NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




EKSTREMALNE ZMYŚLI 06 (1984)

Aktualizacja 2 (04-09-2015)

To rozkrok, zobrazowany w książce Georga Orwella „Nineteen Eighty-Four” (opublikowanej w 1949), w której autor przedstawia – na bazie rozwoju idei komunizmu – przyszły układ świata, oparty na systemie totalitarnym i ciągłych wojnach między trzema mocarstwami. System ten charakteryzuje ścisła hierarchia jego obywateli, poddanych wszechobecnej propagandzie i inwigilacji. Ronald Reagan i Margaret Thatcher doskonale wpisują się w ten obraz, dążąc do takiego systemu i mając wtedy za głównego wroga Związek Radziecki. Oboje doświadczają nieustannego pasma krytyki ze strony nurtu punk i hardcore, na co w przyszłości władze tych państw już nigdy nie pozwolą. Z jednej strony Oceanu docierają bowiem niewybredne życzenia śmierci prezydentowi USA i gloryfikacja Johna Hinckleya (niedoszłego jego zabójcy) w kawałkach kapel, którym przewodzą J.F.A., Demented Youth i The Crucifucks, a z drugiej – echa nieustannych ataków band The Exploited, Crass, Conflict czy Icons Of Filth na rząd premier Wielkiej Brytanii i jego uległość względem USA. Samej Margaret Thatcher – w październiku – udało się uniknąć śmierci od podłożonej przez IRA bomby w hotelu w Brighton, i dalej prywatyzować mienie państwowe, co wywołuje m.in. fale strajków górników.

mob 47 - karnavappen attack ep (1) 200x200Mob 47 (SWE) “Kärnvappen Attack” EP; trzech szwecyckich graczy rodem ze Sztokholmu i jego przedmieść (Täby) – Åke Henriksson, Christer „Chrille” Lindholm i Jörgen „Jögge” Ostgård – było jeszcze niepełnoletnimi, kiedy latem 1981 rozkroku założyło swoją pierwszą kapelę o fajnej – i przyciągającej uwagę – nazwie Speedy Snails.Czy już wtedy można było sądzić, że to właśnie szybkość stanie się ich obsesją? Uwielbienie, jakim wkrótce potem zaczęli darzyć Discharge i jego tfurczość, pogłębione fascynacją śfińskim i chłamerykańskim hardcorem, doprowadziło do narodzenia się kapeli, której potencjał w przekraczaniu granic, tych wtedy ustalonych, w tworzeniu ekstremalnej muzy jest niemożliwy do przeoczenia.

Jednak w 1981 rozkroku nic jeszcze na to nie wskazywało, choć rodzimy Headcleaners i jego EP-ka „Disinfect” stała się już zarzewiem budzącej się rewolucji w skandymawskiej muzyce.

Ślimaki wydawały dźwięki, waliły w bębeny i szarpały struny, czego wynikiem była mieszanka punka z hard rockiem, ale kiedy zagłębiły się w tfurczość prytyjskich kapel spod znaku „UK82”, rogi im zesztywniały z zachwytu, a skorupy odpadły. Chłopaki zmienili swoje oblicze, zamienili się częściowo instrumentami i latem 1982 rozkroku objawili się mieszkańcom stolicy pod nazwą Censur. Jedyne zarejestrowane przez nich demo przynosi skoczny i prosty, ale pełny wigoru, punk. Dwa numery z tej sesji – „Snutjavlar” i „Dalas” – trafiły (obok nagrań m.in. Poison Idea, Upright Citizens, Neos, Scapegoats, Dezertera i The Razor Blades) na legendarną składankę „Grevious Musical Harm”, wydaną w 1983 rozkroku przez charchangielski Xcentric Noise.

Jednak, równo rozkrok po powstaniu, Censur został wrzucony do lamusa, a na crustowej scenie Szwecycji pojawił się Mob 47, którego pierwszym, z wielu, frontmanów był MenTis.

Jedną z prawdopodobniejszych wersji, wyboru i przyjęcia akurat takiej nazwy dla kapeli, przedstawił Jögge, który wypatrzył ten napis na ścianie jakiegoś starego wojskowego magazynu, ukrytego w pobliskim lesie.

To niby nic nadzwyczajnego, ale mieć za to w swych szeregach kogoś tak utalentowanego, jak Åke, to już zrządzenie losu. A na dodatek jego starzy mieli w rodzinnym mieście kręgielnię, w której udało się wygospodarować pomieszczenie i założyć w nim niewielkie studio nagraniowe.

To miejsce otrzymało nazwę Bowling Studio(n), a na jego stanie widniał 4-ślad, na którym muzycy mieli możliwość rejestrowania swoich (a także i cudzych) wypocin, co też czynili, stając się chyba jedną z niewielu band na zaświecie, mającą – w latach 80. – tak dokładnie udokumentowane, kolejnymi zapisami, swoje istnienie.

Mob 47 posiada bowiem aż 8 rejestracji (nie licząc reha przed ostatnim koncertem z września 1987 r.) dokonanych w ciągu 5 lat swojego istnienia, z których większość została potem wydana oficjalnie i nieoficjalnie.

To daje ponad 70 nagranych numerów – nie licząc przeróbek Discharge, The Varukers, D.R.I czy B.G.K. – w tym 17 ponownie zapisanych, a czasem i kilkakrotnie.

Nie wszystkie kapele muszą fascynować rozbudowanymi i skomplikowanymi aranżami – mieć przerażającego wściekłością wokalistę, maksymalnie przesterowane brzmienie gitary, metaliczny bas i wirtuoza za bębnami – by stać się jedną z wiodących i rozpoznawalnych ekstremalnych grup na zaświecie.

Mob 47 jest doskonałym tego przykładem, utrzymanym w dodatku w schemacie „trzy akordy, darcie mordy” plus d-beatcie, jednak nigdy nie rozumiałem tej nieustającej potrzeby trzymania wiosła na wodzy, zawsze ciut z tyłu, za sekcją rytmiczną. Åke był liderem podczas istnienia kapeli, dlaczego więc nie skorzystał z prawa przywództwa i nie wysforował swojej gitary na czoło brzmienia? Nie wiem. Wtedy to ta kapela stałaby się bezsprzecznie już w I poł. rozkroków 80. najpotężniejszą bestią, miażdżącą wokół wszystko i wszystkich.

Ale do rzeczy…

Jesienią 1983 rozkroku czwórca z Täby – w składzie: Åke (wiosło), Jögge (katabas), Chrille (bębeny) i MenTis (wokal) – zarejestrowała swoje pierwsze numery. To brzmienie już w niczym nie przypomina tego, jakim emanował Censur, choć – z kolei – daleko mu było jeszcze do pełnych tonów Discharge, Headcleaners czy Anti-Cimex.

Wszystkie numery oscylują wokół minuty – poza dwuminutowym „Snutjävlar (Motherfucking Cop)” – i są utrzymane w średnio-szybkich tempach, czasem rozrywanych zwolnienieniem lub wytchnieniem, w środku lub w drugiej części numeru.

Utwory rozpoczyna krótsza lub dłuższa przygrywka – i choć przy pierwszych przesłuchaniach ma się wrażenie, że niemal każdy szybki numer brzmi podobnie – to z czasem dostrzega się w nich pierwsze jaskółki przyszłych ekstremalnych nalotów nut. W czterech numerach bębeniarz zaczyna blaścić, rezygnując z jednorodnego bicia w hi-hat i akcentów blachami, a w „Snutjävlar” i „Snobb (Snob)” pokazuje, że w zestawie ma półkoty i kocioł, w które również potrafi walić.

Najmocniejszym numerem tej sesji jest zdecydowanie „Snobb”, utrzymany w najżywszym, niemal czadowym, tempie, dwukrotnie rozbitym akcentami podczas refrenu i zakończony przejściami. Podobny układ i rytm mają „Totalmangel (Total Thrash)” i „100 döda Snutar (100 dead Cops)”, choć nie budzą już takich emocji, jak tamten.

Jednak tak naprawdę, to nie ma w tej rejestracji jeszcze wysokiego poziomu agresji, bo najostrzejszym jej twórcą jest… wokal. Z dość jednorodną manierą wykrzykuje słowa, wzmacniając ich przekaz w refrenach, bardzo rzadko wspomagając się chórkami („Fred och Rättvisa (Peace & Justice)”). Zaraz za nim sunie z gracją i smakiem katabas, będąc właściwie najżywszym i najbarwniejszym elementem tamtego brzmienia Mob 47. Wiosło trzyma się z tyłu, jakby wstydząc się swego dość rachitycznego brzmienia, wystawiając rogi w przygrywkach oraz dwóch solówkach.

Listę instrumentów zamykają bębny, z zagubionymi gdzieś w kącie blachami. Brzmią dość płasko i tępo, jakby Chrille walił w pudła, choć robi to zawsze pewnie i solidnie.

Wiem, wylewam pomyje na ich głowy, a przecież powinienem pamiętać, że to wszystko własnoręcznie stworzyły i zapisały dzieciaki, mające jeszcze niezbyt wielkie doświadczenie w penetracji ekstremy.

Najważniejsze, że oni też nie byli z tej rejestracji zadowoleni, bo tylko cztery utwory z niej przetrwały w następnych rozkrokach w ich repertuarze.

mob 47 - hardcore attack mc 200x200Wszystkie jedenaście kawałków ostatecznie złożyło się na debiutancki kaseton pt.: „Hardcore Attack”, którego 100 sztuk trafiło na rynek pod koniec 1983 rozkroku. A po kilka numerów z tego wydawnictwa znalazło się – jeszcze w tym samym rozkroku – na rodzimych („Varning för Punk 2”TP, „KASS 2”TP) oraz międzynarodowych składankach („Stepping Stone to Insanity”TP).

Co jeszcze interesujące, to że początkowo (w latach 1983-84) teksty dla kapeli pisał Per Lundström – wokalista grupy Agoni – kumpel Åkego, z którym ten współtworzył formację Discard (debiutującą demówką „Four Minutes past Midnight” w 1985 r.).

Jego fascynacją tfurczością Discharge odbija się w tekstach Mob 47, potępiających wojnę i wszelką zbrojną agresję, krytykujących elementy władzy, tworzące i strzegące systemu oraz przeklinających religię – twór służący zniewoleniu jednostki, prowadzący do konfliktów i wywołujący nienawiść i uprzedzenia wśród ludzi. Żąda praw dla zwierząt, traktowanych jak rzeczy, służące badaniom i konsumpcjonizmowi; wykpiwa materializm i sławę a także gani wszelkie bogactwo zdobyte kosztem niedoli i biedy milionów ludzi i rodzin na całym zaświecie.

W lutym 1984 z szeregów kapeli zostaje usunięty Mentis a jego miejsce przed mikrofonem dzielą między sobą Åke i Jögge. Chłopaki mają próby raz na tydzień, jednak do tej pory nikt ich nie widział grających „na żywo”.

Sztokholmska scena nie była jeszcze wtedy tak rozległa i ekstremalna – kiedy w Hedemorze, Fagerstcie czy Goteborgu swoje penetracje prowadziły już Asocial, Crude S.S., Tatuerade Snutkukar [TA.S.K.] oraz Total Armsvett – i brakowało na niej kapel grających „kangcore”, znaczy crust. A „mangel”, znaczy thrash, czyli czad, był podstawą tego brzmienia.

Mogłoby więc się wydawać, że Mob 47 – zafascynowane d-beatciem i brytyjskim Discharge – pójdzie tą narzucającą się drogą, rywalizując z goteborskim Anti-Cimex, ale, na szczęście, tak się nie stało.

Co jednak spowodowało, że w ciągu zaledwie sześciu miesięcy – i przy użyciu minimalnych środków wyrazu – te dzieciaki przeistoczyły się w aż tak dojrzałe i oszalałe w swej wściekłości monstrum?

Wydaje mi się, że odpowiedzią na to jest talent, determinacja i muzyka hardcore, co w połączeniu z brzmieniem crust dało tę piekielnie ekstremalną mieszankę, do której najlepiej pasuje określenie hardcore thrash.

Nim jednak przyszło mi się o tym przekonać, najpierw tercet zadebiutował, 10-ego marca 1984 r., koncertem w klubie Bunkern w Hedemorze – oddalonej o 200 km od stolicy – będąc wymienionym na liście obok grup Asocial i Distrust. Od tego momentu Mob 47 zaczęło grać sztuki już raz na 2-3 tygodnie, gromadząc na swoich koncertach coraz więcej widzów i fanów.

Natomiast w kwietniu, a dokładnie 7-ego, chłopaki weszli do swojego mini-studia, gdzie nagrali 22 kawałki, w tym 18 nowych. Ich łączna długość to około 19 minut, z czego większość utworów nie trwa nawet minuty, a najdłuższym jest „Animal Liberation”, który prezentuje swoje dźwięki aż przez 2:13.

Ponadto ta sesja przynosi pierwszą na świecie kompozycję, trwającą poniżej dziesięciu sekund („Nedrusta nu (Disarm now)”). Trzeba też zdać sobie sprawę z tego, że prawie 2/3 wszystkich utworów rozpoczyna przygrywka, więc cała mięsna ich zwartość i zawartość oscyluje wokół 30 sekund.

Żeby to jeszcze jaśniej przedstawić, wspomnę o 4-ech kawałkach, które przetrwały z pierwszego oblicza Mob 47 i zostały tutaj po raz drugi nagrane. Każdy z nich jest wykonany o wiele bardziej agresywnie i o wiele szybciej niż w oryginale, tak, że z każdego numeru udało się „uciąć” po 10 sekund, co w przypadku najkrótszego („Krigshot (War Threat)”) i najdłuższego („Dom ljuger (They’re lying!)”) daje „oszczędności” w zapisie w 19-stu, a w przypadku „Snobba” nawet 21%!

Już ten wstęp winien Was zaintrygować i dać przedsmak masakrze, której dźwięki rozchodzą się po całym ciele – od pierwszego do ostatniego kawałka – z prędkością do tej pory nieznaną na Starym Kontynencie.

Te powyższe dane po przełożeniu na emocje i poziom wściekłości niezmiennie podnoszą mi puls do granic kardiologicznych tabel, zmuszając całe ciało do wierzgania kończynami i rzucania głową w niekończącym się tańcu świętego Wita.

Uzyskane tu brzmienie nie da się porównać z debiutanckim „Hardcore Attack”, bo prawdziwym atakiem jest właśnie ten. Wiosło wreszcie tryska odwagą i daje niewyobrażalnie popalić moim zmysłom, non-stop rżnąc pięciolinię w obu kanałach, pozwalając sobie dwukrotnie na dzikie solówki. Te proste akordy i riffy mają w sobie tak niebywale ogromny ładunek energii i niosą z sobą takie zniszczenie, że zawsze ich słucham z rozwartą gębą, pozwalając tym żrącym dźwiękom przewietrzyć, oczyścić i zregenerować moje trzewia mózgowe, zbrukane codziennym słuchaniem nowoczesnych, cyfrowych produkcji.

Gitarzyście, krok w krok, towarzyszy katabas – z jednej strony – dociążając i wypełniając po sufit swym bombastycznym brzmieniem całą strukturę utworu, a z drugiej – wzmacniając ostrzał, jakiego dokonuje wiosło. W pierwszej części (1-9) sesji bas jest nieco cichszy, niż w drugiej (10-22) i ja wolę to jego ostatnie ustawienie. Natomiast bębeny są wreszcie w całości sesji czytelne, a ich bicie rozpoznawalne. Chrille ze znawstwem i smakiem używa d-beatcia, cały czas okraszając je cięciami blach, układającymi się często w poharatane blasty (w formie, w jakiej ja je rozumiem). Wszystko robi bardzo szybko, bez cienia tremy i jakichkolwiek wahnięć, będąc maszynerią, której suwu i tempa nie sposób przerwać. Podobne wrażenie robią wokale, zarówno ten Åkego – silniejszy, wyższy i częściej używany – jak i Jöggego – niższy i rzadziej słyszany. Oba emanują tak wysokim poziomem łatwopalności i wybuchowości, wyrażanym stopniem koncentracji słownej mieszanki frustracji, krytyki, wściekłości i nienawiści, że w ich wchłanianiu zbędne jest już posiłkowanie się jakimikolwiek dodatkowymi używkami.

Kto by pomyślał, że to kapitalne, druzgoczące brzmienie Mob 47 jest dziełem trzech chłopaków! I to nie tylko zasługa ich zdolności technicznych, nabytych w tak krótkim czasie, ale także i samych pomysłów na rytm i aranżacje.

Każdy z tych numerów jest bowiem melodyjny i ma w środku struktury jeden lub dwa refreny należycie podkreślone akcentem bębenów lub zduszeniem niektórych instrumentów. Słucham więc ich wszystkich zawsze kilkakrotnie z ogromną przyjemnością i frajdą, bez cienia irytacji czy wymuszenia. I co rusz znajduję w ich szaleńczym biegu jakieś nowe, dotąd nie odkryte, smaczki.

Do najciekawszych – pod tym względem – zaliczam „Res dig mot Överheten (Rise up against the Powers)”, „Religion är Hjärntvätt (Religion is a Brainwash)”, „Lögner (Lies)”, z bodzącym basem i wspaniałą solówką, oraz „Snobb” z kapitalnym zagęszczeniem d-beatcia przez hi-hat.

Natomiast listę tych najbardziej ekstremalnych – pod względem tempa i zwartości – otwiera „Kärnvapen Attack (Nuclear Attack)” i „Det ar up till oss (It is up to us)”, a zaraz za nimi „Dom ljuger”, „Vi kan (We can)” oraz „Fred och Rättvisa”.

Chyba też nie będzie dla nikogo dziwne, że w tej powodzi, eksplodujących co sekundę, wiązek decybelowych granatów zwrócą na siebie uwagę dwa najdłuższe i najwolniejsze kawałki. Pierwszy, „Animal Liberation”, wypełnia majestatyczny pochód nut, którym tempo nabija bębeniarz waleniem w kocioł i werbel, nie stroniąc od przejść i akcentów. Drugi, „Det händerdig Med (It happens to You)”, pozostał niedoceniony, a szkoda, bo choć podobnie zaaranżowany to zupełnie inaczej, ciekawiej, śpiewany.

Natomiast, co do tekstów, to już wcześniej omówiłem ich ogólną tematykę, której potwierdzenie znajdziecie w powyższych tytułach utworów. Jak widać jest w nich też teraz i miejsce na werbalny przekaz skierowany do fanów – całej społeczności punków i wyrzutków społecznych, którym uświadomienie potencjału – jaki w sobie niosą – pozwoliłby im zmienić beznadzieją rzeczywistość, w jakiej wegetują.

Pierwszych dziewięć kawałków tej legendarnej sesji stworzyło debiutancką EP-kę Mob 47 zatytułowaną „Kärnvapen Attack”. Opatrzona logiem własnego wydawnictwa – Röj Records – pojawiła się na rynku wiosną 1984 rozkroku, najpierw w nakładzie 466 sztuk, a potem dodatkowych 1200. Sprzedawana była głównie w Skandymawii, chłAmeryce i Benefuksie. Oficjalnie została dotłoczona w 1989 r. (przez Uproar Records), a potem w 2007 (przez Havoc Records).

5-ego maja 1984 szwecycki tercet zagrał po raz pierwszy w stolicy, w klubie Ultrahuset, a jego występ został nawet zarejestrowany. I choć jakość zapisu nie jest najlepsza – bo brzmienie wioseł nieustannie pływa, to wychylając się, to chowając w szeregu – to sama muzyka broni się wystarczająco. Słychać, że wraz z mijającym czasem widzowie nabierają wigoru i co raz bardziej spontanicznie reagują po każdym skończonym numerze. Jedynym zaskoczeniem był dla nich „Det ar up till oss” – jeden z najkrótszych w repertuarze – więc kiedy nagle zamilkł publika nie zareagowała, myśląc, że to jego taka budowa i za chwilę znowu wybuchnie decybelami.

mob 47 - ultrahuset massacre lp 200x200Zapis części tego koncertu pojawił się już w 1986 rozkroku na bootlegu „Ultrahuset Massacre”, wydanym w nakładzie 400 kopii, natomiast w całości można go znaleźć na dwupłytowym wydawnictwie „Ultimate Attack” (2004).

Latem 1984 rozkroku o kapeli robi się już głośno nie tylko w rodzimym kraju – a to za sprawą wywiadów w fanzinach takich, jak choćby „Asocial”(nr 1), „Distad”(nr 2) czy „Ettnoll ett”(nr 2) – ale i za Oceanem.

W lipcu – w chłamerykańskim piśmie „Maximum Rock’n’roll” – ukazuje się bowiem bardzo pochlebna recenzja EP-ki autorstwa Jeffa Balea, na której efekty nie trzeba długo czekać. Tytułowy numer z krążka zostaje umieszczony – jesienią tego samego rozkroku – na legendarnej dwupłytowej składance „P.E.A.C.E./War”, wydanej przez chłamerykańskie wydawnictwo R Radical Records, prezentujące najbardziej charakterystycznych artystów i zespoły z całego zaświata, których zjednoczyła ta sama idea.

mob 47 - sjuk varld mc 200x200Reszta nagrań (dwanaście bez „Det händerdig Med”) z tej epokowej kwietniowej sesji stworzyła kaseton „Sjuk Värld (Sick World)” firmowany przez wydawnictwo Ägg Tapes.

Cztery numery z tego taśmociągu trafiły na rodzimą, renomowaną już wtedy, winylową składankę „Really Fast vol.2” (styczeń 1985), a kolejnych pięć na międzynarodowy album – firmowany przez Pusmort Records – „Cleanse the Bacteria” w jego wersji LP+12”EP.

Inne chłamerykańskie wydawnictwo, Bad Compilation Tapes, wykorzystało z kolei 9 z nich na kasetonowej składance „I thrash therefore I am” (wydanej w lutym 1985), a po kilkunastu miesiącach kolejne 2 znalazły się na ich kompilacyjnej EP-ce zatytułowanej „I’ve got an Attitude Problem”.

Wybrane numery z całej rejestracji pojawiły się także na kasetonowych składankach takich, jak „Lärmattacke 2” (Anti System Tapes), „Hauptkampflinie” (Höllenqual Zine), „Extreme Noise 1” (Extreme Noise Fanzine), „Fa framtida Tilbake” (Humbug Tapes), „Swedish Punk” (T.O.T.), „Kloak Mix 3” (Spunk Tapes), „Punk för Faan #1” (PFF Tapes) czy francaskiej „Deflagration”.

I co Wy na to wszystko powiecie?

Wydawałoby się, że Mob 47 jest u szczytu popularności, więc czas zacząć odcinać od niej kupony i cieszyć się życiem… Nic bardziej mylnego!

Bowiem to, co do tej pory usłyszeliście, nie jest ostatnim poziomem ekstremy, jaki ten tercet w ostateczności osiągnął. Ktoś nie wierzy?

Jeszcze tego samego rozkroku Åke i Chrille, w towarzystwie kantora Per Thunella i katabasa Oli Stralina, stworzyli studyjny projekt Protes Bengt – bodajże najszybszy wtedy bend na świecie (ale o nim kiedy indziej powiem), natomiast już w styczniu 1985 rozkroku Mob 47 nagrał nowe numery, z myślą o kolejnym wydawnictwie, zatytułowanym „Stockholm’s Mangel”.

Siedem kawałków w osiem minut. W dodatku wszystkie są szybsze od swoich poprzedników, oscylując długością wokół minuty. Po prostu muzyczne piekło! Słychać, że muzycy czują się już bardzo pewnie, szarpiąc i waląc rękami – z oszalałą dokładnością – swoje instrumenty. Nie dość, że potrafią narzucić dźwiękom niewyobrażalnie szybkie tempo, to jeszcze wcale im nie zależy na skracaniu ich struktury, ale na wydłużaniu.

Stąd uległ zmianie podstawowy schemat aranżacji, rozszerzony o drugi refren przed wstrzymaniem galopu i zduszeniem rozbrykanych nut. Doszły zjazdy po gryfie obu wioseł, wspaniale podkręcające ostatnie chwile oddechu przed ostatecznym wybuchem rozszalałych decybeli.

Każdy utwór nadal rozpoczyna przygrywka (choćby i w postaci wielokrotnego nabicia) a refren mocno akcentują bębeny.

Wokal jest mocny i czytelny, tak jak reszta instrumentarium, choć Chrille wali w garnki już tak prędko, że do końca nie wiem, czy to jeszcze standardowy d-beat czy coś nowego, dotąd przez nikogo nie wymyślonego i nie granego. Już mi nawet trudno – w ich rytmie – rzucać głową i kończynami, by sobie ich nie uszkodzić.

Bo, naprawdę, każdy numer w tej sesji porywa mnie zarówno swoją skondensowaną agresją, co piekielnym rytmem, nie tracąc – przy tym – ani na chwilę melodyjności. Wśród szwecyckojęzycznych pojawiły się już dwa ganglojęzyczne – „Why must They die” i „Innocent Victims” – jednak tematyka wszystkich pozostaje nadal ta sama, przepełniona bólem i tragedią konfliktów oraz kipiąca wściekłością na system, w którym przyszło im żyć.

Jeśli już miałbym koniecznie wskazać, wśród tych siedmiu, któryś najlepszy, to mój wybór padłby na „Tänk på Barnen (Think about the Children)”, którego refren – z bardzo dosadnym wokalowym akcentem – niezmiernie przypadł mi do gustu.

„Stockholm’s Mangel” – który dzisiaj nazwano by 3-Way splitem, firmowało znowu wydawnictwo Ägg Tapes – na którym, obok tercetu z Täby, znalazły się numery zaprzyjaźnionych band z sąsiedztwa (Crudity) i okolicy (Agoni).

Wybrane nagrania z tej sesji zostały należycie docenione i wykorzystane przez inne, małe wydawnictwa, które umieściły je – na przestrzeni rozkroku 1985 – na swoich kasetonowych składankach, by wymienić choćby „Hideous Headchop’n” (Mothra Prods), „Raw Power of Life 2” (ALK), „Cultural Compost Pit” (Mothra Prods) oraz „Infernal Noise” (?).

„Stockholm’s Mangel” został ponownie wydany, tym razem w formie CD, w rozkroku 2000, a jego zawartość poszerzono o kilka numerów Mob 47 oraz o nagrania Discard, Röjers oraz Protes Bengt – kapel, w których Åke i Chrille maczali swoje członki.

Ledwo udało mi się przeżyć styczniową sesję, a już w lutym dochodzi do następnej. Muzycy grają tak szybko, że Åke – zapewne ze względu na koncerty – włącza do składu nowego kantora – Robbana. To z nim Mob 47 – przez kolejne pięć miesięcy 1985 rozkroku – aż trzykrotnie rejestrowało swoje nagrania, w tym 4 nowe i przeróbkę „Arms Race” hałolenderskiego B.G.K.

Spośród tych dotąd nieznanych największą uwagę przykuwa minutowy „Varför håller vi Käft (Why do We jaw?)” – z obowiązkową przygrywką oraz czadowym nadzieniem, którego smak podbija jeszcze wokal w refrenach – oraz „Racist Regime”, ganglojęzyczny i wyjątkowo długi (2:19). Choć długi, to wcale nie wolniejszy, ba, nawet jeszcze bardziej agresywny w tempie i szalony w rytmie od poprzednika. Długa przygrywka przekształca się po 25 sekundach w tajfun dźwiękowego napalmu, którego straszliwie wściekły strumień słabnie jedynie dwukrotnie pod koniec refrenów. Potem ta miażdżąca fala wypala się, tracąc zabójcze tempo i przez kilkanaście sekund daje mi odetchnąć, nim muzycy załadują amunicję, której detonację ogłasza solówka, rozpościerając przez głośniki kolejny miażdżący i żrący dywan płonących decybeli.

Natomiast, co do kawałków z starszego repertuaru, to część z nich została zagrana jeszcze szybciej niż ostatnio. Natomiast inne tylko pozornie stały się dłuższe, a to dzięki włączeniu do nich przygrywek, których wcześniej nie miały, a które doskonale podsycają ogień, będący detonatorem znajomych akordów i riffów. Wystarczy posłuchać „Ingen Framtid (No Future)”, by zrozumieć, o co mi chodzi. Z kolei, najkrótszy dotąd „Nedrusta nu”, wydłużył się do 17-stu sekund, a to za sprawą powtórzenia jego (dotąd) jedynej części.

To dowód na to, że kiedy maszyneria, zwana Mob 47, ruszy, to nie da się jej już tak łatwo zatrzymać.

Odnoszę także wrażenie, że Chrille – coraz częściej – nie gra już d-beatciem, bo jest ono dla niego za wolne, ale też i nie używa dwóch stóp do stworzenia tego miażdżącego pasażu. To, co bije, jest jakimś jego własnym wytworem, niesamowicie energetycznym i niebywale żywiołowym.

mob 47 - birkagarden comp lp 200x200Cały bend wydaje się być w doskonałej formie, co dostatecznie potwierdzają ich nagrania koncertowe. Co prawda ze sztuki, którą zagrali 6-ego października w klubie Birkgärden – obok Asta Kask i Roland Gosskor – przetrwał na składance „Birkgärden Gärdet” tylko numer ”Dom styr våra liv (They control our Lives)”, ale za to ta z 9-ego grudnia – zarejestrowana w Ultrahuset – zachowała ich już 17, stając się po rozkrokach częścią bootlegu „Stop the Slaughter” (2003).

Natomiast kilka utworów z lutowej sesji pojawiło się na pierwszych dwóch częściach składanki „Let’s burn” (Let’s Burn Tapes).

Mijają kolejne miesiączki.

Kolejnym frontmanem Mob 47 zostaje, na początku 1986 rozkroku, Tommy Moberg z kapeli Crudity, z którym bend dwukrotnie zarejestruje w studiu swoje wypociny i który będzie jego członkiem już do końca.

Pierwsza, marcowa, sesja przynosi dziesięć doskonale znanych i ogranych kawałków, tyle że po raz pierwszy – i niestety, jedyny – rejestracja nie została tu pozbawiona tak wielu niskich tonów, co zwykle. Dzięki temu stała się niebywale mięsista w strukturze, tłusta w brzmieniu i potwornie agresywna.

Gdyby każda z dotychczasowych rejestracji sięgała tonami takich nizin, mielibyśmy do czynienia z czymś dotąd niespotykanym, z prawdziwą rzezią dźwięków, której flaki i krew bryzgałyby wokół z prędkością rozszalałej piły mechanicznej, której napęd tworzy gardło, ręce i nogi czterech szwecyckich szaleńców. Dwa utwory z tej rejestracji znalazły się – jeszcze w tym samym rozkroku – na kompilacji “Disarm or die vol.1” (Napalm Tapes).

Druga sesja ma miejsce w październiku i – obok trzech znanych wszystkim kawałków – przynosi dwa nowe numery: „Respect the Different” oraz „En Värld utan liv (A World without Life)”. Oba oscylują długością wokół półtorej minuty i nie są już takie ekstremalne w brzmieniu i tempie, jak nowości z ostatnich dwóch rozkroków. Zresztą cała rejestracja już tak nie porywa, jak te poprzednie.

Czyżby jej tfurcza zawartość była potwierdzeniem tarć, których zaczyna doświadczać cała maszyneria, której dotychczasowe tryby działały bez zarzutu? Chyba tak. Zresztą podczas tej rejestracji katabasem jest już Nicklas „Nicke” Engwall, bowiem Jögge coraz częściej ucieka na zwolnienie.

Staje się jasne, że Mob 47 powoli traci impet i musi szukać świeżej krwi, bo padnie. Ale nie jest to takie łatwe…

We wrześniu 1987 r. kapela dokonuje rejestracji swojej próby przed koncertem – obok Anti-Cimex i Disarm – która pokazuje, że zespół jest nadal w świetnej formie, której niezmiennymi filarami pozostają doskonałe zgranie i twórcza wściekłość. Szalone tempa – będące wizytówką tych szwecyckich piekielników – nic nie straciły z agresji i opętania, a nawet w kilku przypadkach wydają się być jeszcze bardziej szaleńcze (jak choćby w „Nedrusta nu”).

Dlaczego więc ten koncert okazał się być ostatnim w historii Mob 47?

Dlaczego, do cholery!?! A bo Jögge został ojcem i znudziło mu się (na razie, jak się okaże) granie w kapeli.

Åke, nie znalazłszy na jego miejsce godnego następcy, zawiesza istnienie Mob 47 i przenosi swoje śmieci do Malmö.

mob 47 - ultimate attack dcd 200x200W rozkroku 2004 japańska firma Speedstate Records wydała niemal pełną audiografię Mob 47 („Ultimate Attack”2CD), wzbogacając rejestracje wszystkich sesji i prób o przeróbki i nowe numery zapisane jedynie przez Åkego lub w duecie z Chrillem, a także dołączając koncert w klubie Ungdomhuset z maja 1984.

To wydarzenie, czyli płyta DCD – przy której tworzeniu musieli brać udział i Åke i Chrille – stało się impulsem do reaktywacji Mob 47. Chłopaki, nie, już nie chłopaki, a faceci, zaproponowali stanowisko katabasa Johanowi Wallinowi (brzdąkaczowi w kapelach General Surgery i Bombstrike) i zaczęli wskrzeszać przedwcześnie pogrzebany geniusz.

Ale z początku nic z tego nie wyszło.

Ponownie próbują więc latem 2005, już z lepszym skutkiem. Następnie, naciskani przez kumpli oraz fanów Mob 47 na całym zaświecie, decydują się dać koncert, najpierw nieoficjalnie (28-ego kwietnia 2006 r.), a w niecały miesiąc później – z przytupem i z przyświstem, w sztokholmskim klubie Debaser. Wokalistą zostaje Jörgen, którego po kilku miesiącach zmienia za mikrofonem marnotrawny Jögge (aka Jugga) i cała czwórca rejestruje latem 2007 r. – w tym samym „Bowling Studion” – swój pierwszy materiał po reaktywacji, a następnie – we wrześniu – rusza na 3 koncerty do gAnglii.

mob 47 - dom ljuger igen ep 200x200Niestety, w listopadzie Jugga definitywnie daje nogę, nim jeszcze krążek „Dom ljuger igen (They are lying again)” ujrzał światło dzienne.

Szkoda, bo ta EP-ka jest kapitalna.

Naprawdę, mało która kapela ma u mnie jakiekolwiek szanse po reaktywacji, dlatego podchodzę do jej nowych tworów z ogromną rezerwą. Szczególnie że podczas jej pobytu w grobie każda scena, a ta ekstremalna przede wszystkim, ciągle rozwija się, zmieniając oblicze i cechy swojej muzyki.

Reaktywacja trupa wiąże się przecież z przywróceniem brzmienia kapeli sprzed lat. W najlepszym razie zostanie ono poprzedzone przedrostkiem „old-school” i przyjęte do wiadomości, lecz bardzo rzadko ma szansę konkurować z jego nowoczesnymi odpowiednikami, a nawet je zdystansować.

W przypadku Mob 47 ten wyjątek właśnie ma miejsce.

Åke i Chrille ekshumowali bestię w niesamowicie świeży i fascynujący sposób, odtwarzając wiernie jej najlepsze cechy, następnie wzbogacając brzmienie o najbardziej ekstremalne elementy tfurczości projektu Protes Bengt, którego również byli motorem. To, co z tego wyszło, słychać na krążku „Dom luger igen”, na którego zawartość składa się 8 numerów, trwających 510 sekund. Użycie sekund jest tu wskazane, bowiem czas każdego kawałka jest tu pojęciem względnym, kiedy znalazło się w centrum akustycznego piekła.

Wszystko rozpoczyna się ponad półminutową przygrywką – tworząc wokół mnie złudną atmosferę spokoju i bezpieczeństwa – która w 37-ej sekundzie rozpada się, kiedy w moją czaszkę rąbie piorun setek decybeli, którymi napakowany jest pierwszy numer na liście – „Deathrow”. Jego potwornie czadowe tempo z siłą cyklonu wciąga mnie w wir nieustającej rzeźni nut, z których każda drga i rzuca się po pięciolinii w agonii, potwornie zdeformowana przesterem wiosła, zmiażdżona ciężarem basu, obita bębenami i pokaleczona ciągłymi cięciami blach. Ta masakra wcale nie kończy się minutę potem wraz z zamarciem utworu, bowiem krótkie spięcie powodowane nabiciem lub przygrywką generuje kolejne wyładowania niebywale energetycznych ładunków, którymi przepełnione są kolejne cztery ekstremalnie czadowe numery. Następnym na liście jest „Brutal Nedladding (Brutal Download)”, najdłuższy na tym krążku (120 sek.) i najcięższy. Dzięki aranżacyjnym wyrwom, jakie pojawiły się w strukturze drugiej części tego numeru, znajduję chwile, by wziąć cztery oddechy i wylizać rany, bowiem chwilę potem nabicie już wywołuje kolejną nawałnicę dźwięków dwóch ostatnich kawałków, których gęstość i zjadliwość druzgocze moją świadomość, poniewierając moim sparaliżowanym korpusem, jak rekin krwawiącą ofiarą.

Każdorazowo, kiedy udaje mi się ocknąć, wbity i wprasowany dźwiękami w kąt pokoju, staram się określić dokładnie wszystkie wrażenia, jakich doznaję, słuchając tego krążka, więc włączam go znowu, oddając się tym masochistycznym torturom, jakie on ze sobą niesie.

Czy kiedykolwiek uda mi się wyartykułować przeżycia, jakich dostarcza mi Mob 47 na krążku „Dom luger igen”? Niech zbiorę myśli…

Produkcja jest nieco brudna i nie do końca czytelna, jednak trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę tłok, jaki panuje na pięciolinii.

Wiosło – po raz pierwszy – jest wreszcie instrumentem wiodącym, przygniatając sobą nawet wokal. Rozpycha się akordami po większości przestrzeni, nawet tam, gdzie jest miejsce zarezerwowane dla innych. Katabas nie daje mu się – jest przecież w bandzie od niedawna – i odpiera jego ataki, pokrywając atmosferę nieustanną, dywanową nawałnicą bombastycznych drgań. W tym rozszalałym akustycznym tajfunie starają się znaleźć bębeny oraz wokal, jednak często muszą dać za wygraną i pozostać w t(y)le.

Jedynie chórkom udaje się wyjść na czoło stawki, powodując, że refreny brzmią tak niesamowicie dosadnie i jeszcze dodatkowo nakręcają szaleńcze tempa kolejnych sekund.

To wszystko wygląda na bezkompromisową walkę na śmierć i życie, w której muzycy strzelają całą zawartością magazynków swoich instrumentów, chcąc pozbawić tchu każdego, który stanie na drodze ich dźwiękom. Robią to technicznie znakomicie i – co najważniejsze – nigdy nie gubiąc melodii. To dzięki niej ta gigantyczna masa decybeli jest tak łatwo wchłaniana przez mój organizm, doprowadzając zmysły do euforii, jednocześnie uzależniając od niej dalsze funkcjonowanie organizmu i paraliżując jego bariery odpornościowe.

Do tego trzeba jeszcze dołożyć teksty, które Jögga oraz Åke i Johan wywrzeszczają z niesamowitą pasją i gniewem. Ich treści niosą bowiem ze sobą ogromny ładunek emocji, dlatego bluzgające jadem słowa aż parzą zmysły obrazami dzisiejszych czasów, wśród których jest skorumpowany system sądowniczy, ekshibicjonizm fizyczny i psychiczny w imię popularności za wszelką cenę, nieuchronna zagłada świata, bezcelowość i bezsens życia, pedofilia czy bezsensowne i kosztowne polityczne wybory do władz.

Nie zdziwi więc teraz nikogo moja opinia, plasująca krążek „Dom luger igen” na szczycie ekstremalnych wydawnictw minionego dziesięciolecia tego wywieku.

Członki Mob 47 też nie mają wątpliwości, że warto było reaktywować trupa. Poza frajdą ze wspólnego komponowania i grania to także 17.000 wejść na ich stronę mob47.se w kilka miesięcy 2009 rozkroku oraz propozycje koncertów niemal na całym zaświecie. Grali je więc najpierw w Ł-ropie, potem w chłAmeryce, Kanałdzie (2010), znowu w Ł-ropie, następnie w Japanii (2011, z których wybrane kawałki trafiły rozkrok później na 12-calowy split „Made in Japan”), znowu w USA (2013), w oBrazylii (2014), a wreszcie i w Australopitekii i klOceanii (maj 2015).

Szkoda tylko, że poza wspomnianą EP-ką nic dotąd nie zostało zarejestrowane studyjnie do użytku wszystkich fanów ekstremalnego grania.

Åke, zróbże coś z tym!

stark raving mad - mx 12ep cover (1) 200x200Stark Raving Mad (US) “MX” 12”EP; to jeden z najbardziej prześladowanych przez pech i niedocenionych bendów w historii muzyki hardcore, a jeden z prekursorów ekstremalnych brzmień, przezwanych wiele rozkroków później mianem „powerviolence”.

Jesteśmy w chłAmeryce, a dokładniej w Houston w Teksassie.

Czterech kumpli – Jeff ‘Spunge Sponge Oid’ Tunches (śpiewak), Steve Hershon (bębeniarz), Charles (wioślarz) i Barry D’Live (katabas) – czując się sprowokowanym do rywalizacji przez sąsiedzkie D.R.I., zakłada tam, w 1982 rozkroku, hardcorową kapelę Pissed Youth!

Zamierzają stawić im czoła na polu jak najszybszego i najbardziej ekstremalnego grania, jednak, w przeciwieństwie do Imbecyli, te dzieciaki nie miały tyle, co one, samozaparcia, szczęścia i asertywności.

W drugiej połowie tamtego rozkroku D.R.I. rejestruje swoją epokową EP-kę “Dirty Rotten”, a Doomsday Massacre – inni kumple z okolicy – “Wake up or melt down”.

Natomiast Pissed Youth! nic…

W mieście istniało Wooden Studios – gotowe rejestrować każde hardcorowe wytwory – było też wydawnictwo C.I.A. – prowadzone od 1979 roku przez muzyków punkowego Really Red – dlaczego więc nigdy w ich pomieszczeniach nie pojawiła się nasza poirytowana młodzież? Nie miała forsy? A nawet pomysłu na nią??

Podobno chłopaki zarejestrowali demo, tyle że albo było do bani albo nie zostało należycie wypromowane, bo nie ma po nim śladu w historii bendu i sceny hardcore. Nie ma w niej – w tamtym czasie – także śladu po jakichkolwiek oficjalnych czy nieoficjalnych rejestracjach koncertów czy nawet wywiadach radiowych z Pissed Youth!

Nic dziwnego, że cała czwórca czuła się wkurzona na wszystko i wszystkich.

Z tego, co wiadomo na pewno, to że ta banda musiała często cenzurować swoją nazwę, skracając do PY! lub P. Youth, by zagrać sztukę.

Zachowały się dwie informacje z tego okresu (z początku 1983 r.), dokumentujące jej występ w rodzinnym Houston, w klubie „The Island”, 29-ego stycznia – obok D.R.I., Red D i P.I. – oraz 11-ego lutego, w towarzystwie MDC, The Offenders i D.R.I.

Wiadomo również i to, że Steve i Colleen (siostra Spika Cassidy z D.R.I.) mieli się ku sobie.

I tak, jeszcze w 1982 chłopaki pomagają swoim konkurentom przy wydaniu ich „Dirty Rotten”, a kiedy tamci opuszczają miasto i wyjeżdżają do San Francisco, trzymają rękę na pulsie. Wspólny znajomy – Kevin Bacos – przygotował projekt koszulki dla Pissed Youth!, która się potem drukuje razem z t-shirtem D.R.I. Kiedy do chłopaków dociera wieść o cenie, jakiej żądają Imbecyle za swój rękawnik skacze im gula, odżywają dawne animozje i niedawna rywalizacja przeistacza się w nienawiść. Dobitnym jej wyrażeniem jest tekst utworu „Capitalist Cunts”, dedykowany Kurtowi i Ericowi Brechtom, a kpiący, po części, z ich sztandarowego kawałka „Capitalist suck”.

Wnerwiona czwórca rusza tropem swych konkurentów, jednak głównie z myślą, by wreszcie odmienić swój podły los. Tam, w San Francisco, mieszkają i ćwiczą w Beer Vats – kultowym, punkowym i hardcorowym azylu – stworzonym przez syna właściciela tego terenu, na którym przez 60 lat działał browar – najpierw Rainier Brewery Co. – a potem The Hamm’s.

Z tyłu centralnego budynku, na którym zamontowano – największe na Zachodnim Wybrzeżu – iluminujące logo, znajdowały się, na kilku piętrach, ogromne kadzie do wyrobu piwa. Obiekt miał prąd i wodę, więc z czasem – i w zgodzie z etyką DIY – przystosowano te gigantyczne pojemniki, jako miejsca zdatne do życia i grania. Przyjezdne wyrzutki – przezywane „Vat Rats” – niezwykle ceniły sobie to lokum, bo cena za wynajem była niska, a frajda z życia w nim – niesłychana.

Pissed Youth! żyło tam jednak tylko parę miesięcy dopóki Barry nie porzucił basu i zdezerterował, zasilając szeregi znienawidzonego D.R.I.

Chłopaki – wściekli i przybici – wrócili więc do Houston, gdzie zaangażowali katabasa z rozwiązanego właśnie Doomsday Massacre – Raidyego Kilowatta.

To była ich pierwsza współpraca i niestety nieudana.

Jego pozycję przejmuje następnie Sam ‘Blanton’ Salmon – bębeniarz, jego kumpel – i wreszcie coś się zaczyna kleić.

Latem 1983 rozkroku Pissed Youth! ponownie opuszcza swoje rodzinne strony i jedzie szukać szczęścia na Wschodnie Wybrzeże, do Nowego Jorku.

Muzycy mieszkają w obskurnym domu, gdzie wynajmują pokoje skinheadzi i hardcorowcy o prawicowych poglądach, jak choćby muzycy Agnostic Front, Cause For Alarm oraz Murphy’s Law – ludzie jednocześnie zawiadujący klubem „A7”, często odwiedzanym przez policję, nie tylko z powodu handlu narkotykami.

To kolejne wyzwanie dla tych młodziaków z południa chłAmeryki, bojowy chrzest dla ich hardcorowych poglądów oraz pokusa zmiany kierunku obranej drogi tfurczej, w tym oryginalnego brzmienia, co do którego nie czują do końca przekonania. Szczęśliwie nie dają się zwieść…

Za to udaje im się zagrać sztukę w klubie „CBGB’s” – w ramach cyklicznej imprezy „Saturday Matinee” – obok Suicidal Tendencies, a także zaprzyjaźniają się Bobem Byte Wilsonem, katabasem, który przybył tu z Missouri. Dobrze gra na instrumencie, zbiera pierwsze pochlebne rekomendacje w środowisku i szuka swojego miejsca w jakiejś kapeli.

3-ego sierpnia 1983 rozroku, w klubie „SIN” na Dolnym Manhattanie, ma zagrać MDC i Pissed Youth! Niestety, Charles wichnie (a może nawet łamie) kostkę na skateboardzie i umyka kuśtykając do rodzinnego Houston, zostawiając chłopaków na lodzie. (Tam, najpierw, trafia w szeregi D.R.I. [klątwa jakaś czy co?!?], a potem tworzy własną kapelę Circle Kaos).

Szczęśliwie, w rezerwie, jest Bob, który zapełnia lukę w składzie bendu, zostając jego oficjalnym katabasem, zaś Sam chwyta porzucone wiosło.

W tym zestawieniu: Jeff-Steve-Sam-Bob rodzi się – pod koniec lata 1983 rozkroku – ekstremalne monstrum przezwane SRM (Stark Raving Mad), zaś Pissed Youth! zostaje pogrzebane na wieki.

Cała czwórca, zwiedziona optymistycznymi znakami, jakie tworzyły fusy w ich kubkach na kawę, starają się bardziej profesjonalnie – niż dotąd – zaistnieć na muzycznej scenie. Poznają Steva Kayea, dziennikarza i twórcę hardcorowo-punkowego programu „Turmoil” w nowojorskim Radiu WUSB fm. To on zostaje promotorem kapeli (a miał nawet chęć zostać katabasem), natomiast Colleen organizuje jej koncerty.

Wszyscy muzycy znaleźli sobie pracę, a w wolnych chwilach intensywnie ćwiczą na poddaszu na Brooklynie, które udostępnił im kumpel – Justin Tentler.

Ich koncertowy debiut – obok J.F.A. – miał miejsce 17-ego lipca 1984 rozkroku, nieopodal Nowego Jorku, w miejscowości New Brunswick, w klubie „The Court Tavern”.

Wkrótce potem SRM wchodzi do studia „Noise New York”, gdzie zostaje zarejestrowanych 15 ultrakrótkich i wściekłych numerów, których niebywale barwne aranżacje eksplodują 9-ciominutową kanonadą decybeli, której trudno się doszukać nie tylko w tfurczości D.R.I., ale i wszystkich innych kapel wtedy na zaświecie.

Zapis sesji przynosi tylko trzy numery nieznacznie przekraczające w czasie minutę, zaś każdy pozostały oscyluje wokół 30-stu sekund.

Właściwie tylko jeden utwór („Happy People”) mógłbym określić, jako standardowy w kategorii „hardcore”, kolejne trzy („No Reason”, „”Fuck the Army” i „Life or Death”) wyrywają się z niej poziomem agresji i tempem – odpowiadając terminowi „thrashcore/ fastcore” – natomiast cała reszta wymyka się tym obu schematom, prezentując zupełnie nowe podejście do struktury linii melodycznej, ujęte rozkroki później synonimem „powerviolence”.

Wszystkie instrumenty w tej rejestracji są czytelne, choć wiosło jest zdecydowanie za ciche.

Motorem napędowym są więc tutaj bębeny i bas, będące odpowiedzialnymi za ciągłe zamieszanie w tempie każdego kawałka.

Steve chyba musiał być najbardziej wkurzony z całej czwórcy muzyków, skoro odrzucił proste i jednorodne bicie na rzecz nieustannego rozbijania rytmu przejściami na kotle i półkotłach, akcentowania czegokolwiek co chwilę cięciami blach. Werbel i hi-hat służą mu za poligon doświadczalny w chwilowym wyrównywaniu chaosu oraz w dosadnym akcentowaniu zmieniającego się tempa.

Katabas Bob z ogromną mocą, ale i wyczuciem, to współpracuje z bębenami, to z wiosłem, raz podbijając ich brzmienie, a kiedy indziej znowu przygniatając je swoim ciężarem.

Natomiast Sam – ze swoim wiosłem – zbyt często unika pierwszeństwa i chowa się za innymi. W dodatku brzmienie jego gitary jest mało przesterowane, więc co by było, gdyby było mocno zniekształcone i wysunięte na przód? Uh!

Na jego obronę przypomnę, że był bębeniarzem, który został katabasem, zmuszonym następnie do przejęcia wiosła. Był więc przyzwyczajony do budowania i utrzymywania rytmu, a nie do bycia liderem całego brzmienia.

Za to frontmanem kapeli jest bezapelacyjnie Jeff, którego różnobarwny wokal – raz wrzeszczący ze wściekłości, innym razem niższy i dosadnie krzyczący – wypluwa z prędkością światła słowa, przepełnione agresją i nienawiścią do otaczającego go systemu i społeczeństwa. Niemal każdy kawałek ma dwie, a czasem i trzy zwrotki, że o refrenach nie wspomnę, jak więc on się mieści – z tym całym wielowersowym oralnym protestem – w tych kilkudziesięciu sekundach?!?

Daje popalić, to fakt, wytyka dzieciakom postawę materialistyczną, podejście kunktatorskie i oportunistyczne do życia; wyśmiewa kapele z mainstreamu muzycznego z ich pustotą przekazu i pogonią za forsą i sławą, wykpiwa też modę na hardcore; nakazuje myśleć, żyć własnym życiem i zmieniać zastałą rzeczywistość; przeciwstawia się obecnemu systemowi, służeniu w armii, inwigilacji obywateli, opresji policji; żąda zatrzymania przemocy i rasizmu.

W całej sesji kilka numerów rozpoczyna krótka przygrywka – a nawet zapowiedź – zaś część innych startuje całym instrumentarium, ale wolno lub w średnim tempie, nim dojdzie do eksplozji szaleńczych wyścigów nut.

Takim najlepszym tego przykładem jest numer „Waking up is hard to do”, który rozkręca się coraz szybciej do 12-tej sekundy, a wtedy wszystkie instrumenty dają czadu przez kolejne sekundy, nim tempo znowu uśredni się, by za chwilę wybuchnąć z jeszcze większą siłą. Podobnie intrygującą budowę ma „Machine gun Youth” i „Oppression Depression”.

Najbardziej porąbany i najdłuższy (1:09) ze wszystkich jest natomiast „Somebody’s watching”, w którym średnie tempa ścierają się z szybkimi, a te z kolei ustępują miejsca czadowi, cały czas utrzymując atmosferę przepychanki i wyścigu o pierwszeństwo na pięciolinii.

Najkrótszym (0:16) jest z kolei pierwszy na liście „Choice”, z basową przygrywką i rytmem – potwornie skondensowanym czadem – którego strukturę rozbijają w połowie akcenty na bębenach.

Wspomniany wcześniej „Capitalist Cunts” jest właściwie jednym kapitalnym pasmem bębenowych przejść i akcentów, rozerwanych czterema oddechami, w których nabicia zapowiadają kolejny atak nut, generowany przez resztę instrumentów. I ta końcówka, która przypomina mi trochę agonię, pełną przewiercających ciało finalnych akordów i drgań.

Najdłuższą przygrywkę (0:22) ma „Mr. Hardcore”, która zajmuje 60% długości całego numeru, nim cała machina ruszy, rozbijając atmosferę chaotycznym czadem dwukrotnie zduszanym przed osiągnięciem kakofonicznego zenitu.

To niebywałe, jak wiele się dzieje w niemal każdym kawałku zapisanym podczas tej sesji. Jakże niebywale profesjonalnego zgrania i dyscypliny wymagała od każdego muzyka umiejętność uwolnienia tak ogromniastego ładunku energii – rozprzestrzeniającego się niebywale ruchliwie nutami po całej pięciolinii – a następnie okiełznanie go i zamknięcie na tak krótkiej przestrzeni czasu.

Do tamtej pory nigdy nie spotkałem takiej kapeli, która potrafiłaby przekazać tak wiele w tak krótkim czasie. By umiała wzbudzić u mnie takie emocje, graniczące z pierdolcem i gwarantujące kołatanie serca.

SRM było pierwsze.

A co do reszty, to mamy tu do czynienia już tylko z działaniem w ramach etyki DIY („Do it yourself”). Chłopaki stworzyli w tym celu własne wydawnictwo Slob Records, które będzie firmować debiutancki 12-calowy album zatytułowany „MX”.

Jego doskonałą, rysunkową, okładkę wykonał zaprzyjaźniony rysownik i malarz – Jack Crack McDuck Daniels. On również zaprojektował koszulki, naklejki i flyery.

Debiutancki krążek i kopertę wytłoczono i wydrukowano po 1000 sztuk, zaś wkładka z tekstami była kserowana i konfekcjonowana przez samych muzyków. Koszty tego całego albumu nie były jednak niskie i nie starczyłoby samych pieniędzy przez nich zarobionych i odłożonych, więc do puli dołożyła się także i Colleen. Starczyło więc także i na reklamówki płyty w pismach „Maximum Rock’n’Roll” i „Thrasher”.

Premiera krążka miała miejsce wczesną jesienią 1984 rozkroku, a jego sprzedaż prowadził – poprzez mail order – Steve Kaye.

Kapela powraca na swoje śmieci do Houston, gdzie gra koncerty (m.in. w klubach „Ronnie Gaitz’s”, „Cabaret Voltaire”, „Pik n Pak”, „Lawndale Art Annex”) i jest promowana przez Chucka Roasta, prowadzącego lokalny hardcorowy program „Funhouse” na falach KPFT.

Wkrótce potem SRM ruszyło na przełaj przez Stany, przez kolejne miesiączki grając koncerty, gdzie się da i gdzie się uda. Maszyneria działała bez zarzutu przez jakiś czas, nim na trasie nie doszło do nieporozumień z Bobem, co wiosną 1985 rozkroku skończy się jego rozstaniem z kapelą, szczęśliwie nie definitywnym.

Muzycy wracają do Houston, gdzie po raz drugi kaperują do załogi katabasa Raidyego. Komponują wspólnie nowe numery, robią próby i grają kilka koncertów w Houston i okolicy.

12-ego października wchodzą do tamtejszego Rampart Studio, gdzie pod okiem i uchem Steva Amesa rejestrują 15 nowych kawałków.

Wszystkie wydają się być wolniejsze w tempie od swych poprzedników, chociaż ich długość – krążąca wokół minuty – wcale na to nie wskazuje. Utwory, poza jednym, nie mają już przygrywki, natomiast kilka z nich poprzedzają intra, w których wykorzystano gadki oraz efekty dźwiękowe i gitarowe. Zaliczam do nich także całą przyśpiewkę „Are U sleeping?”, która rozpoczyna płytę, stawiając to kluczowe pytanie nie tylko chłAmeryce, ale i po części – moim zdaniem – samemu zespołowi.

Bowiem elektrokardiogram całej rejestracji wiernie odnotowuje ogromny spadek poziomu pewności siebie („Judge & Jury”, „Piss on You”, „Bloodclot”) u wszystkich muzyków, ale i dodatkowy wzrost ich rozczarowania rzeczywistością („Social Sickness”, „Ignorance’s Day”), co jest dowodem na to, że pech nie tylko nie opuścił tej czwórcy z Houston, ale zaczął nawet dominować nad jej codziennością, bezlitośnie wyżerając chłopakom ich geniusz i talent z trzewi mózgowych, strun głosowych i kończyn.

Słychać to niemal wszędzie, bo żaden z utworów nie rozbrzmiewa już feerią szaleńczo czadowych rytmów, gorzej, coraz więcej w nich średnich temp, rozpędzanych jedynie czasem do galopów.

Podziały aranżacyjne nie są już takie ostre, jak dawniej, to znaczy, że zmiany temp, ich wstrzymania, zduszenia czy oddechy w nich nie eksplodują agresją i wściekłością, do jakiej przywykłem, a kolejne części struktury utworu nie następują po sobie z huraganową lawiną decybeli. Nic ich, w dodatku, dosadnie nie akcentuje, wszystko dzieje się jakby od niechcenia i bez zaangażowania.

Nawet wokal Jeffa, kiedyś taki barwny i intrygujący, teraz jest jakiś taki niechlujny, niedbały, nieprzekonujący, wyblakły i wyprany z ekstremalnych emocji; który w dodatku wpadł w manierę, nieco naśladując barwą śpiew Jello Biafry z Dead Kennedys.

Cóż więc mi z tego, że teksty utworów pełne są trafnych obserwacji chłamerykańskiego społeczeństwa – opętanego żądzą pieniądza i konsumpcjonizmu, przez co pełnego nietolerancji i rasizmu, w dodatku uzależnionego od mediów, ich reklam i telewizyjnych szołów – a także rządów jego skorumpowanych i kłamliwych polityków oraz bezwzględnej i odmóżdżonej armii, skoro są one podane w o wiele mniej przekonujący i intrygujący sposób, co kiedyś?

I cóż z tego, że całe instrumentarium brzmi czytelnie – a wiosło jest nawet ciut głośniejsze niż podczas debiutanckiej sesji – skoro jego poszczególne elementy nie tętnią i nie dudnią energią decybeli, która wyciekła ze strun, żył i przewodów, pozbawiając brzmienie życia.

stark raving mad - amerika 12ep 200x200Nie dziwne więc, że na płycie „Amerika” trudno mi nawet wyróżnić jakieś utwory, bo wszystkie brzmią średnio. Może „Bloodclot”, rozpędzony dźwiękiem przewijanej taśmy analogowej, ale on pochodzi jeszcze z czasów istnienia Pissed Youth!, pewnie dlatego budzi moje zainteresowanie.

W odbiorze całości wydawnictwa nie pomaga nawet doskonała jego okładka, będąca kolejnym udanym dziełem Jacka. Czy to jest więc koniec SRM?

Nie. (A chyba powinien).

Bo pod koniec 1985 rozkroku pech – po raz kolejny – dotkliwie uderza w zespół, ale tym razem za sprawą Raidyego, który „położył” jego najważniejszy dotąd koncert w historii. Zorganizowany w nowoorleańskim „601 Club” miał zaprezentować chłopaków obok samego Dead Kennedys oraz Maggot Sandwich.

Niestety, ten beztroski i nieodpowiedzialny katabas upija się i gra nie to, co trzeba, dlatego SRM schodzi ze sceny po 4 numerach. Pozostała w jego szeregach trójca muzyków ma dosyć wszystkiego, dysząc z nienawiści do środowiska rodzinnego miasta i całego Teksassu.

Po raz kolejny więc chłopaki przenoszą się do San Francisco. Tam, na Zachodnim Wybrzeżu grają koncerty, wspomagając się Bobem oraz Colleen, która także chwyta bas i staje w szeregach drużyny Stark Raving Mad.

Jednak pech podąża ciągle ich śladem, choć tym razem uderza poza odwieczny krąg swojego zainteresowania.

W wypadku samochodowym ginie bowiem starszy brat Steva, a on sam przeżywa załamanie, bo nie może się z tą tragedią pogodzić.

Popruty psychicznie bend przenosi więc swe graty ponownie do Nowego Jorku i tam zamiera w letargu. Co jakiś czas jednak budzi się z niego niepewnie poprawiając naciągi w instrumentach i ustawiając mikrofony.

Swój rozdział w historii ekstremalnej muzy SRM zamknął koncertem w CBGB’s, który miał miejsce 12-ego października 1986 rozkroku.

Bramkarze tego klubu uniemożliwili wtedy wniesienie do niego – ukrytej w bębenie basowym – nieletniej panienki Spongea, natomiast sam zapis koncertu nie dokumentuje w nim udziału Davida Sawyera, seksofonisty, z którym bend współpracował od niedawna, i dzięki któremu (podobno) brzmienie bendu zyskało nowy wymiar ekstremalności, na długo przed kultowym albumem „Torture Garden” formacji Naked City, dowodzonej przez Johna Zorna.

Cały koncert brzmi średnio i nie wzbudza u mnie wielu emocji. Jednak nawet w tej formie ta mieszanka jest tak mocno jadowita, że drażni i nie odpowiada publice, składającej się z nowojorskich prawicowych hardcorowców. Dochodzi więc do kłótni i rękoczynów. Czy to więc wreszcie koniec SRM?

Tak, to koniec, Sam odchodzi, Sponge przenosi się do stanu Utah, a Steve z Colleen do San Francisco.

Steve Kaye nadal prowadzi mail order i rozliczenia sprzedaży i to on nawiązuje kontakt z Markusem Staigerem z firmy Nuclear Blast Records.

stark raving mad - social sickness 12ep 200x200W 1988 rozkroku gormańskie wydawnictwo wydaje obie 12-calówki na jednej płycie LP, a w 1989 – krążek „Social Sickness”, zawierający odrzuty z sesji „Amerika” (to na stronie A) – będące, poza „No Reason”, słabymi wersjami numerów znanych z „MX” – i zapis ostatniego koncertu (to na stronie B).

Natomiast szwecycka, kompaktowa, reedycja (z 2007 r.) wydawnictw SRM, choć zawiera m.in. pełną historię bendu, teksty utworów, skany flyerów, to ktoś niepotrzebnie gmerał w dźwiękach podczas remasteringu i jeszcze wydłużył przerwy między utworami.

W 1995 rozkroku Stark Raving Mad odrodził się w postaci tercetu: Sam (wioślarz i kantor), Steve (bębeniarz) i Colleen (katabas).

Muzycy ćwiczą, komponują nowe kawałki i szukają nadziei na nowy, lepszy start. Niestety nie wszyscy… bo Steve przedawkowuje heroinę 4-ego sierpnia i odchodzi… na zawsze.

Trudno nie współczuć tym muzykom, którzy od początku istnienia Pissed Youth! po Stark Raving Mad niemal cały czas zmuszeni byli zmagać się z prześladującym ich pechem. Byli osamotnieni i czuli się niezrozumiani i niedocenieni przez środowisko hardcore, nie tylko w rodzimym Houston. Szukali więc dla siebie miejsca w San Francisco i Nowym Jorku, ale tam też im się nie powiodło. Los uwziął się na nich, nie nagradzając oryginalności i talentu, skrystalizowanego na debiutanckim, 12-calowym albumie „MX”.

To niesamowicie przykre, więc trzeba jak najczęściej wspominać i słuchać nagrań SRM, szczególnie tych dziewiczych, bowiem to te chłopaki – jako pierwsi – stworzyli i zapisali ekstremalne brzmienie, później przezwane „powerviolence” a niesamowicie popularne na początku w XXI wywieku.

siege - drop dead demo ep 200x200 (1)Siege (US) „Drop dead” demo; i znowu na mapie zaświatowych ekstremalnych wybuchów dźwiękotreści pojawia się chłamerykański stan Massasiusiekks, ale tym razem chodzi o Weymouth, miasto leżące o rzut hamburgerem od sławnego Braintree, a kilkanaście kilosów od Bostonu (stolicy stanu) i jego aglomeracji. Historia bendu będzie więc znowu krótka, znowu wybuchowa, czego efektem będą narodziny nowego gatunku ekstremy – thrashcora – który nieco później przeobrazi się w grindcore, a jeszcze później – powerviolence.Za tą ekstremalną rewolucją stoi trzech opętanych manią szybkości dzieciaków – Kurt Habelt (wiosło), Henry „Hank” McNamee (katabas) i Rob Williams (bębeny) – którzy spiknęli się chodząc do tego samego gimnazjum Weymouth North High i od 1981 rozkroku bawili się w tworzenie dźwięków/akustycznych wyrobów pod nazwą Siege. Zdegustowani społecznością, w jakiej przyszło im dorastać, i sfrustrowani polityką kłamstw, jaką byli bombardowani, szukali ucieczki z tego oblężenia. Rob – fascynat tematyką wojenną i terroryzmem – został członkiem szkolnego klubu antynuklearnego, co nie uszło uwadze wice dyra szkoły – Williama L. Concannona – który zaczął prześladować jego i innych aktywistów, a nawet przezywać ich „komunistami”. Pamiętajmy, że są to czasy działania Ronalda Reagana, szalonego prezydenta USA, opętanego wyścigiem zbrojeń z ZSRR, którego gabinet chętnie kontynuował antyradziecką fobię, zaszczepioną przez szefa CIA – Dwighta Eisenhauera – podczas trwania „zimnej wojny” (rozkroki 1950-60).

Szczęśliwie całą trójkę młodziaków pasjonowała muzyka hardcore (szczególnie tfurczość Minor Threat), nurt UK82 (koniecznie Discharge) oraz heavy metal (AC/DC, Judas Priest), więc przebywając często w bostońskim sklepie muzycznym „Newbury Comics”, wymieniali swoje spostrzeżenia, zdania, opinie. Tutaj mogli, bo w ich rodzinnych domach było gorzej. Np.: starzy nie pozwalali słuchać Robowi płyt, szczególnie krytycznie oceniając ich okładki.

Ale te przeszkody tylko pobudzały ich do działania. Chcieli więc grać, w dodatku, jak najszybciej. Rob trenował bicie, słuchając płyty „Highway to Hell” AC/DC nie na 33 (jak w oryginale), ale na 45 obr./min. (to tak, jak ja słuchałem „On Stage” The Exploited), doprawiając to tfurczością Motörhead i Venom.

W ten sposób tworzył się ich własny styl, nie wiedząc jeszcze, że będzie to nowatorskie i epokowe.

Pierwsze próby tercetu odbywały się w garażu rodzinnego domu Hanka, a następnie w podziemiu opuszczonego kościoła na Jackson Square w Bostonie. Bycie utajnionym geniuszem kosztuje jednak emocje i wymusza inne traktowanie. Dlatego Siege nie było i nie zabiegało o stanie się elementem bostońskiej sceny straight-edge. Trochę jak The F.U.’s, chłopaki z Waymouth nie czuli się i nie chcieli być częścią bandy mięśniaków ze znaczkiem „X” na dłoni, no i z rezerwą odnosili się do „wzorcowego” hardcorowego magazynu „Maximum Rock’n’Roll” i tworzonej przez jego dziennikarzy otoczki. Mieli także w nosie komercję i cały ten zasrany fonograficzny przemysł.

Wiosną 1983 rozkroku chłopaki spotkali Kevina Mahoneya (seksofonistę), rodem z Braintree, którego znużyło już granie muzyki ska z kumplami i szukał mocniejszych wrażeń. Jego umiejętności techniczne, ale też mocny, przenikliwy wokal, doskonale pasowały do brzmienia instrumentarium Siege.

W tym optymalnym, czteroosobowym składzie kapela zaczęła grać koncerty, sporadycznie i głównie w swojej okolicy, zaliczając udział w imprezach obok zakumplowanych Deep Wound oraz bardziej znanych, jak The Outpatients, Last Rights czy DYS.

Rozkrok później, a dokładnie 6-ego lutego 1984, Siege dokonało oblężenia studia Radiobeat w Bostonie, gdzie – w obecności Lou Giordano – zarejestrowało, na żywo, numery, z których 6 złożyło się na ich legendarne demo „Drop Dead”.

Jego bardzo dobra jakość była już połową sukcesu. Czytelne wszystkie instrumenty i głośny wokal. I choć sama gitara nie jest mocno przesterowana i nie ma chęci, by przewodzić reszcie, to jej brzmienie jest bardzo agresywne. Bas nie kryje się za nią, mieszając w rytmie, jak w gaciach, często wychylając się z szeregu, kiedy jest ku temu potrzeba. Natomiast bębny non-stop emanują żywiołowością i wściekłością. Ich bicie – w czadowych partiach – jest bardzo szybkie i jednorodne (w tempie 1/1), określone potem, jako thrashcorowe. Ale to nie wszystko, bowiem ciągłe przejścia i akcenty stosowane przez pałkera nie pozwalają – choć przez moment – przyjść na myśl stwierdzeniu, że Siege grają prosto. Każdy kawałek ma intrygującą aranżację, choćby i najkrótszy, bo muzycy potrafili znaleźć w niej miejsce nie tylko na przygrywki, akcenty, wstrzymania rytmu, ale nawet i na solówki.

Brzmienie wiosła i wokalu – szczególnie w numerach „Drop Dead” oraz „Armageddon” – bardzo przypadło do gustu thrashcorowcom z Japanii, których bandy, wkrótce potem, w swych kompozycjach emanowały właśnie tymi cechami (jak choćby legendarne S.O.B., a potem Outo). Ale do rzeczy…

Materiał startuje numerem tytułowym, który rozpoczyna krótka, 6-sekundową gitarowa przygrywka, przechodząca we thrashcorowy czad, którego zabójcze tempo rozbijają trzykrotnie bębeny, robiąc miejsce reszcie instrumentarium na refren. Dodatkowo (od 0:41) w tym całym ataku nut jest miejsce na zmyślne wytracenie animuszu i oddech, przed ostatecznym nakręcaniem i wybuchem, zakończonym wrzaskiem wokalisty.

Zaraz po „Drop Dead” rusza ciężko najdłuższy thrashcorowy kawałek na tym demo – zatytułowany „Conform” – zbudowany z długiego rozbiegu basu, do którego (od 0:39) dołącza reszta instrumentarium i wokal, utrzymując ten wolny suw kompozycji, jednak to wszystko to tylko takie mydlenie uszu. Bo nagle to ospałe tempo w 1:08 eksploduje szaloną gonitwą dźwięków, rozdartą skomasowanym biciem bębenów (od 1:23) niemal tuż przed zmianą tempa na średnie, które buja rytmicznie przez następne 25 sekund, nim wszystko znowu rozbłyśnie atomowym czadem po raz ostatni.

Nie ma jednak czasu na oddech. Nadchodzi bowiem „Life of Hate”, pierwszy najszybszy i najkrótszy numer na demo. Rozpoczęty gitarowymi przygrywkami po 5-ciu sekundach rusza galopem przez następne dwadzieścia, wstrzymywany (podobnie, jak w „Drop Dead”) 3-krotnie przez akcenty na werblu i przester gitary, a raz przez przejście na półkotłach.

Kolejnym na liście jest utrzymany w bardzo szybkim, hardcorowym tempie „Starvation”, ale ten szalony rytm i tu zostaje wstrzymany przez bębny, a potem nakręcany do spółki z wiosłem, budując w refrenie z wokalem bardzo mocną i silną trójcę. W tym 45-sekundowym ataku dźwięków chłopaki znaleźli miejsce na solówkę gitarową i długi akcent na basie, co niesamowicie ubarwia ten numer.

Następnie rusza „Armageddon” – drugi najszybszy i najkrótszy kawałek na demo – przepełniony thrashcorowym czadem po sufit, dzięki czemu basowy akcent, a właściwie jego 3-sekundowe solo (w 0:12) odbiera się, jak grzmocącą błyskawicę w czasie burzowej nawałnicy.

Minęło ledwie 5 minut dema „Drop Dead”, a już ma się wrażenie, że zaświat wokół eksplodował…

Trzeba więc się położyć i czekać na śmierć. Nadchodzi bowiem „Grim Reaper”, ostatni, najdłuższy (7:23) i najcięższy ze wszystkich. Odzwierciedla fascynacje chłopaków brzmieniem i kapelami, z których przychodzi mi na myśl przede wszystkim chłamerykański Flipper oraz Butthole Surfers, choć w przypadku tego drugiego, szalonego bendu z San Antonio, to muszę stwierdzić, że w 1984 rozkroku oni tak jeszcze nie grali, przynajmniej w studiu… Natomiast to brzmienie kiedyś jakiś chłamerykański dziennikarz celnie określił mianem „slow motion hardcore”, co pasowało i bardzo mi się spodobało.

Ale wracając do „Grim Reapera”, to przez długi czas go nie doceniałem, zresztą chyba nie tylko ja. Bowiem kolejni wydawcy dema „Drop Dead” zawsze przesuwali ten numer na koniec swojego wydawnictwa, dodając do thrashcorowego trzonu sesji utwory ze składanki i inne odnalezione numery (o których za chwilę), bojąc się, by nie rozbroić za wcześnie genialnej bomby, będącej dziełem Siege. A niesłusznie, bo ten kawałek zasługuje na szczególne wyróżnienie, bo – choć ciężki i wolny – to dzięki dobrze zarejestrowanym przesterom, pogłosom i saksofonowi – w który dmie oczywiście Kevin – jest równie intrygujący i niezapomniany, co reszta dema.

To jego dymanie w ustnik dobrze konkuruje ze słowami, które smętniej i mroczniej artykułuje, nie szczędząc horrorystycznych obrazów generowanych przez umierającego na raka.

A wcześniej, co krzyczał? W swoich krótkich relacjach przedstawia głównie śmierć, przychodzącą pod postacią kul i bomb, zabijających niewinnych i bezbronnych w imię politycznie i ekonomicznie sprowokowanej wojny czy w ramach „niesienia” pomocy i rozbrojenia. Jest też w nich mowa o śmierci z głodu („Starvation”), tej powolnej i potwornej, a będącej często bezpośrednim skutkiem polityki własnych rządów.

Ponadto Kevin pluje wściekłością i agresją na swoje społeczeństwo, którego członkowie są bezwolni i bezbarwni („Conform”) oraz nienawidzą mniejszości i słabszych od siebie („Life of Hate”).

Ten cały słowno-muzyczny armagedon spina prosta, czarno-biała okładka, pełna ludzkich czaszek, będąca autorstwa…

W pierwszej dekadzie tego wywieku wydawnictwo Deep Six aż trzykrotnie wznowiło demo na winylu, uzupełniając podstawowy zestaw 6 kawałków o trzy z kapitalnej kompilacji „Cleanse the Bacteria” (w 2004), a następne wydanie (w 2006) – dodatkowo o dwa odrzuty („Two-faced”, „Trained to kill”) podobno z oryginalnej sesji, a kolejne (2009) – o jeszcze jeden („Questions behind the Wall”) też z tej samej sesji.

„Two-faced” jest, obok „Conform”, kolejnym dłuższym (2:41) kawałkiem o wysmakowanej aranżacji. Zaczyna się gitarową przygrywką, która potem z resztą instrumentarium dość długo (45 sekund) nakręca tempo w oczekiwaniu na wybuch, który jednak nie następuje. Dźwięki za to załamują się i giną w chaosie – podobnie, jak to miała w zwyczaju robić prytyjska formacja Chaotic Dischord – który po 10 sekundach materializuje się brutalnie we thrashcorowym szaleństwie, rozbijanym umiejętnie kilka razy przez bębeny. Kiedy ta tyrada dźwięków się kończy wszystko zaczyna się znowu od początku.

Natomiast „Trained to kill” trwa nieco ponad pół minuty i jest jednym z najbardziej energetycznych i thrashcorowych kawałków w repertuarze Siege. I tak, po dzikiej gitarowej przygrywce, przez 8 sekund całe instrumentarium nakręca tempo, by następnie rzucić na kolana i ogłuszyć odbiorcę skomasowanym, 15-sekundowym akustycznym nalotem. To już nie jest thrashcore, to proto-powerviolence.

Nie wiem, dlaczego te dwa kawałki nie znalazły się oryginalnie na demo „Drop Dead”. Może po prostu nie pochodziły z tej legendarnej sesji w Radiobeat.

Z kolei “Questions behind the Wall” osłabia tylko dotychczasowy wizerunek Siege. To długi, prawie 3-minutowy, wolny numer bez żadnych thrashcorowych erupcji, choć nieodłącznie pełny bębenowych akcentów. Kevin stara się tu śpiewać niżej i chrapliwiej, ale nie wpływa to na zmianę mojego zdania o tym utworze.

Więc lepiej idźmy dalej tropem czwórcy z Weymouth…

Wiosną 1984 rozkroku – nim demo „Drop Dead” zostało wysłane w różne miejsca z myślą, by zaistnieć i to nie tylko na chłamerykańskiej scenie – doszło do niecodziennej rozróby podczas corocznego turnieju muzycznego „Battle of the Bands”, jaki miał miejsce w szkole, do której uczęszczali Kurt, Henry i Rob. W czasie występu Siege, wspomniany wcześniej wice dyro wyłączył prąd i nakazał Kurtowi zdjąć koszulkę z napisem „Fuck off” (którą wcześniej ukrył pod zwyczajnym t-shirtem), co rozjuszyło muzyków na tyle, by wkrótce potem Hank rozwalił – ku uciesze gawiedzi – w drzazgi swój stary bas. Publice puściły hamulce i w sali rozpętało się szaleństwo, co skończyło się dyskwalifikacją Siege z konkursu. Czy na tę decyzję mógł wpłynąć również fakt, iż chłopaki w I połowie swojego występu zagrali „Warhead” Venomu…?

Wkrótce potem, albo później, tego nie udało mi się ustalić, Siege wchodzi do studia bostońskiej telewizji publicznego dostępu, to takie niekomercyjne medium, w którym sami mieszkańcy tworzą ramówki programowe i audycje, które następnie dostępne są poprzez sieci kablowe.

Chłopaki rejestrują tam „na żywca” swój 9-minutowy występ, dokumentujący ich niespotykany temperament i gwałtowność. Całość robi niesamowite wrażenie. Puste ściany i goła scena, na której trzech chłopaków miota się, generując z wioseł i strun głosowych kipiel wściekłych dźwięków, które bełcze i rozpędza czwarty szaleniec, skryty za nimi i bijący w garnki i blachy niemal bez opamiętania. Nic dziwnego, że dość szybko cała paczka – poza Kurtem – świeci już gołym i spoconym torsem i ziaje zmęczeniem, jednak to nie czas na odpoczynek. Podczas tego zapisu wideo słyszymy wszystkie thrashcorowe numery z demo „Drop Dead” i na koniec „Two-faced”, w którym Kevin – ubrany w koszulkę z napisem „Black Flag” – często znika z pola widzenia kamerze, porzuca mikrofon, biega, robi fikołki, po prostu szaleje! Jego głos z minuty na minutę staje się coraz bardziej zdarty i charkoczący, dokumentując pierwszą na zaświacie próbę zastosowania growlingu w muzyce.

Jeśli tak wyglądały ich wszystkie koncerty, to zazdroszczę tym, którzy na nich byli.

A co z promocją dema? Jego recenzja w piśmie „Maximum Rock’n’Roll” pojawiła się już w czerwcu 1984 rozkroku i była autorstwa samego naczelnego, Tima Yohannana, który nie mógł się nachwalić brzmienia i szybkości, jakie uzyskali w studiu muzycy. Natomiast zrobiony z chłopakami wywiad – z nieznanych mi powodów – nie ukazał się wtedy na łamach tego 2-miesięcznika.

siege - cleanse the bacteria comp lp 200x200Z kolei Pushead – dziennikarz, muzyk i właściciel wydawnictwa Pusmort – który właśnie przygotowywał układ na międzynarodową kompilację „Cleanse the Bacteria”, zaproponował chłopakom w nim miejsce. I tak trzy nowe numery zostały zarejestrowane w październiku 1984 w Radiobeat Studio, stając się perełką tej winylowej kompilacji, bowiem okazały się jedynym studyjnym dokumentem istnienia czegoś takiego, jak Siege.

Niestety, te kawałki są nieco dłuższe, bo oscylują wokół półtorej minuty, ich aranżacja jest prostsza i bliższa hardcorowi niż thrashcorowi. Rob mniej miejsca i siły poświęca na łamanie i rozbijanie rytmu, częściej akcentując je blachami niż bębenami. Kurt gra bardziej rytmicznie, nie trzymając już sztamy z pałkerem, jak kiedyś. Bas Hanka dobrze podbija tło każdego kawałka, dodając im brzmieniu ciężkości i mocy, natomiast Kevin krzyczy i wrzeszczy, ale już nie tak żywiołowo, jak dawniej. Więc, po kolei…

„Sad but true” rozpoczyna się d-beatową przygrywką bębenów, do których dołącza po chwili bas, a potem reszta, emitując crustowe i hardcorowe dźwięki, by po 33 sekundach gnać już w szalonym tempie po pięciolinii, robiąc Kurtowi miejsce na dwuczęściową solówkę.

“Walls” od początku wrzuca najszybszy bieg swojemu tempu, pozwalając jednak Robowi na przejścia i smaczny akcent w 1:05. Numer jest bardzo zwarty i niebywale energetyczny.

„Cold War”, jak poprzednik, z miejsca narzuca sobie szalone tempo, w którym Rob wreszcie odnajduje siebie, robi nieustannie przejścia i wali w blachy, wspaniale nakręcając – po staremu – tempo (0:26-0:29) w środku numeru i by go (od 1:08) efektownie zakończyć. Na wyróżnienie zasługuje tu także Hank, którego instrument nieustannie bombarduje zaplecze utworu głębokimi basami.

Oba te kawałki – „Cold War” i „Walls” – przypominają mi aranżacyjnie kompozycje Septic Death, bendu, w którym Pushead był liderem.

A co do tematyki tych trzech numerów, to nie odbiegła ona od tej znanej mi z demo. Kevin żąda w nich od swego kraju rozbrojenia i rezygnacji z polityki silnej ręki, wzywa do odrzucenia podziałów i sztucznej segregacji ludzi.

Składanka „Cleanse the Bacteria” pojawiła się na rynku w styczniu 1985 rozkroku, a w październiku Siege przestało istnieć, głównie po tym, jak Kevin pożarł się z Kurtem i nie pojawił na koncercie w nowojorskim klubie CBGB’s, gdzie zespół miał wystąpić obok kwartetu The Necros.

Miesiączki prób, koncertów, demo, zapis wideo, 3 studyjne numery, promocja… i koniec? Choć z tą promocją to nie było najlepiej, bo jedyne znane mi ł-ropajskie składanki, w dodatku tylko kasetowe, na których zagościł kwartet z Weymouth to „Hauptkampflinie” (Höllenqual Zine, 1984) oraz „Lärmattacke 3” (Anti System Tapes, 1985).

A więc normalnie, co? Bend stał się znany, kiedy już zniknął ze sceny? Dokładnie, tak!

siege - drop dead ep 200x200 [off the disc]I to właściwie byłoby wszystko… No mogę jeszcze dodać, że w 1989 rozkroku szwajajcarskie wydawnictwo Off The Disk Records wydało demo „Drop Dead” z dodatkami ze składanki w postaci winylowej EP-ki.

Czy ta reedycja mogła stworzyć przyjazną atmosferę do reaktywacji Siege?

W 1990 rozkroku Seth Putnam (stfurca kapeli Anal Cunt) spotkał Kurta na koncercie Rollins Band i zaczął go namawiać do restartu Siege. I udało mu się. Zaczęli więc próby we czwórkę, z Hankiem i Robem, nie zawiadamiając o tym Kevina, który prowadził wtedy amatorski teatr w Bostonie. Kiedy pojawił się na próbie, zrobiło się głupio, zrozumiał bowiem, że w nowym Siege nie ma już dla niego miejsca. Atmosfera w kapeli zgęstniała, jednak mimo to muzycy zarejestrowali – z zaprzyjaźnionym kumplem mieszkającym w pobliskim Quincy – 4-utworowe demo (1991), które jednak ujrzy światło dzienne dopiero po wielu latach – jako EP-ka „Lost Session ‘91” (2014) – głównie dlatego, że Kurt nie zapłacił studiu za tę sesję i nie mógł odebrać taśmy-matki, ale i dlatego, że remix dokonanych nagrań nie podobał się muzykom.

Jednak na tym nie koniec kłopotów.

Po pierwszym koncercie odszedł Hank, a Rob potem powie, że nigdy nie widział sensu w reaktywacji Siege z Sethem. Natomiast Kurt zaczął się panoszyć i szarogęsić, doszło w końcu do tego, że sam zaczął dokonywać korekt w tekstach Setha i zmieniać brzmienie wioseł.

Problemy personalne kapeli rozwiązano, angażując Chrisa Joycea (na wiosło) i Jima Hobbsa (z seksofonem) – kumpli Setha i Roba z formacji Death’s Head Quartet.

1992 to rozkrok, kiedy pojawił się bootleg kilku nagrań Siege z demo na splicie z Deep Wound oraz gdy Seth opuścił szeregi bendu, ustępując miejsca Marcowi Dincello, jednak nie na długo, bo dni kapeli były już policzone.

siege - drop dead ep 200x200 [relapse]Co jeszcze warte odnotowania, to fakt, iż to Seth w 1994 doprowadził do oficjalnego wydania legendarnego „Drop Dead” w wersji CD przez Relapse Records.

Wiele kapel przyznaje się do ogromnego wpływu, jaki miała na nie tfurczość kwartetu z Weymouth, wiele z nich miało też numery Siege w swoim repertuarze, by wymienić choćby Napalm Death, Heresy, Exhumed, Water Torture, Lycanthrophy czy Mr. Bungle. Natomiast Anal Cunt – na początku istnienia – nagrało numer zatytułowany „Siege”, ale Seth odżegnywał się od jakiejkolwiek muzycznej zbieżności.

Wiosną 2015 ukazała się specjalna wersja „Drop Dead” – na 30-lecie – w postaci 12-calowego winyla, z odświeżonym brzmieniem i kolejnym (czy oby na pewno ostatnim?) odrzutem z sesji z 1984 rozkroku („F-Minus”).

Poza marketingiem to wydawnictwo umocni jeszcze historyczną pozycję bendu, który – jako pierwszy w USA – wygenerował ekstremalne brzmienie, zwane thrashcorem. Brzmienie, stworzone przez dzieciaki, które same w sobie były tak wybuchowe, że nie wytrzymały narzuconego sobie tempa i szybko zniszczyły zarówno młodzieńczą przyjaźń, jak i genialny zespół.

genetic control - first impressions ep 200x200 (1)Genetic Control (CAN) “First Impressions” EP; cała rzecz miała miejsce w Kanałdzie, w Montrealu, na początku rozkroków 80.

Tamtejsza scena hardcore nie była wielka, ale za to zwarta i oparta na kumplostwie. Pierwszą kapelą w mieście z tego nurtu było Out Of Step – działające w 1982 rozkroku – którego członki darzyły taką atencją chłamerykański bend Minor Threat, że przyjęli za nazwę tytuł utworu z ich drugiego singla.

W składzie tej kapeli byli: Mike „Zabo” Price (wokal) oraz Rob „Kung Fu Rob” Huppé (wioślarz), Douglas „Dougo” Crevier (katabas) i Alex Soria (bębeniarz) – trzej muzycy zespołu bez nazwy, ale o wielkiej chęci działania.

Z początkiem 1983 rozkroku Out Of Step przestało istnieć, a w to miejsce pojawiło się Genetic Control (Gen-Con). Jedna z wieści niesie, że na wybór nazwy największy wpływ miała książka Aldusa Huxleya „Brave New World”, w której autor przedstawiał społeczeństwo przyszłości, w którym programowaniem jego nowego członka zajmowała się sekcja właśnie o nazwie „Genetic Control”.

Po kilku tygodniach prób miejsce dotychczasowego pałkera na kilka miesięcy zajął Jean Weatherman, który następnie przekazał stolec Markowi Doucette. Chłopaki – na próbach robionych 4-5 razy w tygodniu – z lubością prześcigali się w szybkości grania, przerabiając numery Bad Brains, Minor Threat, Bad Religion i Descendents. Potrafili także odtworzyć własną wersję całego albumu Alica Coopera – „Killer”. Rejestrowali te swoje szalone sabaty na kasetowym kombajnie, które potem kopiowali na taśmy i rozdawali znajomym.

Trzeba tu koniecznie wspomnieć o budynku w dzielnicy Sherbrooke, zwanym „Bleury Beach Club” („BBC”), gdzie większość lokalnych bendów miała próby, a część muzyków i przyjezdnych mieszkała. Był to jednopiętrowy budynek z dziesięcioma pokojami, które służyły do życia, do robienia prób i grania koncertów. Było więc doskonałym punktem zbornym dla wszystkich dzieciaków z okolicy zafascynowanych brzmieniem punk i hardcore i otwartych na etykę DIY. Wynajmowany przez członków Genetic Control budynek mieścił wtedy w swych podwojach kapele The Unruled, Fair Warning, The Absurds, No Policy oraz Drunken Disturbance.

Pod koniec 1983 rozkroku Mark opuścił Montreal i etatowym bębeniarzem został Mike Brisbois, z którym bend zagrał swój pierwszy koncert – obok Fair Warning – 2-ego lutego 1984, w klubie Le Cargo. Od tego momentu większość ich występów będą charakteryzować różnorakie stroje, w jakich będą prezentować się muzycy, od punkowych ciuchów i fryzur, przez więzienne uniformy, po glam- i heavy rockowe ciuchy i makijaże.

W tym czasie Rob i Mike „Zabo” pracowali razem w pewnej hurtowi odzieży, z której zaczęli wynosić niezadrukowane t-shirty, przyczepiając je sobie do ciała pod ubraniem. Następnie w „BBC” zadrukowywali je różnorakimi, szokującymi grafikami i zdjęciami, choćby i gwiazd porno.

Skład Genetic Control poszerzył się wtedy o drugiego wioślarza – Roba „Robbo” Portera – który grał z Mikem Brisboisem w kapeli Terry Fox’s Right Leg, a teraz współtworzył z nim duet Drunken Disturbance.

Wspomniana para kumpli była bardzo wybuchowa, niemal stale kłócąc się ze sobą i doprowadzając słowne tyrady do rękoczynów.

W tym czasie podobne kłopoty miał Louis „Lewis” Lévesque (bębeniarz The Unruled) ze swoim wspólnikiem z kapeli – Corym Lowe – jednak w tym układzie nie kończyło się tylko na kłótniach i rękoczynach.

Louis miał wtedy opinię jednego z najlepszych bębeniarzy w mieście, nie dziwne, grał nawet kowery Genesis. Był więc nie lada kąskiem dla kogoś, kto

poszukiwał doskonałego technicznie i bardzo szybkiego dobosza. Genetic Control przyjęło go więc bez namysłu w swoje szeregi, prosząc Mika Brisboisa, by zrezygnował i oddał stolec. On zgodził się i odszedł, angażując swe umiejętności w szeregach band No Policy i Countdown Zero.

Wszystko wyglądało na to, że teraz zacznie się niezła jazda…

Niestety, na trzecim koncercie Genetic Control, jeden z atletycznych widzów złamał Mikowi nogę podczas szalonego „młyna” pod sceną. Jego rekonwalescencja wybiła z tempa kapelę, która miała już konkretne plany, co do swojej przyszłości.

genetic control - primitive air raid lp 200x200Mimo to wiosną 1984 rozkroku muzycy przyjmują propozycję partycypacji w jednej z pierwszych kanałdyjskich składanek hardcore-punkowych.

„Primitive Air Raid” prezentowała kapele z Montrealu, w tym tfurczość także i ich kumpli z No Policy, The Nils, The Absurds, Vomit And The Zits czy Fair Warning.

I tak, 21-ego maja cała czwórka nagrała „na żywca” – bez powtórek i nakładek – w studiu Secret Sound swój pierwszy utwór – „Suburban Life” – który na wydanej płycie (LP) dystansował wszystkich innych udziałowców składanki (no może poza Direct Action).

Numer trwa 2:38, jest melodyjny i znakomicie zaaranżowany. Wszystko zaczyna się nakręcającą tempo przygrywką – w której bierze udział hi-hat, stopa i wiosła – która po 11-tu sekundach przeobraża się w gnającego hardcorowego potwora, buchającego z wnętrza gitarowymi pasażami (z fajnym smaczkiem w 0:48), których pęd rozbijają bębenowe przejścia i liczne akcenty na czynelu i innych blachach. Całość kompozycji utrzymana jest w bardzo szybkim tempie, które dwukrotnie zostaje zduszone. Za pierwszym razem (w 1:10) kapela przez 9 sekund niejako prezentuje się, eksponując po kolei swoje instrumenty, natomiast za drugim razem (w 1:47) zwolnienie tempa jest wyraźne, a ten czas (prawie 40 sekund) wypełnia niemal całkowicie gitarowa solówka.

Oba te zwolnienia są oczywiście tylko pretekstem, by zaraz po nich zaatakować i sponiewierać odbiorcę wymykającym się spod kontroli, piekielnie szybkim rytmem. W to wszystko doskonale wpasowuje się wokal – żywy, ostry i nieco chropawy – kilkakrotnie wspomagany w refrenie przez chórek. Nie ma bata, to musi się podobać! Zabo opowiada zresztą historię, której bohaterem może być niemal każda rodzina ze średniej klasy, której dzieciaki są mniej więcej w jego wieku. Podobny dom, podobne gusta, podobny status i podobny sposób wychowywania. Brak kontaktu rodziców z dzieckiem, iluzoryczne przeświadczenie o anielskim ich charakterze okazuje się zgubne, bowiem te wymarzone pociechy notorycznie kradną, dokonują włamań, non-stop imprezują i się narkotyzują.

Jedyny minus, jaki widzę w tym numerze, to mało czytelny bas.

Sesja w Secret Sound pobudziła zmysły i wzbudziła w Gen-Conowcach chęć zapisania dźwiękiem kilku innych utworów, jakie mieli w repertuarze. Wtedy, w Montrealu, tylko The Unruled i The Discords mogły poszczycić się wydaniem debiutanckiego krążka.

Niestety, chłopaki nie mieli wystarczająco dużo forsy, by wynająć studio, ale tu z pomocą przyszedł kumpel, kolumnista z gazety „Montreal Gazette”, który wyłożył 500 zielonych na sesję w ośmiośladowym Silent Studio.

Miała ona miejsce 27-ego lipca – Mike śpiewał jeszcze wtedy ciągle chodząc o kulach – natomiast etatowym suwakowym był tam Maurice Applebaum. Facet nigdy nie miał do czynienia z agresywną muzą, więc jego zdolności i umiejętności – choć pewnie wysokie – nie przyniosły oczekiwanego przez chłopaków efektu. Maurice, nie dość, że pozbawił ciężaru całą rejestrację, to na dodatek dołożył jeszcze flangerowe efekty na gitarę i wokal.

Mimo to cała ta rejestracja – składająca się z 6 numerów – brzmi zabójczo, więc nie rozumiem, dlaczego tylko 4 numery z tej sesji znalazły się na debiutanckiej EP-ce „First Impressions”, pozostawiając niewykorzystane do dzisiaj: tytułowy oraz „Dirty Rockers”.

Całą tę niebywale szaloną hardcorową jazdę rozpoczyna doskonale przemyślany i zaaranżowany „Love Rat”, ruszając szybką basową przygrywką, do której dołączają bębeny i gitary, ruszając dalej razem w oszałamiającym tempie, którego zwięzłość jest wielokrotnie nadrywana przez przejścia na bębenach i cięcia blach, szczególnie w refrenach, jednak wszystko to nie zwalnia rozpędu jakiego muzycy nabrali na początku numeru. Nawet w drugiej zwrotce, kiedy pałker zaznacza swoją obecność wyraźniej, próbując powstrzymać wymykające się jego uwadze nuty, tempo nadal pozostaje czadowe, a wybuchająca w 0:59 świetna 9-sekundowa solówka jeszcze bardziej je nakręca, podobnie, jak (od 1:13) bębenowe zagęszczenie bicia. Nad tym całym akustycznym tumultem unosi się melodyjny i śpiewny wokal Mika, którego brzmienie idealnie pasowuje do reszty instrumentów. Warto jeszcze zwrócić uwagę na smaczny akcent podwójnego, błyskawicznego cięcia talerza w 1:03. Natomiast pomińmy falstart, jaki miał miejsce na samym początku, a spowodowany rozmowami w studiu, których nie zniósł Mike.

Następny w kolejce do odtworzenia jest jeszcze szybszy i najkrótszy (1:26) „Brave New World”, od początku do końca grany na najwyższych obrotach. Tu nie ma miejsca na zwolnienia czy oddechy, bo przy tak nakręconym tempie każda taka próba skończyła by się wyłamaniem palca, zwichnięciem nadgarstka czy czkawką. Non stop czad, obie gitary rżną pięciolinię do krwi, nie zapominając o niespodziankach, do których trzeba zaliczyć dwa przepiękne dźwiękowe smaczki (w 0:46 i 0:56).

No i wreszcie czas na odpoczynek. „Urban Cowboy” rusza rockową nutą, a Mike z manierą Johna Wayna przy barze rozpoczyna swoją opowieść. Jednak nim się na dobre rozgada instrumentarium nagle w całości ożywa i jak spięte ostrogą rzuca się galopem, by w 1:09 stanąć jak wryte i powrócić do korzeni, z których przebija młodzieńcza fascynacja tfurczością Alica Coopera i Teda Nugenta, dokumentowana niemal 30-sekundową solówką. Ale na tym – na szczęście – nie koniec, bo od 2:13 tempo zaczyna znowu nabierać rumieńców, by z nastaniem 2:23 wrócić do szalonego galopu.

Inaczej być nie mogło, bo w przeciwnym razie włączenie kolejnego kawałka równałoby się z zawałem serca.

A jest nim sztandarowy i wzorcowo hardcorowy „1984”. Jego pierwsze 15 sekund wypełnia przygrywka, by potem przejść w 6-sekundowe nakręcanie najszybszego tempa, jakiego dotąd nie słyszał nie tylko Montreal. Mam nawet wrażenie, że cały ten akustyczny czad eksploduje z minimalnym poślizgiem, jakby cała maszyneria, swoją ciężkością i agresją, jak lokomotywa, potrzebowała paru sekund, by osiągnąć maksymalne ciśnienie w strunach i bębenach. Jednak kiedy już się rozpędzi, miażdży wszystko i wszystkich. I tak to słychać, aż do 0:53, kiedy jest zwrotnica i trzeba zwolnić i dać możliwość swobodnego wjazdu solówce, która podnosi temperaturę w tym muzycznym kotle na maksa, nadając niemal samobójczej prędkości tempu (od 1:09), która doprowadzi do katastrofy kilkanaście sekund później.

No i jak się czujecie? Poturbowani i sponiewierani, ale gotowi do powrotu na początek trasy, co?

Ja nie potrafię poprzestać na jednokrotnym przesłuchaniu tego materiału, więc robię to znowu i znowu, aż ktoś lub coś zakłóci mój trans i przywróci do rzeczywistości.

Fakt, muzyka to podstawa, ale czym byłaby ona sama bez tekstów?

Zabo przekazuje w nich słownie swoje kolejne trafne obserwacje z życia w kołtuńskim społeczeństwie, gdzie mężczyzna dominuje swoją siłą, głupotą i popędami („Love Rat”, „Urban Cowboy”), a rząd, media i Kościół knują, jak tu bardziej zniewolić naród, kontrolować jego życie i manipulować jego zachowaniem („1984”). Zaś „Brand new World” nawiązuje do książki Huxleya, w którego obrazie przyszłego zaśwata będzie się projektować nowych obywateli według wybranego schematu. A tamta jego przyszłość to obecna nasza teraźniejszość, w której manipulacje genetyczne są powszechne i w swych formach bardzo zaawansowane.

Tyle pochwał, bo rzeczywistość również skrzeczy, więc i ja muszę krakać, jak ona, nie żałując szpil EP-ce „First Impressions”. Na szczęście jest ich tylko kilka: 1/ gitary mogłyby brzmieć głośniej i wyraźniej różnić się brzmieniem (jak to było z numerem na składance); 2/ nie słychać blach i hi-hatu; 3/ no i ten efekt… Właściwie, ktoś – w tym i ja – nie wiedząc, że użycie flangera nie było zamierzeniem kapeli, z czasem przyjmie go za zaletę, bowiem dzięki temu przesunięciu i zdublowaniu dźwięków przestrzeń kompozycji zapełniła się, dając wrażenie pełnego i mocnego brzmienia. Niestety ten efekt był chyba zastosowany po miksie, bo dosięga również blach (słychać to szczególnie w „Brand new World”), ale co tam.

Krążek został wydany już w sierpniu własnym sumptem pod firmą Generic Records i sprzedawany na koncertach oraz poprzez mail-order w USA i Ł-ropie. Wytłoczono go 500 sztuk, które – od momentu, kiedy zaczęto go recenzować – bardzo szybko zniknęły z rynku, obecnie będąc nie lada rarytasem. Płytka miała fajną, intrygującą okładkę, wyróżniającą ja spośród wielu innych produkcji hardcore punk. Skąd ktoś wytrzasnął do zdjęcia tylu ogolonych byczków i to w dodatku w mundurach?

Genetic Control rozpoczęło promocję koncertową swojego krążka dopiero w styczniu 1985 rozkroku, w dodatku pod ściągniętą z jakiegoś serialu nazwą Fresh Fish & The Volkswagons.

Potem były sztuki w Montrealu, Toronto i Ottawie, w których piątka Kanałdyjczyków – już pod swoją oryginalną nazwą – miała okazję zaprezentować swój talent w towarzystwie takich znakomitości, jak Toxic Reasons, Suicidal Tendencies, Dead Kennedys czy G.B.H.

Trzeba tu zwrócić uwagę na jeden koncert, jaki miał miejsce w „Rising Sun Bar” – zaprzyjaźnionym klubie w rodzinnym mieście – gdzie podczas występu (pasowałby do tego numer „(Meat) Abandoned by Birth”) Robbo porzucił wiosło… i zaczął rodzić! Spod jego fartucha zaczęła płynąć krew i oczom oszołomionej publiki objawił się punkowy noworodek, sprawnie odcięty od pępowiny brzemiennego ojca.

W sierpniu 1985 rozkroku artyści bukują sobie dwie noce w studiu La Majeure Recording, podczas których rejestrują 18 kompozycji – wśród nich 2 kowery Bad Brains, jeden Alica Coopera i jeden Tesco Vee oraz własna wersja tytułowej piosenki z serialu „Gilligan’s Island (Wyspa Gilligana)”.

Z biegiem rozkroków wiele wersji tego zdarzenia pojawiło się w obiegu, a to, że sesja była rejestrowana z myślą o demo, że podczas niej zarejestrowano 16 numerów, a nawet 22. Że dochodziło do spięć z właścicielem studia i że muzycy zniszczyli trochę tamtejszego sprzętu, dlatego nie dostali taśmy matki, tylko kasetę z surowym miksem.

Muzycy twierdzą natomiast, że brak forsy zmusił ich do rejestracji „na setkę” na 4-śladzie z kasetą magnetofonową, jako efektem końcowym sesji.

Mówią także, że były dwie wersje taśmy, pierwsza „surowa”, a druga z dodatkowymi wokalami na ciut za głośnej gitarze.

Na rynku znalazły się nieoficjalnie więc tylko kopie tych dwóch wersji kaset, które do dzisiaj są raczej nie do zdobycia. Natomiast to, co przetrwało w internecie jest kiepskiej jakości, bo ludzie nie potrafią kopiować i cyfryzować kaset. W dodatku istniejąca w sieci kopia tej sesji była prawdopodobnie, przy zgrywaniu do kompa, odtwarzana szybciej niż została zarejestrowana w rzeczywistości w studiu. Nie ma się co łudzić, jakby Gen-Conowcy tak wtedy grali to zakasowaliby wszystkie inne kapele hardcore na zaświacie. A co, Zabo nagle usunął sobie genitalia i zaczął piszczeć zamiast śpiewać? Nie ma mowy! Użyłem więc programu komputerowego, by zwolnić bieg ścieżek i co się okazało?

Chłopaki rzeczywiście grają szybciej numery znane mi ze składanki i legendarnej EP-ki. A połączenie „Suburban Life” z „1984” dało niebywale agresywny efekt, obecny w każdym akordzie, w każdym riffie i w każdej frazie tej trzy i półminutowej akustycznej kanonady.

Cała rejestracja wydaje się być w miarę czytelna, choć bezapelacyjnie najlepiej ze wszystkich instrumentów brzmi bas, którego barwa i sposób gry Douga zasługuje na szczególne wyróżnienie. Szkoda, że nie było tego tak słychać na EP-ce, wtedy tamte 4 numery dawałyby takiego kopa, że hej! Natomiast obie gitary są za ciche i znowu nie bardzo różnią się dźwiękiem od siebie, natomiast solówki są nawet głośniejsze niż zwykle. Co do bębenów to w miarę słychać werbel, półkotły i blachy, ale z kolei brak w zapisie wyraźnej stopy, kotła i hi-hatu. Natomiast wokal jest tu bardzo czytelny i nadal melodyjny, podobnie, jak chórki, których jest tu o wiele więcej niż dotychczas.

Co więcej? Nowe i nieznane mi dotąd numery nie są stricte hardcorowe, czego oczekiwałem i zawierają w sobie coraz więcej elementów rockowych, co przekłada się na ich wolniejsze tempo. Coraz częściej w utworach dominuje schemat aranżacyjny szybko-wolniej-szybko i w dodatku więcej się dzieje w tej środkowej – i zazwyczaj o wiele dłuższej – części niż w tych skrajnych, których zadaniem jest napaść akustycznie na odbiorcę a na koniec jeszcze go sponiewierać. A, i pamiętajmy o przygrywkach, których też tu nie brakuje.

Powyższy schemat sprawdza się w „Drunk again” (jeden z najlepszych i najmocniejszych kawałków w tej sesji) i „First Impressions” .

Odbiegający od wspomnianego schematu, a przykuwający moją uwagę, jest „Licence to kill” (szybki, z częstymi przejściami, basowymi akcentami i solówką gitary), „Vigilante” (szybki, różnorodny w tempie, które zmienia się kilkakrotnie) oraz „Meet Billy” (szybki, z akcentami i przejściami na bębenach i z solówką).

O przeróbkach nie wspominam, bo nie przepadam za odtwarzaniem oryginału w sposób do niego zbliżony. Jeśli już grać czyichś numer, to zostawić w nim najbardziej charakterystyczne momenty, resztę wypełniając brzmieniem specyficznym tylko dla siebie.

Natomiast wspomnę o kilku tekstach, które mi się podobają. Tematycznie nie odbiegają one od drogi, którą dotąd kroczył Zabo. Ich treść wypełnia krytyczne spojrzenie na chłamerykańskie społeczeństwo, w którym codziennością jest porzucanie i handel dziećmi („Abandoned at Birth”), pijaństwo i prowadzenie pojazdów po alkoholu („Drunk again”), brutalność policji („Meet Billy”), wszelkiego rodzaju uprzedzenia („First Impressions”) oraz uzależnienie od wszechobecnego i powszechnie promowanego seksu („Rockin’ with Seka”), jakim w tym przypadku emanowała gwiazdka filmów erotyczno-pornograficznych – Dorothiea Hundley.

Podsumowując to muszę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany tą nocną sesją Gen-Conowców w Le Majeure Recordings, bo oczekiwałem od tak utalentowanej kapeli kroku naprzód w ekstremalizacji swojej tfurczości – na co wskazywał utwór na składance, a potem EP-ka – a dostałem hardcorowo-rockowy tygiel różnorakich temp, brzmień i pomysłów.

Zresztą rozczarowany byłem chyba nie tylko ja.

Bowiem od momentu rejestracji sesji, przezwanej potem „Unreleased LP”, wszystko zaczęło się walić. Genetic Control nie grał już więcej koncertów (ostatni miał miejsce 10-ego maja w Rising Sun, przed G.B.H), a w jego szeregach coś się zaczęło psuć. Ale co było przyczyną rozłamu i gwałtownej śmierci?

Przecież Gen-Conerzy planowali wydanie tego debiutanckiego albumu i pierwsze duże tournee. Cóż, wszystko wzięło w łeb.

genetic control - brave new world cd 200x200Co prawda kapeli udało się jeszcze zewrzeć szeregi na dwóch koncertach (niby w ramach uczczenia 15-lecia powstania) w 1998 i 1999 rozkroku – w dodatku ten ich pierwszy występ, 4-ego października, został zarejestrowany i wydany w 2005 rozkroku na CD „Brand New World” – ale to już nie to, co kiedyś.

W 2000 rozkroku pojawił się składankowy, winylowy bootleg „A Compilation dedicated to Tim Yo”, którego skład był podobno dobrany według listy ulubionych numerów, za jakie je uznawał przedwcześnie zmarły Tim Yohannan – wydawca kultowego fanzina „Maximum Rock’n’Roll”, dziennikarz i ikona chłamerykańskiego hardcora. Wśród 29 kapel na trackliście znalazły się tylko dwie spoza USA, a dokładnie z Kanałdy, a jedną z nich był właśnie Genetic Control z numerem „Love Rat”. To wyjątkowe wyróżnienie i docenienie ich talentu.

Genetic Control obecnie znowu działa, gra koncerty i odgraża się, że sesja „Unreleased LP” zostanie odrestaurowana i wydana wreszcie oficjalnie na winylu. Pożyjemy, zobaczymy!

wretched - finira mai ep 200x200 (1)Wretched (ITA) „Finira mai?” EP; jeden z tfurców szalonego i chaotycznego, ale niebywale ognistego wałoskiego brzmienia hardcore punk oraz współkrzewiciel etyki DIY poprzez własną tfurczość i udział w różnorakich działaniach prowadzonych w ramach klubu „Virus” w Mediolanie.

Północna część Wałoch była głównym animatorem/kreatorem anarchistycznych działań, począwszy od II połowy rozkroków 70-tych, kiedy to kraj dotknął ekonomiczny i polityczny kryzys, wzmogła się przemoc, inwigilacja i represje. Strajki, rozruchy, manifestacje i bójki z policją nie były wtedy rzeczą niecodzienną. Nic dziwnego, że muzyka punk, anarchia i slogan „No Future” przypadł do gustu dzieciakom i młodziakom z południowej Ł-ropy.

Wiadomości z Wysypek Prytyjskich wraz z płytami i fanzinami zaczęły docierać i tu, tworząc dogodny klimat do współdziałania przeciwko obecnemu państwu, politykom, policji, Kościołowi i hipokryzji społeczeństwa. Jednak emocje związane z „gwiazdami” zza kanału, typu The Sex Pistols czy The Clash, szybko opadły, dając pierwszeństwo The Ramones czy UK Subs, które nie kojarzyły się z „komercją” i „sprzedaniem się” przemysłowi muzycznemu. Wzorem prytyjskiego fanzina „Sniffin’ Glue” w Mediolanie pojawił się „Dudu”, który po sprzedaży 1000 sztuk pierwszego numeru, trafił na rynek w nakładzie 2500 sztuk pod nową nazwą „Pogo”. Jego śladem podążył „Xerox”, „Nero”, a w Bolonii „Attack”, gdzie motorem napędowym zmian była banda RAF Punk. To oni, jako pierwsi w kraju, zarejestrowali, przygotowali, zredagowali, wydrukowali i sfinansowali tłoczenie singlowej składanki „Schiavi nella Citta piu Libera del Mondo”, zawierającej – obok swoich nagrań i kapel Bacteria, Anna Falkss i Stalag 17 – wkładkę pełną anarchistycznych przesłań i dokumentującą wspólne działania na rzecz zmian i wolności tworzenia. Podobnie, jak w Hałolandii, tak i tu wspólnota stała się podstawą egzystencji, jednak tylko tutaj we Wałoszech ta idea została tak doskonale spożytkowana. Tutejsze społeczeństwo ma wrodzony dar gromadzenia się, działania nie w pojedynkę, ale w grupie. Każda inicjatywa zaraz znajduje wielu chętnych do uczestnictwa w niej, zaraz też pojawia się i nazwa dla tych aktywistów. To niesamowite, ale właśnie ta cecha zaważyła na oryginalności i niepowtarzalności wałoskiej sceny hardcore punk.

Jest początek rozkroków 80-tych. Jest motor do działania (wspólnota), paliwo do niego (muzyka hardcore punk), narzędzia (fanziny, akcje, kasety i płyty), brakowało jeszcze platform wymiany doświadczeń i fascynacji, czyli klubów. Forma squattingu nie była tu legalna, jak w Hałolandii, jednak można było wykorzystać opuszczone budynki w ramach C.S.O.A. – programu wspólnego użytkowania i zarządzania opuszczonymi czy niewykorzystanymi w pełni budynkami. Muzycy zaproponowali więc mieszkańcom kamienicy przy via Correggio 18 w Mediolanie, że chcieliby w wolnych pomieszczeniach zrobić drukarnię dla swojego fanzina „Nero” i dostali na to zgodę! Wkrótce wygospodarowali tam miejsce do prób i organizowania koncertów, pomieszczenia dla wydawnictwa Antiutopia Edizioni/Creazioni, dystrybutora „Virus Diffusioni” i agencji koncertowej „Punkaminazione”, która wkrótce przemieniła się w jedyny w swoim rodzaju fanzine, tworzony przez ludzi z całego kraju.

Nieoficjalne otwarcie klubu „Virus” nastąpiło 31-ego października 1981 rozkroku koncertem „Contro l’eroina”, będącym kontynuacją imprezy zorganizowanej w Torviscosie kilka tygodni wcześniej – gdzie obok Wretched grali m.in. Upset Noise, EU’s Arse, Impact i 5° Braccio – a dotyczącej młodzieńczej plagi zażywania narkotyków, w tym heroiny. Natomiast oficjalnie klub przeszedł “chrzest bojowy” w kwietniu 1982, kiedy to zorganizowano w nim 3-dniowy festiwal „Offensiva di Primavera”, podczas którego na scenie „Virusa” zagrało 50 kapel z całego kraju, a obejrzało te koncerty ponad 2000 ludzi. Obok Wretched doskonale zaprezentowało się m.in. RAF Punk, Fall Out, Indigesti, EU’s Arse, Chelsea Hotel i 5° Braccio. Co prawda ostatniego dnia imprezę przerwała policja, która wparowała do budynku wezwana przez okolicznych mieszkańców, ale festiwal i tak odbił się szerokim echem w całych Wałoszech, sięgając recenzjami do innych krajów Ł-ropy.

Od tego momentu idea wspólnoty i DIY rozprzestrzenia się po północnych i środkowych regionach kraju z prędkością światła, co owocuje imprezami w Turynie, Ferrarze, Bolonii, Pizie i Genui. Nie ma podczas nich przemocy ani agresji, mimo istnienia w miastach skinheadów i nazi-skinów. Scena hardcore punk staje się bardzo szybko niebywale aktywna, żywotna i zjednoczona, mimo nieukrywanej odrębności, mierzonej miłością do swego miasta. Wszystko robione jest własnym sumptem, czyli redagowanie i wydawanie fanzinów, projektowanie i kserowanie flyerów, wkładek, plakatów, naklejek, agitek, drukowanie koszulek, rejestracja nagrań studyjnych i koncertowych, a potem dystrybucja i sprzedaż fonogramów. Tu podobnie, jak w Hałolandii, nie szukano pośredników czy managerów, nawet więcej, coraz oficjalniej i głośniej namawiano do bojkotu rynku komercyjnego, korporacji płytowych i ich „gwiazd”, włączając w to agencję ochrony praw autorskich SIAE (to taki pasożyt, jak ZAiKS).

Co do cen biletów na koncerty oraz fonogramów – które zadziwiały dokładnością i starannością przygotowania oraz bogactwem treści (często poza tekstami utworów znaleźć tam można było zdjęcia i grafiki oraz przesłanie anarchistyczne muzyków i dokumentację wspólnych akcji) – to były one ustalane z minimalną marżą. Np.: wejściówki potrafiły być 5-krotnie tańsze od tych na imprezy z udziałem renomowanego krajowego wykonawcy.

Fanzine stał się podstawowym źródłem informacji i kontaktu ze scenami poszczególnych regionów Wałoch. Szczytowym osiągnięciem tego współdziałania był wspomniany już „Punkaminazione”, którego niemalże każdą stronę redagowali ludzie z innego miasta i regionu, przez co pismo było jedynym w swoim rodzaju miesięcznikiem tak różnorodnym w treści i grafice. To dzięki niemu udało się bez przeszkód i pośredników zorganizować w Wałoszech 5 koncertów prytyjskiej formacji Disorder.

Te wszystkie działania inspirowały innych, tych dotąd niezdecydowanych, do otwarcia oczu na rzeczywistość, zachłyśnięcia się wolnością tworzenia i ekspresji, założenia zespołu, wydawania fanzina, robienia wystaw czy prowokowania inicjatyw, mających na celu krytykę obecnego systemu. Do takich akcji należy na pewno zaliczyć masowy protest przeciwko instalacji chłamerykańskich pocisków Cruise w bazie wojskowej NATO w Comiso latem 1983 rozkroku (w którym wzięli również udział muzycy prytyjskiej formacji Crass), mobilizację przeciwko nazi-skinom podczas 3-dniowego „Chaos Tag” w Hanowerze w Gormanii, na początku sierpnia 1984, a także protesty przeciwko socjologicznej konferencji (tyczącej miejskich gangów młodzieżowych) zorganizowanej w pomieszczeniach teatru „Miele” i przeciwko eksmisji mieszkańców z budynku teatru „Porta Romana” (obie rozpropagowywane i udokumentowane składanką kasetową „La notte dell’Anarchia”); czy te mniejsze, ale równie ważne inicjatywy, jak ruchy anty-jądrowe, w obronie praw zwierząt (a skierowane przeciwko stosowaniu wiwisekcji) czy manifestacja przeciwko istnieniu i warunkom panującym w kobiecym więzieniu w Vogher.

Pierwsza połowa rozkroków 80-tych była naprawdę pełna, niespotykanego gdzie indziej w Ł-ropie, wspólnego działania w ramach ruchu hardcore punk.

W sumie w latach 1982-87 we Wałoszech powstało i wychodziło ponad 250 fanzinów (w tym sławetny „T.V.O.R.”, osiągający nakład nawet 5000 egz., a zawierający już wysokiej jakości zdjęcia i grafiki), grało ponad 400 kapel, które działały lokalnie, ale we współpracy i kontakcie krajowym. Istniały wydawnictwa, prowadzone często przez samych muzyków, spośród których należy wymienić Meccano i Disforia Tapes w Turynie, T.V.O.R. On Vinyl w Como, Attack Punk w Bolonii, Belfagor we Florencji, Blu Bus w Aoście, Nuova Fahrenheit w Wenecji, Contagio w Rzymie i oczywiście Chaos Produzioni w Mediolanie. Jasne, że poza nimi każdy, kto czuł potrzebę, mógł i wydawał kasety i single z muzyką własnej kapeli czy składanką z nagrań kilku bendów. Muzycy Wretched prowadzący Chaos Produzioni także nie myśleli tylko o sobie, ale proponowali pomoc przy rejestracji i wydaniu płyt innym (żeby wymienić Impact, Dispera-zione czy Stinky Rats). Koszty produkcji płyt czy kaset starano się ograniczać (oczywiście nie za sprawą gorszej jakości druku okładki, zmniejszania stron wkładki czy nakładu fonogramu) a zyski minimalizować, co pozwalało innym tworzyć i prowadzić distra, dzięki którym wałoski rynek szybko zapełnił się wydawnictwami (płytami, kasetami i fanzinami) punk i hardcore z całego zaświata.

A wszystko to miało swoje źródło właśnie w klubie „Virus”, współprowadzonym prężnie przez muzyków z Wretched. Należy to podkreślić, bowiem przez cały czas istnienia przy via Correggio 18 ich działanie zakłócał wredny właściciel budynku, który zlecał w nim prowadzenie niekończących się robót budowlanych. 15-ego maja 1984 rozkroku ten właściciel dogadał się z władzami miasta, co doprowadziło do eksmisji klubu. Historię tej niepowtarzalnej komuny oraz akcje protestacyjne podjęte w jej obronie pokazuje półgodzinny dokument „Virus” zrealizowany w tamtym rozkroku oraz relacje umieszczane w fanzinach i we wkładkach płyt wydawanych w tamtym czasie (jak choćby składanka „4 per A// AA per tutti” czy „Libero di vivere! Libero di morire!” Wretched).

Nowym miejscem dla klubu stał się lokal przy Viale Piave 9, a kiedy ten został zniszczony – przez zawalenie się dachu w sierpniu 1985 – kolejną jego lokalizacją stał się budynek łaźni publicznej przy Piazza Bonomelli 3. Pod tym adresem klub istniał i działał do jesieni 1987 rozkroku. W sumie w „Virusie” – obok mnóstwa kapel z Wałoch – zagrało wiele znanych, zagranicznych kapel hardcore punkowych, jak choćby MDC, Black Flag, Disorder, Inferno czy Rattus.

Ale – do cholery – zajmijmy się wreszcie tfurczością Wretched, jego niesamowitą muzyką i tekstami, pokazującymi fascynacje i oddającymi poglądy muzyków, zbudowanymi na rzeczywistości, w której przyszło im dorastać. Rzeczywistości pełnej arogancji polityków i kłamstw partii politycznych oraz przemocy policji; wolności zagrożonej widmem wojny jądrowej i koniecznością odbycia zasadniczej służby wojskowej; codzienności wypełnionej pogonią za pieniądzem, bogactwem i tytułami, wyzyskiem jednostki przez kapitalistyczny system i ślepą wiarą w religię.

Wretched powstało w październiku 1981 rozkroku, jednak dopiero wiosną 1982 jego skład się ustabilizował. Tworzyli go: Gigi (wioślarz), Fabietto (katabas), Gianmario (wokal od stycznia 1982) i Giancarlo (bębeniarz), który wykopał ze stołka Michela. Koncert w Torviscosie, który miał miejsce 2-ego października tamtego rozkroku doskonale dokumentuje formę, w jakiej ta mediolańska kapela była już po dziewięciu miesiączkach współżycia. Zachowany fragment występu w ramach „Contra l’heroin” obfituje w muzyczny chaos, nad którym góruje wrzask Gianmaria, nie pozostawiający wątpliwości, co do agresywności i trafności przekazu zlepków liter wypluwanych z jego gardzieli. Trzeba tu koniecznie zwrócić uwagę na trzy kawałki, które potem nigdy nie zostały zarejestrowane studyjnie i wydane na fonogramie, a szkoda. Chodzi mi o „Ribelle per Moda / Ribelle per niente (Fashion for Rebel / Rebel for nothing)” – kapitalny, bo bardzo krótki i wybuchowy numer, który stał się wzorcem dla późniejszej tfurczości francaskiej kapeli Rapt; „Lotta per Vivere / Lotta per Morire (Fight for Life / Fight to die)” – jeden z najciekawiej zaaranżowanych kawałków w historii Wretched, z wstrzymaniami tempa, kipiącą sztormem decybeli gitarą i chórkami. Ostatnim z tej trójcy jest punkowy, półtoraminutowy numer, utrzymany w średnim tempie a zatytułowany „Democrazia (Democracy)”, z intrygującym pasażem gitarowym Fabietta i tekstem rozprawiającym się bezlitośnie z systemem, który tylko nazywa się demokratycznym, a w rzeczywistości jest bardziej zbliżony do policyjnego.

wretched - split w indigesti ep 200x200 (2)Nic więc dziwnego, że będąc w tak doskonałej kondycji Wretched już latem dokonało pierwszej swojej rejestracji, która w postaci dzielonej EP-ki z rodzimym Indigesti pojawiła się na rynku we wrześniu w nakładzie 1000 sztuk. Zawiera 6 agresywnych i pulsujących kawałków, w których słychać fascynację Discharge i kapelami hardcore zza Oceanu, jednak to tylko dolna część rusztowania, zabudowanego szczelnie pod sufit typowo wałoskim, żywiołowym temperamentem, objawiającym się chaosem w zgraniu i głośności poszczególnych instrumentów, w myśl credo bendu głoszącego, że ich twórczym narzędziem walki jest: „Chaos – nie muzyka”. Ale wierzcie mi, to szybko zaczyna się odbierać jako zaletę Wretched, coś, czego dotąd nie spotykało się nigdzie indziej (nawet na składankach z serii „Bullshit Detector”). Efektem jest 5 minut niezmordowanego, szaleńczego wyścigu instrumentów, którego piekielne tempo podsyca jeszcze gniew, bryzgający słowami z gardła Gianmaria, wściekle nawołującymi do walki o własne życie i pracę, użycia anarchii, jako narzędzia do rozprawienia się z systemem, który czyni z człowieka niewolnika, zmuszanego walczyć i zabijać w jego imieniu. Wszystkie kawałki brzmią w miarę równo i czytelnie, choć szkoda tej solówki w „Se ne fregano (They don’t care)”, której prawie w ogóle nie słychać. Do wyróżniających się z kawałków z całości EP-ki zaliczam „Il loro Stato (Their State)” i „Usa la tua Rabbia (Use your Anger)” – oba dzięki intrygującej aranżacji, w której najważniejszą rolę odgrywa bębeniarz.

Krążek wydany własnym sumptem zawiera kserowane wkładki, w których Wretched przedstawia powody swojego powstania oraz poglądy na wojnę i militaryzm, ten nieustający wyścig zbrojeń, służący zaspokajaniu chorej ambicji rządzących zaświatem kapitalistycznych świń.

W podobnym klimacie utrzymany jest drugi – wydany w marcu 1983 rozkroku – w pełni autorski krążek mediolańskich aktywistów zatytułowany w skrócie „In nome del loro potere tutto e Statto fatto…”. Jego treści skupione są wokół wojny, jej potworności, jakie są dziełem lub których są świadkami żołnierze, zmuszeni do służenia interesom agresorów – przemysłowi, któremu to przynosi ogromne zyski i który steruje działaniami polityków i rządów. Do tego Gianmario celnie uderza we władzę i farsę, jaką są wybory i obietnice polityków, których nazywa bez pardonu „złodziejami i mordercami”. Nawołuje także do walki o życie bez kontroli i inwigilacji, o przeciwstawienie się nieludzkim prawom, jakie nas obowiązują i wyrzuca nietolerancję społeczeństwu, dla którego ktoś wyglądający inaczej, odmiennie od ustalonego szablonu, jest podludziem, niemal przestępcą.

Muzycznie tę kolejną EP-kę w dyskografii Wretched wypełnia 8 kawałków trwających nieco ponad 8 minut, ale kipiących od dźwięków rżnącego przestrzeń wiosła Gigiego – często wzbogacającego rytm o fajne akcenty i zjazdy po gryfie – którego tempo podkręca jeszcze szybkie, choć trochę zbyt monotonne bicie bębenów Giancarla. Całość brzmienia przenika zaś swoim wrzaskiem Gianmario raz będąc za cicho, a raz za głośno, co tyczy się także i katabasa. Fabietto kryje się gdzieś po kątach, by odważnie pojawić się w numerach „Spero venga la Guerra (I hope that the War comes)” i „Combatti (Fight)”, a wybuchnąć pod koniec sesji, w kawałkach „Ti obbligano ad obbedire (They oblige You to obey)”, tym ze zwariowaną 9-sekundową solówką, i „Non posso Sopportare (I can not tolerate)”, nadając tym wymienionym czterem utworom prawdziwie apokaliptycznego i miażdżącego brzmienia.

wretched - in nome del loro potere ep 200x200 (2)Ta EP-ka przyciąga oko czarno-białą okładką oraz kserowaną wkładką z tekstami kawałków i pogłębionym studium poglądów muzyków i członków Collettivo Antimilitarista RHO na temat wojny i służby wojskowej. Część płyt z nakładu 1000 egzemplarzy (ta sprzedawana poza Wałochy) zawierała gangielskojęzyczną historię i credo Wretched wraz z tekstami utworów. Był to słuszny zabieg, bowiem już wkrótce zaczęło się o nich dużo mówić i pisać, co z kolei rozbudziło zainteresowanie ich tfurczością wydawców międzynarodowych składanek. I tak, jeszcze w 1983 rozkroku, pierwszą na kontynencie była kompilacja „Lärmattacke” (gormańskiego Anti-System Tapes), a za Oceanem „Music on Fire” (wydana przez chłamerykańskie BCT).

Jest więc dobrze, więc najwyższy czas na zmiany… ale czy na gorsze czy na lepsze? Najpierw wydaje się, że na gorsze, bo odchodzą, wpierw Gigi, a potem Giancarlo, tyle że ten ostatni pozostaje w komunie, udzielając się później w akcjach antymilitarnych. Na miejsce tych dwóch dezerterów rekrutują się zawodowcy: Daniele, były wioślarz Indigesti, oraz AniCrema – były bębeniarz Stalag 17. Po tym przegrupowaniu, w lutym 1984 rozkroku, Wretched nagrywa swój najlepszy, kultowy krążek zatytułowany „Finira mai?”. Kilka godzin spędzonych w towarzystwie Roberto i Peo eksploduje ośmioma minutami żywiołowego hardcora, druzgoczącego odbiorcę falą nut i słów, promieniującą typowo wałoską agresywnością i wściekłością. Wszystkie kawałki są często dwa razy dłuższe niż te dotąd zarejestrowane, a jednak nic nie straciły ze swojej mocy i dynamiki. To głównie zasługa Daniela i jego wiosła, które wreszcie trzyma się pierwszego planu, za wszelką cenę starając się nie oddać koszulki lidera wrzeszczącemu na niego wokalowi, któremu za plecami bębeni AntiCrema, popędzany przez katabasa Fabietta. Tempa wszystkich pięciu numerów są maniakalnie szybkie, aranżacje – nieco bardziej niż dotąd – rozbudowane, a brzmienie pełniejsze niż kiedykolwiek. Stronie A przewodzi więc najszybszy, tytułowy „Finira mai? (Will it ever end?)” z kilkusekundową przygrywką, przechodzącą w muzyczną kanonadę, które niesie ze sobą echo wczesnej tfurczości Discharge. Za nią sunie bez wytchnienia „Senza fine (Without end)”, a potem „Nelle loro mani (In their Hands You are nobody)”, opatrzony z początku i końca przygrywką a wypełniony w środku szaloną 9-sekundową solówką. Drugą stronę EP-ki rozpoczyna najdłuższy (2:38) i najlepszy numer Wretched – „Mai arrendersi (Never surrender)” – bo najciekawiej dotąd zaaranżowany kawałek w tfurczości mediolańskich hardcorowców. Bardzo szybkie tempo narzucone przez wioślarza, umiejętnie rozbijają bębeny, których akcenty i przejścia bardzo ubarwiają ten kawałek. Krążek zamyka „Questa e la mia Vita (This is my Life)”, który jest równie szybki, ale odbiegający trochę brzmieniem od reszty, tak jakby Daniele opadł nieco z sił, a jego wiosło sflaczało, choć ta solówka w 1:26 to klasyka. Gianmario natomiast cały czas nie żałuje swoich strun i stara się przekonać wszystkich, że życie w obecnym układzie i systemie nie ma sensu ani przyszłości. W całości swego 5-numerowego wystąpienia celnie punktuje podstawowe elementy na tej drodze, których główną cechą jest pranie mózgu, indoktrynacja i kontrola. To oczywiście edukacja w szkole (wybiórcza i na niskim poziomie), religia i Kościół (żądne dusz i pieniędzy), tradycyjna rodzina (zabobonna, hierarchiczna) oraz wojsko/armia (w szponach chciwych władzy gnid). Pogłębione studia dotyczące tej tematyki wypełniają, dołączoną do płyty, kserowaną wkładkę, która zawiera również teksty. Wkładka ta była również dostępna w wersji ganglo- i francaskojęzycznej. Całość wydawnictwa spaja kolejna udana i przyciągająca wzrok czarno-biała okładka, będąca kolażem zdjęć i haseł.

wretched - libero di vivere lp 200x200 (2)Do promocji tej EP-ki – która pojawiła się na rynku w marcu 1984 rozkroku – użyto także ti-szertów, naklejek i blaszanych znaczków. A w kwietniu Wretched pojechało na Wysypki Prytyjskie, gdzie zorganizowano mu 4 koncerty. To był nie lada wyczyn, bowiem służba wojskowa we Wałochach jest obowiązkowa, a uchylanie się przed nią grozi więzieniem. Możliwości odbycia służby zastępczej są więc jedyną szansą uniknięcia tej „przyjemności”, jednak powoduje to ograniczenia, w tym trudności w opuszczeniu kraju. Wcześniej ten problem dotyczył Gianmaria i Fabietta, dlatego teraz, kiedy Daniele miał jeszcze swobodę ruchów, bandyci ruszyli za kanał La Manche, grając tam m.in. w towarzystwie kapel Disorder, The Instigators, Anti System i Dirge.

Wkrótce po powrocie do domu chłopaki tworzą wydawnictwo Chaos Produzioni, a jesienią rejestrują swój debiutancki album „Libero di Vivere / Libero di Morire!”. Okładkę ma to wydawnictwo kapitalną, autorstwa Stefano Valli aka Stiva Rottame (grafika fanzina „T.V.O.R.”), a utrzymaną tematycznie w klimacie okładki krążka prytyjskiej kapeli Subhumans „The Day the Country died”, tyle że mocniejszą w wymowie. Sam winyl jest kolorowy, co może być zaletą, natomiast zawartość muzyczna płyty mnie zupełnie rozczarowuje. Po takim wyczynie, jak „Finira mai?” spodziewałem się czegoś równie agresywnego i ekstremalnego zarówno w tempie, co w brzmieniu. Niestety, w tej rejestracji brak jest przede wszystkim żywiołowego chaosu, który charakteryzował ten wałoski bend. Do tego gitara zeszła na drugi plan, oddając przedpole wokalowi i reszcie instrumentów, które są czytelne, zbyt czytelne, jak na tfurczość Wretched, do której przywykłem. Czy powodem tego wszystkiego było zamknięcie „Virusa”, potem przepychanki z władzami i policją, a następnie przeprowadzka do nowego lokalu? Może pierwsze objawy problemów z gardłem i strunami u Gianmaria? A może studio, w którym przyszło im nagrywać, dało możliwości wykorzystania wielu śladów, co było nowością dla nich? Wystarczy bowiem porównać nagrane tu wersje „Finira mai?”, „Mai arrendersi”, „Spero venga la Guerra” czy „Combatti”, z tymi z poprzednich płyt. Te nie mają już w sobie tego żaru i tego ognia, jaki buchał w mych trzewiach mózgowych podczas emisji tamtych kawałków. Reszta albumu, czyli 13 utworów, również utrzymana jest w średnim tempie, pozbawionym bębenowych ekscesów (no, może poza „Uniti sempre (United forever)”) i gitarowych wybryków.

Widzę tutaj taką dziwną zbieżność z tfurczością rodzimego Indigesti. Bowiem te kapele debiutowały przecież doskonałym wspólnym krążkiem i obie rozczarowały potem każde swym debiutanckim longiem (choć z tej konfrontacji mediolańczycy wyszliby na tarczy). Ciekawe?

Jedynie teksty numerów na nagrobku „Libero di Vivere / Libero di Morire” trzymają dawny poziom, emanując (a rzadziej wrzeszcząc) hasłami i tyradami na rzecz otrząśnięcia się z marazmu i podjęcia walki z systemem dla uwolnienia się z niewoli i życia własnym życiem. Natomiast treść kawałka „Virus”, tak jak i okładka płyty, opisuje historię tego klubu, zapowiadając, że to nie koniec istnienia mediolańskiej wspólnoty, a tylko kolejne przykre doświadczenie na jej drodze. Zaś kserowana wkładka albumu „Libero di vivere / Libero di morire!” zawiera ganglojęzyczną historię bendu, jego uaktualnione przesłanie oraz teksty numerów.

Nagrobek pojawił się – z opóźnieniem – w grudniu 1984 rozkroku, przed kolejnymi koncertami Wretched w Ł-ropie, m.in. w Gormanii, Hałolandii i Dranii. Natomiast już parę miesięcy później dochodzi do wymiany muzyków na pozycjach bębeniarza (Zambo dołącza w kwietniu) i katabasa (Giuliana dochodzi w czerwcu). Wretched nieco pauzuje z powodu Daniele, a potem Zambo, którzy odbywają zastępczą służbę wojskową, dlatego dopiero latem 1986 rozkroku dochodzi do rejestracji nowego albumu zatytułowanego „La tua Morte non aspetta”. Zawiera on 6 kawałków, zapisanych przez Beppe w Synergy Studio (w tym samym, w którym Indigesti rejestrowało swój album „Osservatti dall’Inganno”!), które jednak robią spore wrażenie. Nie tylko dlatego, że brzmią ciut metalowo, ale że mają w sobie energię i agresję, której brakowało na debiutanckim longu. Zapis jest czytelny i klarowny, a jego przestrzeń jest ściślej wypełniona dźwiękami instrumentarium niż miało to miejsce w przypadku niefortunnego „Libero di Vivere / Libero di Morire”. Daniele może więc w pełni wykorzystać możliwości swego wiosła, zaś Zambo emablować biciem, przejściami i gamą cięć blach. Kawałki są cięższe – ale wcale nie kosztem temp poszczególnych numerów – i dłuższe, bo niemal każdy ma jakąś przygrywkę, przez co oscyluje czasem wokół trzech minut. Spośród nich na pierwszy plan wyłazi najbardziej zwarty „Senti il Richiamo (Hear the Call)”, najszybszy i najgłośniejszy „Verso il tuo Orizzonte (Towards your Horizon)” oraz tytułowy i najkrótszy („Your Death won’t wait”). Co do tekstów Gianmaria to nieco się zmieniły, znaczy dotyczą raczej przemyśleń własnych losów w mijającej rzeczywistości niż służą krytyce systemu i pokazywania drogi wyjścia z niego. Jest w nich bowiem cień rezygnacji (jak choćby w „Vivere nell’ Incubo (Living in the Nightmare)” czy „Angosce (Anxiety)”), przemijania („La tua Morte non aspetta”), ale jest i nadzieja („Senti il richiamo”, „Verso il tuo Orizzonte”). Wyjątkiem jest „Sezionati vivi” („Dissected alive”), wymierzony w morderców zwierząt, zwyrodnialców w kitlach, bawiących się wiwisekcją, oraz w bezmyślnych konsumentów/pożeraczy zwierzęcego mięsa.

Ponadto ten album zawiera bardzo interesującą wkładkę, w której znajdują się listy i adresy wałoskich kapel, wydawnictw, distrów i fanzinów. Natomiast rysowana okładka nie skupia na sobie mojej uwagi.

Oficjalną dyskografię Wretched zamyka małointeresująca, składankowa EP-ka „1983-86” – wydana w 1987 – oraz singel „In Controluce”, zarejestrowany z udziałem Gianluci (katabasa z Dispera-zione), a wydany w 1988 rozkroku.

Reasumując, w rozkrokach 1982-89, mediolański kwartet wydał 5 małych krążków i dwa albumy, zaś jego numery znalazły się na kilku krajowych i aż 15-stu międzynarodowych składankach, zarówno kasetowych, jak i winylowych, z których trzeba wymienić chłamerykańskie „P.E.A.C.E./War” i „I’ve got an Attitude Problem”, francaską „1984 vol.2” czy obelgijską „Extreme Noise 1”.

Oczywiście z nadejściem końca klubu „Virus”, a potem bendu Wretched wałoska scena nie zniknęła z hardcorowej mapy zaświata.

Współistnienie tej niecodziennej i oryginalnej komuny trwa nadal i objawia się do dzisiaj chęcią i dbałością w dokumentowaniu swojej historii. Są więc strony wuwuwu poświęcone kapelom i fanzinom, a wreszcie w pierwszej połowie przyszłego rozkroku (2015) będą mieć swoją premierę: książka „Diritti contro un Muro (Straight against a Wall)” oraz dokument filmowy „Italian Punk Hardcore 1980-1989” [DVD] – dwa niebywale bogate źródła informacji o scenie hardcore punk w Wałoszech.

inferno - tod und wahnsinn lp 200x200 (1)Inferno (GER) “Tod und Wahnsinn” LP; gormańska scena punk ma długi i bardzo bogaty rodowód, natomiast nurt hardcorowy – nie. Co prawda nie można nie zauważyć pierwszych jaskółek ekstremy, jakie słychać – na przełomie dekad – w tfurczości Buttocks, Razors, Slime, Toxoplasma czy Vorkriegsjugend, ale są to krótkotrwałe wybuchy szalonych i prowokacyjnych treści, nie mające znacznego wpływu na późniejszą karierę tych band. Co innego takie kapele, jak Chaos Z (czerpiąca garściami z tfurczości Discharge) czy Upright Citizens (podążająca tropem chłamerykańskich kapel hardcore), jednak to dopiero Inferno zmieniło ten stan rzeczy, wywracając do góry gormańską scenę punk, inicjując i robiąc w niej miejsce na prawdziwie ekstremalny hardcore. Bo to, co wymyślili ci czterej bawarscy punkowcy rodem z Augsburga, już wtedy nie bardzo mieściło się w tej konwencji, a było raczej dziewiczym krokiem we fast/thrashcore czy speedcore.

A wszystko zaczęło się równo 1-ego listopada 1981 rozkroku, kiedy to Igor (wioślarz) i Zong (katabas) – pod nieobecność reszty członków kapeli Skandal – zabrali Petera „PZ” Zieglera i Howiego „Donalda” do swojej pakamery. Tam wygłupiali się, starając się grać jak najgłośniej i najszybciej, co poza zabawą dało im wrażenie, że uczestniczą w czymś niecodziennym i nowym. Zaczęli się więc spotykać regularnie, słuchać nowych płyt (m.in. Discharge, Black Flag, Bad Brains) i komponować. Pierwszym kawałkiem nowej kapeli staje się „Ram it up”, zaś jej członki przyjmują nazwę Decontrol. Wiosną 1982 rozkroku odchodzi Igor, na którego miejsce pojawia się Archie Alert z formacji Sexualtäter. Brzmienie jego wiosła jest tak niesamowicie apokaliptyczne, że nic dziwnego, że chłopaki szybko zmienili swoje przezwisko na Inferno, szlifując umiejętności na próbach i prezentując je na koncertach w Augsburgu – debiutując w klubie „Subway” – i okolicach.

Dolf Hermannstätter, kolekcjoner płyt i fanzinów, mający kontakt z ludźmi na punkowym rynku w Gormanii – ale też mający dobre rozeznanie na zaświatowej scenie hardcore punk – zaproponował piekielnikom menedżerkę. Zgodzili się i od tego czasu, nie dość, że mieli więcej czasu na próby i komponowanie, to nie martwili się już o promocję i koncerty. Występów mieli więc coraz więcej, w tym tak znaczących, jak ten w klubie „Old Post” w Ampermoching koło Monachium – gdzie zagrali obok chłamerykańskiego MDC i kilku krajowych bendów.

Na początku 1983 rozkroku Archie i Zong zawarli znajomość z Thomasem Zieglerem z wydawnictwa Mülleimer Records, co zaowocowało zaproszeniem piekielników do studia położonego w pobliżu Pforzheim między Karlsruhe a Stuttgartem. Tam chłopaki zarejestrowali swoje pierwsze cztery kawałki w historii: „Wir sind schon tot (We are already dead)”, „Administration”, „Ronald Reagan” i „Nationalgefühl (National Identity)”. Wszystkie mają szybkie i bardzo szybkie tempa, co jest oczywiście zasługą brzmienia samego wiosła, którego przesterowane drgania rozchodzą się dywanowo dźwiękiem po całym planie, zostawiając jednak pole innym. Na mój gust to wiosło jest i tak za ciche, zbyt cofnięte w głąb, co jednak szczęśliwie nie przeszkadza mu i tak przykładnie ranić i rżnąć uszy odbiorcom. Szkoda, że Zong i PZ wydają się być przestraszeni i stremowani całym tym zgiełkiem i nie wzmacniają tego niespotykanego brzmienia swoim. Grają bowiem zbyt punkowo, prosto, skocznie, za oszczędnie i za wolno, a to rozmija się z falą ekstremy, jaką bluzgają wiosło i gardło. Natomiast dobrym pomysłem było dodanie partii gitary w refrenach „Wir sind schon tot” i chórków, co bardzo wzmocniło brzmienie tego kawałka, czyniąc go najlepszym i najciekawszym z całej czwórcy. Warte zwrócenia uwagi jest także – choć co prawda za ciche – ale 10-sekundowe solo w „Administration”. Te cztery numery pokazują też kolejne atuty piekielników, akcentowane z pasją i rozmysłem w przyszłości, a są to przygrywki i wstrzymania tempa. Inferno było bodajże pierwszą ekstremalną kapelą w Gormanii, która potrafiła należycie docenić i wykorzystać te elementy budowy utworu. Sam katabas czy same bębeny w różnych układach i stosunkach najczęściej tworzyły wstęp dla huraganowego ognia wiosła, które uderzało jak eskadra myśliwców, wyskakująca zza chmur. Podobny efekt uzyskiwali wstrzymując tempo gdzieś w środku kawałka, albo w drugiej jego części, nakręcając w ten sposób spiralę dźwiękowej brutalności. Przedsmak tych męczarni słychać już w „Wir sind schon tot” (w 0:55) oraz „Nationalgefühl” (w 1:20).

Wszystkie wspomniane numery znalazły się na składance „Ultra Hardcore Power 1”, dystansując kawałki innych kapel, autorstwa Chaos Z, Bluttat, Normahl i Herbärds. Inferno, choć nie do końca zadowolone z wyniku sesji, dało upust swemu nastrojowi, grając doskonały koncert podczas 3-dniowego festiwalu „Chaotic Easter 1983” w wiedeńskim klubie „GaGa” w sąsiedniej rAustrii.

Wkrótce piekielnikom humory się jeszcze poprawiły, bowiem wydawca składanki, zachęcony powodzeniem, jakie ma kompilacja, zaproponował chłopakom kontrakt na debiutancki krążek! Nie na singel czy EP-kę, ale na pełny album! Czego może chcieć więcej czterech punków na początku swej kariery?

Może problemów? To proszę… PZ nie wytrzymuje ciśnienia i w takim momencie zaczyna nawalać, co kończy się kłótnią i rozstaniem. Szczęśliwie na jego stolcu szybko zasiadł Lorenz „Praxe” Praxenthaler, ruszając z kopyta tę piekielną machinę, której koncert w klubie „Tote Hose” – w St. Ingbert koło Saarbrücken – stał się kolejnym przełomem. Jego organizator bowiem nie zamierzał zapłacić chłopakom za występ ani ich przenocować, więc „wzięli” sobie od niego – w ramach regulacji kosztów – małą mikserską konsoletę. Dzięki niej – latem – wywołali i zarejestrowali swojego pierwszego demona o przezwisku „Gott ist tot”, na którym znalazło się 18 hardcorowych kawałków zapisanych „na setkę” i wzbogaconych kilkoma numerami z koncertu. Zapis jest w miarę czytelny i bucha agresją. Wokal i bębeny są – co prawda – ciut za cicho w stosunku do wiosła i katabasa, ale to nie przeszkadza w odbiorze całości programu. Najważniejsze, że można już wreszcie poznać pełne oblicze Inferno, wyrażone tu kilkunastoma kawałkami, niebywale zróżnicowanymi w tempie, brutalności i brzmieniu. Piekielnicy wydają się nie widzieć atutu w ekstremalnie krótkich formach, ale wręcz przeciwnie, w dłuższych – krążących wokół półtorej minuty – i dodatkowo intrygująco zaaranżowanych. Kawałki muszą więc mieć niemal obowiązkowo wspomnianą wcześniej przygrywkę, wstrzymania i zszybszenia tempa, akcenty na wiośle i bębenach. Praxe wali o wiele szybciej i składniej od PZa, choć zdarzają mu się wpadki i załamania rytmu, których nie pozbędzie się nawet na debiutanckim nagrobku. Ważne jednak, że nadrabia miną i częstym biciem w blachy, nie boi się robić przejść, używać półkotłów, co wychodzi brzmieniu Inferno na lepsze. Niestety nie słychać tu jego bębena basowego, znaczy stopy, w której operowaniu dojdzie – po kilkunastu miesiączkach – do niezłej wprawy, grając tak mocno i szybko, że czasem mam wrażenie, że używa dwóch stóp, a nie jednej. Natomiast Zong pozostał przy punkowym brzmieniu swojego katabasa, i choć jego umiejętności w grze wzrosły, to nadal zdarza się, że to jego brylowanie zwalnia całe tempo lub zmusza inne instrumenty do zwolnienia, rozbijając przez to ekstremalne brzmienie kawałka. Za to Archie i Howie współgrają ze sobą znakomicie. Ekstremalne i żywe brzmienie wiosła wespół z silnym, ciężkim i chropawym wokalem stają się motorem napędowym Gormańców w tamtym czasie. Najlepszym efektem tej współpracy są „Wodka”, „Wäh!” i „Massenmord”, choć każdy inny kawałek też przyciąga ucho, czy to solówką (w „KKK” czy tą rodem z tfurczości chłamerykańskiego B-52’s w „Tod & Zerstörung”), chórkiem (w „Wäh!” czy „Escape from Society”) czy końcówką (jak w „1983”).

Natomiast 7 kawałków koncertowych dołączonych do tej sesji po raz pierwszy dokumentuje piekło, jakie potrafią rozpętać piekielnicy na żywo na scenie. Tutaj wreszcie katabas brzmi druzgocząco i metalicznie, rozsiewając – szczególnie w „Wäh!” – apokaliptyczną wizję Discharge. Czemu nie może tak zabrzmieć w pakamerze czy w studiu?!?

Kaseton „Gott ist tot” został rozesłany po zaświecie, w tym także i do redakcji chłamerykańskiego pisma „Maximum RocknRoll”, gdzie jego pochlebna recenzja – autorstwa samego Tima Yohannona – ukazała się w grudniu 1983 rozkroku, co zaowocowało dalszą współpracą kapeli z tym magazynem i jego redaktorami, ale o tym później.

Natomiast jeszcze jesienią piekielnicy zarejestrowali kolejnego, drugiego demona, nadając mu imię „Anti Hagenbach” i wypełniając po brzegi ekstremalną treścią, na którego zawartość złożyły się aż 24 kawałki, z czego znałem już większość. Ta sesja jednak jest ważna, bowiem z jednej strony pokazuje, jak dotychczasowy poziom ekstremy jeszcze pogłębić, grając te 17 kawałków jeszcze szybciej, a z drugiej – prezentuje kolejne, interesująco zaaranżowane i agresywne kawałki, wskazujące kierunek rozwoju piekielników, odkrywający na ziemi gormańskiej, nieeksploatowane dotąd, pokłady fast/thrashcora i speedcora.

Archie i Howie prezentują podczas tego spotkania niezmiennie wysoki stopień umiejętności wioślarsko-wokalnych, cieszy też fakt, że Praxe jest w coraz lepszej formie, a Zongowi zależy na równaniu szeregu z resztą piekielników.

Ta szkopska maszyneria wreszcie zaczyna solidnie działać mi na nerwy.

Kilka tygodni później Inferno zarejestrowało swój debiutancki album „Tod und Wahnsinn” w studiu Music Lab w Berlinie, którego właścicielem, realizatorem i producentem był Harris Johns – wtedy wieloletni rejestrator i producent płyt punkowych band z Gormanii (żeby wymienić tylko Middle Class Fantasies, Beton Combo, Boskops, Vorkriegsjugend czy Canal Terror).

Sama sesja trwała krótko, czego nie można powiedzieć o reszcie godzin z tych trzech dni, które minęły na podróży i niekomfortowym śnie. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że z Augsburga do Berlina jest około 600 km. Trzeba przekroczyć dwie granice, najpierw między RFN a NRD, a potem między NRD a Berlinem Zachodnim. A jeszcze była zamieć po drodze, więc pobłądzili. Te trzy listopadowe dni to 33 godziny morderczego nagrywania a potem zmiksowania 20 kawałków, a to tempo iście piekielne. To doświadczenie tak bardzo wżarło się piętnem w trzewia mózgowe piekielników, że potem oni nie byli już w stanie nigdzie indziej czy inaczej nagrywać. Niestety, nie obyło się bez błędów i niedoróbek, na których poprawę nie było już ani miejsca ani czasu. Efektem tego wszystkiego jest więc pierwszy w gormańskiej historii tak ekstremalny muzycznie nagrobek, mimo kilku rys i pęknięć w jego strukturze. Pierwszym i najistotniejszym problemem tej rejestracji jest nierówne brzmienie wiosła, głównego elementu napędowego kapeli. Prawie w połowie kawałków jest ono za ciche, przez co piekielnicy tracą swój podstawowy atut, a mianowicie ekstremalny tajfun decybeli zalewający zwykle przestrzeń ich kompozycji, na której powierzchni unosi się wokal, a z której wnętrza wyłaniają się dość czytelnie bębeny i katabas. Tego się nie da nie zauważyć, że przez to niedopatrzenie tak wiele straciły na brzmieniu „Ziel Duetschland” i „KKK”, a odbiło się to niekorzystnie na „Moorsoldaten” i „Steinkopf” (i żeby nie chórek to…). Drugim niedociągnięciem tej sesji są wahnięcia i kiksy w rytmie bitym przez Praxego, choć czerwienić się też powinien sam Archie. A co najśmieszniejsze w tym wszystkim to to, że obaj potknęli się na najstarszym numerze w historii Inferno – „Ram it up (your Cunt)” – który został bezprawnie zawłaszczony w 1986 rozkroku przez chłamerykańskie S.O.D. Tyle moich uszczypliwości, czas teraz rozpostrzeć szeroki wachlarz zachwytów nad nagrobkiem „Tod und Wahnsinn (Death and Madness)”. Ten wyścig z czasem i własnymi słabościami, nakręcany alkoholem i determinacją, piekielnicy rozpoczynają „Wodką”, dając początek pasmu oryginalnie zaaranżowanych i brzmiących kawałków, w którym przygrywki, zwolnienia, zszybszenia i zawieszenia tempa są niemalże chlebem powszednim, nadając smaku i niepowtarzalnego kolorytu tfurczości Inferno. Za „Wodką” biegnie nieszczęsny „Ram it up (your Cunt)” i też nieco słabszy „Ziel Deutschland (Target: Germany)”, jednak po nich następuje „Massenmord (Mass Murders)”, ten najciekawiej zbudowany i najdłuższy z najszybszych (3:29). Średnie tempo całego instrumentarium (wzbogacone i napiętnowane pojedynczym dźwiękiem wiosła, które przypomina mi sygnał alarmu powietrznego) zostaje trzykrotnie rozerwane czadowymi wtrętami, których wejście nakręcają zszybszenia zapowiadane kapitalnymi zjazdami po strunach wiosła. To daje takiego kopa brzmieniu, że mi wtedy zawsze galoty opadają. Nie zdążam ich podciągnąć, bo „Wäh! (Yuck!)” jest jeszcze szybszy i ostrzejszy niż dotąd, na co opada mi także i szczęka. Ta niecała minuta huraganowego ognia muzycznych drgań i wrzeszczanego refrenu, rozpryskuje się w uszach, dwukrotnie wstrzymywana akcentami z bębenów. Biegnący tuż za nim „Steinkopf (Skinhead)” kontynuuje tę sztafetę szalonego tempa, przekazując – po niecałej półtorej minucie – pałeczkę finiszującemu „Linke Sau (Mean Sod)”. Jest więc chwila, by pozbierać zęby i myśli, które kotłują się niemiłosierne w głowie, ale „Tod und Zerstörung (Death and Destruction)” – choć utrzymany w średnich pląsach – jest bodaj najcięższym kawałkiem na nagrobku. Wiosło Archiego rżnie tu bowiem bezlitośnie całość kompozycji, dociążanej umiejętnie przez resztę instrumentów, mimo pozornego wytchnienia w 1:26. No i dobra, koniec przestoju! Czas na sztandarowy numer, „Ronald Reagan”, który zyskał na szybkości bodajże najwięcej – w stosunku do wersji z demona „Gott ist tot” – bo trwa 45 sekund, które wypełnia w pełni słowno-muzyczny bluzgot, dedykowany temu znienawidzonemu prezydentowi USA. Po tym mocnym akcencie następuje równie szybki i agresywny w słowie i muzie „Gott ist tot (God is dead)”, w którego środku najbardziej rozpycha się strunami katabas i dodatkowo akustyczne wiosło. Ale na tym nie koniec, bo teraz pałeczkę przejmuje „KKK” z przekonującym chórkiem, wytchnieniem na 0:47, a potem powrotem szaleńczego tempa i 9-sekundową solówką. Za nim bez wytchnienia goni następnie „Moorsoldaten (Peat Bog Soldiers)”, którego 20-sekundowa przygrywka jest oczywiście tylko wstępem do nawałnicy decybeli, umiejętnie wzmacnianej chórkiem w refrenie. Sytuacja z początku powtarza się w 1:20 i tak już do końca. Oczywiście końca kawałka, nie nagrobka, bo teraz czas na „So sind wir (So We are)”, gdzie Praxe wreszcie z dokładnością i wyczuciem bije w werbel i kocioł, dodając aranżacji smaku blachami, których cięcia wrzynają mi się w trzewia przy każdym słuchaniu. A zaraz po nim rusza z kopytka „Escape from… (Society)”, w którym hardcorową melodyjność i ekstremalność kapitalnie wzmacnia dodatkowe wiosło w refrenie i mocny, drugi wokal (ciekawe kogo, Archiego?). To jeden z najszybszych, najlepszych i najbardziej ulubionych przeze mnie kawałków Inferno. Czemu częściej nie wykorzystywali drugiego wokalu?

Po tej ucieczce od tematu rzeczywistość ściąga mnie do piekielnych czeluści, bo przyszedł czas na „Tod (Death)”, najbardziej chaotyczny numer w tfurczości Gormańców, dodatkowo naznaczony piętnem Discharge i Disorder. Za nim podąża w pląsach jeden z nowszych numerów, „Birne muss Kanzler bleiben (Chancellor needs to get Nut)”, równie szybki, co pełny bębenowych akcentów (z udanym nakręcaniem tempa od 0:42) i chórków. Na ogonie siedzi mu natomiast „1983”, który przynosi nieco wytchnienia w tej całej ekstremalnej gonitwie, zapowiadając nie lada emocjonująca końcówkę nagrobka. Rozpoczyna ją „Life at War”, którego atmosfera, nabrzmiała od niepokoju i przerażenia, dwukrotnie eksploduje czadowym refrenem, pod koniec błagając o życie kilkunastosekundową solówką. Następnym do prezentacji, a przedostatnim w kolejce, jest „Liebeslied”, którego sam tytuł już zadziwia. „Miłosna piosenka” w repertuarze Inferno?!? Nie może być! W dodatku ballada? To żart? Tak, ale jaki udany! Bowiem jego słowna treść rzeczywiście dotyczy uczucia do dziewczyny, tyle że szybko okazuje się, że to uczucie nie jest nic warte, bo panienka to szmata, więc najwierniejszym przyjacielem i miłością pozostaje… butelka piwa! Tę smaczną prawdę słychać dwukrotnie w refrenie, który w opozycji do pierwszej części kawałka – utrzymanej w średnim i „balladowym” tempie – wspierany jest przez mocne brzmienie wiosła i wokalu. Trzeba tu też koniecznie powiedzieć o Zongu, który wreszcie może dowodzić, przewodzić i brylować, przy całej wielkości swego talentu, fantastycznie budując i akcentując ścierające się w kawałku nastroje. Kiedyś tego numeru nie doceniałem, dopiero teraz, pisząc te zmyśli o Inferno, ta „ballada” zapadła mi w serce, powodując, że słuchałem jej już z kilkadziesiąt razy, nadrabiając zaległości sprzed kilkunastu rozkroków. Ale żeby się nie rozmazywać i rozłazić w szwach, zakończmy tę niecodzienną i oryginalną podróż – po piekielnych wymysłach zmysłów bawarskich punków – sztandarowym numerem „Administration”, czadowym i niebywale zwartym, którego hardcorowy huragan brzmienia i tempa zabarwiają bardzo dobre chórki i solówka w 0:31.

Oczywiście nie wszystko, co słychać na tym nagrobku, jest dziewicze i powstało w trzewiach samych piekielników, bowiem niektóre elementy chłopaki zaadaptowali, umiejętnie włączając je do brzmienia, jak w przypadku „Linke Sau” (z motywem katabasa z Motörhead), „Moorsoldaten” i „1983” (z riffami stworzonymi przez wałoski Wretched) czy „Administration” (aranżacyjnie zbliżonym do najszybszych kawałków rodzimego Upright Citizens).

A co z tekstami kawałków, ich wymową? Nie chciałem o tym pisać przy okazji składanki czy demonów, by się nie powtarzać. Trzeba bowiem wiedzieć, że Bawaria to najbogatszy i silny politycznie land Gormanii, tradycyjnie tryskający patriotyzmem – od którego niedaleko do patridiotyzmu i rasizmu – u którego podłoża leży bardzo silnie zakorzeniony katolicyzm. Spróbujcie więc teraz sobie wyobrazić, jak ekstremalnie wymowne winny być teksty utworów, by, z jednej strony, oddać frustrację i agresję, zrodzoną na tym gruncie, a które by – z drugiej mańki – dorównały ekstremie zbudowanej w sferze muzycznej. Jeśli więc, w takiej atmosferze, miał się zrodzić jakiś szatański pomiot, to musiało to być Inferno. Tylko ono mogło stworzyć mieszankę równie śmiertelną, co wybuchową w odbiorze. Weźmy taki „Gott ist tot”, od którego wziął się tytuł pierwszego demona, w którym Howie bez ceregieli rozprawia się z Kościołem, jego hipokryzją, bezwzględnie wykorzystującym swych wiernych i poddanych, zarówno w sferze samodzielnego myślenia, co finansów. Rzyga przy tym tak potworną nienawiścią do kleru, strzelając i plując w nich literami słów, jak w tarcze. Te ogniste i bezpośrednie w ataku opinie, nieokiełznane we wściekłości, uderzają bezceremonialnie na równi także w polityków i politykę, tę krajową („Administration”, „Birne muss Kanzler bleiben”, „Ziel Deutschland”, „1983”) i tę zagraniczną („Ronald Reagan”); co w bezmyślne i zatwardziałe społeczeństwo („Escape from Society”, „Natinalgefühl”), ciągle żywy rasizm i faszyzm („KKK”, „Steinkopf” czy „Moorsoldaten” – wersja sztandarowej pieśni gormańskich więźniów politycznych, powstała w obozie koncentracyjnym w Börgermoor w 1933 rozkroku) oraz wojsko i armie, ten cały zasrany wyścig zbrojeń, prowokujący ciągłe konflikty i wojny („Life at War”, „Massenmord”, „Tod und Zerstörung”). Te wszystkie ekstremalne odczucia nie dałyby się oczywiście ująć w słowa i wywrzeszczeć, jeśliby do ich wystrzelenia nie użyto odpowiednio wybuchowego paliwa, czyli wódki i piwa. Stąd w tematyce żywo dyskutowanej i poruszanej przez Howiego nie mogło więc zabraknąć miejsca na alkohol, nieodłącznego „piątego do gry” w Inferno. Wycieka on literami przez słowa numerów „Wodka”, „So sind wir” oraz „Liebeslied”.

Dolf, manager piekielników, miał kontakt z Pusheadem – chłamerykańskim muzykiem, liderem kapeli Septic Death, grafikiem i dziennikarzem – który zgodził się zrobić okładkę do „Tod und Wahnsinn” w zamian za 30 sztuk tego albumu. To połączenie doskonałej okładki z kapitalną zawartością muzyczną i tekstową krążka zrobiło swoje, nagrobek – którego premiera miała miejsce w marcu 1984 rozkroku – rozbudził takie emocje i pożądanie wśród punków i hardcorowców na wszystkich kontynentach, że sprzedawał się znakomicie. Jego bootlegi pojawiły się potem nawet w oBrazylii i na Wysypkach Prytyjskich. Natomiast muzycy pieklili się z wydawcą o rozliczenia, które dziwnym trafem wcale nie dowodziły takiego nim zainteresowania…

Poza ogólnozaświatowym zainteresowaniem bawarską kapelą sama redakcja (dwu)miesięcznika „Maximum RocknRoll” zaproponowała piekielnikom umieszczenie jednego ich kawałka na przygotowywanej składance „Welcome to 1984”, gdzie miały się znaleźć numery liderów różnorakich brzmień hardcore z Ł-ropy, obu chłAmeryk i Australopitekii.

Wybór muzyków padł na „Perfekter Mensch (Perfect Man)” z drugiego demona, który został zarejestrowany – obok kilku innych – w marcu 1984 rozkroku w berlińskim Music Lab, w równie piekielnym tempie, co debiutancki nagrobek. Efekt tych starań był tym razem o wiele lepszy, choć poziom brzmienia wiosła nadal pozostawia sporo do życzenia. Najważniejsze, że ten wybrany numer prezentował się jakościowo najlepiej ze wszystkich 23 nagrań, które zawierała składanka, a brzmieniowo – pod względem ekstremy – konkurować z nim mogły jedynie kawałki „Fuck Authority” wałoskiego Raw Power, „Outo maa” śfińskiego Terveet Kädet, „Fish in the Pool” drańskiego Electric Deads czy „Propaganda Control” chłamerykańskiej N.O.T.A.

Dwa inne numery z tej sesji: „Ein Tag im Schatten (A Day in a Shade)” oraz „Thema S (Subject S)” trafiły w tym samym rozkroku na składankę „Hardcore Power Music II”, zaś kolejne dwa – „Wir sind schon tot II (We are already dead II)” oraz „Freitod (Suicide)”, na międzynarodową kasetę „Raw Power of Life”. Część z tych numerów można już było posłuchać w wersji roboczej na demonie „Anti Hagenbach”, jednak dopiero teraz da się je odpowiednio ocenić, patrząc przez pryzmat niebywałego tempa, jaki nabrał tfurczy rozwój Inferno. Wszystkie kawałki trzymają bowiem bardzo szybkie lub czadowe tempa, które są oczywiście obowiązkowo łamane lub rozrywane bębenowymi przejściami i wstrzymaniami rytmu w oczekiwaniu nadejścia kolejnego uderzenia fali decybeli emitowanych przez wiosło i katabas. Nad tym wszystkim przetaczają się kłębami słów potworne wizje Howiego, który wywrzeszcza je w sposób niezwykle brutalny. Zresztą wszyscy tu i teraz brzmią brutalnie i agresywnie, jak nigdy dotąd. Wśród tych kilku kawałków słychać też zupełnie nowe, które trwają już dłużej niż zwykle, przekraczając granicę 2 minut, co wskazuje na to, że muzycy mają coraz bardziej interesujące pomysły, których realizacji nie boją się rozłożyć w czasie, by uzyskać jak najlepszy i najbardziej ekstremalny efekt. Niewątpliwie rozkrok 1984 staje się najowocniejszym okresem w historii piekielników, a przez to i najistotniejszym w ich karierze.

To także pierwszy rozkrok w historii bendu, w którym chłopaki grają koncerty nie tylko w południowej Gormanii, ale i poza krajem, w Wałoszech oraz Hałolandii i oBelgii, gdzie pojawiają się ponownie – kilka miesiączek później – na tournee z Pandemonium. Czują także ciśnienie, by pojechać za Ocean, bowiem tamtejsi fani ciągle bombardują ich żądaniami stawienia się tam i okazania swego talentu. Jednak po kilku dyskusjach – oceniających takie wyprawy, głównie od strony kosztów finansowych, na przykładzie wałoskiego Raw Power czy hałolenderskiego B.G.K. – piekielnicy zrezygnowali z „kariery” w USA. A w dodatku Zong musi przecież odbywać służbę wojskową.

Trzeba – poza tym – iść za ciosem i nagrywać kolejne kawałki, które zostały już skomponowane i zgrane, a aranżacyjnie są jeszcze ciekawsze.

Dalsza współpraca piekielników z Mülleimer Records nie wchodzi już w grę, zresztą obijając się po klubach i squatach Ł-ropy muzycy zarazili się bakcylem idei DIY na tyle, że postanowili założyć własne wydawnictwo – Rise & Fall Productions. Pierwszym jego produktem będzie singel „Sohn Gottes”, na który licencja zostanie sprzedana chłamerykańskiemu Subvert Records. I tak w grudniu 1984 rozkroku piekielnicy znowu pojechali do berlińskiego Music Lab, gdzie dokonali kolejnej rejestracji i obróbki. Nad wszystkim nadal czuwał Harris Johns, który już jedną nogawką moczył się na myśl o kontakcie oralnym z gormańskim thrash metalem.

Inferno zarejestrowało tam kolejną kupę nowych kawałków, z których trzy trafiły na wspomniany singel. Są to: tytułowy (“The Son of god”), „Zukunftvisionen (Visions of the Future)” i „Ungewissheit (Suspense)”.

Ten krążek wreszcie brzmi dla mnie wzorcowo. Głośne wiosło Archiego rzyga na lewo i prawo przesterowanymi drganiami, nie zagłuszając katabasa, którego wreszcie metalizowane dudnienie tworzy miażdżące czoło Inferno, z którego zabójczej masy wyłania się Howie. Jego ciągle bluźniercze i apokaliptyczne wizje rzeczywistości wybija mu rytmicznie z głowy Praxe, bardzo czytelnie i ostro waląc w bębeny i tnąc blachy. Rytm, którym wali jest już nieziemsko szybki, a to dzięki wspomnianej wcześniej stopie, którą operuje teraz, jak szatan. „Sohn Gottes” przez większą część rozkręca się, współgrając z tekstem, w którym autor szczwanie dowodzi istnienia zmartwychwstałego syna bożego, którym – pod koniec – okazuje się być jeden z politycznych oprawców zaświata, może nim jest Ronald Reagan, a może Helmut Kohl, kanclerz Gormanii. Tę rewelację Howie podaje przy rozpędzonym do granic szalonym akompaniamencie instrumentarium, którego rytm następnie załamuje się, by wybuchnąć wielokrotnie końcówką rodem z koncertowego repertuaru AC/DC czy Judas Priest. Chłopakom chyba bardzo spodobał się ten motyw, bo wkrótce pojawi się on znowu w aranżacji kolejnych nowych numerów.

Stronę B krążka otwiera niebywale agresywny w brzmieniu i tempie „Zukunftvisionen”, w środku wypełniony ponad 40-sekundowym zwolnieniem, podczas którego Praxe kapitalnie akcentuje blachami nastrój wytworzony krzykiem Howiego. Ten oralny protest frontmana, pełny jest niepewności przed dalszym losem ludzkości (i Gormańców), będącej ofiarą wszechobecnej zimnej wojny oraz industrializacji, niszczącej środowisko naturalne. Muszę tu go dodatkowo pochwalić za czarny humor, bowiem do listy potworności dotykającej zaświat, w tym i Gormanię, dorzucił uwagę o zbyt wysokiej cenie piwa!

Tę rewelacyjną EP-kę zamyka „Ungewissheit”, kapitalnie zaaranżowany numer, bo różnorodny w tempie, które charakteryzują częste przejścia na bębenach, zwolnienia, a nawet króciutkie, całkowite wstrzymanie wydechu, za którym po krótkiej eksplozji dochodzi do nakręcania tempa przed kolejnym bombardowaniem decybelami. Bardzo widowiskowo pracuje tu wiosło, nie stroniąc od wielu akcentów, nadając dodatkowego kolorytu tej, i tak jednej z najlepszych i najoryginalniejszych, kompozycji w historii Inferno.

Ta prawie 9-minutowa muzyczna hekatomba – zaklęta w krążek i daleka od standardowego brzmienia hardcore – rozsiewana oralnie i mechanicznie przez Bawarczyków właśnie tutaj sięga ekstremalnego zenitu, co zapowiada i oznacza następnie powolny uwiąd ich brutalności, ale nie nieuchronny koniec piekielników.

W marcu 1985 rozkroku muzycy po raz kolejny przebywali w studiu Music Lab, tyle że ich poczynania realizuje już Frank Osterland. Wynik nie jest już tak mocny, jak tego oczekiwałem, ale też i nie rozczarowuje. Ta sesja stara się bowiem zmieszać podstawowe smaki tfurczej plwociny piekielników, czyli punk i hardcore, z tym najlepszym (fast/thrashcore) i z tym dotąd nie dodawanym (metal). I tak numery „Ein Alptraum? (A Nightmare?)” oraz „Geschöpf ohne Gehirn (Creature without a Brain)” są utrzymane w średnim tempie i mają prostszą budowę i mniejszą zawartość agresji w nutach. Ponadto „Ein Alptraum?”, poza długim, minutowym, akustycznym gitarowym wstępem oraz punkowym rozwinięciem – w którym słyszę odnośniki do tfurczości rodzimej kapeli Razzia – przemyca już w swoim brzmieniu wyraźne heavy metalowe riffy i akcenty. Natomiast reszta tego towarzystwa jest już o wiele mocniejsza i ekstremalniejsza w tonie. Jest tam więc znana już wcześniej „Thema S” oraz „In Namen der Forschung (In Research Work’s Name)” oraz „Leben (A Life)” – bardzo szybki kawałek, i choć mocno poraniony przejściami i zwolnieniami, to za to bogaty w refreny i chórki, wypełnione słownymi wrażeniami z obserwacji dotychczasowego życia.

Natomiast Howie – jako jedyny w tej kupie – pozostał niewzruszony na zachodzące zmiany i nie odpuszcza, wściekle i ostro analizując bezmyślne i bezduszne ludzkie postawy, manipulowane bezwzględnie przez przeżarte korupcją korporacji media, rządy i polityków.

inferno - die ruhe von dem sturm ep 200x200 (2)Te wymienione wyżej kawałki z grudniowej sesji finalnie trafiły na EP-kę przezwaną „Die Ruhe von dem Sturm (The Silence before the Storm)”, której tytuł wydaje się być zapowiedzią nowej ekstremalnej zawieruchy. Z tych pięciu numerów, na te cztery nowe została udzielona licencja Pusheadowi, którego wydawnictwo Pusmort Records szykowało dzielony album Inferno z japańskim The Execute. Okładkę do tego krążka przygotował prytyjski grafik Squeal, którego projekt kontynuuje tematykę, w jaką wrzucił Bawarczyków Pushead przy debiutanckim „Tod und Wahnsinn”. Natomiast dwa nagrania sprzed niemal rozkroku („Wir sind schon tot II” oraz „Freitod”) znalazły swe miejsce na doskonałej – bo też pusmortowskiej – międzynarodowej składance „Cleanse the Bacteria”, prezentującej jedne z najciekawszych w tamtym okresie bendów spod znaku hardcore i fast/thrashcore, jak choćby: australopitecki Civil Dissident, chłamerykańskie Siege, Septic Death i Poison Idea czy szwecycki Mob 47.

Wiosną 1985 rozkroku Inferno zagrało sztukę w mediolańskim „Virusie”, obok Wretched, a także po raz pierwszy koncertowało w północnej Gormanii i Jugołosławii. Chłopaki, nabuzowani przeżyciami i alkoholem oraz przepełnieni etyką DIY, odważnie rezygnują z usług Dolfa, który piekli się potwornie, zaprzysięgając im zemstę. Na co oni zbierają się w sobie, knując nową, piekielną intrygę. Ta nowa mieszanka – na której recepturę składa się hardcore, fast/thrashcore i heavy metal – dojrzewająca i fermentująca w sali prób, zostanie oficjalnie zaprezentowana i odkryta na drugim albumie Inferno – „Hibakusha”. To japańskie słowo jest zbiorczym określeniem potworności, jakie – w następstwie zrzuconych przez chłAmerykanów bomb atomowych – dotknęły miasta i ludność Hiroshimy i Nagasaki w 1945 rozkroku. Czy jednak ten termin na pewno dobrze odnosi się do zawartości muzycznej, wypełniającej nowy nagrobek piekielników? Raczej nie, nie do końca. Głównym powodem tych moich rozbieżności i wątpliwości jest bowiem sama sesja nagraniowa, która odbyła się – po kolejnym udanym tournee po Hałolandii – w berlińskim Music Lab, ale – niestety – tym razem nie trwała krótko, ale dzieliła się jeszcze na dwie części: pierwsza miała miejsce w listopadzie 1985, a druga – dopiero w lutym 1986 rozkroku. Po trosze przyczyną tego stanu rzeczy były także braki finansowe (część forsy musieli dołożyć rodzice muzyków), a po części służba wojskowa Zonga. Jednak ten czas – liczony tym razem miesiączkami, a nie, jak dotąd, godzinkami – wystarczył, by zazwyczaj skondensowany i mocno wybuchowy zamysł sesji nagraniowej rozpadł się, rozbijając i rozmieniając zgromadzony w nim ekstremalny potencjał na drobne. Przez to tylko jeden numer na 14 jest czadowy, zaś reszta utrzymana jest w średnich i szybkich tempach. To jednak ma i swoje dobre strony. Mianowicie Praxe stał się tutaj wreszcie motorem każdej kompozycji, często wykorzystując do jej napędu rytm speedcorowy, oparty na szalejącej stopie, częstych przejściach po bębenach i akcentach blachami, w tym także i hi-hatem i krowim dzwonkiem (cow bell). Dzięki niemu kompozycje na „Hibakusha” są jeszcze bardziej intrygujące aranżacyjnie, a w tym ich uatrakcyjnieniu bierze także żywy udział Archie (jego niektóre riffy, akcenty przywołują mi na myśl tfurczość Def Leppard, Saxon czy Accept) i Zong. Natomiast Howie przestał wrzeszczeć i kąsać mikrofon, dostosowując się do tego nowego, mniej agresywnego oblicza Inferno.

Sama sesja została zarejestrowana profesjonalnie i czytelnie przez Franka Osterlanda, choć dla mnie i tutaj wiosło Archiego jest za ciche, ale to chyba jakaś moja mania… Obie strony nagrobka zostały podobnie ułożone, najpierw dwa szybkie numery, które eksplodują agresją, potem zaś tempo nieco słabnie, by rozkręcać się stopniowo w końcówce. Nie wliczam w ten plan zamykającej album przeróbki numeru „No one rules!”, pochodzącego z repertuaru prytyjskiej punk rockowej trupy Charge. Tekstowo to on pasuje do „Hibakusha”, ale muzycznie mocno od niej odstaje. Wydaje mi się, że to jest jeden z ulubionych numerów Archiego, który zafascynował go w młodości, szczególnie, że Charge grało koncerty w Gormanii – w 1980 rozkroku – i to w jego okolicy. Jednak moim zdaniem taki kawałek można dać na drugą stronę płyty, ale singla, a nie albumu. Wrócę jednak do meritum, choć nie jest łatwo wybrać spośród tych 13 kawałków zdecydowanie najlepsze czy zdecydowanie najsłabsze, każdy z nich ma bowiem w sobie interesujący zamysł, przekuty w aranżację, w której budowę zaangażowani są wszyscy muzycy bez wyjątku i każdy z nich jest w nim należycie doceniony. Mnie najbardziej przypadł do gustu oczywiście ten najszybszy i najbardziej ekstremalny, czyli „Ein glücklische Narr (Happy Fool)” z doskonałą heavy metalową solówką. Zaraz za nim postawiłbym „Sieben Jahre (Seven Years)”, równie szybki, ale za to ciut krótszy, choć z kolei mniej zwarty przez dwukrotne zwolnienia tempa. To drugie wstrzymanie zmyślnie tylko markuje zakończenie numeru (pisałem o tej pasji piekielników wcześniej) przed kolejnym wybuchem huraganu decybeli. Trzecim w kolejce jest najdłuższy (3:33) „Macht das Spass? (Is it funny?)”, najciekawiej zbudowany kawałek, w którym wolne partie doskonale współgrają z szybkimi i z tymi utrzymanymi w średnim tempie. Wszystkie te części spaja wiosło tryskające heavy metalowymi akordami, osiągając apogeum w solówce w 2:23, łączą je też bębeny swoimi przejściami i akcentami na blachach. Numer kończy bluesowa suita, w której słychać, że Praxe odwykł już od prostego bicia i wszędzie musi coś napsocić. Tak jak w „V.V.V. (In love, engaged, married)”, gdzie używa skocznego bicia na werblu, dodając do tego akcent na blasze i hi-hacie – co brzmi fajnie i wyróżnia ten kawałek spośród reszty w całej historii Inferno – jednak w pewnym momencie przegina, bo od 1:20 dodatkowo przyhamowuje tempo tego numeru stopą, co wydaje mi się bardzo nietrafionym pomysłem. Natomiast gdzie indziej już nie miewa takich idei, grając różnorodnie i bardzo żywiołowo, ale równo. I to dzięki niemu nowa wersja „Ein Tag im Schatten” jest tak widowiskowa muzycznie, choć Archiemu również należy się tu pochwała za te fantastyczne riffy i akcenty (szczególnie w 1:22), a i Zongowi także, za to miażdżące brzmienie katabasa, eksponowane na początku, potem dwukrotnie w środku i pod koniec kawałka. Słychać go także w numerze „Es reicht (It’s enough)” – kolejnym równie interesująco zaaranżowanym – a otwierającym stronę B nagrobka. Rozpoczyna utwór długa przygrywka, po której kawałek zaczyna nabierać tempa, które wystraszone wystrzałem w 1:15 zrywa się huraganem decybeli do szalonego biegu, przerywanego kilkoma oddechami, wypełnianymi to uderzeniami stopy, to dźwiękiem wiosła, to wreszcie waleniem bębenów i cow bella. Nad to wszystko wyskakuje w 2:22 katabas, prezentując się wszystkim przez prawie 20 sekund, nim przywali go wyrwane z osłupienia – kolejnym wystrzałem – tempo, narzucone przez resztę instrumentarium.

A co z Howiem? Czyżby zginął przygnieciony stosem dźwięków? No, prawie! Nadal, co prawda, jest uważnym obserwatorem rzeczywistości, ale zakres tematyki, jaką porusza w utworach, zawęził do własnego podwórka. Jest więc ona bardziej osobistym spojrzeniem na przemijający czas i zmiany, jakie zachodzą w życiu zwykłego człowieka, jednak Howie czyni to wszystko już w znacznie mniej agresywnej formie niż dotychczas i chodzi mi tu zarówno o wymowę paszczową, jak i treściową. Z tego kanonu wyrywa się szczęśliwie numer tytułowy, a także „Macht das spass?”, poruszający kwestię praw zwierząt.

inferno - hibakusha lp 200x200 (2)Jak przystało na etykę DIY, piekielnicy wszystko przygotowali sami, okładkę do „Hibakusha” też. A jest udanym ręcznym montażem zdjęcia muzyków na tle ich miasta z wybuchem jądrowym. Chłopaki zajęli się także promocją i sprzedażą nagrobka, dzięki czemu już po 6-ciu miesiączkach od premiery – która miała miejsce wiosną 1986 rozkroku – upłynnili 2000 sztuk albumu „Hibakusha” na całym zaświecie. Płytę promowali kolejnym tournee po Hałolandii (częściowo obok prytyjskiego The Varukers) i północnej Gormanii. Ponownie też odwiedzili Jugołosławię i rAustrię. Znowu też zagrali w klubie AJZ w Bielefeld, gdzie (6-ego września 1986) tym razem reprezentowali krajowy fast/thrash- i speedcore w konfrontacji z prytyjskimi tuzami tego brzmienia, czyli Heresy i Concrete Sox. Ich występ został zarejestrowany, choć chłopakom na scenie nie towarzyszył Zong. Za to on, kilka dni później, w studiu w Augsburgu dograł swoje partie, grając non-stop bez możliwości poprawy. Zmiksowana całość stworzyła album „Live and loud”, który był sprzedawany przez zespół, jako taki bootleg. Koperta bowiem nie zawiera żadnych informacji ani oznaczeń wydawniczych. Natomiast sam krążek przyniósł wybranych 12 numerów, w większości pochodzących z ostatniego nagrobka, choć znalazło się tu miejsce na takie kultowe kawałki, jak „Wodka”, „Perfekter Mensch” czy „Sohn Gottes”.

Zapis jest średniej jakości, ale oddaje potencjał, jaki jeszcze drzemie w piekielnikach. Większość utworów została zagrana z wykopem i szybciej niż w oryginale, co potwierdza fakt, że muzycy nadal pewnie czują się na scenie.

Tymczasem kłopoty z Zongiem przestały mieć fundamentalne znaczenie dla reszty bandy, kiedy groźba odbycia służby wojskowej zaczęła zwisać nad głową Archiego. Najpierw się przed nią uchylał, ale widząc determinację w poczynaniach Bundeswehry zdecydował się przenieść do Berlina Zachodniego. A to oznaczało brak prób, problemy z koncertami i w ogóle… Żeby więc nie wypaść z rynku chłopaki przygotowali składankę „The incredible Power of Darkness”, gdzie obok swoich nowych wersji „Ram it up” oraz „Happy Fool”, umieścili interesujące hardcorowe, fast/thrashcorowe i metalhardcorowe kawałki autorstwa kapel z Gormanii (Manson Youth, Maniacs, No Allegiance, Vellocet – to nowe wcielenie Vorkriegsjugend, gdzie gra Archie), śFinlandii (Damage), oBelgii (Capital Scum), Hirkszpanii (G.R.B.), gAnglii (The Stupids) i chłAmeryki (The Accüsed). Niestety, zespołowi to niewiele pomogło, bowiem Archie – pod koniec 1987 rozkroku – oficjalnie odchodzi, przestając być piekielnym motorem napędowym Inferno. Howie nie zamierza jednak zawieszać działalności i do składu włącza wioślarza Andreasa „Anderle”, który emanuje thrash metalową i metalcorową gorączką. Praxe tego nie wytrzymuje, odwala kitę i zwalnia stolec Rolfowi, odwiecznemu wyznawcy kultu Inferno. W nowym zestawieniu kapela gra koncerty, odbywa też trasę po Jugołosławii i Wysypkach Prytyjskich.

W połowie maja 1989 rozkroku piekielnicy zarejestrowali ostatni album w swej historii, w pełni anglojęzyczny, „It should be your Problem”. 10 numerów tworzących ten nagrobek zostało zarejestrowanych i zmiksowanych w berlińskim… nie, w Tonstudio Zuckerfabrik w Stuttgarcie przez Roberta Baumanna. To studio specjalizowało się w nagrywaniu jazzu i thrash metalu, więc efekt powinien być intrygujący. Ale niestety… Wiosło brzmi całkowicie niejadowicie, schowane gdzieś z tyłu (jakby w drugim pokoju!), nieco metaliczny bas (przypominający miejscami wiosło Geddego Lee z kanałdyjskiego Rush) też nie rwie się na czoło, więc najwięcej miejsca zostaje dla bębeniarza, który stara się to wykorzystać, waląc umiejętnie w garnki – bo blach nie słychać – i pracując stopą. W sumie wszystkie instrumenty brzmią blado, nie ma w nich życia, ani energii, nie wspominając nawet o agresji czy ekstremie. Obecne brzmienie Inferno jest więc najbardziej zbieżne z tym, określanym terminem crossover z wahnięciami w stronę thrash metalu. Do tego Howie oczywiście już nie wrzeszczy, rzadko krzyczy, a częściej śpiewa, w dodatku w obcym sobie języku, przez co nie ma w jego słowach takiej agresji i zaangażowania, co kiedyś, a to co wyprawia w „People torture People” mnie po prostu śmieszy.

Wszystkie te zmiany wydawałyby się podstawą do tego, by ten album firmować inną nazwą – to byłoby w porządku względem fanów. Ponadto to są już czasy, kiedy fast/thrashcore, speedcore i grindcore rozkwitają, a death i black metal eksplodują prawem do życia. Takich albumów, jak „It should be your Problem”, były już – do 1990 rozkroku – na zaświecie dziesiątki, jeśli nie setki.

inferno - it should be your problem lp 200x200 (2)I choć okładkę ma niezłą, to nie zmieni ona faktu, że kierunek, jaki obrało sobie Inferno nie jest trafiony. Dowodzą tego składanki, które wychodzą na początku rozkroków 90-tych w Gormanii i zagranicą, na których pojawiają się jego nagrania, ale są to kawałki z przeszłości, z najlepszych czasów piekielników. Potwierdza to nawet singel „Geschöpf ohne Gehirn” (1990) z bardzo fajną okładką czy własna, składankowa EP-ka „Die aller letzte” (1991), zawierająca trzy numery ze składanek winylowych, wydanych w 1984 rozkroku, „Ram it up II” z inną końcówką oraz cztery kawałki z koncertu.

1-ego lipca 1990 rozkroku Inferno przestało istnieć.

Powróciło w 1992, ale na krótko, wiedzione przez Howiego i Praxego, którym towarzyszyli Bernd i Kreso. Pozostawili po sobie tylko dwa kawałki – „Ihr Träumer (Their Fantast)” i „Tränen und Blut (Tears and Blood)” – na składance „Willkommen zur Alptraummelodie”, pierwszej z serii kompilacji prezentujących kondycję gormańskich kapel punk i hardcore. W tej części towarzyszyły piekielnikom m.in.: Razzia, Toxoplasma, Wizo, Kurzschluss, Human Error oraz IchFunktion. Te dwa numery nie są metalowe, ale ciągną w stronę dawnych czasów, emanując punkiem i hardcorem. Wiosło brzmi głośno, agresywnie i przekonująco, towarzyszy mu czytelny bas i bardziej tradycyjne bębeny. „Ihr Träumer” jest szybki i fajnie zaaranżowany, ze zmianami tempa i akcentami na bębenach. Zaczyna się krótkim akustycznym wstępem, następnie wybucha decybelami wsparty żywym wokalem i chórkami. Drugi z tej pary jest baaardzo długi (4:50), w dużej części średni w tempie i typowo punkowy, ale ta ponad półminutowa solówka ciągnąca się od 3:00, a potem ostry refren i agresywna końcówka, powodują, że układem przypomina nieco „Liebeslied”, przez co nie jest nudny.

Te dwa kawałki zdecydowanie poprawiły oblicze Inferno w moich oczach, tak sfatygowane ostatnim albumem, więc chyba szkoda, że nie poszli za ciosem…

Podsumowując… Podczas 8-miu rozkroków i 8-miu miesiączek istnienia, ten nowatorski i niebywale ekstremalny tfurczo bend zarejestrował i wydał na zaświat dwa opasłe od kadzań demony, trzy EP-ki i cztery nagrobki, w tym jeden split.

Jego nagrania pojawiły się na kilkunastu krajowych i międzynarodowych składankach, zarówno kasetowych, jak i płytowych.

Inferno zagrało około 150 koncertów w Gormanii i zachodniej Ł-ropie, dzieląc scenę z kapelami punk, hardcore, fast/thrashcore i speedcore.

Wpływ jego tfurczości na innych był widoczny i słyszalny, nie odżegnywali się od niego nawet muzycy Metallici, Slayera, Anthraxa czy S.O.D.

Piekielnicy nigdy nie byli należycie docenieni we własnym landzie, natomiast mieli oddanych i szalonych fanów w obu chłAmerykach, Benelaksie i Jugołosławii.

Ich wkład w rozwój nurtu hard-, fast/thrash- i speedcore jest przeogromny i zawsze będę go cenił, słuchając parami demony, EP-ki, a potem nagrobki. Czego i od Was żądam!

Epokowe i historyczne demówki tego rozkroku:

Death (US) “Death by Metal”

death - death by metal demo 200x200

Direct Action (CAN) „Direct Action”

direct action - direct action demo 200x200

Plasmid (UK) „Lust for Power”

plasmid - lust for power demo 200x200

Raw Noise (UK) “A Holocaust in your Home”

raw noise - holocaust in your home demo 200x200

Siekiera (POL) „MDK Puławy – Demo Summer ‘84”

siekiera - mdk pulawy summer 84 demo 200x190

Sound Of Disaster (SWE) “Lagar och Förordningar”

sound of disaster - sod demo 200x200

Najbardziej interesujące i najoryginalniejsze kompilacje punk, new wave, hardcore i fastpunk, oddające ekstremalne brzmienia tego rozkroku, to:

skladanka - eat your head dlp 200x200 (1)

Australopitekia: „Eat your Head” 2LP

skladanka - it came from slimey valley lp 200x200 (1)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

chłAmeryka: “Big City: Nice and loud” EP; “Empty Skulls vol.1” TP; “It came from Slimey Valley” LP; “Nardcore” LP; “Rat Music for Rat People vol.2” LP; “The Sound of Hollywood #3: Copulation” LP; “Unsafe at any Speed” EP

VA - Czech Till Now You Were Alone [a]

Czachosłowacja: “Czech! Till now You were alone” LP

Drania: “Noget pa Dansk” EP

skladanka - hardcore power music part 2 lp 200x200 (1)

Gormania: “Hardcore Power Music Part 2” LP; “Keine Experimente! vol.2” LP

kNórwegia: “Na eller aldri” EP

skladanka - yalta hilife lp 200x200 (1)

śFinlandia: “Finnish Spunk hard Beat” LP; “Yalta Hi-Life” LP

Szwecycja: “Äggröra 3” TP

Wałochy: “4 per A//AA per tutti” EP; “Ahhh… Italian Punk!” TP

skladanka - burning ambitions dlp 200x200 (1)

Wysypki Prytyjskie: “Burning Ambitions: A History of Punk” 2LP

skladanka - welcome to 1984 lp 200x200 (1)

zaŚwiat: “Welcome to 1984” LP; „Beating the Meat” LP; “Life is a Joke” LP; “P.E.A.C.E/War” 2LP; “Raw Power of Life” TP; “World Class Punk” TP

(Kolejne części tego rozkroku będą pojawić się na stronie wuwuwu niedługo po terminie ukazania się kolejnych numerów “Musick Magazine”)

[przy pisaniu słów rzucałem okiem na treści stron wuwuwu: wikipedia, killfromtheheart, discogs, maximumrocknroll, vxpxzine, shit-fi, swedishpunk, morbidzine, upyoursrecords, skruttmagazine, swedishpunkfanzines, mob47, goodbadmusicforbadpeople, trouserpress, nytimes, youbreedlikerats, rockshockpop, dirtyrottenimbeciles, razorcake, houstonpress, markprindle, scannerzine oraz korzystałem z materiałów własnych]

tryłkołak