Korporacja Philips prezentuje w Niemczech pierwszą płytę kompaktową i odtwarzacz CD. Natomiast Clay Records wydaje najbardziej ekstremalny album w historii muzyki: „Hear nothing see nothing say nothing” kapeli Discharge.

W Polsce trwa stan wojenny wprowadzony przez Wojciecha Jaruzelskiego, stojącego na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (sic!), który nakazał internować zarówno działaczy “Solidarności”, jak i działaczy partyjnych rządu PRL. Kraj wpadał w totalną zapaść, co nie przeszkodziło twórcom w premierze – nafaszerowanego błędami w scenariuszu i montażu – filmu „Vabank”, a jednej z najbardziej znanych kapel punk rockowych – Brygadzie Kryzys – zarejestrować w marcu, w nowym studiu na Wawrzyszewie, swój debiutancki album.

gbh - city baby attacked by rats lp 200x200 (1)

Charged G.B.H “City Baby attacked by Rats” LP; czy jest ktoś, szukający ekstremalnych brzmień, kto nie słyszał pierwszych dwóch nagrobków i nie widział w latach 80. tej nazwy, czy to w podstawowej (G.B.H) czy wydłużonej wersji, wypisanej na skórze czy tiszercie punkowców na całym zaświacie? Nie ma takiego! Ten bend i jego muzyka, to fenomen, którego ja nigdy do końca nie pojmę. Założony w prytyjskim Birmingham w 1978 rozkroku przez Colina, Jocka, Seana i Wilfa, dał znać o sobie już w 1980 wieloma koncertami i dwiema demówkami, a następnie kasetą z zapisem występu w 100 Club w listopadzie 1981 rozkroku. Co co najmniej niesamowite – bo kapela jest jeszcze mało znana, a zapis nie jest studyjny tylko live, zaś nośnik to nie singel czy long, ale kaseta – to to, że właśnie ta rejestracja trafia do notowania UK Indie Charts, gdzie przebywa 11 tygodni, osiągając aż 5 pozycję w rankingu sprzedaży! Trzeba mieć fart, nie?!? Rosnąca więc z dnia na dzień, jak pleśń, popularność G.B.H wystarczyła, by zarazić nią, podobnie jak to zrobiło Discharge, Mika Stona z Clay Records, złapać kontrakt i zadebiutować – we wrześniu 1981 rozkroku – dwunastocalowym “Leather, Bristles, Studs & Acne”. Cała rejestracja, nieco surowa w brzmieniu, sprawia wrażenie – i to nie tylko przez pozostawione szmery i gadki między numerami – zapisanej „na setkę”. Niemal każdy numer trwa mniej niż 2:40, niemal każdy utrzymany jest w szybkim tempie i nakręca jeden drugi. Dość nieskomplikowana, ale napakowana „blastami”, gra Wilfa, nie pozostawia miejsca na wytchnienie, zaś ostre i mocne brzmienie gitary Jocka współtworzy „ścianę dźwięku”, rozpruwając w ten sposób bebechy punkowego kanonu znanego dotąd dzieciakom z Wysypek. Do tego trzeba dodać intrygujące teksty Colina, które choć nieco inaczej oddają anarchistyczną atmosferę panującą tam dotąd, to nie kolidowały ze stworzonym obrazem nowoczesnej kapeli punk. Z jednej strony bowiem wspominały bohaterstwo żołnierza, tyle że już martwego („Generals”), dawały wiarę we własne siły („Race against Time”) czy rozpamiętywały efekty działania alkoholu („Alcohol”). Jednak z drugiej mańki mówiły o przestępcach, tropionych przez mścicieli („Knife Edge”) lub będących w szponach narkotyków („Dead on Arrival”); o morderczym wilkołaku („Lycanthropy”), o codzienności kata na urzędzie („State Executioner”) i o sile pożądania pieniądza („Freak”). Jednak największe wrażenie wywarł na mnie ten najmniej punkowy – oczywiście w formie przekazu oralnego – bo raczej death metalowy czy pornogrindowy (choć te gatunki i określenia przyjęły się 5 i 10 lat później!), numer „Necrophilia”, w którym facet wyznaje swoją miłość kobiecie, której grób odwiedza i której trupa dyma, a na koniec dowiadujemy się jeszcze, że ten trup kobiety to jego matka! Mamy rozkrok 1981 i taki tekst! Podobnych wymiocin nie mógłbym się spodziewać nawet po Venomie, a co dopiero po kapeli punk! A jednak…

Tyle plusów, bo reszta nie jawi się już tak przebojowo. Okładka jest kiepska, rysowana, pozbawiona dobrego zdjęcia, raczej odpycha niż przyciąga. Brzmienie basu Rossa „przytłacza” gitarę, przez co jej solówki brzmią, jak spod ziemi. Bas jest aranżacyjnie bogatszy od gitary, i będąc zbyt często na pierwszym planie, osłabia ekstremalność całości. Do tego Colin nie śpiewa czy krzyczy, ale jakby recytuje. Nie ma w jego słowach zaangażowania, głos jest pozbawiony emocji, to tak, jakby czytał na głos gazetę.

Tyle zarzutów z mojej strony, jednak co one mogą w konfrontacji z fenomenem G.B.H. Krążek “Leather, Bristles, Studs & Acne” sprzedawał się tak dobrze – docierając do 8 pozycji na liście Indie – że jeszcze w tym samym rozkroku Mike wznowił go, wzbogacając o 6 numerów z dwóch EPek (które trafiły kolejno do pierwszej 5-tki notowania Indie), pod tytułem „Leather, Bristles, no Survivors and… Sick Boy”. Te nowe numery, typowo studyjne, są przedsmakiem tego, co pojawi się w 1982 na najlepszym krążku w historii bendu – „City Baby attacked by Rats” – oczywiście mam na myśli jego warstwę muzyczną i tekstową. Podstawę brzmienia tworzy już pierwszoplanowa gitara Jocka, która zabudowana szczelnie basem Rossa i bębenami Wilfa (w którego rytmie pojawiło się więcej nakręcającego agresję hi-hatu) dostała fastpunkowego kopa, jakiego nie było na debiucie. Większość numerów na krążku jest wyraźnie szybsza, mają pełniejsze brzmienie, mocniejszy, bardziej zaangażowany wokal Colina i udane chórki w refrenach. I choć nie było na albumie już takich tekstowych ekstrem, jak wspomniana “Necrophilia”, to kawałki mają swoją siłę i ciężar. Taki „Slut” niedwuznacznie wyraża swoje nieodparte, zwierzęce pożądanie i jednocześnie pogardę dla dziwki, opatrzonej tu również mocniejszymi epitetami; poznajemy motywy morderczego i bezwzględnego działania najemników („Wardogs”) oraz naznaczonych pogonią policji i przygniecionych ciężarem własnych przeżyć przestępców („Gunned down”, „I am the hunted”); wysłuchujemy kazania na temat przewrotności i zdradliwości religii, wykorzystywanej przez boskich przedstawicieli w sutannach („The Prayer of the Realist”), a także poznajemy granice ludzkiej wytrzymałości na głód i chłód („A Passenger on the Menu”).

gbh - city baby attacked by rats lp 200x200 (2)Jednak i tutaj nie wszystko może się podobać. Okładka znowu jest kiepska, znowu rysowana czy malowana, nie może się równać z żadną inną z tego okresu widoczną na albumach tfurców nurtu „UK82”, jak Discharge, The Varukers, Conflict czy The Exploited. Nie dziwię się więc Gormańcom, którzy wydali u siebie ten nagrobek, że na okładce wykorzystali prawdziwie punkowe zdjęcie bendu. We wszystkich numerach na „City Baby attacked by Rats” blachy są za ciche, zaś całe brzmienie, mimo że „tłustsze”, jest mniej czytelne. Zdarza się kompanom również i nierówny start, jak w przypadku „Passenger on the Menu”. Zbyt wolne i proste bicie bębnów z kolei niepotrzebnie wymusza zwolnienie tempa w „Heavy Discipline”, a wybór i wykonanie przeróbki „Boston Babies” z repertuaru Slaughter & The Dogs uważam za zupełnie nietrafione.

Ale co ja tu biję pianę, kiedy ten krążek sprzedaje się bardzo dobrze – docierając do 2 miejsca w notowaniu Indie oraz do 17 na krajowej liście sprzedaży – i to nie tylko na Wysypkach. Bend nastawiony od początku na to, by grać choćby codziennie i gdziekolwiek umacnia więc swoją wysoką pozycję wśród punkowców i na rynku. Wykorzystując to Clay w 1983 rozkroku wydaje bendowi wideo, zarejestrowane w marcu podczas koncertu (obok Discharge i English Dogs) w Victoria Hall w Hanley, Stoke-on-Trent. To jedno z pierwszych, jeśli nie pierwsze komercyjne punkowe wideo z koncertu na świecie. Skręcone przy użyciu trzech kamer broni się dzielnie do dzisiaj. I choć muzycy są nieco sztywni i wstrzemięźliwi w kontakcie z publiką, a przewroty Colina z mikrofonem na scenie nie budzą emocji, to całość zapisu jest profesjonalna . Co ciekawe odpowiedzialną osobą za zarejestrowane brzmienie jest nie kto inny, a Colin Richardson, późniejszy realizator i producent najsłynniejszych krążków z gatunku thrashcore, grindcore, thrash i death metal na Wysypkach.

W listopadzie przychodzi czas na 3-ci album: „City Baby’s Revenge”, który mimo podobieństw w tematyce okładki i tytule przynosi pierwsze duże rozczarowanie. Wilf chyba używa triggera na bębnie basowym, co wprawdzie wyrównuje tempo i uczytelnia brzmienie, ale rozwleka rytm, pozbawiając go tak dotąd charakterystycznej mocy i ekstremalności. Czasami werbel brzmi głębiej i niżej niż stopa! Bas pozbawiony „dołu” drga i chrobocze metalicznie, co może nie jest najgorsze, ale przez to bend traci resztę swego dotychczasowego impetu. A wokal Colina? Znowu brak w nim zaangażowania, i choć słowa w interesujący sposób przedstawiają, krytykują i piętnują przywileje („Diplomatic Immunity”), bezmyślne zaangażowanie w cudzą wojnę („Vietnamese Blues”), feminizm i pogoń za tandetną popularnością („Womb with the View”) czy chrześcijanizm („Christianised Cannibals”), to ich interpretacja jest nijaka, co tworzy z niej bezbarwną „tapetę” przyklejoną do instrumentów. Dlaczego tak się stało? Co skłoniło muzyków (a może producenta) do takich zmian?

Wkrótce na rynku pojawia się singel „Give me Fire”, który, choć z doskonałym numerem tytułowym, to staje się podzwonnym dla ekstremalnego brzmienia G.B.H. W „nagrodę” – jeszcze w 1983 rozkroku – bend wyrusza na pierwsze tournee po chłAmeryce obok Social Distortion. W 1984 na Wysypkach pojawiają się kolejno: słaby singel „Catch 23” i jeszcze słabsze, najpierw singel, a potem maxi „Do what You do”. To już są ostatnie podrygi najlepszego składu G.B.H. I mimo że bend gra do dzisiaj i miał w swojej późniejszej historii romanse z metalem i nietuzinkowy nagrobek „Punk Junkies”, to jego renomę i popularność stworzyły bezsprzecznie pierwsze 2 albumy. Czym tłumaczyć sobie ich fenomen, do końca nie wiem, ale ich słuchanie zawsze daje mi kopa oraz przyjemność. Natomiast Mike Stone dobrze to wiedział, bo do końca 1995 rozkroku wydał aż 5 kompilacji z numerami G.B.H z albumów i singli firmowanych przez Clay (często z tymi samymi kawałkami tylko ułożonymi w innej kolejności), dostarczając sobie szmalu a członków bendu i prawdziwych fanów doprowadzając do pasji.

gang green - this is boston not la lp 200x200 (1)

Gang Green (US) “This is Boston not L.A.” LP; to tercet 15-latków z Bostonu, powstały w 1980 rozkroku, których agresja i szaleństwo w ekspresji przewyższało zdolności zgrania, co dało się zaobserwować już podczas ich kilku pierwszych koncertów w Media Workshop, Streets i McNasty’s. Zaś sesja dla Modern Method Records – na składankę kapel z tego samego miasta i regionu Massasiusiekks – musiała być powtórzona, bowiem realizator i producent nie byli w stanie zmiksować dokonanej rejestracji. Za drugim razem udało się, a efekt był piorunujący. Tak szybko dotąd nie grał nikt (no może poza The Middle Class), a to zasługa bębeniarza Mika Deana, którego doganiał w tym piekielnym wirze Chris Doherty, wioślarz i niesamowity wokalista, potrafiący śpiewać, krzyczeć, wrzeszczeć, wyć i piszczeć na różnych poziomach. Całość brzmienia uzupełniał, niedościgle śmigający palcami po czterech strunach, Bill Manley.
6 kawałków będących udziałem Gang Green na tej kompilacji jest szczytowym osiągnięciem bendu i wzorcem dla późniejszych brzmień thrashcore, a nawet grindcore. Wystarczy posłuchać „Snob”, „Lie lie” (z 4-sekundową solówką, najpierw gitarową, potem basową!) czy „I don’t know”. Niestety wkrótce potem kapela rozpadła się, by następnie kilkakrotnie być reaktywowaną przez Chrisa, i choć efektem tych poczynań są, co prawda, długogrające płyty, jednak utrzymane już w typowym hardcore punkrockowym nurcie, przepełnionym w dodatku piwnym aromatem. Zaś Mike wolał swoje nieprzeciętne zdolności w bębnieniu wykorzystać „ku chwale” swej ojczyzny, zaciągając się do marines a rezygnując z posady pałkera w Samhain, prowadzonym przez Glena Danziga.
Jedyną rejestracją, będącą echem najbardziej ekstremalnych czasów Gang Green, jest singel „Sold out” – pierwszy ich autorski krążek – wydany przez Taang! w 1984 rozkroku, a zawierający 2 z 3-ech zarejestrowanych rozkrok wcześniej numerów.

discharge - hear nothing see nothing say nothing lp 200x200 (1)

Discharge (UK) “Hear nothing see nothing say nothing” LP; zeszły rozkrok wyniósł krążkiem „Why?” prytyjski kwartet na szczyt tfurczej ekstremy, co potwierdziła pozycja nr 1 tego winyla w notowaniu Indie Chart oraz krótka, ale eksplodująca emocjami, trasa „Apocalypse now”. Czy więc można było oczekiwać po nich czegoś jeszcze bardziej ekstremalnego? Kolejny singel – „Never again” – zarejestrowany z Garym z The Varukers za bębenami, przyniósł, w październiku 1981 rozkroku, odpowiedź na to pytanie. Początek szaleństwu daje już okładka, przedstawiająca nadzianego na bagnet karabinu gołębia, zaś zawartość rowków winyla z miejsca oślepia i ogłusza kanonadą hardcorowo-punkowo-crustowych dźwięków trwającą do ostatniego tonu. Gitara Bonesa w tym tytułowym kawałku brzmi już tak potwornie mocno, że razem z metalicznym basem Rainyego tworzy niespotykaną dotąd i niebywale niszczącą falę, której prędkości rozchodzenia się dodają grzmoty bijących d-beatem bębenów i cięcia fruwających w powietrzu blach. Zaś Cal z precyzją seryjnego mordercy pastwi się nad moim umysłem, rozrywając jego tkankę pociskami, których obrazy bluzgają krwią, zaś słowa wrzeszczą z bólu. Po ponad 2 minutach tej tfurczej pożogi nadchodzi kolejny wybuch – „Death Dealers” – który wtłacza mi głowę głębiej w tułów i między dłonie, i jedynie przez rumor na półkotłach wydaje się, że świszcząca odłamkami rzeczywistość wokół mnie wciska mi nieco powietrza w sparaliżowane płuca i zaciśnięte w przerażeniu zmysły, bo następny, ostatni na singlu „Two monstrous nuclear Stockpiles” nie daje mi już żadnych szans na wzięcie oddechu i przeżycie. Rusza jak walec, błyskawicznie osiągając oszołamiającą prędkość zmiatającą resztki mojej odwagi i dumy z rodzaju ludzkiego, jak popiół w konfrontacji z dmuchawą napędzaną żądzą władzy i przemocy wszelkich wojennych agresorów. Ciężko jest otworzyć oczy, gdy zapada cisza, a powrót do rzeczywistości wydaje mi się zawsze nierealny… Nawet Gary chyba stracił nieco pewność siebie w 0:39, a może z przerażenia wypadła mu pałeczka?

Krążek „Never again” dotarł do pozycji 3 na liście Indie i – po raz pierwszy w historii bendu – pojawił się w krajowym zestawieniu UK Top 75 Singles. Do końca tego rozkroku Discharge w towarzystwie G.B.H koncertowało na Wysypkach, rozsiewając przemoc i dokonując zniszczenia pośród dzieciaków, zaś pierwsze miesiączki 1982 rozkroku tych czterech maniaków ekstremy spędziło w studiu, rejestrując swój debiutancki, epokowy, pełnometrażowy nagrobek. 14 kawałków tworzących ten koncept album spina okładka i tytuł „Hear nothing, see nothing, say nothing”, który – w odniesieniu do dalekowschodniej postaci Trzech Mądrych Małp – oddaje charakter dzisiejszych czasów i społeczeństwa, które w obliczu nieuchronnego zagrożenia, prezentuje  postawę: „najlepiej nic nie widzieć i nie słyszeć i o tym nie mówić”. Kto choć raz słuchał tego krążka, wie, że taki pogląd jest nie do zaakceptowania przez kogoś myślącego, nie poddającego się indoktrynacji i inwigilacji. Kto słuchał tego krążka w I połowie lat 80. wie, że nikt do tamtej pory nie przedstawił swoich poglądów na rzeczywistość i system tak ekstremalnie muzycznie i słownie, jak Discharge. A wszystko rozpoczyna bicie werbla i stopy (przez Garyego), do których po czterech sekundach dołącza gitara rytmiczna (Bonesa), następnie po sześciu – metaliczny bas (Rainyego), a po kolejnych sześciu – nieco niższy niż dotąd wokal (Cala). Przypomina to nieuchronnie nadciągający nalot bombowy, w którego skład wchodzą eskadry myśliwców i bombowców, których celem (jak zwykle) jest zniszczenie cywilów i ich domostw (a nie wojska, policji, polityków, biznesmenów i ich pałaców). Brzmienie dosłownie miażdży swoim ciężarem i pasmem, a każdy centymetr mojego ciała odczuwa jego uderzenia, jak niedalekie wybuchy pocisków, od których drga podłoże i wylatują szyby i okna z ram, zaś odłamki bomb i fala buchającego ognia zamieniają w popiół meble i parzą mi ciało, wywołując nieopisany ból i niepowstrzymany krzyk przerażenia. Wszystko trwa półtorej minuty, ale już za moment dopada mnie kolejna zmasowana kanonada dźwięków i słów, a po niecałych 2 minutach tego kataklizmu – kolejna. Staram się dojść do siebie, powraca przytomność, myślę więc, że przeżyję, chciałbym krzyczeć, protestować, ale mam za mało czasu, by się pozbierać, bo tylko nieco ponad 2 minuty. Nie daję rady. Zaraz bowiem przygważdża mnie wściekły ryk gitarowych silników, wspomagany metalicznym pomrukiem uwalnianych bomb, które bębenią, rozrywając oślepiającymi blastami wybuchów otaczającą mnie rzeczywistość, wymiotującą słowotokiem pełnym ludzkich korpusów i krwawych wnętrzności. Ataki nakładają się na siebie, powtarzając mniej więcej co półtorej, dwie, maksimum 3 minuty. Słyszę wrzaski poranionych dzieci, zawodzenia matek leżących przy trupach swoich bliskich i głos jakby z radia jakiegoś korespondenta. Czy to jawa czy sen? Tempo tej hekatomby staje się coraz szybsze i mordercze, kiedy ja dogorywam całkowicie przysypany gruzem, który pozostał z dotychczasowego mojego poglądu na świat; pokryty śmierdzącą breją, jaką stworzyły brednie i kłamstwa, którymi karmiły mnie dotąd media i politycy, zapewniając o pokoju, paktach i wolności; czuję swąd, czyli wszechobecny zapach krwi i trupów, będący podstawą atmosfery obecnych systemów i rządów, które napędzane są jedną myślą – zlokalizować, zniewolić i zniszczyć każdego, kto odstaje od obowiązującego schematu. Ale nim zdechnę, coś wali mi w głowie, jak wielobębenowy młot, sloganem, gdzie była, gdzie jest „wolność słowa”? Nim jednak jakaś odpowiedź zdoła dotrzeć do, pękających od kolejnego ataku, moich trzewi mózgowych, dopada mnie totalna destrukcja. To koniec i nic już nie będzie takie, jak dotąd. A ukrycie się w schronie własnych słuchawek nie pomoże, będzie nawet gorzej!

Jak to jest możliwe, by taki muzyczny atak, trwający zaledwie 27 minut, był w stanie tak dotkliwie poranić poglądy i naruszyć fundamenty dotychczasowego systemu wartości? Bez potężnego ładunku wybuchowego słów, łączonych w eksplodujące przerażającą rzeczywistością zdania nie byłoby to możliwe. Cal jest wielki, bowiem z profesjonalizmem strzelca wyborowego trafia literami w najczulsze miejsca ludzkiej wrażliwości, tak dobrze skrywane za ścianą gruboskórności i luzactwa.

A że ten materiał jest wybuchowo uniwersalny, można więc go z powodzeniem eksplodować i w obecnych czasach. Pozwólcie więc, że go Wam podłożę w małych ładunkach poniżej, poza nawiasem.
“Hear nothing see nothing say nothing” (zmanipulowane postawy, bezmyślne podążanie wskazaną przez innych drogą bez wyjścia) – życie z dnia na dzień, potworny konsumpcjonizm, pogoń za pieniądzem i sławą, postawy oparte na lansowanym przez media haśle, by być lepszym od innych, a nie najlepszym w swojej dziedzinie powoduje, że zwykli ludzie boją się siebie, izolują od siebie, nienawidzą i gardzą innymi i sobą. Dzięki temu nie będą w stanie myśleć o przyszłości i wspólnie reagować na wdzierający się wszędzie totalitaryzm.

“The Nightmare continues” (pauperyzacja życia, statusu rodziny, przerażenie i oszołomienie rzeczywistością) – rozpad rodziny, tradycji, więzi międzyludzkich służy rozbiciu społeczeństwa, jego jedności, zaś konieczność bycia trendowatym, uzależnienie od banków, kredytów, promocji, wyprzedaży, telewizji, korzystania z internetu i telefonów komórkowych pozwala całkowicie inwigilować, monitorować i omamiać zagubionych w pozbawionych powietrza i zieleni labiryntach „wspaniałych i nowoczesnych” miast.

“The final blood Bath” (zbliża się nieuchronny koniec, śmierć) – zbliża się nieuchronny koniec wolności, prywatności, tradycji; media promują ekshibicjonizm w każdej dziedzinie życia, lansują tandetę postaw i zachowań, popierają zamazywanie przeszłości i historii; nadeszła śmierć dla prawdziwej sztuki i kultury.

“Protest and survive” (ostateczna rozprawa z ludzkością przybiera realny kształt, czy Ty jeszcze możesz coś zmienić?) – wyalienowanie ludzi, przejęte lub wykupione, a później zamknięte fabryki, ograniczone w działaniu lub zlikwidowane związki zawodowe – to wszystko w ledwie 20 lat wytrąciło oręż największym skupiskom ludzkim, które mogłyby jeszcze zmusić rządy, pracodawców, policję, do zmian; konieczność rejestracji demonstracji, zakaz zakrywania twarzy, radary i kamery na każdym kroku, kontrola treści imejli, rozmów telefonicznych nie dają już żadnych szans na zmiany na lepsze.

“I won’t subscribe” (rzesze żołnierzy gotowe ruszyć na znak, opresja policji i bezpieki to codzienność, a On liczy, że się z tego systemu wypisze) – inwigilacja na każdym kroku staje się faktem i to nie z przymusu, ale na „własne żądanie”, media bowiem świadomie promują terroryzm, przemoc, tworzą spiralę strachu, na którą rząd i policja otrzyma od ludzi spodziewaną odpowiedź: „Zróbcie coś, niech będzie bezpieczniej!” Niech wszędzie i wszystko będzie kontrolowane, niech będzie paszport z czipem, nawet czip w każdej dupie…

“Drunk with Power” (tolerancja dla niespotykanej dotąd arogancji władzy, prowadzącej rozgrywki na mapie zaświata ludzkimi pionkami) – politycy to już „święte krowy”, każda krytyka ich działania sprowadza się do straszenia podaniem krytykującego do sądu, którego sędziowie, oskarżyciele, obrońcy i doradcy są dogłębnie skorumpowani służeniem tej władzy i jej pieniądzom; przestępcy gospodarczy i kryminalni stoją ponad prawem, agencje rządowe prowadzą wojny ekonomiczne lub prowokują je terroryzmem, nigdy nie będąc z nich rozliczonymi lub za nie osądzonymi; skorumpowane rządy oddają tzw. media, czyli prąd, gaz, wodę oraz druk pieniędzy, banki, telekomunikację, prasę i TV, transport publiczny w obce, prywatne ręce, tracąc całkowicie suwerenność i kontrolę nad podstawowymi elementami tworzącymi wolne państwo; każda krytyka działań ponadnarodowych korporacji, banków, Unii Europejskiej, Banku Światowego, MFW grozi nazwaniem „antysemitą” i wyrzuceniem poza nawias życia.

“Meanwhile…” (połowa świata głoduje, choruje, kiedy nakłady na zbrojenia sięgają zenitu) – teraz już połowa tej drugiej połowy żyje na granicy ubóstwa lub wegetuje, zaś 1% pławi się w niesłychanym bogactwie, kontrolując całą resztę; wyrastające jak grzyby amerykańskie bazy wojskowe na całym świecie określają prawdziwy zasięg granic USA, a giełdy, ponadnarodowe kartele chemiczno-farmaceutyczne, agencje ratingowe decydują o losach miast, regionów, państw; wywoływane świadomie pandemie są jedynie powodem zmuszania do szczepień i tworzenia promowanych w mediach akcji charytatywnych, z których, jak ułamek dotrze do jej celu to i tak dobrze, szczególnie, że ten ułamek to będą pewnie stare zapasy magazynowe lub nowe nieprzebadane jeszcze szczepionki, których testy można w ten sposób przeprowadzić, unikając jakiejkolwiek kontroli, szczególnie w Afryce.

“A Hell on Earth” (wybuch, mężczyźni, kobiety i dzieci zwijają się z bólu) – zawsze to cywile są głównym celem działań przestępców wojennych i ekonomicznych, wspomnijmy choćby Jugosławię, Afganistan, Irak, WTC czy obecnie Pakistan. Co wiedzą o ludzkich tragediach generałowie, politycy, doradcy, biznesmeni, zawodowi żołnierze czy media? Dla nich jesteśmy tylko tematem dnia, hołotą, podludźmi lub terrorystami, z którymi trzeba skończyć. Ich arogancja i bezczelność w przekonywaniu o słuszności użycia przemocy jest niewyobrażalna.

“Cries of Help” (napalm leje się z nieba, skóra piecze się na żywca) – coraz to nowe sposoby i technologie zadawania śmierci wykluczają możliwość przypadkowego czy nawet zorganizowanego oporu. Wymagają za to mediów, które uwiarygodnią obraz ich bezprawnego, przestępczego użycia. Jak choćby WTC, gdzie do wysadzenia wież użyto termitu, materiału wybuchowego o tak wysokiej temperaturze eksplozji, że ta topi każdy metal; stąd relacje świadków mówiące o rzekach stopionego metalu płynących kanałami pod gruzami nowojorskich wież; czy zdalne użycie bezzałogowych samolotów, tzw. dronów, którymi USA atakuje Pakistan, zrzucając bomby głównie na cywilne osiedla.
“The Possibility of Life’s Destruction” (słychać nadciągający koszmar zniszczenia, strach) – ciągły strach, mający paraliżować każde indywidualne działanie, czynność, myślenie jest podstawową cechą działania mediów; słyszysz głównie straszne informacje w wiadomościach: wojna, terrorystyczny atak, przekręt, zamach, morderstwo, pucz, rozróby i bójki uliczne; oglądasz w 100 kanałach tysiące dennych filmów przepełnionych przemocą, wyuzdaniem i potwornościami, zwanych często „komediami kryminalnymi” od 12 lat; przykuwają twoją uwagę setki telewizyjnych kabaretów, widowisk, wywiadów, turniejów, konkursów, tokszołów, seriali, których poziom nie odbiega zbyt daleko od chały i rynsztoka; grasz w gry, gdzie zostajesz nagrodzony za doskonalenie się w byciu zabójcą, mordercą, złodziejem czy byznesmenem.

“Q: And Children? A: And Children” (tak, dzieci też umierają, konając z bólu, a skóra z nich złazi kawałkami) – dziecko jest obecnie interesem wszechczasów,zarówno dla matek, jak i póxniejszych pracodawców; jest niewolniczą najtańszą siła roboczą, z której efektów pracy korzystają amerykańskie i zachodnioeuropejskie koncerny; musi iść wcześniej do szkoły, musi szybciej stać się klientem masowej tandetnej produkcji korporacji; GMO, wzmacniacze smaku, słodziki i hormony uzależnią go na lata od śmieciowego jedzenia, spowodują otyłość, niezdolność samodzielnego myślenia, samokrytycyzmu, a ich ciągłe choroby zapewnią zarobek tysiącom konowałów do śmierci, a jak nie to wprowadzimy przymusowe szczepienia; niech szybko dorosną i do bezmyślnej roboty czy „własnego biznesu”, niech biorą kredyty, płacą przymusowo ubezpieczenie i gniją w niej do 90 roku życia, bo przecież rzesze urzędasów, polityków i funkcjonariuszy muszą z czegoś mieć na te swoje emerytury.

“The Blood runs red” (ścięty serią z karabinu, płynie krew z rozpłatanego ciała) – nowoczesne uzbrojenie policji i służb specjalnych pozwala uprawomocnić „konieczność” wprowadzenia prewencji, inwigilacji i kontroli (jak choćby prawo przeszukania domu pod nieobecność jego właściciela czy zatrzymanie bez powodu) w ramach zapewnienia „bezpieczeństwa” przed narastającą przestępczością i terroryzmem. Na pewno gumowe kule, paralizatory, działka mikrofalowe i tortury służą temu pokojowemu procesowi oddziaływania władzy na lud, no nie?

“Free Speech for the dumb” (wolność słowa dla niemego, dla głupka) – „wolność słowa” to slogan doskonale charakteryzujący rządy pseudo-demokratyczne, a raczej totalitarne, obecne teraz na całym świecie. Równoważne kłamliwemu bełkotowi mediów i polityków, w codzienności krystalizuje się w coraz niższym poziomie edukacji, wspartym setkami kursów,  także płatnych, zakończonych promocjami i dyplomami, których właściciele nie są w stanie odnaleźć się potem w dorosłym życiu, będąc zmuszonymi do korzystania z „pomocy” kłamliwych i skorumpowanych doradców, lekarzy czy duchownych; „wolność słowa” to wolność w promocji tandety, prostactwa i wulgarności, w pochwale celebryctwa; to wolność naginania i zakłamywania faktów przy użyciu sondaży i opinii, które tworzone są za pomocą algorytmów i wybiórczych danych.

“The End” (miliony trupów, dymiąca pustynia zgliszcz, koniec świata) – miliony giną z głodu, choć miliony ton żarcia codziennie wyrzucane są na śmietnik; miliony cierpią i umierają z powodu chorób rozsiewanych przez laboratoria korporacji farmaceutycznych; miliony giną zabite i zamordowane w wojnach ekonomicznych (przede wszystkim o ropę) lub sprowokowanych konfliktach wewnętrznych czy wojnach domowych; ziemia wydaje coraz niższe plony, rolnicy – zmuszeni przez Monsanto do siania upraw GMO lub do zapłaty praw za „bezprawną” licencję – i ich dzieci porzucają gospodarstwa i migrują do miast, gdzie króluje sztuczne jedzenie, idiotyczne kuchnie fusion, zaś produkty, te naturalne, nawet proste do niedawna, osiągają lichwiarskie ceny; zmniejsza się areał lasów, liczba gatunków roślin i zwierząt, a zwiększa powierzchnia wysypisk, nieużytków, monokulturowych upraw, wzrasta zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody. Woda pitna powoli staje się rarytasem. A to już wkrótce oznacza koniec życia ludzi na ziemi.

Ten niepowtarzalny, epokowy i kultowy już nagrobek miał swoją premierę na Wysypkach 21. maja 1982 rozkroku. Dotarł do 2-ego miejsca listy Indie oraz do 40-ego na krajowej UK Charts, zaś magazyn „Terrorizer” (w 2002) ogłosił go najważniejszym albumem w historii muzyki punk. Ale, oczywiście, i ten album ma wady. Część kawałków mogłaby bowiem mieć czytelniejsze i głośniejsze blachy, nieco rozjeżdża się na garkach i gitarze rozruch numeru „The Nightmare continues”, no i dlaczego ten nagrobek nie ma intra i outra. Bez nich ten koncept-album nie ma ram. A można było na wstępie zrobić miks z wypowiedzi rządowych tyranów (jak Hitler, Stalin, Johnson, Breżniew, Reagan, Thatcher, Jaruzelski…), zaś na końcu wstawić ciszę, ale taką pustynną, że tylko słychać wszechobecny wiatr, rzucający piaskiem, który odbija się echem od jakichś zniszczonych, porzuconych przedmiotów…

discharge - state violence state control 7 200x200 (2)Jesienne tournee Discharge po USA i Kanałdzie przebiegało w glorii, jaką zdobył bend na niemal całym zaświacie po wydaniu „Hear nothing, see nothing, say nothing”. Dlatego z niedowierzaniem i dużym szokiem przyjąłem nowy singel „State Violence State Control”, wydany w październiku, którego zawartość nie tylko nie była rozwinięciem brzmień z albumu, ale była powrotem do czasów sprzed maxi „Why?”, tyle że jakimś kalekim i niepełnowartościowym. Tytułowy kawałek jest wolny, co do tej pory nigdy na wydawnictwach bendu nie miało miejsca, bowiem każdy krążek Discharge rozpoczynał jeśli nie najmocniejszy, najszybszy i najekstremalniejszy numer, to szybki. W dodatku ten nie jest niczym szczególnym, tekstowo również. Zaś „Doom’s Day” – choć szybki, może byłby jednym z lepszych w historii bendu, gdyby brzmiał! A to, co słychać dźwięczy kulawo, czytelny, choć cieniutki bas „zepchnął” gitarę do roli tła, nawet podczas solówki, zaś blachy zostały źle zarejestrowane, bo ich dźwięki „spiekają” się i zanikają. Nie wiem, kto robił miks, ale schrzanił go nieźle. I tak niedawna jeszcze legenda runęła na dno, co jeszcze nie zapowiadało rozstania z nurtem „UK 82”, ale w momencie, kiedy bend wrócił zza Oceanu i jego motor, czyli Bones ogłosił, że odchodzi – to tak.

Myślę, że to, co stworzyli na „Hear nothing, see nothing, say nothing” przerosło ich, zorientowali się, że niczego lepszego już nie wymyślą, a tego mogą od nich żądać fani, czyli jeszcze większej ekstremy. Nowy singel był tej niemocy potwierdzeniem.

I tak w 1983 rozkroku miejsce Bonesa zajął Pooch, wioślarz przepełniony heavy i thrash metalowymi pomysłami, które szybko zmieniło brzmienie bendu, jednak w połączeniu z ciągle antywojennymi i antysystemowymi tekstami Cala miało swój smak. Słychać to na – wydanych po ł-ropajskim tournee po Skałdynawii, Wałoszech, Jugołosławii i Hałolandii – krążkach „Warning” (z okładką, na której premier Thatcher trzyma w ręku tasak i parafrazą ostrzeżenia, jakie widniało np.: na papierosach) i „Price of Silence”, jednak to już nie było to, za co podziwiałem Discharge… Zresztą wkrótce bend opuścił i Gary i Pooch.

neos - hassibah gets the martian brain squeeze ep 200x200 (1)

Neos (CAN) “Hassibah gets the Martian Brain Squeeze” EP; kolejny tercet, młody wiekiem (bo dwóch wioślarzy ma po 16, a bębeniarz – 15 rozkroków) i ekstremalnie szybki, tym razem z Kanałdy pachnącej grzybicą, a dokładnie z Victorii, niedaleko Vancouver, na zachodnim wybrzeżu. Powstał w 1979 rozkroku, a pierwsze koncerty dał dopiero po 15 miesiączkach istnienia. Wśród kapel, z którymi grali były m.in.: rodzimy The Subhumans oraz chłamerykańskie Black Flag i Dead Kennedys. Neos stworzyli i tworzyli Steve (wiosło i wokal), Ab (bębeny) i Kev (grube wiosło, wokal). Pierwsza EP-ka „End all Discrimination” została zarejestrowana w 1981 rozkroku, we wrześniu nagrano całą muzę (i to w 25 minut!), a w grudniu wokal. Zaś sesja na drugi krążek została w całości zarejestrowana w studiu Hole In the Wall (bo rzeczywiście w ścianie pomieszczenia, gdzie mieściło się studio, była dziura) we wrześniu 1982 rozkroku. Realizatorem i producentem debiutu był Rob Wright – lider legendarnego kanałdyjskiego bendu NoMeansNo i Hanson Brothers, zaś drugą z EP-ek „robili” wspólnie, Rob ze Scottem Hendersonem – znanym później wieloletnim realizatorem, producentem i muzykiem rockowym.
„End all Discrimination” było wstępem do głównego uderzenia, jakie przyniósł „Hassibah gets the Martian Brain Squeeze”. Zawiera 14 kawałków, trwających niecałe 13 minut! Wczesny tfurczy chaos zastąpiło niemal profesjonalne zgranie, bo tylko w kilku miejscach gitara za bardzo się wyrywa (albo Steve nie jest w stanie jej dźwięków „okiełznać”), a bębny się „zatykają”. Za to produkcja jest czysta, czytelna i niemożliwie agresywna. Choć gitara rżnie powietrze bez litości, to mogłaby brzmieć trochę głośniej, bo tak podstawą rytmu stają się bębeny, słychać wyraźnie, że Ab aż kipi z gniewnej chęci zniszczenia wszystkiego wokół ciosami stopy i werbla, wzmocnionym szalonymi przejściami i akcentami na półkotłach i kotle, no i do tego jeszcze hi-hat i blachy. Temu wszystkiemu dodaje ognia i czadu wirtuozersko prowadzony bas.

Numery na krążku są bardzo szybkie i krótkie, jedynym wyjątkiem jest kapitalny „Jungle Beat”, oddający wszystkim instrumentom pole do improwizacji. Zagadką dla mnie pozostaje fakt, jak Steve jest w stanie wyśpiewać słowa do tych wszystkich numerów. Każdy kawałek ma co najmniej dwie 4-wersowe zwrotki i refren! Tykają codziennych spraw, społecznych zachowań, ich słowa są przeciwne przemocy, wojnie, politykom i głupocie dzieciaków. A najmocniejszy numer, przy którym „chodzą mi ciarki po plecach”, to bezapelacyjnie „Ambitious” – tak potwornie skondensowany w mocy i szybkości, że wydaje się prawie, że za chwilę wszystko eksploduje, atmosfera jest w nim tak gorąca, że nawet Kev – który tylko w tym numerze podsiadł Aba – stracił pewność uderzeń pod koniec. Ale to nie szkodzi. To wszystko to i tak jest kultowe.

terveet kadet - aareton joulu ep 200x200 (1)

Terveet Kädet (FIN) “Ääretön joulu” EP; jeden z tfurców charakterystycznego – obok Appendix, Kaaos, Rattus i Riistetyt – śfińskiego brzmienia hardcore. Jak większość kapel z tego kraju i ta cierpiała z powodu niestałości członków, niemożności – mimo kilku szans w I połówce lat 80. – wyjechania na tournee za Ocean, nieposkromionej fascynacji tfurczością Discharge, mało udanych składankowych albumów na rzecz zachodnio-ł-ropajskich i chłamerykańskich rynków czy ciążącej opinii bycia pRuskimi wg reszty narodów Skandymawskich. Szczęśliwie Terveet Kädet przetrwał to i dotrwał do dzisiaj, sterowany ręką Läji – wtedy 21-letniego założyciela, lidera i wokalisty bendu, a ponadto fascynata muzyką elektroniczną, bluesem, horror punkiem, psychobilly i syntho-popem (czemu dawał wyraz śpiewając i grając na klawiszach, syntezatorze, gitarze i bębenach, w kapelach Aavikon Kone Ja Moottori, Billy Boys, Death Trip, The Sultans, The Kolmas czy The Leo Bugariloves, w latach 80. i 90.). Te ciągoty nie przeszkodziły mu jednak realizować swoich najbardziej ekstremalnych pomysłów pod płaszczykiem Terveet Kädet lub TK. Ten bend oficjalnie powstał w Tornio w 1979 rozkroku i w przeciwieństwie do innych kapel ze śFinlandii od razu rozpoczął budowanie swojego brzmienia w oparciu nie o punk, ale o hardcore. W tym samym rozkroku Läjä stworzył własne wydawnictwo Ikbal, które firmowało pierwsze dwie (jednostronnie tłoczone) EP-ki bendu: „Rock laahausta vastaan” i „II”. Pierwsza z nich, wydana pod koniec 1980 rozkroku, zawierała 3 numery z czterech zarejestrowanych jesienią, z których dwa („Vapaa pohjola (The free North)” i „Minä haluan paljon rahaa (I want lot of Money)”) były jednymi z pierwszych numerów hardcorowych stworzonych i zarejestrowanych na kontynencie. Obowiązkowo szybkie w rytmie – opartym na gitarze rytmicznej, bębenach i wrzasku Läji – nieskomplikowane aranżacyjnie i nieco chaotyczne w tempie, musiały też oczywiście trwać, każdy, nie dłużej niż minutę. Dziwne, ale do dzisiaj mam wrażenie, jakby oba były niedokończone, jakby jakiś kiks przeszkodził w ich pełnej rejestracji lub brakło pomysłu na ich mocne zakończenie. Ale co tam… Druga EP-ka, zarejestrowana wiosną 1981 emanowała – poza ustalonymi już powyżej kanonami brzmienia kapeli – „chroboczącym” basem (charakterystycznym dla kilku numerów z drugiej i trzeciej EP-ki Discharge; a w ogóle „Mull on liian lyhyt sänky” to niemalże kalka „Always Restrictions”), mniejszym chaosem w zgraniu, ciekawszymi aranżacjami („Ei enää koskaan Sotaa (No more War)”) i solówką („Tornio Blues NYT”). Oba krążki stały się tak popularne i pożądane przez dzieciaki, że ich wytłoczony nakład (po 200 szt.) migiem się sprzedał. Rosnąca renoma bendu na całym zaświacie spowodowała, że w 1983 rozkroku Voitto „Vote” Vasko – najaktywniejszy promotor śfińskiego hardcora za granicą – wydał pod szyldem swojego wydawnictwa P. Tuotanto te dwa krążki na jednym, zatytułowanym „Kädet suojelee”. Nim jednak do tego doszło bend koncertował już niemal na terenie całego kraju, a dowodem ich dobrej kondycji jest zarejestrowany 9-ego października 1981 koncert w Husa, gdzie obok znanych numerów, pojawiły się te najlepsze w ich historii (a które znajdą się wkrótce w wersjach studyjnych na 3-cim krążku) oraz przeróbki punk rockowych kawałków „Demolition Girl” The Saints i „Search and destroy” The Stooges.

Na początku kultowego rozkroku 1982 Terveet Kädet w swoim najlepszym składzie: Läjä (wrzaski), Piäsky (grube wiosło), Viikin Timo (wiosło) i Peedro (bębeny), weszli 30-ego marca do studia Soundmix, gdzie odtąd najczęściej zapisali wymyślone i wypróbowane dźwięki i wersety. Materiał zawierający 8 kawałków, trwających nieco powyżej 6-ciu minut, to prawdziwie hardcorowa jazda od początku do końca. Sesja jest klarowna, słychać wszystko i wszystkich (bo są i chórki) z wokalem Läji i gitarą rytmiczną na pierwszym planie, wspartą nienarzucającym się basem i szybkimi bębenami (częściowo walącymi d-beatem) z czytelnym hi-hatem i blachami. Do najlepszych numerów zdecydowanie zaliczam te najszybsze i najbardziej agresywne, czyli: „T Tuho/ Täystuho (Total Destruction)”, „Pissaa ja paskaa (Piss and Shit)” i „Outo maa (The strange Land)”. Wszystkie osiem znalazły się na EP-ce zatytułowanej “Ääretön joulu”, a wydanej już w czerwcu przez renomowaną, niezależną firmę Poko z Tampere. Wkrótce potem bend zarejestrował próbę, gdzie pojawiają się już kolejne nowe numery, które zostaną oficjalnie wydane na debiutanckim nagrobku „Terveet Kädet” rozkrok później. Jej zapis dawał pewność, że takie numery, jak „Musta/ Fasistit (Black/ Fascist)”, „Sota (War)” czy „Tuntematon Sotilas (The unknown Soldier)”, to wyraźny krok do przodu w ekstremalizacji brzmienia torniowskiej kapeli. Te kawałki były szybsze od tych na krążku “Ääretön joulu”, a zostały zagrane z takim wykopem i czadem, o jakim mogłem tylko marzyć! Te (złudne) nadzieje potwierdziła również rejestracja lipcowego koncertu w Kemi i nowe demo, i choć tam śFińczycy nie grają najnowszych kawałków, to te z ostatniego singla brzmią tam zajebiście. Niestety, jak to często bywa, albumowa sesja studyjna nie ma w sobie nic z hardcorowego szaleństwa i agresji, jaką kipiały dotychczasowe koncerty bendu i jego EP-ki. Co więc się stało, że od marca 1983 rozkroku w tfurczości Terveet Kädet czuć wyraźny regres? Potwierdza to wspomniany debiutancki album, wydany w Gormanii pod tytułem „Halloween”, a następnie maxi-singel „Message”, będący potem częścią albumu „Black God” wydanego w 1984. Ja wyczuwam tutaj naleciałości horror punkowe, które pozbawiły dotychczasowe hardcorowe ostrze brzmienia szybkości i zawziętości w agresji i pluciu treściami. Już krążek „Ääretön joulu” wskazywał na zmiany, co prawda pośrednio, bo na razie tylko w tekstach, które coraz częściej dotyczyły spraw wiary i religii („Musta Jumala (Black god)”, „Onnellisia kytkentöjä (Happy Connections)”), jak również opisywały przeżycia pełne perwersyjnych zachowań i wulgarnych aktów („Haistelijat (The Smellers)”, „Pissaa ja Paskaa (Piss and Shit)”, „Utopia”). Läjä od dawna fascynował się sadomasem, więc i dość szybko uwikłał się w romans z metalem, co dobitnie zwolniło tempo i wydłużyło czas trwania kawałków. Mieszanie punka czy hardcora z metalem bez określenia lidera w tej parze nigdy nie wyszło nikomu na dobre, bo całość staje się gumowata, matowa i nijaka. Jakby tego było mi za mało, w chęci dotarcia do publiki za Oceanem lider porzucił swój język, zamieniając go na charchangielski, dodatkowo odbierając śfińskiemu hardcorowi niepowtarzalność i oryginalność. Fakt, przyniosło to jemu i kapeli sporą popularność np. w takiej oBrazylii, że nawet sam Max Cavalera wspominał kilka razy, że chciałby, by Sepultura zagrała z Terveet Kädet trasę, ale skończyło się jedynie na słowach.terveet kadet - anno domini ep 200x200 (2) Natomiast skrupulatność i przyjemność, z jaką Läjä rejestrował niemal wszystko, co tworzył z kumplami, odbiła mu się potem czkawką, bowiem inni też zaczęli sobie rejestrować ich koncerty i kompilować to i owo, więc ilość bootlegów, jakimi zasypywano zaświat przez następne lata, jest niemała. Co do okładek i innych projektów, to to chyba nigdy nie było domeną śfińskich hardcoro-punkowców, w tym także i Läji. Są naprawdę przeciętne w początkowym okresie istnienia, a pierwsze skojarzenie z metalem uwieńczone zdjęciem głowy konia na okładce albumu „The Horse” (na którym znalazł się bardzo dobry, długi numer „Gates of Hell”) to tragedia. Natomiast fascynacja sadomasem zaowocowała fajnymi, prowokacyjnymi rysunkami i bardzo udanymi zdjęciami, jak w przypadku EP-ki „Anno domini”, ale z drugiej mańki przyniosła ledwie kilka niezłych nagrań, jak choćby „Bizzare Domination”. Z tego swoistego marazmu udało mu się otrząsnąć dopiero w 2009 rozkroku, tworząc mini-nagrobek „Ihmisen Poika, pedon Poika”, a potem pełnometrażowy „Musta hetki”. Ale to już nie to, co 30 rozkroków wcześniej… Przynajmniej dla mnie.

the exploited - troops of tomorrow lp 200x200 (1)

The Exploited (UK) “Troops of Tomorrow” LP; szokocka kapela, kontynuująca punkową rebelię zapoczątkowaną w II poł. lat 70. na prytyjskich ulicach przez The Sex Pistols i The Clash, kultywująca anarchistyczne podejście do życia i otaczającej rzeczywistości, a zwrócona tfurczo do punkowców i skinheadów. Powstała w Edynburgu w 1978 rozkroku, nabrała swoistego kolorytu rozkrok później po dojściu Wattiego Buchana do składu. Wattie wcześniej był rzeźnikiem nim trafił w kamasze na 3 latach, „służąc” prytyjskiej armii w Gormanii, a potem w Iralandii Północnej. Jak wielu chłopaków z rodzin i dzielnic robotniczych, po wyjściu z wojska trafił w pustkę. Pozbawiony przyszłości i pracy przez bandycką politykę premier Thatcher, rzucił się w wir punkowej rebelii nakręcanej hasłami: „chaos”, „anarchia” i uniwersalnym podejściem „lać na to wszystko!”. Wspólnie ze Stevem, Markiem i Jimbo zaczęli grać pierwsze koncerty. Po wymianie za bębenami Jimbo na Dru Stixa chłopaki zakładają niezależne wydawnictwo, którego pierwszym owocem jest singel „Army Life”, wydany w połowie lipca 1980 rozkroku. Na Wysypkach, poza krajowymi listami sprzedaży płyt, istniały tzw. niezależne, ale te w rzeczywistości były kontrolowane przez koncerny płytowe, dlatego singel nieznane j kapeli, z nieznanej firmy, który tak szybko uplasował się na 8 pozycji na liście Indie, był nie lada zaskoczeniem. W dodatku na National Top 20 przebywał potem niezmiennie przez kolejne 18 miesięcy! To był znak, że wbrew teorii kapeli Crass punk nie zginął, a kontynuatorem tej rebelii jest właśnie szokockie The Exploited. Dobitnym dowodem na to był kolejny singel, „Exploited barmy Army”, wydany w październiku. Nagrany w nowym składzie, z gitarzystą Big Johnem i basistą Garym, dotarł do 4 miejsca na liście Indie, na której przebywał potem całe 53 tygodnie!! A sprzedał się, podobnie, jak debiut, w ilości 20.000 sztuk! To był wynik, którego nie można było nie zauważyć. Wykorzystała to natychmiast nowa londyńska wytwórnia, Secret, z którą w marcu 1981 rozkroku The Exploited zawarło umowę. Jeszcze w tym samym miesiącu na rynek trafił trzeci mały krążek Szokotów „Dogs of War”, który dotarł na 2 miejsce zestawienia Indie, a na 63 listy UK Top 75 Singles. Przygotowany zostaje także wideoklip do tytułowego numeru. W kwietniu wybuchają dwudniowe zamieszki w Brixton, kiedy w innej części Londynu bend gra kolejne swoje koncerty. Już nie jako suport dla Cockney Rejects czy UK Subs, ale jako główne danie. Wyszczekiwane przez Wattiego z luzacką szokocką manierą teksty trafiają na podatny grunt, bowiem albo tyczą rzeczywistości, w której wegetuje razem z publiką („Blown to Bits”, „What You gonna do”, „Dole Q”, „Out of Control”, „Son of Copper”, „Class War”), lub elementów systemu, których nienawidzą („Royalty”, „Cop Cars”, „S.P.G”, „Army Life”, „Dogs of War”), bądź których słowa stają się doskonałymi hymnami do śpiewania i tworzenia wspólnoty („Punk’s not dead”, „Exploited barmy Army”, „I believe in Anarchy”, „The Mods (Fuck a Mod)”, „Sex and Violence”). W tej gorącej wiosennej atmosferze wysmarza się pierwszy pełny album bendu p.t.: „Punk’s not dead”. Pojawia się na Wysypkach 4. maja i – wsparty entuzjastyczną recenzją Garryego Buschella w „Sounds” (5/5) – niemal natychmiast trafia na szczyt listy Indie, zaś na krajowej UK Album Chart dociera do pozycji 20, sprzedając się w sumie w nakładzie przekraczającym 150.000 sztuk! Jego zalety to agresywna i ekstremalna, jak na tamte czasy – w porównaniu choćby do skandalistów sprzed kilku lat: The Sex Pistols czy The Clash – zawartość tekstowa, znana niemal każdemu punkowcowi i skinheadowi na Wysypkach z koncertów i częściowo z singli; przyciągająca uwagę okładka, no i tytuł, chwytliwy, bo przeczący kultywowanemu od kilku lat sloganowi, że punk nie istnieje. Natomiast muzycznie album i cała dotychczasowa tfurczość szkockiego kwartetu mnie na kolana nie powaliła. To, co chłopaki grają to dość prosty punk, oszczędny, oparty na wyraźnej linii basu, a gitara – jako prowadząca – jedynie ubarwia tempo rwanymi riffami, zaś bębeny (często bite 1/1 i zwalniane rytmem na pół- i kotle) nie dodają czadu całości; pozostaje więc tylko Wattie ze swoimi strunami, ale tych, szczęśliwie chociaż on, nie oszczędza. Typowym punkowym luzactwem jest umieszczenie na krążku kawałka „Blown to Bits”, którego ta wersja, choć oparta na interesującym brzmieniu gitary i basu, niemiłosiernie rozjeżdża się z bębenami, a i Wattie nie ma tu tej pewności w głosie, kiedy próbuje, wyrzucając z siebie wyrazy, wbić się w to dziwaczne tempo instrumentów.

Ale co ja tam gadam…

W lipcu bend rusza na sławetne tournee „Apocalypse now ’81” – będąc na nim gwiazdą ponad Discharge, Anti-Pasti, Chron-Gen i Anti-Nowhere League. Rejestracja jednego z koncertów – bodajże w Glasgow – pojawi się w 1987 rozkroku na winylu. Pod koniec września 1981 Secret wydaje kolejny mały krążek Szokotów zatytułowany „Dead Cities”, którego numer tytułowy przynosi wreszcie długooczekiwane przeze mnie zmiany w brzmieniu The Exploited. Jest szybsze, gitara staje się rytmiczną i głośniejszą, nadając mocy i agresji całości. Bębeny zaś nadążają za tempem, nie próbując go zwalniać. Singel dociera do 4 miejsca na liście Indie, zaś na krajowej UK Top 75 Singles do pozycji 31. Ponadto Wattie – jak jego ulubieńcy z The Sex Pistols – razem z kumplami występuje w programie muzycznym „Top of the Pops”. Jednak w przypadku Pistolsów, większość ich działań była sterowana przez managera MacLarena i była wliczona w prowokowanie establishmentu, zaś The Exploited byli uważani przez dzieciaków za kapelę niezależną, protestującą całym sobą przeciwko wszystkiemu, co ogranicza lub steruje wolnością jednostki, czyli przeciwko mediom w szczególności. Cóż, występ się udał, BBC nigdy nie przyjęło tylu wściekłych telefonicznych komentarzy od moralistów i rodziców, na których numer „Dead Cities” i wygląd muzyków (naćwiekowana skóra i czerwony czub Wattiego, niebieski czub Big Johna, luzacki strój Garyego a’la Johnny Rotten) zrobiły piorunujące wrażenie. Natomiast ulica równie wściekle okrzyczała bend, że się sprzedał i ta reakcja nie była gołosłowna. Jeszcze w dzień występu ten singel sprzedał się w ilości 15-20.000 sztuk, zaś następnego dnia znalazł tylko… 50 nabywców. Chyba dla szybkiego zatarcia niemiłego wrażenia bend wkrótce wydał bardzo dobry album koncertowy „On Stage”, zarejestrowany w tym rozkroku w The Nite Clubie w Edynburgu. Krążek trafił na krajową listę i choć uplasował się jedynie na 52 miejscu, to do dzisiaj uważany jest za jedną z najlepiej sprzedających się punkowych płyt live. Nawet polska firma Poljazz wydała go na winylu w 1991 rozkroku. Ale do rzeczy… The Exploited rusza na tournee po Wysypkach i Ł-ropie, które stają się pasmem zniszczeń i rozrób. Najpierw The Jam (bend działający na Wysypkach od początku rebelii punkowej, mający na koncie już kilka albumów, jednak identyfikowany z ruchem mod) nie może zagrać, a publika, podburzona przez Wattiego, rusza na modsów i demoluje klub; w Hałolandii Gary zostaje aresztowany za kradzież sera żółtego ze sklepu, a jeden z klubów obciąża zespół wielokrotnie zawyżonymi kosztami zniszczeń podczas koncertu, zaś policja w Hadze atakuje oczekujących na koncert punków, aresztując przy okazji Wattiego, a całe towarzystwo rozbija, traktując bez pardonu gazem; w Gormanii policja przerywa jeden z koncertów, używając gazu, następnie wydaje zakaz koncertów The Exploited; zaś w kNórwegii jeden z koncertów kończy się po 3 minutach totalną rozpierduchą.

the exploited - attack 7 200x200 (2)Po powrocie na Wysypki Dru zostaje zatrzymany i skazany na 7 lat za napad z bronią. Chcąc nie chcąc jego stolec przejmuje Danny z The Satellites, ale nie bardzo udaje mu się z miejsca wejść w szeregi członka The Exploited. Dlatego partię bębenów na kolejny singel „Attack” – wydany pod koniec kwietnia – rejestruje Steve Roberts, znany z bicia w Cyanide i UK Subs. Tytułowy numer z krążka, choć w średnim tempie, i „Alternative” pieczętują dokonane ostatnio zmiany w ekstremalizacji brzmienia Szokotów. Ostra, nadająca agresywności tempu, gitara, wsparta nawałnicą biegnąca ze strun lekko metalicznego basu, eksploduje siłą wybuchu czysto i mocno brzmiących bębenów wspartych czytelnym hi-hatem i blachami. Do tego doskonale dopasowany, warczący i walczący wokal Wattiego wraz z chórkami w refrenach tworzy obraz (wreszcie) nowoczesnego, już hardcore punkowego bendu. Singel został krążkiem tygodnia w „Sounds”, następnie dotarł do 50 pozycji na krajowej i do 5 na liście Indie. A to był dopiero przedsmak tego, co znajdzie się na drugim długogrającym albumie „Troops of Tomorrow”, którego premiera będzie miała miejsce 3 tygodnie później, w połowie maja 1982 rozkroku. Trzynaście doskonałych kawałków znajdzie się na tym krążku, gdzie Steve bębeni w 2 numerach, zaś resztę robi Danny, który zdążył się już wreszcie zaaklimatyzować. Płyta pod względem muzycznym różni się całkowicie od debiutu. Jest o wiele szybsza, bogatsza aranżacyjnie i lepsza wykonawczo, ponadto niezmiennie do dzisiaj ekscytuje pełnym i czytelnym brzmieniem. Pod względem słowotfurczym jest rozwinięciem tematyk podejmowanych przez Wattiego na „Punk’s not dead”. I tak, pierwszą stronę krążka rozpoczyna „Jimmy Boyle”, tyczący szkockiego gangstera, który właśnie kończył odsiadywać swój trzeci wyrok za morderstwo. W więzieniu „nawrócił” się, odkrył w sobie prawdziwą naturę artysty, zaczął rzeźbić, pisać książki, zdobywać nagrody. Media szybko obwołały go ofiarą środowiska i czasów, w które się zagmatwał. Ciekawe, co o tej metamorfozie myślała dziewczyna ostatniej ofiary, której na jej oczach Jimmy z premedytacją, niejako pokazowo, poderżnął gardło. Dalej album prezentuje m.in. nową wersję „Daily News”, remix „Alternative” i najsłynniejszy numer w historii bendu: „U.S.A.”, potem zwany „Fuck U.S.A.”. To po „Free Fly” (znanego z debiutu) kolejne, choć o wiele mocniejsze i bezpardonowe uderzenie w ten od dziesiątek lat pyszałkowaty, żyjący na kredyt całego świata, kraj – Stany Zjednoczone Ameryki. Jego tekst wypunktowuje odwieczne „zdobycze” tego państwa oraz jego przywódców i urzędników, przez co zespół – jak nigdzie indziej – zebrał przeciwko sobie rzeszę tamtejszych skinheadów i „bezmyślnych” patriotów, którzy dawali się mu we znaki na każdej trasie koncertowej za Oceanem. Stronę A winyla zamyka tytułowy kawałek, będący utworem z repertuaru punkowej formacji The Vibrators, umieszczonym na ich drugim albumie „V2” (w 1978), jednak wtedy nie dostrzeżonym i nie docenionym przez punków. „Troops of Tomorrow” jest prawdziwym hymnem czasów anarchii i rebelii, mówiącym o potrzebie zjednoczenia sił i zmierzeniu się – nawet zbrojnym – z oprawcami. Charakterystycznym miejscem są wersy, w których mówi się o długim oczekiwaniu na reakcję uciśnionych czy uciemiężonych, co doprowadzić może do zniechęcenia i rezygnacji, czyli przegranej. Doskonały, długi wstęp (ilustrujący budzące się i wychodzące z piwnic i kanałów rzesze punkowych rebeliantów) doskonale współgra z okładką albumu. Uważana bardziej za metalową niż punkową, faktycznie mocno kojarzy się z pierwszymi dwiema okładkami doskonałych albumów Iron Maiden, ale pamiętajmy, że z drugiej strony muzycy Iron Maiden nie wypierali się swoich fascynacji punkiem (okładki singli, „Sanctuary” i „Prowler”, przedstawiają zwłoki premier Thatcher, nad którymi pochyla się z majchrem Eddie The Head). Projekt „Troops of Tomorrow” jest dziełem wałlijskiego artysty Terryego Oakesa – tworzącego ilustracje do dzieł z gatunku sci-fi i horror – który doskonale spina nastrój i przesłanie wynikające ze słów wykrzykiwanych przez Wattiego. Strona B płyty zaczyna się numerem „UK 82”, pokazującym rzeczywistość emanującą z ulic prytyjskich miast. Został wykorzystany w filmie Alana Clarkea „Made in Britain”, opowiadającym historię młodego skinheada skłóconego z życiem, którego odpowiedni poziom gwarantuje polityka rządu Margaret Thatcher. Kolejny numer to kolejny przebój The Exploited na tym krążku, „Sid Vicious was Innocent”, obrazujący kult, jakim Wattie darzy The Sex Pistols i jego członków. Stąd oczyszczenie Sida z zarzutów mu stawianych przez media, policję i sądy, a upatrzenie przyczyny tragedii w Nancy i jej uzależnieniu od narkotyków. Następny kawałek to antywojenny „War”, najbardziej zbliżony do utworów z „Punk’s not dead”, bo wolny, nieco rozwlekły i oparty na rytmie wybijanym na półkotłach i kotle, ale mający w sobie ogromny potencjał. W kolejnych numerach szybko wraca szybkie tempo i agresja w potoku słów, no może poza ostatnim „Germs”.

„Troops of Tomorrow” to dla mnie naprawdę wyjątkowy album, będący w całości bezkompromisowym, nowoczesnym hardcore punkowym orężem w walce z kapitalizmem, skorumpowaną władzą i policją, i skierowanym przeciwko wyzyskowi klasy robotniczej. Jednak ten nagrobek ma też i swoje wady. Pierwszą jest fakt, że części nakładów tego krążka zawierały zapis pozbawiony „góry”, przez co wszystkie nagrania wydawały się matowe i mało intrygujące. Zaś drugą jest brak tekstów kawałków na kopercie. Mało kto bowiem jest w stanie zrozumieć dokładnie, co przekazuje/artykułuje Wattie, wypluwając z paszczęki pokaleczone ortograficznie i gramatycznie słowa (np. jedyny dostępny w internecie tekst „Sid Vicious was Innocent” ma niewiele wspólnego z tym, który słychać z płyty).

Latem 1982 rozkroku The Exploited rusza na pierwsze zamorskie tournee po USA. Wyczerpująca seria koncertów i rozróbek powoli doprowadza do zgrzytów w szeregach bendu. Bójka Wattiego z Garym, zakończona odwołaniem koncertu, wizytą u lekarza, kilkoma szwami i opłatą kilkuset dolarów, zostawia smród, na bazie którego, jak muchy do gówna, zaczynają ściągać na zespół inne problemy. Ale nim one zbiją się w czarne chmury, na Wysypkach – na początku października – pojawia się singel „Computers don’t blunder”. Tytułowy kawałek (przedstawiający nieuchronność wojny nuklearnej) i „Addiction” (tyczący spirali, w jaką wpada człowiek uzależniony od narkotyków, i której końcem jest śmierć) doskonale wkomponowują się w aurę, jaką zbudował i pozostawił po sobie album „Troops of Tomorrow”. Okładka krążka też trzyma założony przez niego poziom.
The Exploited jest u szczytu popularności, dlatego najwyższy już czas, by poddać go próbie.

indigesti - split ep 200x200 (1)

Indigesti (ITA) “Sguardo Realta” MC; split EP; jeden z tfurców – obok Raw Power, Wretched i Negazione – sławy wałoskiego hardcora na zaświacie, opartej na tym nieokiełznanym, wybuchowym i często chaotycznym w swej agresji brzmieniem. Bend powstał w 1982 rozkroku z muzyków mieszkających w Turynie i Vercelli – Rudyego, Enrico, Massimina i Roberta – którzy niesłychanie szybko znaleźli ze sobą wspólny język, a swoje poglądy (anarchistyczne, straight-edgeowe), żale (do materialistycznego, zabobonnego, głupiego społeczeństwa), rozczarowania (systemem) i wściekłość (na policję) zogniskowali w tym wtedy najbardziej ekstremalnym gatunku rocka. Wałosi to naród gwałtowny, mający w swojej tradycji akcje anarchistyczne, protesty uliczne i bojówki terrorystyczne, dlatego ich brzmienie hardcore jest bardziej ekstremalne od tego źródłowego, chłamerykańskiego. Wkrótce o tym przekonała się cała Ł-ropa, a potem zaświat. Bo już w tym samym rozkroku Indigesti zarejestrowało swój epokowy materiał studyjny, którego część najpierw trafiła na split EP-kę z Wretched, a całość znalazła się na stronie B kasety „Sguardo Realta”. Zawartość tej sesji to 10 bluzgających szaleńczą agresją kawałków, z których większość nie trwa nawet minuty! I co ciekawe, obok krótkich, sloganowych, typowych dla tego gatunku, tekstów (jak „Mass media”, „”No al Sistema (No to the System)”, „Mai (Never)” czy „Detesta (Detest)”) reszta jest niecodziennie literacka i niejednoznaczna w przesłaniu, co pokazuje, że Rudy rozmyślnie zostawiał spory margines interpretacji odbiorcy. To zatem sugeruje, że zespół wysoko sobie cenił bystrość wałoskich punkowców i hardcorowców. Wspomniane wydawnictwa produkowane były własnym sumptem i tak samo rozprowadzane. Najlepszym sposobem był mail order i wymiana, zaś najdogodniejszym miejscem sprzedaży były jak zwykle koncerty. Z ich organizacją nie było łatwo, bo dla tego typu kapel otwarte były tylko kluby młodzieżowe, małe kluby muzyczne, no i squaty, z których znanym na cały zaświat stał się turyński Virus, wkrótce potem zamknięty przez władze i policję, jednak szczęśliwie ponownie otwarty w 1986 rozkroku. indigesti - osservati dall inganno lp 200x200 (2)Tyle że wtedy już Indigesti było inną kapelą, reaktywowaną rozkrok wcześniej, w dodatku nie przez któregokolwiek z muzyków, ale przez Silvia – basistę nieistniejącej już formacji Declino. Efektem był pierwszy studyjny album Indigesti, zatytułowany „Osservati dall’inganno” a wydany przez turyński T.V.O.R. on Vinyl – fonograficzną część pierwszego profesjonalnego wałoskiego fanzina „T.V.O.R.”. Mnie jednak już ten krążek nie porywa. Mało hardcorowa okładka to raz (potem szczęśliwie zmieniona na prawidłową), za niski poziom wokalu w stosunku do reszty instrumentów to dwa, drastyczny spadek tempa i agresji kawałków (w 8-iu na 12!) to trzy, a cztery to to, że jest już rozkrok 1986, a wtedy na zaświacie jest mnóstwo kapel grających o wiele mocniej i szybciej… Wałosi to naród gwałtowny, jednak dość szybko eksploatujący paliwo, dlatego tamtejsza scena hardcore pełna była oryginalnych i kapitalnych kapel, których pierwsze dokonania są tymi jedynymi, które wpisały się w historię ekstremalnych brzmień na zawsze. Późniejsze już nie.

mia - last rites for lp 200x200 (1)MIA (US) “Last Rites for…” split LP; jedna z wielu bardzo obiecujących hardcorowych kapel, która zbyt szybko zgubiła swoje ekstremalne brzmienie. Missing In Action powstało jako The Swell w Las Vegas w 1980 rozkroku. W jego skład weszli m.in. bębeniarz Chris Moon i basista Mike Coney, zaś pod koniec tego samego rozkroku na pozycji gitarzysty pojawił się Nick Adams. W 1981 rozkroku bend przeniósł się do Kalafiornii i kiedy wokalista ciężko się poranił w wypadku samochodowym, Mike został frontmanem, a jego miejsce przy gryfie zajął, też rodem z Las Vegas, Paul Schwartz. W tym zestawie, w czasie wolnym od koncertów, MIA zarejestrowało, w Jel Studios w Newport Beach, materiał na demo, które trafiło do Felixa ze Smoke Seven Records. Osiem numerów z tej sesji pojawiało się w 1982 rozkroku na splicie z Genocide, kawałek „New Left” znalazł się na składance “Not so quiet on the Western Front”, zaś „Tell me why” (z zabawnym fortepianowym tłem, rodem z Dickies) – na „American Youth Report”. W tym czasie MIA nie koncertowało, bo Mike przebywał w Las Vegas. Wrócił do Orange County rozkrok później, ale to, co było, już przeminęło. Bend zarejestrował sesję demo w Green Carton Studio, jednak ona nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dlaczego? Czy numery były nadal zbyt agresywne w stosunku do miękkiego brzmienia (przyszłego emocore?) zwanego Orange County-style, które było celem Mika i Nicka? Nie wiem, fakt jednak, że wkrótce potem MIA opuścił Chris, jeden z jego tfurców i motor oryginalnego napędu. Co dalej? Sporo koncertów, w tym także i obok Dead Kennedys, co doprowadziło w 1984 rozkroku do kontraktu z Alternative Tentacles i pełnego debiutanckiego albumu „Murder in a foreign Place”. Ale to już nie moja para klapek.
Demo z 1981 rozkroku było bowiem bezapelacyjnie tym czymś. Czymś nietuzinkowym, jedynym w swoim rodzaju, bo uderzało przede wszystkim pełnym, bogatym i „tłustym” brzmieniem. Wszystkie numery mają szybkie tempo, tworzone równą pracą bębenów i nawałnicą metalicznego basu, a dowodzone przez bezlitośnie rżnącą muzyczną przestrzeń gitarę, której charakterystyczne, często powtarzane, krótkie riffy nadają niebywałej ostrości, ale i melodyjności, temu wzorcowemu, hardcorowemu brzmieniu. Teksty zaś są pełne młodzieńczych, trafnych spostrzeżeń, uwag i krytyki, dotyczących zarówno ich rówieśników, co polityków, policji i armii. Użyłem słowa „wzorcowe brzmienie”, tak, bo za takie mam numery „Fucking Zones”, „New Left” i „All the President’s Skin”. To prawdziwe żylety gatunku, na dźwięk których kopara opada, a włoski na skórze powstają do powstania uczucia, jakby za chwilę miało eksplodować otoczenie…

kaaos - totaalinen kaaos ep 200x200 (1)Kaaos (FIN) „Totaalinen Kaaos” EP; ta kapela to wzorcowy śfiński przykład wykorzystania chaosu, talentu i alkoholu w tworzeniu ekstremalności zarówno we własnym życiu, jak i w tfurczości ograniczonej punkiem, hardcorem, thrashcorem i crustem. Powstała w Tampere wiosną 1980 rozkroku pod prytyjskobrzmiącą nazwą Amiraali Nelson, roznosząc tfurczą zarazę trzema instrumentami i głosem przy każdej nadarzającej się okazji, a pierwszą stał się, w połowie sierpnia 1981, koncert w Toijala. Zobaczył ich tam Vote i zaproponował miejsce na EP-ce dzielonej z kumplami z Cadgers (którzy przemianowali się wkrótce na Riistetyt). I tak, w niecałe trzy miesiączki później, w Pro Studio, Kaaos pod wodzą czterech skacowanych młodzieńców: Kakego, Jakkego, Peny i Timpy, zarejestrowało swoje pierwsze 4 numery. Był to bardzo agresywny punk, upstrzony prostym, ale szybkim bębnieniem bębenów, wsparty ostrą gitarą rytmiczną i „mruczącym” basem, zwieńczony chórkami i rykami Kakego. Całość robiła tak mocne wrażenie, że wkrótce wokalista i bębeniarz wpadli w przerażenie i porzucili kolegów, zaś reszta, pod wodzą charyzmatycznego Jakkego rzuciła się w wir kolejnych rejestracji i koncertów. I tak Kaaos od lutego do lipca 1982 rozkroku – razem z Jonem i Jaskiem – zarejestrował kawałki na trzy składanki: 4 numery na „Systeemi ei toimi”, nową wersję „Kytät on natsisikoja (Cops are nazi Pigs)” na „Hardcore ‘83” i 3 utwory na „Russia bombs Finland” (te już z nowym basistą – Nappim). Większość swoją budową i tempem wskazuje już wyraźniej na fascynację, choć przejściową, tfurczością Discharge, kawałki są bowiem szybsze i bardziej melodyjne, a właśnie to sobie bardzo w tej kapeli cenię. To brzmienie było głównie zasługą Jonniego, ale ten nie wytrzymał tempa, w jakim trawiła płynący czas kapela, i rwąc włosy z nosa porzucił chłopaków, zmuszając Jakkego do ponownego wzięcia w ręce wiosła, jednocześnie nie porzucając mikrofonu. Szczęśliwie kapitan nie tylko nie zapomniał o rytmach i brzmieniu, jakie zbudował były wioślarz, ale rozwinął je, często rozpędzając do niespotykanych dotąd w śFinlandii prędkości. I tak, w listopadzie wkroczył – w towarzystwie Jaski i Nappiego – do Laserstudia, by zarejestrować swój epokowy i najlepszy krążek w historii: „Totaalinen Kaos”. Tych 9 numerów tworzących tę EP-kę w pełni zasługuje na miano hardcorowych. Utwory są nieco dłuższe niż dotychczas (choć żaden nie przekracza 2:20), przez co o wiele bardziej intrygujące w aranżacji, do tego dochodzi zróżnicowane w tempie, co przy klarowności brzmienia stanowi niepodważalną zaletę tego krążka. Zawiera najszybszy, stworzony dotąd na tamtejszej scenie, numer „Natsit ja Kommunistit (The Nazis and the Communists)” – z szalejącym basem, który w kolejnym kawałku „Ootsä valmis kuolemaan? (Are You ready to die?)” staje się jeszcze głośniejszy, tworząc rytm niezmiennie kojarzący się z wczesnymi dokonaniami Discharge. Natomiast „Sekasortoa (Chaos)” przywodzi na myśl swoim rytmem, wybijanym na półkotłach i kotle, jedne z lepszych kawałków The Exploited. Dalej tempo szybko wzrasta, by osiągnąć apogeum na „Ei enää koskaan (Never again)”, a potem objawić się szaleńczym zróżnicowaniem przy „Sotatila (State of War)”, gdzie fragmenty wolne zderzają się z szybkimi partiami, doskonale ze sobą harmonizując. Przedostatni kawałek to ten najdłuższy, „Hyvinvoinnin toinen puoli (Second side of Welfare)”, który jest tak przesycony nie do końca kontrolowanym chaosem, zarówno w partii wokalu, jak i w tempie walących bębenów i rżnącej powietrze gitary, że dźwięki rozbijają się po ścianach z taką agresją, że ich odłamki są w stanie poszarpać każde trzewia. Ostatnim numerem jest „Uskonsota (Religious War)”, który rozpoczyna się klawiszowym, kościelnym intrem. Jest w całości bardzo szybki i choć rozerwany po 1:13 modlitewnym jękiem, to zakończony szybkim zejściem upstrzonym sakramentalnym słowem: „Amen”. A co do treści wypluwanych przez Jakkego w tych wszystkich 9 numerach, to tyczą one wojny totalnej, zniszczenia, rozruchów na ulicach, totalitaryzmu, nieuchronnej śmierci i tej we wspomnieniach z minionych dekad. Okładka to kolaż zdjęć z zadym ulicznych z policją, który dość trafnie oddaje to, co znajduje się w środku na czarnym (choć w rzeczywistości także na zielonym i czerwonym) krążku. Trochę szkoda, że nazwa kapeli nie jest tu zbyt dobrze wyeksponowana, zaś nazwa wydawcy w ogóle nie powinna się tutaj znaleźć, tylko z tyłu koperty.

„Totaalinen Kaaos” to rzeczywiście bardzo udana EP-ka, zarówno muzycznie, jak i tekstowo, nic więc dziwnego, że uważany jest do dzisiaj za jeden z najlepiej sprzedających się singli w historii śfińskiego hardcora. Natomiast jedyną jego słabą stroną jest pierwszy numer „Mellakka (Riot)”, który choć jest jednym z najszybszych i najlepszych na krążku, to został ordynarnie, po chamsku, wyciszony, a coś takiego zawsze na mnie działa, jak płachta na bąka.
To powodzenie – drugiego w dyskografii, ale właściwie debiutanckiego – krążka tak szybko zawładnęło jestestwami muzyków, przyzwalając na nieograniczone szaleństwo koncertów, imprez i pijaństw, że wkrótce na placu boju – wyeksploatowany dokumentnie z sił witalnych i pomysłów – został tylko Jakke, bo reszta nie była w stanie dotrzymać kroku biegnącej obok rzeczywistości. I tak w listopadzie 1983 rozkroku Kaaos w niemal całkowicie nowym zestawieniu zarejestrował sesję w Laserstudio na trzecią EP-kę „Valtio tuhoa ei Rakenna”. Dlaczego nie trafiła na rynek? Co poszło nie tak, że zrezygnowano z opublikowania większości zarejestrowanych wtedy kawałków? Przecież 3 z nich, zmiksowane, znalazły się w 1984 rozkroku na składance „Yalta Hi-Life”, gdzie brzmią rewelacyjnie, a „Työ tappaa (Work to kill)” i „Seuraa johtajaa (Follow the Leader of Society)” to jedne z najlepszych i najszybszych numerów w historii bendu. Zaś reszta sesji, wydana dopiero w 1996 rozkroku, pozostała niezmiksowana, ale tych 8 numerów i tak ma w sobie ten nieokiełznany chaotyczny potencjał, tak charakterystyczny dla tej kapeli. I choć „Vaihtoehto (Alternative)” jest niecały, to wystarczy posłuchać „Pelko kasvattaa vihaa (Fear increases the Anger)” i „Onks tää elämää (Is this a Life?)”, by zwrócić uwagę na kapitalne brzmienie gitary Sidneya, rozpełzające się, jak gas i przenikające do cna te kawałki. Niestety w lutym 1984 rozkroku podczas sesji w JJ Studio, nie dość, że nie uczestniczył w niej już Sidney, a Epe, to z poprzedniej rejestracji wybrano i nagrano tylko 3 numery, w dodatku wcale nie te najlepsze. Znalazły się one, obok 9-ciu nowych, na debiutanckim albumie „Ristiinnaulittu Kaaos”, który nie był kontynuacją rozpoczętej rewolucji w brzmieniu i szybkości. Cała rejestracja jest w dodatku trochę płaska, pozbawiona „dołu”, przez co gitara, i tak niezbyt głośna, nie została „podbita” basem, którego prawie nie słychać. Czyli dotychczasowy atut Kaaosu został zduszony, stłamszony, przez co bębeny i blachy wraz z wokalem wyszły na plan pierwszy, co przy nawet genialnych aranżacjach nie da tak pożądanego, ekstremalnego efektu, jak na „Totaalinen Kaaos”. Najbliższym stworzonego dotąd wzorca był numer zamykający krążek – „Ei ulospääsyä (No Way out)”. Niestety, tylko ten. Szczęśliwie dla muzyków i wydawcy long sprzedawał się dobrze wsparty pierwszym ł-ropajskim tournee bendu. 5 kawałków z tego albumu plus nagrana, gdzieś pokątnie, „Itsemurha (Suicide)” trafiła na wydany w Gormanii split longplay z Terveet Kädet „So much Fun”. Niedługo przed rozpadem, w marcu 1985 rozkroku, Kaaos, z nowym basistą Kalle, zarejestrował 8 kawałków w studiu JJ na kolejną EP-kę. I podobnie, jak w listopadzie 1983, tak i teraz nowy materiał nie zostaje wydany, a dopiero w 1993. Fakt, sesja jest niespójna, część kawałków brzmi inaczej niż reszta, gitara jest w nich cichsza niż bas! Bębeny i wokal znowu daleko na drugim planie. A w sumie, numery są wolniejsze i dłuższe, tematyką już nieco odbiegają od stylistyki punkowej, hardcorowej czy crustowej, co podkreśla i okładka i tytuł: „Nukke (Doll)”. Wartymi wyróżnienia są jednak kawałki „Jäsen (Member)” i “Sätkynukke (Puppet)” (z długaśną na 40 sekund solówką!). W 1998 rozkroku pojawiło się wydawnictwo „The Tribute to Kaaos – The Chaos continues”, które po części doprowadziło do reaktywacji kapeli pod wodzą Jakkego. Efektem, poza koncertami, jest rejestracja – w kwietniu 2000 rozkroku – na nowo czterech jej największych hitów i przeróbki „Muotinatsit (The fashionable nazis)”kaaos - ismit 12ep 200x200 (2) Rattusa, a rozkrok później – w studiu Napalm – materiału na mini-album „Ismet”. Ten ostatni nagrobek został zarejestrowany w pięcioosobowym składzie, opierając ostrze swojego brzmienia na dwóch wiosłach (Epego i Pextego) i tworzących agresywne tło bębenach Jannego, wspartych basem Purtsiego. Całość okrasza nadal mocny i przekonujący wokal Jakkego, wspierany dość często chórkami. Tych 8 numerów wreszcie brzmi profesjonalnie i tak potężnie – choć co do czytelności blach to mam zastrzeżenia – jak hardcore winien brzmieć w XXI wywieku. Najlepszym tego przykładem jest „Ismit (Systems)”, „Barrikaadi (Barricades)” oraz „Umpikuja (Deadlock)” – kawałek znany mi wcześniej z debiutanckiego LP pod tytułem „Ei ulospääsyä (No Way out)”, jednak w tej wersji, na gitarę rytmiczną i prowadzącą, po prostu zabija, totalnie oczyszczając atmosferę mych trzewi z narośniętych wątpliwości, co do sensu reaktywacji Kaaosu. Krążek, wydany we wrześniu 2001 rozkroku, ma do tego świetną obwolutę.

Wydawało się więc, że śfiński bend przeżywa odrodzenie, co potwierdziła kolejna ł-ropajska trasa w 2002 oraz odbijająca się echem sesja „Ismit”, to znaczy, że co i rusz muzycy coś rejestrowali, a to dwa, to znowu jeden, wreszcie trzy nowe kawałki. Ale cóż z tego, skoro w 2005 Jakke ponownie rozwiązał swoją kapelę. Kaaos pojawił się jeszcze okazjonalnie dwa rozkroki później, by ostatecznie kopnąć w kalendarz wraz ze śmiercią swego lidera, 29. listopada 2007 rozkroku.

skladanka - underground hits 1 lp 200x200 (1)

Najbardziej interesujące i najoryginalniejsze kompilacje punk, hardcore i fastpunk, oddające ekstremalne brzmienia tego rozkroku, to:

chłAmeryka: “Not so quiet on the western Front” DLP; “This is Boston not L.A.” LP; “Flex your Head” LP; “Rat Music for Rat People” LP; “Sudden Death” LP; “The Master Tape” LP; “No Core” MC;

skladanka - not so quiet on the western front 2lp 200x200 (2)
oBrazylia: “Grito Suburbano” LP;

Wysypki Prytyjskie: “Riotous Assembly” LP; “Secret Life of Punks” LP;

śFinlandia: “Russia bombs Finland” LP;

Gormania: “Soundtracks zum Untergang vol.2” LP; “Underground Hits vol.1” LP;

Jugołosławia: “Lepo je…” LP;

skladanka - lepo je... lp 200x200 (2)

Wałochy: “Papi, Queens, Reichkanzlers & Presidennti” EP

the thing (cos) plakat film 150x200 (1)

Coś (The Thing); doskonały thriller sci-fi w reżyserii Johna Carpentera z muzyką Ennio Morricone. Do amerykańskiej stacji badawczej na Antarktydzie dociera pies, będący nosicielem wirusa z kosmosu. Obcy jest w stanie rozwijać oddzielną formę życia w każdej zduplikowanej komórce ofiary. Kiedy więc Mac Ready odkrywa jego istnienie, podejmuje walkę, ale giną w niej niemal wszyscy członkowie załogi, a baza zostaje zrównana z ziemią. Najlepsze sceny to: 1) moment, kiedy wirus po raz pierwszy zmienia ciało nosiciela na ciała innych psów, czemu towarzyszą doskonałe efekty wizualne; 2) doktor Copper decyduje się reanimować umierającego Clarka przy pomocy elektrowstrząsów, jednak po kolejnej próbie klatka piersiowa nieprzytomnego zapada się, zaś jej szablozębne wnętrze odcina doktorowi obie ręce; 3) pozostali przy życiu muszą poddać się testowi na zawartość wirusa we własnej krwi. Metoda jest prosta, z nacięcia w palcu zbiera się każdemu krew w innym naczyniu a następnie dotyka jej rozżarzonym drutem. Jeśli zawiera wirusa to on zareaguje na tę „napaść” każdą komórką krwi, co oczywiście za chwilę ma potworne i bardzo widowiskowe następstwa.

[przy pisaniu słów rzucałem okiem na treści stron wuwuwu: wikipedia, killfromtheheart, discogs, songfacts, thenightmarecontinues, theexploited, finnmusic, punkygibbon, lyricsfreak, swedishpunk, punkoiuk, jbhifionline, altpress, gbhuk, loudproudanddrunk, nihilismontheproultripod, markprindle, membresmultimania, sugarbuzzmagazine, terveetkadet, oldtimehardcore, indigesti, trakmarx, miaband, vice, imdb oraz korzystałem z materiałów własnych]

Autor: Tryłkołak