NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Dead Congeragtion – nie utoniemy w morzu przeciętniactwa

Dead Congeragtion jest obecnie jednym z najciekawszych zespołów deathmetalowych, a jak radzą sobie na żywo mieliście okazję przekonać się kilka tygodni temu w Warszawie. Pozostaje mi tylko zaprosić was do lektury wywiadu przeprowadzonego przez Niklasa Göranssona z BardoMethodology.

Zgodnie ze swoją reputacją człowieka, który otwarcie mówi o swoich zasadach, Anastasis Valtsanis opowiedział mi zarówno o satysfakcjach, jak i problemach wynikających z bezkompromisowego realizowania swojej artystycznej wizji.

Były oferty od większych wytwórni już w momencie kiedy przygotowywaliśmy nasz pierwszy album, ale umowy, które dostawaliśmy pełne były kruczków, które przyprawiały mnie o ból głowy. Nie oddam mojej muzyki nikomu, kto traktuje ją jedynie jako produkt na sprzedaż. Nikt też nie będzie czerpał korzyści finansowych z naszego talentu i zaangażowania.

Przed debiutem zatytułowanym Graves Of The Archangels wydanym w 2008, Dead Congregation wydał mcd Purifying Consecrated Ground i dał się poznać jako świetny zespół koncertowy. Swój debiut postanowiliście jednak wydać samodzielnie.

Nie wiem czy to dobra czy zła decyzja. Nie mamy porównania i nigdy nie dowiemy się gdzie bylibyśmy teraz, gdybyśmy wybrali inną drogą.

Podczas pracy nad wydanym w 2014 roku drugim albumem Promulgation of the Fall, rozważaliście wydanie go dla większej wytwórni podpisując umowę wyłącznie na jedną płytą. Niestety szybko przekonałeś się, że ten biznes działa nieco inaczej.

Każdy wytwórnia chciała podpisać z nami kontrakt na przynajmniej 3 płyty twierdząc, że nie opłaci im się inwestować w promocje jeśli kolejną płytę będziemy chcieli wydać u kogoś innego.

Nie jesteś tym zachwycony…

Nie rozmawiają z demówkowym zespołem szukającym wytwórni tylko z jednym z najbardziej znaczących zespołów współczesnej sceny. Pozwolę sobie dodać, że pewnego dnia może się zdarzyć, że nasze płyty i koncerty będą sprzedawać się lepiej niż płyty i koncerty wielu uznanych, dużych nazw. Mamy podpisać kontrakt na 3 płyty, które nagramy nie wiadomo kiedy i trzymać kciuki żeby wszystko było ok? Nie, dzięki. Wolę nie mieć żadnej promocji, ale mieć pełną kontrolę nad swoimi materiałami. Gramy zresztą death metal, więc nigdy nie zdobędziemy popularności jak Metallica, więc jakiś ułamek publiki, do której nie dotrzemy bez wsparcia wytwórni nie jest problemem.

Dead Congregation jest prawdopodobnie jedynym tak dobrze radzącym sobie zespołem z Grecji, choć w samej muzyce na próżno szukać elementów charakterystycznych dla greckiej sceny.

Szczerze mówiąc, nie jestem fanem greckiej sceny. Lubię stary Rotting Christ i kilka nagrań innych zespołów, ale kiedy ta scena się rozwijała siedziałem już mocno w death metalu, i niespecjalnie się nią interesowałem.

Charakterystyka tej sceny to przede wszystkim nacisk na atmosferę i melodię, jak również specyficzne tempa…

Uważam, że takie podejście wynikało z kiepskiej obsługi instrumentów. Ludzie nie potrafili grać równie dobrze jak zespoły, które ich inspirowały, więc brak umiejętności technicznych nadrabiali melodią i pasją. Pamiętam scenę wczesnych lat 90., która była bardzo zróżnicowana. W 1993 roku ukazał się jednak boski Thy Mighty Contract Rotting Christ i wszyscy zapragnęli brzmieć tak samo. Wtedy zacząłem tracić zainteresowanie tymi nagraniami.

To legendarne już brzmienie przedstawiane jest jako okultystyczny i wyjątkowe, jak ty opisałbyś tę muzykę?

Riffy staccato z liniami melodycznymi, automat perkusyjny i wokale ze śmiesznym akcentem? Nie brzmi to zbyt dobrze na papierze, ale jednak stworzyli bardzo atmosferyczny, złowieszczy materiał.

W ostatnich latach o Grecji głośniej było jednak ze względu na kryzys finansowy, niepokoje i zamieszki. Przynajmniej do początku 2015, bo ostatnio o sytuacji w Grecji w mediach praktycznie się nie mówi. Nastąpiła jakaś poprawa?

Nie nastąpiła żadna poprawa. Właściwie jest gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie tak przyzwyczaili się do coraz mniejszej ilości pieniędzy, że nawet kolejne podatki nakładane na wszystko co się da, już ich nie zaskakują. W końcu jednak nie będą mieli z czego żyć, bo więcej wycisnąć się z nich nie da. Polityka to gówno, jebać ją.

Drążnią cię niektóre fenomeny na obecnej scenie, np. kiedy młodsi fani zachwycają się masowo wydawanymi reedycjami materiałów z lat 90., którymi wtedy nikt nie zawracał sobie głowy…

Daj spokój. Nikt mnie nie przekona, że jakaś zapomniana demówka zespołu X jest równie dobra co Altars Of Madness czy Left Hand Path. Oczywiście były i są kapele, które faktycznie zasługują na więcej uwagi, np. Demigod czy Sadistic Intent zaczęły być doceniane dopiero po 2000 roku. Cholera, 10 lat temu nawet Incantation czy Angelcorpse nie były należycie doceniane! Wychodzi jednak dużo zupełnie zbędnych reedycji staroci, a niektórzy ludzie myślą, że to od razu coś wyjątkowego tylko dlatego, że jest stare i zapomniane. To jakiś żart.

Może to zainteresowanie wynika z faktu, że tego typu kapele nigdy nie zdążyły się zbłaźnić, przynajmniej nie publicznie jak wiele nazw, którym udało się osiągnąć jakiś sukces komercyjny?

Pewnie, poza tym mamy internet i nieograniczony dostęp do muzyki, więc ludzie chcąc poczuć się elitą sceny – lubią rzucać nazwami kapel, których nikt nie zna. W sumie można by to określić w znacznie prostszy sposób – kiepski gust.

Potrafisz wracać do klasycznych albumów kapel, które z czasem stały się karykaturami siebie samych?

Nie mam problemu ze słuchaniem starych płyt kapel, które swój geniusz gdzieś po drodze straciły. To, że Metallica stała się swoją własną karykaturą nie oznacza, że nie mogę posłuchać Ride The Lightning, prawda?

Większe zespoły, owszem, ale z black i death metalem, który traktujesz poważniej jest inaczej. Uwielbiałem kilka norweskich albumów, ale dziś nie mogę ich słuchać widząc, co wyprawiają ich twórcy.

Nigdy nie wsiąknąłem w norweski black metal. Głównie z powodu szoku, którego doznałem czekając na następcę Soulside Journey Darkthrone, a zamiast death metalu dostałem A Blaze in the Northern Sky. Ten uraz zniechęcił mnie do black metalu na lata. Z drugiej strony zawsze będę uwielbiał 2 pierwsze albumy Dark Funeral mimo, że potem stali się swoją własną parodią. Po prostu omijam płyty, które mi się nie podobają.

A co z dzisiejszym black metalem?

Słucham ostatnio nowej płyty Antaeus. Jasna cholera, black metal znów jest niebezpieczny!

Swoja drogą, kiedyś zespoły wcale tak bardzo nie chciały zostawać w podziemiu…

Oczywiście. W czasach tape-tradingu w głębokim podziemiu zostawały przede wszystkim zespoły, które budziły zbyt nikłe zainteresowanie żeby uzyskać dobry kontrakt z wytwórnią. Wtedy było ich zaledwie kilka i wyławiały one te najlepsze zespoły, natomiast dziś wydawców jest prawie tyle samo co kapel.

No tak, zawsze znajdzie się ktoś kto polubi twoje nagrania na tyle żeby je wydać, nawet w niewielkim nakładzie.

Nawet większe wytwórnie podpisują papiery z mało istotnymi zespołami, bo kiedy sprzedaż płyt spadła, przez powszechny dostęp do muzyki w internecie, starają się poszerzyć swój asortyment o bardziej podziemne kapele. Obecnie nie ma już filtracji tego, kto zasługuje na wydanie płyty, a kto powinien pozostać w rynsztoku. Jest to zjawisko, które likwiduje bodźce do pracy nad sobą, bo nudne zespoły nie zdają sobie sprawy ze swojej przeciętności skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto ich nagrania wyda.

Od lat ważną częścią podziemia są amatorskie zine’y. Ich wydawanie wymaga pasji i poświęcenia. Czy uważasz, że internet i nieograniczona możliwość publikacji swoich wynurzeń niezależnie od ich jakości zaszkodziła metalowej prasie?

Zdecydowanie wolę poczytać zine’a niż gapić się na ekran, bo przy komputerze spędzam i tak zbyt dużo czasu. Poza tym mam wrażenie, że wiele osób publikujących swoje teksty w internecie to ludzie, którzy chcą być częścią sceny, poczuć się ważni, ale nie mają talentu muzycznego, więc piszą o tych, którzy go mają. Zbyt wiele osób ma możliwość pisania. Oczywiście są wyjątki i czasem można przeczytać coś naprawdę ciekawego, ale obawiam się, że większość tych ludzi bardziej chce niż umie, i często wydaje szybkie osądy na temat płyt nie posiadając podstawowej wiedzy na temat muzyki o której piszą. To samo tyczy się łatwego dostępu do programów umożliwiających nagrywanie muzyki w domu, dzięki którym każdy może zarejestrować swoje wypociny i wepchać się na i tak zatłoczoną już scenę, podczas gdy prawdziwe klejnoty toną w morzu przeciętności i nijakości.

Możesz podać jakiś przykład?

Arkhon Infaustus, jeden z najbardziej pomysłowych i kreatywnych zespołów tworzących po 2000 roku. Wprawdzie mieli triggerowane bębny, co może zniesmaczyć przeciętnego podziemnego purystę, któremu jednak nie przeszkadzają one na Altars Of Madness.

Wy sami nagrywacie swoje materiały w dość szczególny sposób starając się żeby sesja przypominała próbę, bez klejenia i wycinania.

Kiedy nasz perkusista nagrywa swoje partie nie tylko słyszy on gitary pozwalające mu lepiej wczuć się w kompozycje, ale wraz z nim w pomieszczeniu obaj gitarzyści napieprzają łbami wczuwając się tak samo. Wszystko jest bardzo organiczne i synergiczne. Każdą partie gitar nagrywamy zazwyczaj za jednym podejściem pozostawiając wszelkie nieczystości. Oczywiście moglibyśmy to czyścić, dogrywać i poprawiać w nieskończoność, ale skoro nie jesteśmy wirtuozami to dlaczego mamy udawać, że jest inaczej?

Nie gracie też na próbach utworów, które nie są ukończone, co jest dość intrygujące. Nie jammujecie, nie łączycie pomysłów poszczególnych członków zespołu.

Dla mnie jammowanie na próbach oznacza brak pomysłów i kompozytorską blokadę, które każą ci szukać pomocy innych aby znaleźć odpowiedni kierunek na zasadzie: Hej, mam fajny riff, ale nie wiem co z nim zrobić, więc może coś dołożysz i zrobimy z tego fajny numer. Wierzę w jasną wizję jednego kompozytora, która powinna cechować się pewnością się siebie bez szukania pomocy z zewnątrz. Rdzeń utworu musi być gotowy zanim zaczniemy go grać. Potem oczywiście możemy zmienić gdzieś tempo albo jakiś riff, i wszystko odpowiednio doszlifować, ale uważam, że taka metoda pracy sprawdza się u nas doskonale.

Myślisz, że trendy przynoszą w ogóle coś pozytywnego?

W pewnym, choć niewielkim stopniu. Przeważnie pojawia się nowy zespół, który swoją twórczością robi zamieszanie, a wtedy jest szansa, że pierwsza fala zainspirowanych nim kapel utrzyma wysoki standard.

Weźmy np. nową falę death metalu starej szkoły, do której twoja nieistniejąca już wytwórnia Nuclear Winter Records również dołożyła swoje 5 groszy. Gdyby nie trend, to wiele takich kapel prawdopodobnie nigdy nie zwróciłoby niczyjej uwagi.

Nie pamiętam kto dokładnie zaczął tę modę na powrót do bardziej pierwotnych brzmień, ale wraz z Revokation, Repugnant czy Kaamos pojawiły się równie świetne Verminous czy Tribulation. Mimo wszystko dość szybko nastąpił przesyt.

Dead Congregation natomiast odegrał w ważną rolę w odrodzeniu się podgatunku, który ty sam nazywasz darkened US death metal…

Chcieliśmy przypomnieć, że death metal powinien mieć mroczną atmosferę, ale atmosfera powinna opierać się na muzyce. Wraz z kilkoma innymi zespołami w jakiś sposób przyczyniliśmy się do odrodzenia tej złowieszczej atmosfery w death metalu. Teraz mamy już mnóstwo zespołów starających się grać w ten sposób, ale nie spędza mi to snu z powiek. Trendy przychodzą i odchodzą. My sami jesteśmy bardzo otwarci. Pojawiają się u nas pływy blackmetalowe, nieoczekiwane melodie itd. Nie odrzucamy z góry żadnych elementów, które teoretycznie do nas nie pasują. To my definiujemy nasz brzmienie, a nie ono nas, choć nie oddalamy się od ponurego death metalu. Nasza droga rozwoju jest wynikiem naszej niczym nieskrępowanej artystycznej wizji, i tak to powinno wyglądać. Jeśli chcesz dopasowywać swoja muzykę do wymogów rynku żeby rozwiązać swoje problemy finansowe to pamiętaj, że na takim graniu i tak pieniędzy nie zrobisz, więc lepiej smażyć burgery, niż robić dziwkę ze swojej kapeli.

Z drugiej strony nie uważasz, że odchodzenie od death metalu nie jest czymś negatywnym jeśli jest wynikiem artystycznych poszukiwań.

Pewnie, spójrz na Tribulation. Nie są już zespołem deathmetalowym i co z tego? Poszerzyli swoje horyzonty, zrobili to, co w danym momencie czuli, i to definiuje ich jako artystów. Zresztą jeśli komuś nie podoba się kierunek obrany przez ten czy inny zespół to zawsze jest masa innych kapel. Najważniejsza jest jednak artystyczna uczciwość wobec samego siebie. Duchowość i sztuka są ze sobą nierozerwalnie związane. Artysta, którego twórczość wynika z głodu tworzenia, czasem podświadomie, wznosi się na zupełnie inne poziomy. Umiejętności techniczne i doskonały słuch to nie wszystko. Sztuka musi płynąć prosto z serca i posiadać duszę.

Autor: Niklas Göransson
www.bardomethodology.com
Tłumaczenie: Maciej Malinowski
Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak