NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Relacja: Amenra, Treha Sektori, Oathbreaker, Hessian – Warszawa, „Proxima”, 24.04.2014r.

Belgijski Church of Ra w ramach europejskiej procesji odwiedził stolicę. Stolica ministrantów i kapłanów Kościoła przyjęła z należną atencją. Oni odpłacili znakomitymi sonicznymi rekolekcjami. Tacy nie było.

Church of Ra jest jak zakon. Muzyków Hessian znajdziemy w Amenra, muzyków Amenra w Oathbreaker, a tych z Oathbreaker w Hessian. Wszystkie składy wzajemnie się wspierają. Gdyby jeszcze do tej objazdówki dobił Rise and Fall, mielibyśmy chyba pełny skład tego co obecnie najlepsze z Belgii w mętnym i nieoczywistym nurcie hc/sludge/post. Nie ma co jednak narzekać.

Hessian na początek. Ponad 30 minut brutalnego hc zmaglowanego z crustem, d-beatem, mielącą gitarową Sverige („Serpent`s Whisper”). Ostry i raczej szybki rozwał („Ascension”, „Swallowing Nails”) przetykany potężnymi zwolnieniami („Mourn The World Of Man”). I brzmienie. Świetne. Tłuste, głośne, klarowne. Żadnego przycinania, dlatego że support. Zresztą – wszystkie kapele zabrzmiały tego wieczora perfektnie. I Bram. Pokłon dla wokalisty za zaangażowanie i przelewanie siódmych albo i ósmych potów. Starał się jak mógł, by zachęcić ludzi pod sceną do akcji, bez efektu jednak. Smutne bo muzyka Hessian nadaje się do żywotnego czynu ruchowego. Za swój krótki, intensywny występ zebrali jednak w pełni zasłużone brawa. Ruchu nie było pod sceną, ruch zrobił się za to na stoisku z merchem Hessian.Oathbreaker potrzebował niewiele ponad kwadrans by się zainstalować. Uwagę ogniskowała bosonoga, atrakcyjna wokalistka Caro Tanghe. Nie chciałbym być w skórze jej partnera, gdy ma zły dzień albo kiepskie samopoczucie. Caro dysponuje głosem – wrzaskiem, by być precyzyjnym – który mógłby wpędzić w kompleksy niejednego czerń metalowego krzykacza. Diabeł w legginsach i czarnej komży, chowający twarz za gęstwiną włosów. Wpływy bm dają się też łatwo wychwycić u Oathbreaker. Już grany z początku „No Rest For The Weary” to czarcia jazda pomieszana z crustem i hc. Oathbreaker nie jest przywiązany do jednej stylistyki i nie da się go jednoznacznie uszeregować. Black, hc, doom`owe zwolnienia, punkowa motoryka, d-beat. Wszystko się tu miksuje a Caro swym wiedźmim krzykiem doprawia ten bulgoczący kocioł. Oathbreaker poderwali w końcu kilka osób do jakiegoś ruchu. Chyba wszystko co zagrali pochodziło z ubiegłorocznej „Eros Anteros”. Zabawna sytuacja miała miejsce po koncercie, gdy kapele kręciły się w okolicach stoiska z merchem. Jeden napity fan wychwalając pod niebiosa Caro, próbował czynić jej umizgi i namawiał na wypad w miasto. Dziewczyna z szerokim uśmiechem podziękowała, kulturalnie informując namolnego, że musi się zregenerować i wcześnie położyć spać, bo przed nimi długa podróż do Lipska gdzie grali następnego dnia. Złamany typ ruszył do baru.

Przy Treha Sektori zeszło mi trochę na pogaduchach. Mintaj zdradził m.in. jak doszło do tego, że Darkthrone zagrał na 15-leciu Bloodthirst. Treha był najspokojniejszym aktem warszawskiego koncertu. Pozornie jednak, bo wiem że byli i są tacy na których wywołał niezatarte wrażenie. Ambient generowany z gitary, laptopa i mikrofonu przepuszczającego dźwięk przez jakieś dodatkowe efekty. Industrialne szumy. Niepokojące wizualizacje. Treściwie i całkiem intensywnie, odpowiednio krótko by nie zmulić.

No i Amenra. Muzyka moralnego niepokoju. Jeden z najlepszych, najbardziej charakterystycznych i cenionych zespołów czerpiących z hc, sludge czy post metalu i przerabiający je na własną modłę. Mówi się, że koncerty Flandryjczyków to rytuały. Trudno to inaczej odbierać. Pulsujące, powtarzane, budujące się napięcie i zapętlane gitary, narastający niepokój plus paniczny wokal Colina. Dodatkowo podbite wymownymi wizualami. Ciężar, duży ciężar. Znakomity dźwięk. Najlepszy brzmieniowo koncert jaki słyszałem w Proximie, unifikujący co najmniej pod tym względem z ubiegłorocznym Neurosis. Set oparty o najciekawsze kantaty z trzech Mszy: trzeciej, czwartej i piątej. Colin tradycyjnie odwrócony praktycznie cały czas tyłem do ludu, wijący się, przeżywający każdy fragment wykrzykiwanego tekstu. Bardzo mocny początek w postaci podwójnego dubeltowego strzału: „Pain Is Shapeless” przechodzącego w „Razoreater”. Ludzie reagują bardzo entuzjastycznie. W środkowej części koncertu skok do Mass V i prezentacja „Boden” (końcówka to – dajcie wiarę – fizycznie odczuwalny, pulsujący jak serce w agonii, ciężar) oraz „Novena I 9.10” z partiami Colina już nie na, ale lekko za granicą obłędu. Do dziś mi dźwięczy w uszach jęczana – bo to już chyba nie był nawet krzyk – przez niego tytułowa fraza. Jeśli początek koncertu był dubeltowy, końcówka to panzerfaust: jeden z najbardziej znanych, żwawy z początku, „Am Kreuz” z Mszy trzeciej oraz na koniec „Silver Needle, Golden Nail” z czwórki. Esencjonalne Amenra, nic temu utworowi nie brakuje. Kończy się przepotężnym ciężarem i urywa nagle. I cisza. Ludzie próbując wytargować bis. Nie, nie. Nic z tego. Po wszystkim.

Bardzo dobry koncert.

Autor: Sławek Łużny