NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Obscura – nad pięciolinią

W najnowszym numerze naszego magazynu znalazł się wywiad z Pontusem z Miasmal, który stwierdza, że prawdopodobnie nie znalazłby wspólnego języka z muzykiem, który zarywa noce na ćwiczeniu palcówek. Nie w jaskiniach rozkoszy białogłowych, ale na gryfie gitary. A Steffen Kummerer chyba wpisuje się w taki właśnie obraz, również na nowej płycie Obscura, „Akróasis”. Dzielą tych muzyków zaledwie trzy lata, a w postrzeganiu dźwięków – przepaść. Ale to wy zadecydujecie, do której filozofii grania metalu wam bliżej.

Pół dekady… Niespieszno było wam z tą nową płytą.

No cóż, po premierze „Omnivium” ruszyliśmy w trasę dookoła świata: kilka razy zjechaliśmy Europę, dotarliśmy do Ameryki Północnej, Japonii, nawet Azji kontynentalnej. Po drodze przyszła oferta, bym dołączył do Death DTA, no i dwóch członków poprzedniego składu Obscura miało inny pomysł na twórczość, więc się rozstaliśmy, a te zawirowania zabrały nam kolejny rok. Jeśli poskładać te klocki, wyjdzie połowa dekady, ale wcale nie byliśmy takimi leniami, jak mogłoby się wydawać. Poza tym zajmował mnie nie tylko zespół – na przykład dorobiłem się stopnia naukowego na uniwersytecie. Że o życiu prywatnym nie wspomnę (śmiech).

Nie miałem zamiaru imputować ci lenistwa, ale wydawało mi się, że poprzedni album odniósł spory – jak na specyfikę gatunku – sukces, więc można było się zdziwić, że nie kuliście żelaza, póki gorące.

To nie było takie proste, bo zależało nam, by zmodyfikować sposób pracy nad muzyką. „Omnivium” napisaliśmy głównie w programie do notacji muzycznej, nie nagrywaliśmy przed sesją żadnych demówek. No i w studiu okazało się, że niektóre partie brzmią jednak inaczej niż w MIDI. Tym razem chcieliśmy wrócić poniekąd do korzeni, ale wciąż przy wykorzystaniu software’u – chcieliśmy połączyć dwa światy. Więc najpierw nagraliśmy demówki w Cubase i ProTools, potem wbiliśmy partie do programu do notacji i bogatsi o tę wiedzę wróciliśmy do demówek, by je wyszlifować. No więc cały proces komponowania pochłonął o wiele więcej czasu. Nie mówię, że była to droga lepsza lub gorsza, po prostu inna i bardziej czasochłonna.

Jestem ciemniakiem, jeśli chodzi o taki sposób pracy, więc pozwól, że dopytam: robicie muzykę nad pięcioliniami?

Właściwie tak. Swego czasu używałem Guitar Pro, który jest łatwy w obsłudze i chyba najbardziej rozpowszechniony wśród zespołów, które uprawiają techniczne odmiany metalu. Od dwóch lat posługuję się jednak Sibeliusem, bardziej profesjonalną aplikacją, która daje mi możliwość aranżowania partii chóralnych i orkiestrowych. Masz przed twarzą zarówno tabulatury, jak i klasyczny zapis nutowy – to się przydaje również do ćwiczeń na gitarze. Możesz na przykład spowolnić trudny motyw i rozgryźć go w czytelnej formie.

No i kiedy pewnego dnia jakaś orkiestra zechce wykonać numery Obscura, to problem z głowy: wręczasz im gotowe zapisy nutowe i fajrant.

(śmiech) No, chyba tak. Ale jakoś tego nie widzę.

Ze składu, który nagrywał „Omnivium”, ostałeś się w Obscura jedynie ty. Czy takie drastyczne przeobrażenie wpłynęło twoim zdaniem na muzykę? Pytam, bo siłą napędową kapeli tak czy inaczej pozostajesz właśnie ty.

Powiedziałbym, że zmiany odcisnęły pewne piętno na brzmieniu, bo każdy muzyk ma indywidualny styl. Z drugiej strony, mój wkład nie zmienił się za bardzo, a polega on na pisaniu muzyki, tekstów, konstruowaniu aranżacji. Nie piszę jednak muzyki unoszony w próżni, nie piszę sam – pozostali muzycy również odciskają piętno. Dlatego uważam, że nowa płyta brzmi nieco inaczej od poprzednich, ale wciąż słychać, że to my. Na pewno nie posunąłbym się do stwierdzenia, że wracamy jako inna kapela. Uwielbiam grupy, które da się poznać po dziesięciu sekundach. Masz, powiedzmy, kompilację, na której jest numer Kreator, Death albo nawet – co tam – Scorpions, i od razu wyłapujesz ich z towarzystwa. Chciałbym w najbliższych latach dopracować się takiego efektu.

No tak, Kreator albo Death łatwo rozpoznać, ale cnotą tych zespołów było i to, że zmieniały się z kolejnymi albumami.

Nudno byłoby wykorzystywać w kółko tę samą formułę. Moje credo brzmi: rozwijaj tę formułę z każdą płytą, ale nie odcinaj się od korzeni. Obscura zawsze była – i wciąż jest – zespołem deathmetalowym. Z każdym rokiem wprowadzaliśmy więcej elementów progresywnych. Teraz pojawiają się nawet wpływy jazzu i fusion, bo mamy w składzie muzyków o takim rodowodzie – to tkwi w ich palcach i umysłach. To pozwala utrzymać świeżość.

Muzyka Obscura jest dość wymagająca warsztatowo, więc zastanawia mnie, jak właściwie rekrutujesz nowych muzyków. Przesłuchania? Próby?

Po pierwsze człowiek musi sobie dać radę ze starym materiałem, zanim zaczniemy wspólnie pracować nad czymś nowym. I nie będę ściemniał – kandydat musi płynnie mówić po niemiecku, bo komunikacja jest kluczem. Graliśmy kiedyś z holenderskim basistą, Jeroenem Thesselingiem, który gadał wprawdzie po niemiecku, ale nie jest native speakerem. Kiedy jesteś na próbie albo w trasie z kimś, kto nie rozumie wszystkiego, ta osoba jest siłą rzeczy odrobinę wyalienowana. Trzecie kryterium to indywidualność. Kiedy gruchnęła wieść, że rozstaliśmy się z gitarzystą i perkusistą, otrzymaliśmy mnóstwo zgłoszeń, często od bezbłędnych muzyków. Wbrew pozorom, na pewnym poziomie zaawansowania nasze numery nie jest tak trudno zagrać, zdecydowanie trudniej jest wnieść coś od siebie.

Nie znam greki, ale o ile wiem, tytuł nowego albumu można by tłumaczyć jako „słuchanie” lub „ słyszenie”. Ciekawy zabieg – trochę tak, jakby powieściopisarz zatytułował swoją książkę „czytanie”.

(śmiech) Jest tu pewne ukryte znaczenie, bo „Akróasis” wpisuje się w czteropłytowy koncept i jest jego trzecia odsłoną. „Akróasis” to tytuł książki szwajcarskiego profesora, Hansa Kaysera, który całe życie poświęcił badaniu pitagorejskiej koncepcji, że wszystko – począwszy od DNA, na ruchach planet skończywszy – opiera się na harmonijnej strukturze. Poprzedni album bazował na bardziej naturalistycznych założeniach i konfrontował religię z racjonalizmem. Temat nowego albumu jest dość głęboki, każdy utwór zawiera aluzje do poprzednich płyt, a tytuły poszczególnych utworów wyjaśniają się wzajemnie. Twoje porównanie do książki zatytułowanej „Czytanie” jest mocarne, ale nie to chodziło mi po głowie (śmiech).

Jako autor tekstów wielokrotnie dawałeś świadectwo zainteresowania filozofią, co wśród death metalowców nie jest aż tak powszechne. Co odciągnęło cię od flaków?

Powiedziałbym, że to samo, co porwało mnie w świecie muzyki – płyty takie jak „Human” i „Symbolic” Death albo „Focus” Cynic. Uznałem, że lepiej odnajdę się w takiej konwencji niż pisząc o przewożeniu dup na tylnym siedzeniu Mustanga albo o flakach. To nie mój świat, choć na przykład Cannibal Corpse mają świetne teksty.

Jest jakiś filozof, którego zapatrywania zbiegają się z twoimi?

Na razie się na takiego nie natknąłem, ale tematyka bardzo mnie interesuje i staram się czytać wszystko, co wpadnie mi w ręce, nawet jeśli niektóre poglądy mogą sprawiać wrażenie zdezaktualizowanych lub zgoła śmiesznych. Na przykład Nietzsche ma wśród black- i death metalowców wysokie notowania, a ja naczytałem się jego prac i doszedłem do wniosku, że to kompletne gówno (śmiech).

No, Nietzsche u schyłku życia pałętał się po szpitalach dla obłąkanych…

Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak, jakbym zamierzał komuś wmówić, że nie warto go czytać. Warto, ale to nie moja działka, nie zgadzam się z bardzo wieloma wnioskami, do jakich doszedł. Przeczytałem książki i odłożyłem je na półkę. Zupełnie jak z płytami – odsłuchujesz, ale potem bez żalu oddajesz znajomym.

Bywa i tak, że jesteś gotów uznać taką płytę za wartościową, ale i tak nie chcesz jej zatrzymać.

Zgadza się, doświadczyłem tego z kilkoma albumami z free jazzem. Po prostu bolały mnie od muzyki zęby (śmiech).

Wróćmy do muzyki. Techniczny death metal to dość specyficzny gatunek. Są pewnie tacy, którzy są zdania, że formalne komplikacje ocalą styl, ale równie wielu jest takich, którzy zarzucają przerost formy nad treścią, by nie powiedzieć: masturbacyjne tricki na gryfie. Jak znajdujesz takie zarzuty?

Potrafię je zrozumieć. Zresztą mam wielu znajomych, którzy w ogóle nie słuchają takiej muzyki, bo interesuje ich na przykład głównie klasyczny heavy metal, pop, rock albo necro black metal z lat dziewięćdziesiątych. Dla mnie nie ma znaczenia, czy riff gra się łatwo czy trudno. Technika jest narzędziem do napisania dobrego utworu. Na nowej płycie odrobinę zwolniliśmy, aranżacje bywają całkiem przejrzyste, ale jeśli zajrzysz pod powierzchnię, przysłuchasz się rytmom, to dzieją się tam rzeczy niezwykłe. Utwór tytułowy na powierzchni ma niemal popową strukturę, ale jeśli się zagłębić, to jest bardzo progresywnie. Podobnie działo się na „Focus” Cynic – masz tam zestaw pięknie płynących numerów, ale jeśli spróbujesz sam je zagrać, to masz kłopot (śmiech).

Wkrótce Obscura rusza w trasę z Death DTA. Będziesz występował w obu zespołach?

Prawdę mówiąc, jeszcze nie wiem (rozmawialiśmy w grudniu – przyp. MK). Głównym wokalistą DTA jest Max Phelps, mój dobry kumpel. Na kilku ostatnich trasach wskakiwałem, by pokrzyczeć w kilku utworach, więc może i tym razem będzie podobnie. Jedno wiem na pewno: świetnie jest występować z tymi ludźmi na scenie. Cieszy mnie perspektywa trasy Obscura, a jeśli dodatkowo zdołam jeszcze zaśpiewać choć w jednym lub dwóch numerach Death, to będzie to wspaniały bonus.

No tak, ale na pewno zdajesz sobie sprawę, że pomysł powrotu Death – nawet pod zmodyfikowaną odrobinę nazwą – po śmierci Chucka wielu uważa za niestosowny. Albo, co tu kryć, poroniony.

Każdy kij ma dwa końce. Ja sam nigdy nie zobaczyłem Death na scenie. Po pierwsze byłem szczylem, kiedy Chuck odszedł, a po drugie oni nie koncertowali aż tak dużo. Z drugiej strony rozumiem oburzenie starych metalowców, którzy są zdania, że członkowie Death usiłują się nachapać. Ale nie wolno zapominać, że te koncerty odbywają się za błogosławieństwem rodziny Chucka. Wszystko jest przygotowane tak, by uszanować ich życzenia. Kilka lat temu zaczął się cały ten trend na metal starej szkoły, który przynajmniej tu, w Niemczech, wciąż trwa. Te wszystkie dzieciaki, jak mówiłem, nie widziały Death, a DTA to ich szansa, by przynajmniej zbliżyć się do wrażeń, które ich ominęły. Gene Hoglan, Sean Reinert, Steve DiGiorgio, Paul Masvidal – oni wszyscy byli częścią tej historii. Oczywiście, Chuck Schuldiner nie żyje – nie ma o czym dyskutować. Ale Max robi świetną robotę jako frontman, no i gra bezbłędnie. Uważam, że ci ludzie oddają Chuckowi hołd. Oni nie muszą tego robić. Przecież Gene i Steve grają w Testament, czyli wielkim zespole o międzynarodowej popularności. No i nie przeginają, nie jest przecież tak, że zespół jest w mieście co pół roku.

Nazwę swojego zespołu zaczerpnąłeś z tytułu wspaniałej płyty Gorguts. Nie mogę na koniec nie zapytać, jak podoba ci się „Colored Sands”.

Na tej płycie nie grają już tak dziwnie jak kiedyś. Widziałem ich na żywo w zeszłym roku, poznałem Luca Lemaya i cały zespół. Przemili ludzie, a ich ostatnia płyta zabija. Nie słucham jej dzień w dzień, bo to bardzo wymagająca muzyka, ale rządzi.

Autor: Maciej Krzywiński
Zdjęcie: Relapse records