NOWY NUMER!

Musick Magazine 4/2016

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Jak hartowała się stal, czyli 30-lecie Metalmanii

Nazwa Metalmania przez wiele lat elektryzowała miłośników najmocniejszych odmian muzyki metalowej w Polsce. Początkowo była oknem na świat dzięki któremu mogliśmy oglądać zachodnie zespoły ze światowej czołówki, a przez kolejne lata przeglądem tego, co najciekawsze i najpopularniejsze w krajowym oraz zagranicznym metalu. Z roku na rok festiwal rozwijał się, zarówno pod kątem organizacyjnym, jak i artystycznym. To za sprawą Metalmanii zespoły takie jak Helloween, Running Wild, Sodom, Kreator czy Protector zapewniły sobie w naszym kraju niemal kultowy status. Przez wiele lat do katowickiego Spodka, a także kilku innych okolicznych hal na Śląsku, zjeżdżały tysiące maniaków ostrego łojenia, by uczestniczyć w swoim święcie.

Przez większość swojego istnienia Metalmania była największym i najsprawniej zorganizowanym festiwalem nie tylko w Polsce, ale również na ścianie wschodniej Europy. Choć co do pomysłodawców festiwalu do dzisiaj trwają spekulacje, to jednak niekwestionowanym numer jeden tej imprezy był Tomasz Dziubiński – spiritus movens przedsięwzięcia, a także firmy Metal Mind Production, która organizowała festiwal. Na temat nieżyjącego od kilku lat Prezesa Dziubińskiego krążą setki, o ile nie tysiące historii – tych pozytywnych, jak i negatywnych. Niezaprzeczalnym jednak jest fakt, że dzieki Niemu Metalmania urosła do rangi naprawdę dużego i markowego festiwalu z którym liczono się w całej Europie. Być może za jakiś czas pokusimy się o napisanie tekstu opisującego barwną postać Tomasza Dziubińskiego, jednak tym razem chciałem się skupić na historii Metalmanii, a także fakcie, że po wielu latach impreza wraca, miejmy nadzieję, na stałe, do kalendarza polskich metalowców!

22 kwietnia do katowickiego Spodka po wieloletniej przerwie znów powinny zjechać tłumy miłośników najcięższych brzmień. A pomysł reaktywacji od samego początku wzbudzał i wzbudza kontrowersje! I bardzo dobrze, bo dzięki temu może znów urodzić się coś fajnego, ciekawego, coś co przez wiele lat funkcjonowało, a czego dzisiaj tak bardzo nam brakuje… Jedni marudzą, że słaby skład, inni, że to za długi maraton, jeszcze inni, że coś tam, coś tam… A ja twierdzę, że z tegorocznego zestawu każdy znajdzie coś dla siebie – jedni podjarają się wspominkowymi setami Samael, Moonspel czy zawsze dobrego jak chleb Vadera, inni zostaną zmiecieni przez weteranów z Sodom czy Coroner, a jeszcze inni znajdą dla siebie coś dobrego w setach Arcturus, Sinister, Entombed A.D czy też pnącej się cały czas w górę, jeżeli chodzi o popularność, rodzimej Furii. Do tego na dobitkę organizatorzy przygotowali istnie mocarny zestaw kapel na małej scenie, na której wystąpią reprezentanci czołówki krajowego undergroundu z Infernal War, Stillborn, Mord’A’Stigmata, Thaw czy też fińskich diabłów z Impaled Nazarene. Poza tym organizatorzy przygotowali masę atrakcji, które zapełnią nasz czas pomiędzy koncertami, czy też w sytuacji gdy ktoś występujący w danej chwili na scenie nie do końca nam odpowiada oraz byśmy nie uschli z pragnienia lub głodu. Bo Metalmania to nie tylko muzyka, to również, a może przede wszystkim spotkania z innymi fanami metalu, ze znajomymi i te nieustające dyskusje, czasami spory okołomuzyczne. To również spotkania towarzyskie, które tak miło wspominam będąc kilkunastokrotnym uczestnikiem festiwalu. I za tym również tęskniłem przez lata, bo przecież koncertów u nas nie brakowało i nie brakuje. Brakuje natomiast Metalmanii. Lecz czy okaże się to powrót na miarę naszych oczekiwań – przekonamy się już za kilkanaście dni stając u bram katowickiego Spodka. Ale zanim to nastąpi, zapraszam do zapoznania się z bogatą historią festiwalu. Do zobaczenia 22 kwietnia w Katowicach!!!

Jak hartowała się stal, czyli 30-lecie Metalmanii.

Na początku lat 80. minionego stulecia dał się zauważyć wyraźny wzrost imprez szeroko pojętej muzyki rockowej w Polsce. Był to oczywiście efekt stale rosnącej popularności tego rodzaju muzyki na zachodzie Europy oraz w Ameryce, co nie mogło ujść uwadze słuchaczom w kraju nad Wisłą. Dużą rolę odegrały oczywiście audycje w Polskim Radio, ale i coraz częściej organizowane koncerty i festiwale. Specjaliści od badania tamtych czasów twierdzą, że stało sie tak dzięki władzy ludowej, która chcąc nieco załagodzić niepokoje społeczne, a także odciągnąć młodzież od polityki dała zielone światło na organizację coraz większej ilości imprez o charakterze muzycznym. Dzięki temu coraz częściej zaczynały do Polski docierać oprócz nowinek, muzyki, także coraz lepsze zespoły spoza żelaznej kurtyny. Sytuacja ta dotyczyła również muzyki metalowej, dlatego też po pewnym czasie w głowach kilku zapaleńców zrodził sie pomysł powołania festiwalu, na którym grałyby wyłącznie zespoły wykonujące najcięższe odmiany tej muzyki. Jednym z tych zapaleńców był Jacek Adamczyk – dziennikarz i manager muzyczny, który po latach wspomina, jak doszło do organizacji pierwszej Metalmanii: Zawsze byłem fanem metalu. W tym czasie w Polsce odbywały się imprezy typu Róbreggae, Rockowisko, Jarocin, była już chyba Rawa Blues. Uważałem, że metal, tak bardzo popularny, też powinien mieć swoje święto. Zaraziłem pomysłem dwóch katowickich dziennikarzy muzycznych: Romka Radoszewskiego i Zygmunta Kiszakiewicza. Z tym pomysłem udałem się do dyrekcji Spodka i tak się zaczęło. Adamczyk miał już wtedy przygotowaną całą koncepcję oraz ogólny zarys festiwalu, jednak w owych czasach młodzieńczy zapał to było za mało w zderzeniu z peerelowską biurokracją i formalnościami. Znalazł jednak wsparcie w kilku osobach, które również dołożyły swoją cegiełkę: Radoszewski i Kiszakiewicz byli niekwestionowanymi autorytetami muzycznymi na Śląsku, Alicja Dientzl – dyrektor Spodka, zasłużyła się w pierwszej fazie najwięcej. W końcu rządziła najważniejszą hala koncertową w Polsce. Bez jej przychylności skończylibyśmy w jakimś domu kultury, a przecież nie o to chodziło. Ci ludzie byli najwłaściwsi, aby to rozkręcić na większą skalę. No i oczywiście Tomek Dziubiński, który doszedł w końcowej fazie, dzięki właśnie pani Dientzl. Ponadto Andrzej Marzec z Pagartu, który ściągnął zagraniczne gwiazdy. Rola Gocka (Zbigniew – red.) była tylko formalna – ówczesny szef Śląskiego Jazz Clubu po prostu przeprowadził to formalnie, bo takie możliwości miał. Zawsze zastanawiała mnie obecność na plakatach reklamujących Metalmanię, w pierwszych latach istnienia festiwalu, tego Jazz Clubu… I myślę, że nie tylko mnie… Więc teraz już wiemy. OK, komitet organizacyjny mamy już załatwiony, ale wciąż brakowało nazwy, która miała firmować ten festiwal. Jak w wielu takich sytuacjach był to przypadek – wspomina Adamczyk. Pierwotny projekt nosił nazwę Metalowisko, ale jakoś to nie brzmiało. Na którymś z zebrań organizacyjnych pokazałem logo pisane liternictwem Motörhead, które nawiązywało do amoku, jaki był kiedyś wokół Beatlesów i tak wpadła mi do głowy nazwa METALMANIA! Wszystkim się spodobało i tak zostało. Skoro była już nazwa, to należało przejść do ostatniego etapu, czyli doboru kapel. Ustalono, że oprócz zagranicznych gości, których ma sprowadzić Pagart oraz rodzimych gwiazd metalu, na festiwalu zagrają również najzdolniejsze młode zespoły wyłonione w drodze konkursu. W skład pięcioosobowego jury, które miało zakwalifikować zespoły weszli: Jacek Adamczyk, Tomasz Dziubiński, Zbigniew Gocek, Roman Radoszewski oraz znany z Muzyki MłodychKrzysztof Brankowski, który tak wspomina swoje dojście do współtwórców Metalmanii: Od 1984 roku pojawiałem się w metalowej „Muzyce Młodych” w radiowej „Dwójce”, przedstawiając nowe płyty oraz wyniki listy Metal Top 20. W tamtych czasach było to jedno z nielicznych źródeł ciężkiej muzyki – audycji słuchali niemal wszyscy, pomysłodawcy Metalmanii również. Zostałem zaproszony do komisji kwalifikującej kapele na festiwal. Każdy oceniał kapele w skali od 1 do 10, potem sumowało sie punkty…. I to właśnie dobór kapel konkursowych zawsze dostarczał najwięcej emocji, zarówno wśród samych zespołów, jak i fanów. Dlaczego? Ano dlatego, że z czasem coraz mniej kapel spoza stajni Dziubińskiego grało na Metalmanii. Brankowski tłumaczy to w następujący sposób: Tomek (Dziubiński, szef Metal Mind – red.) był jedną z najważniejszych osób związanych z tym przedsięwzięciem – nic dziwnego, że chciał żeby jak najwięcej kapel związanych z Metal Mind występowało na Metalmanii. Zresztą trzeba obiektywnie stwierdzić, że większość wykonawców z jego stajni to były całkiem dobre kapele. Na pierwszą Metalmanię jury zakwalifikowało 11 kapel, co w połączeniu z Kat, Turbo, belgijskim Killer oraz brytyjską Alaską dało pełny skład historycznej, pierwszej Metalmanii. Dokładnie 4 kwietnia 1986 roku festiwal zainaugurował zabrzański zespół Super Box. Konferansjerką zajął sie duet: Andrzej Marzec oraz Roman Rogowiecki, który na kilka następnych lat stał się etatowym wodzirejem metalowych imprez organizowanych w katowickim Spodku, a niektóre jego zapowiedzi myślę, że wciąż są doskonale pamiętane i często cytowane przez bywalców tychże imprez. Drugiego dnia pierwszej edycji Metalmanii zagrał równiez olsztyński Vader, dla którego był to: … pierwszy raz. Pierwszy koncert na dużej scenie – wspomina Peter Wiwczarek – na prawdziwym sprzęcie, no i dla kilkutysięcznej publiczności. Egzamin w boju, który zresztą zdaliśmy z Vader’em na medal. Największym szokiem było to, że byliśmy w tamtym czasie, czyli w roku 1986, zespołem lokalnym, do tego nie ze Śląska, a z dalekiej Północy. Nikt się nie spodziewał, że dostaniemy się na tak wielki festiwal. Fakt, – przygotowaliśmy materiał bardzo zawodowo, jak na tak amatorski zespół, ale realia były wówczas bardzo okrutne. Przez pomyłkę czy nie – Tomek Dziubiński oraz ci wszyscy, którzy decydowali, dali nam szansę, a my ją wykorzystaliśmy. Chociażby zaledwie na chwilkę. Byliśmy na pewno sporym zaskoczeniem, szczególnie, że graliśmy na generalnie chałupniczych instrumentach. Impreza zakończyła sie sporym sukcesem pomimo tego iż zagraniczne gwiazdy nie pokazały nic szczególnego poza profesjonalizmem. Jednak przyjęcie polskich kapel, a zwłaszcza koncert Kata pokazał, że taka impreza jest bardzo potrzebna, a rodzimi fani metalu czuja tą muzykę i potrafią docenić naprawdę dobre zespoły. Gdy zapytałem Jacka Adamczyka czy miał obawy o to czy impreza wypali i uda sie zapełnić ogromny przecież Spodek odpowiedział: O to akurat byłem spokojny. To były czasy, w których każdy koncert rockowy gromadził tłumy. Rok wcześniej Hanoi Rocks grał trasę w Polsce (chyba z osiem koncertów) i wszędzie były komplety. Presja była, pewnie, ale udało nam się wszystko sprawnie zorganizować.

Impreza wypaliła, więc decyzja o kontynuacji Metalmanii była jedynie formalnością. Jednak wtedy doszło do pewnych tarć wśród zespołu, który organizował pierwszą edycję. Od początku jakoś zgrzytało pomiędzy mną i koalicją Gocek-Dziubiński – wspomina Adamczyk – Niby wszystko było OK, ale zawsze jakieś tarcia były. Myślę, że Tomek bardzo ambicjonalnie podszedł do tego, gdyż jak wiem też miał od dawna w głowie festiwal metalowy, a ja go nieumyślnie wyprzedziłem. Nie mieliśmy żadnych umów, wszystko było na gębę. Do tego Walter Chełstowski, organizator kultowego Jarocina, zaprosił mnie do pracy przy jego festiwalu i co chyba najbardziej rozsierdziło Dziubę, za moją namową, zgodził się aby w Jarocinie był cały dzień tylko metalowy. Tego Tomek wytrzymać za bardzo już nie mógł. Tworzył juz wtedy swoją „stajnię” Metal Mind. Po prostu był bardziej cwany i operatywny. Po doświadczeniach pierwszej edycji festiwalu oraz opinii, że zagraniczne gwiazdy imprezy tak naprawdę nie do końca się sprawdziły w swoich rolach postanowiono, że obsada zagraniczna musi być dużo mocniejsza. Kris Brankowski zaproponował szefowi Pagartu dwie wschodzące gwiazdy zza Odry, czyli Helloween i Running Wild. Na początku usłyszałem, że „przecież na to nikt nie przyjdzie”, ale po dostarczeniu ponad 5000 kartek pocztowych od ludzi, którzy zadeklarowali, że bardzo chętnie wybiora się na zestaw Helloween + Running Wild – wspomina Brankowski – udało mi sie dopiąć swego. Na dodatek wkrótce okazało się, że w marcu, kwietniu i na początku maja planowana jest trasa koncertowa Helloween i Overkill. I tak, niejako przy okazji i niewielkim kosztem, na Metalmanię ’87 trafili również Amerykanie. Do gwiazd zagranicznych tym razem dokoptowano całą Wielką Trójkę polskiego metalu, czyli: TSA, Kat i Turbo oraz 6 kapel, które z wyjątkiem Open Fire stanowiły tym razem w całości nowo tworzoną stajnię Dziubińskiego, do której należały: Hammer, Dragon, Stos, Wilczy Pająk i Destroyer. Druga edycja Metalmanii została podzielona na dwa dni i okazała sie ogromnym sukcesem, a katowicki Spodek 3 i 4 kwietnia 1987 roku zapełnił sie fanami metalu po brzegi. Już nie tylko polskie gwiazdy świeciły najjaśniej, ale zespoły zagraniczne, które przyjechały tu jako świeża krew na długie lata zapewniły sobie w naszym kraju pozycje bandów wręcz kultowych. I tak miało być z kolejnymi przyjeżdżającymi do Spodka zespołami zza granicy. Również młode, polskie zespoły zyskały spore grono wielbicieli, także dzięki trzypłytowej kronice festiwalu, na której znalazły się obszerne fragmenty występy 6 kapel ze stajni Metal Mind.

Rok później ze względu na jeszcze większą ilość zgłoszeń zaostrzyły się kryteria doboru młodych kapel, które miały wystapić na Metalmanii ’88. Po pierwszym etapie, czyli tradycyjnych przesłuchaniach nadesłanych taśm, nastąpiły przesłuchania na żywo w chorzowskiej Leśniczówce, a następnie ostatni etap selekcji, który miał miejsce w Spodku 7 lutego 1988 podczas koncertu Metal Battle. Termin trzeciej edycji Metalmanii wyznaczono na 16 kwietnia, czyli po raz pierwszy jeden dzień, jednak koncerty zostały podzielone na 2 części. Pierwsza rozpocząła sie o godzinie 9 rano (tak, tak to nie żart!), i wystąpiły na niej Genoside, radziecki Awgust, Hammer, czechosłowacki Citron, Wolf Spider oraz niemieckie gwiazdy w postaci Rage i Kreator. Drugi koncert rozpoczął sie o godz. 16 i oprócz gwiazd zza Odry zagrali: Destroyers, ponownie Citron, węgierski Ossian oraz Dragon i Turbo. Świetnie zostały przyjęte występy Hammer, Wolf Spider, Dragon i Turbo, co świadczyło o stale podnoszącym się poziomie krajowych kapel. Mniej znany polskiej publiczności Rage został przyjęty również entuzjastycznie. Natomiast przyjęcie Kreator było niemal królewskie, ale w tym czasie kwartet z Essen miał u nas pozycje Bogów europejskiego thrashu, a ich płyty Pleasure to Kill czy Terrible Certainty czczone były na równi z płytami Metalliki czy Slayer. Niestety popołudniowy koncert Kreator został przerwany po kilku utworach ze względu na zadymy jakie miały miejsce na płycie katowickiego obiektu. Grupa kilkunastu skinheadów weszła na teren Spodka i rozkręciła niezłą jatkę, w ruch poszły łańcuchy, pasy, noże i inne ostre przedmioty i organizatorzy imprezy w porozumieniu z dyrekcją Spodka oraz milicją zdecydowali sie przerwać koncert. Po latach tak to wspomina Tomek Godlewski – autor książki Jaskinia Hałasu: Co rusz gdzieś iskrzyło. To jucha się polała, to znowu ktoś komuś z „bani” pociągnął, ale już jak Kreator zaczął grać, to nic się wokół nie liczyło. Przynajmniej do momentu jak się światła nagle zapaliły i muzyka zamilkła. Burdel sie zrobił nieziemski i nic nie było wiadomo co jest grane. Jak się zbliżałem do wyjścia to niebiescy z pałkami coś na kształt „ścieżki zdrowia” wykonywali. Z grubsza udało się wyjść ze Spodka nie podniszczonym, choć bliznę na piszczelu mam do dziś. I takie to były czasy: ludzie spragnieni muzyki, ale też i innych mocnych wrażeń. Inny stały bywalec koncertowy, a dziś perkusista Riverside – Piotr „Mittloff” Kozieradzki ma na ten temat swoje zdanie: W tamtych latach metale byli świrami, rozrabiakami i nie dawali sobie dmuchać w czapkę. Sam taki byłem. Napierdalanki przedkoncertowe to była norma. Takie czasy, trochę dzikie, ale w gruncie rzeczy dużo mnie nauczyły. Spało sie po klatkach schodowych, piło się piwo ciemne lub spirytus salicylowy z maślanką czy traciło koszulkę, bilet albo kasę przeznaczoną na koncert. Było ciężko, ale moim zdaniem to mocno hartowało ducha. W samym Spodku było już zazwyczaj spokojnie – jakieś zadymki, ale bez przesady. Niestety przed Spodkiem było duuuuużo gorzej. Przejście podziemne pod Spodkiem to był swego rodzaju czyściec. Jak przeszedłeś cały to szacun. Zazwyczaj od wejścia do wyjścia mijało 15-20 minut, zanim z tymi wszystkimi świrami sie rozprawialiśmy… Ech, w tym momencie przypomniałem sobie, że tak było naprawdę… Na czym to stanęliśmy? Tak, niezbyt miłym akcentem Metalmania ’88 przeszła do historii. Oczywiście wzorem poprzedniego roku ukazała się składanka dokumentująca tę edycję. Na winylu rzecz jasna.

Kolejna edycja Metalmanii odbyła sie 16 kwietnia 1989 roku znów w katowickim Spodku, ale tym razem jako jednodniowy maraton metalowy. Małemu przewietrzeniu uległ skład krajowej reprezentacji i niektórych etatowych wykonawców zastąpiono takimi zespołami jak: Egzekuthor, Gomor, Alastor czy Astharoth. Zwłaszcza ci ostatni wywołali szmer zamieszania wśród publiczności, głównie za sprawą gitarzysty zespołu, a właściwie gitarzystki Doroty Kościeszy, która udowodniła jednak, że potrafi całkiem nieźle wymiatać na gitarze. Skład uzupełniały braterskie zespoły z NRD w postaci MCB, rozpoczynającego karierę niemieckiego Protector, czeski Arakain, Sacred Chao (powstały na gruzach Living Death) oraz mistrzowie techno-thrash ze Szwajcarii – Coroner. Zwłaszcza wystepy Protector oraz Coroner porwały fanów po raz kolejny wypełniających Spodek w komplecie. W pewnym momencie na scenie pojawił sie jako gość A.C Wild – lider włoskiego Bulldozer, który w tamtym okresie miał u nas wielkie grono fanów. Badał on sytuację koncertową w naszym kraju i chyba udzieliła mu sie atmosfera Metalmanii, bo jeszcze tego samego roku Bulldozer zagrał w Polsce.

W roku 1990 jako gwiazda Metalmanii miał wystopić bardzo mocno wyczekiwany w Polsce King Diamond. Niestety, na krótko przed festiwalem gruchnęła wiadomość, że z powodu kłopotów zdrowotnych perkusisty szalony Duńczyk nie zagra. Szybko skombinowano mocne zastępstwo w postaci dwóch bardzo lubianych w naszym kraju zespołów z Niemiec, czyli: Protector i Kreator, który udowodnił, że w thrashowej materii nie ma sobie równych w całej Europie, a i w konfrontacji z zespołami zza Wielkiej Wody wcale nie stoi na przegranej pozycji. Niestety znów powrócono do formuły metal-mindowego przeglądu sił i po raz kolejny wystapiły jedynie zespoły związane ze stajnią Dziubińskiego. Najciekawiej i najbardziej świeżo z tego grona zaprezentowali sie o dziwo debiutanci w tym gronie, czyli zespół Acid Drinkers, który zagrał takiego seta, że niemal wszystkim zgromadzonym w Spodku opadły szczęki. Totalny luz, szaleństwo i wzorowe opanowanie instrumentów – to wystarczyło, żeby zaskarbić sobie metalmanijną publiczność i z dnia na dzień stać sie koniem pociągowym Metal Mind. 21 kwietnia świetny koncert zagrał równiez powracający w zmienionym składzie oraz promujący płytę Fallen Angel katowicki Dragon. Oczywiście świetne i bardzo żywiołowe koncerty zagrały gwiazdy festiwalu. Niestety po raz kolejny okazało się, że podczas ich występów dochodziło do sytuacji konfliktowych – jak nie skinheadzi, to wzajemne animozje pomiędzy fanami z różnych miast Polski. Wszystko to miało wpływ na decyzję władz miasta na to, że Metalmania na kilka lat zniknęła z grafika Spodka. Sytuację zaostrzyły jeszcze bardziej wydarzenia z 15 grudnia 1990, kiedy to w bójce skinów z metalowcami pod Spodkiem, jeden ze skinheadów zginął od ciosu nożem.

27 kwietnia 1991 roku w Jastrzębiu Zdroju odbyła się VI edycja Metalmanii, choć tak naprawdę, z kilku względów, oficjalna nazwa brzmiała International Music Festival. Zmianie uległa również formuła festiwalu, ponieważ wystąpiło więcej niż zwykle zespołów zagranicznych, kosztem tych z MMP. Dała się również zauważyć kolejna zmiana, związana chyba z tym, że nadciągały nieco brutalniejsze brzmienia. Thrash metal był powoli wypierany przez death metalową zarazę, która w Polsce znalazła szczególnie podatny grunt. To właśnie impreza w Jastrzębiu była jedną z pierwszych oznak nowych czasów. Świetne występy Egzekuthor, Vader, Pungent Stench, Massacra czy też niemieckiego Atrocity były przeplatane thrashowymi rodzynkami w postaci: Despair, Holy Moses (z charyzmatyczną Sabiną Classen na wokalu) i Acid Drinkers. Gwiazdą imprezy była szwedzka legenda doom metalu – Candlemass z olbrzymim Messiahem Marcolinem na wokalu, który przeniósł wszystkich obecnych w rejony grobowego grania. To było świetne zwieńczenie całego festiwalu, który pomimo kiepskiej lokalizacji (niestety okazało się, że hala w Jastrzębiu momentami przypominała saunę i w zderzeniu z warunkami, które były do tej pory w Spodku, była po prostu fatalna) okazał się wielkim sukcesem pod względem artystycznym.

Podobny profil Metalmanii postanowiono utrzymać w następnym roku, a jak się później okazało również przez kilka kolejnych lat. 24 kwietnia 1992 roku festiwal wrócił do Katowic, ale niestety nie do Spodka, ale do położonej niedaleko od niego Hali Baildon. Znów nie było Wersalu, jeżeli chodzi o warunki do spędzenia kilkunastu godzin przy dźwiekach naprawdę brutalnej muzyki, jednak metalowa publiczność była w owym czasie zaprawiona w bojach i nie zrażała się byle czym. Metalmania miała zawsze świetną publikę, a i na organizację nie można było zbytnio narzekać – wspomina Peter Wiwczarek. Uwielbiałem te spędy metalowców – wtóruje mu Piotr „Anioł“ Wącisz z Corruption – człowiek odrywał się od szarości dnia codziennego, spotykał podobnych do siebie maniaków muzycznych, tak samo ubranych w podarte jeansy, skórę, bezrękawnik z telewizorem i naszywkami, słuchających tej samej muzy i z wielkim oddaniem angażujących się w szaleństwo na koncercie. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze Mittloff: Nie przejmowałeś się niczym, stałeś nawalony w młynie, słuchałeś Sodom czy Helloween i głowa ci niemal eksplodowała. To były czasy prawdziwego fanatyzmu i doskonałej szkoły przeżycia na koncertach. Teraz jest zupełnie inaczej. Najważniejsze było to, że obsada VII Metalmanii była naprawdę bardzo mocna. Na początek wystąpiły dwie młode, krajowe kapele wyłonione na podstawie przysłanych kaset. Był to częstochowski Danger Drive oraz stołeczny Sparagmos. Oprócz nich krajowe łojenie reprezentował Acid Drinkers, natomiast z zachodu przyjechały do nas głównie death metalowe machiny w postaci: Master, Demolition Hammer, Grave, Massacre czy też będący na fali, po świetnie przyjętej płycie Gothic angielski Paradise Lost. Na koniec jednak wszystko przebił genialny występ Sepultury, której pozycja w Polsce miała niemalże religijny status. Brazylijczycy byli wówczas na etapie promocji krążka Arise, czyli ich opus magnum jeżeli chodzi o brutalne thrash/deathowe granie, co doskonale sprawdziło w Katowicach.

Chyba jeszcze mocniejszy i brutalniejszy zestaw kapel obejmowala obsada kolejnej edycji, która odbyła się 18 kwietnia 1993 roku, tym razem w hali MOSiR w Zabrzu. Lokalizacja o wiele lepsza od dwóch poprzednich, jednak logistycznie trzeba było jeszcze dojechać do Zabrza z różnych stron kraju. Nie przeszkodziło to jednak tłumom metalowców zawitać do Zabrza, aby obejrzeć w akcji czołówkę death metalowej sceny z wielkim Death na czele. Jednak występ rozpoczęły polskie Betrayer oraz Sparagmos, których tego dnia wspierali weterani z Kat oraz wirtuoz gitary Valdi Moder. Zagraniczną część death metalowej miazgi rozpoczął Therion promujacy swój album Beyond Sanctorum, a dalej poleciały mordercze sety szwajcarskiego Messiah, Cannibal Corpse oparty głównie na Tomb of the Mutilated oraz chirurgów z Carcass, będących tuż po premierze Necroticism…. Death wystąpił z materiałem promującym Individual Thought Patterns i jak nietrudno się domyśleć publiczność była zachwycona. Tym bardziej, że poprzednim razem, w grudniu 1990 roku lider zespołu Chuck Schuldiner nie dojechał do Katowic, a reszta składu wystąpiła z krótszym setem oraz technicznymi jako muzykami zastępującymi Chucka. Death metal był u szczytu swojej popularności i to zostało po raz kolejny wykorzystane przez Tomasz Dziubińskiego i jego ekipę, która w tamtym czasie już samodzielnie organizowała Metalmanię. Nie po raz pierwszy i nie ostatni doskonale wyczuli co jest w danej chwili najodpowiedniejsze dla rozwoju festiwalu i co ściągnie i da zadowolenie jak największej liczbie maniaków metalu.

Rok 1994 to kontynuacja, a zarazem chyba ostatni aż tak death metalowy skład Metalmanii. 10 kwietnia 1994 roku ponownie w Zabrzu zagrzmiało w sumie 12 kapel. Ciekawy przegląd tego co ciekawe w polskim metalu w postaci: Pandemonium, Betrayer, Hazael, Quo Vadis, Ghost, Sparagmos, Magnus oraz Vader. Zaciężne wojska to świetnie przyjęty Samael, który był świeżo po nagraniu Ceremony of Opposities oraz dokoptowaniu do składu klawiszowca, dalej szwedzki Unleashed, oraz Amerykanie z Cannibal Corpse, którzy po raz kolejny udowodnili, że są koncertowa maszynką do zabijania. No i na deser zaprezentowali się bogowie z Morbid Angel, których przyjęcie jak przystało na gwiazdę festiwalu było iście mistrzowskie. Zresztą zespół w tym czasie był chyba u szczytu swoich możliwości, otoczony nimbem tajemniczości i prawdziwego kultu pokazał, że nie ma sobie równych na całym świecie jeżeli chodzi o śmierć metal.

Jubileuszowa X edycja Metalmanii 23 kwietnia 1995 roku była ostatnią w Zabrzu, , jak się później okazało. I o ile trzon występujących zespołów pozostał deathmetalowy, to pojawiło się również sporo innych gatunków metalu, w tym niektóre dosyć egzotyczne, co nie zawsze spotkało sie z przychylnym odbiorem metalmanijnej publiczności. I choć nie były to już tak ortodoksyjne sceny jak to bywało przed laty i widać było sporą ewolucję w zachowaniu publiczności, to jednak w dalszym ciągu polscy maniacy lubili przeważnie to, co dobre i sprawdzone. Start był planowy i w miarę klasyczny, czyli thrashowy MASH, śmiercionośny Dissenter, klimatyczne Tenebris i Corruption, a Quo Vadis potwierdził, że potrafi porwać do zabawy publiczność. Następnie na scenę wyszły dwa „wynalazki” z Nowej Zelandii: Head Like A Hole oraz Shihad, podczas występów których sypały się na scenę różne przedmioty oraz niecenzuralne słowa. Sytuacja wróciła do normy dopiero podczas występów Dynamind oraz Acid Drinkers, by jeszcze bardziej porwać tłum podczas bardzo mocnych i energetycznych setów Grave, Samael oraz Unleashed. Na koniec perfekcyjny i niezwykle mocny koncert dała gwiazda wieczoru, czyli Death. Chuck Schuldiner i jego ekipa udowodnili po raz kolejny, że ich dominacja na scenie death metalowej jest niepodważalna. Jak się niestety później okazało był to ostatni występ Chucka z ekipą w naszym kraju. W taki oto sposób uczczono 10-lecie festiwalu na metalowej mapie Polski. 10 lat dzięki, którym wielu z nas mogło po raz pierwszy i ostatni zobaczyć pewne zespoły, w latach swojej świetności, w pewnych konfiguracjach składu, a w niektórych przypadkach ostatni raz w ogóle.

Jak to bywa w przypadku dużych festiwali, świętowanie jubileuszu nie trwało zbyt długo, bo trzeba było wracać do pracy i powoli zabierać się za kolejną edycję imprezy. A kolejna edycja miała okazać się jedną z odważniejszych, bo praktycznie z roku na rok Metalmania z death/thrash metalowej imprezy przeistoczyła się w hard-core’ową, jednorazową edycje. 25 maja 1996 roku, tym razem w Jaworznie odbyła się bodajże najmniej „szatańska“ edycja Metalmanii. Oto jak w kilku krótkich zdaniach wspomina tą edycję Jarek „aNZ“ Giers – dziennikarz muzyczny, a przez wiele lat konferansjer Metalmanii: Patrząc z perspektywy lat, była to „najjaśniejsza“ edycja festiwalu, honoru mroku broniły wówczas tylko Rotting Christ i Moonspell. Jednocześnie trafiliśmy na kumulację wykonawców będących u szczytu formy – Fear Factory (główna gwiazda imprezy – red.) promowało właśnie „Demanufacture“, Stuck Mojo „Snappin’ Necks“ i „Pigwalk“, Moonspell był w przededniu premiery „Irreligious“, Rotting Christ przywiózł świeżo wydany „Triarchy Of The Lost Lovers“, nowojorski Merauder przytargał mocarny debiut „Master Killer“. Poza tym świetnie się bawiłem oglądając występy My Own Victim z Kentucky i bostońskiego Slapshot. Krajowe barwy reprezentowały tylko dwa zespoły – stały gość Mańki – Acid Drinkers oraz szajbusy z Tuff Enuff. Niby eksperyment był udany, ale już nigdy więcej nie powrócono do tak odważnej formuły, bez względu na to czy dany rodzaj muzyki przeżywał tłuste lata czy też nie.

Dziuba i Metalmania rozwijali skrzydła z roku na rok. – dodaje Giers- On miał swoją wizję tej imprezy i konsekwentnie ją realizował. Nie bał się eksperymentować z repertuarem. Myślę, że to była słuszna koncepcja, bo homogeniczne stylistycznie maratony, nawet z udziałem najlepszych zespołów z danego gatunku, mogłyby być ponad siły publiczności. A tak, był czas na zabawę pod sceną, na drzemkę na koronie oraz na życie i spożycie towarzyskie. Takie zróżnicowanie stylistyczne miała kolejna edycja Metalmanii, która po kilku latach przerwy 2 maja 1997 roku znów wróciła do Spodka. O tym, że wraz z repertuarem zmienia się również publiczność przyjeżdżająca na Metalmanię świadczyło to, że wystąpiły i zostały dobrze przyjęte zespoły wykonujące łagodniejsze odmiany metalu. A do takich na pewno należy zaliczyć: Moonlight, Sirrah, Sundown, Anathema, The Gathering czy też Tiamat, który akurat promował album A Deeper Kind Of Slumber. Dotychczasowej dziczy, szaleństwu pod sceną tym razem odpowiadały gorące oklaski. Był to znak, że publiczność dojrzewała i cywilizowała się z biegiem lat, – zauważa aNZ – choć dla niektórych ta pierwotna otoczka i pewne rytuały nadal pozostawały ważniejsze od samej muzyki. Metalmania stała się taką naszą, środowiskową, świecką tradycją, doroczną i coroczną muzyczną pielgrzymką. Przyjeżdżało się na konkretne zespoły, żeby spotkać się ze znajomymi, stuknąć się kufelkiem lub kieliszkiem i tradycyjnie ponarzekać na skład imprezy (śmiech). Nie lubiło się tego co nowe, pionierskie, odstające od kanonu – miał być metal i już, a nie jakieś wydziwianie. Zespoły, które dźwiękowo ewoluowały – Paradise Lost, Tiamat czy też Samael – miały tego świadomość, że w secie metalmaniowym muszą zawrzeć coś ze swojej przeszłości, bo inaczej publika da wyraz swojemu niezadowoleniu. I właśnie tak mocniej przywalił szwajcarski Alastis, Moonspell i Samael, choć nie do końca. Tym ostatnim, pomimo tego, że to na nich publiczność czekała najbardziej, nie bardzo się to udało, ponieważ zakończyli swój set po drugim utworze. Zeszli z powodu awarii komputera, co oczywiście niezbyt spodobało się zebranym w Spodku… Jednak zarówno frekwencyjnie, jak i pod kątem artystycznym była to dosyć udana edycja.

Za mega udaną i jedną z najlepszych w historii uchodzi kolejna Metalmania, która odbyła się 28 marca 1998 roku. Ponownie w Spodku. Mocarny skład, bez żadnych niepotrzebnych i słabych supportów. Na dobry początek holenderski Gorefest i od razu ostry młyn pod sceną. Nie inaczej było podczas koncertu wschodzącej gwiazdy heavy metalu ze Szwecji, czyli Hammerfall. Po występie Hammerfall bardzo oczekiwany przez fanów black metalu show Dimmu Borgir z Norwegii, którzy już wtedy wyrastali na gwiazdę dużego formatu. Następny w kolejności Therion, pomimo kilku problemów technicznych, zaprezentował materiał ze swoich nowszych, mocno symfonicznych płyt. Nighttime Birds promował The Gathering, z charyzmatyczną Anneke za mikrofonem. Genialne przyjęcie miał rodzimy Vader, który po kilku latach powrócił na deski Metalmanii, a po przeszło 12 latach na deski Spodka. Zaprezentowali głównie materiał oparty na Black To The Blind, który wręcz wzorcowo sprawdził się w warunkach scenicznych. Po Vader na scenę wyszedł Morbid Angel, po raz pierwszy w Polsce ze Stevem Tuckerem, który zastąpił charyzmatycznego Davida Vincenta. I choć Steve nie miał takiej charyzmy jak jego poprzednik, to udowodnił, że wie na czym polega death metal, a i sama muzyka Morbid Angel oraz show i gitarową orgię jaka zaprezentował duet Azagthoth/Rutan czy też perkusyjne kanonady Pete’a Sandovala pozostały na długo w pamięci uczestników tego koncertu. Jako ostatni na scenie pojawili się weterani z Judas Priest. Był to historyczny, bo pierwszy ich koncert w kraju nad Wisłą. Świetny występ zresztą. Tim „Ripper“ Owens bez żadnych kompleksów śpiewał i dyrygował publicznością w Spodku i myślę, że nikt podczas koncertu nie czuł braku Roba Halforda. Ja przynajmniej byłem pod wielkim wrażeniem. Występ Priest był mocnym i bardzo godnym zamknięciem tej rewelacyjnej edycji Metalmanii.

Gwiazdą kolejnego festiwalu miał być ponownie Death, jednak na krótko przed rozpoczęciem okazało się, że ze względu na kłopoty zdrowotne Chucka (które wiadomo jaki miały koniec 13 grudnia 2001) zespół odwołał wszystkie koncerty w Europie. Dodatkowym mankamentem było to, że koncerty odbyły się 15 maja 1999 znów w mało komfortowej hali Baildon. Początek festiwalu nie był zbyt porywający – średnie koncerty Dominium, PIK, Evemaster, Tower czy też Artrosis. Dopiero wraz z wejściem na scenę Christ Agony zaczęło się pod nią zagęszczać i ruszać. Kolejnym występem był koncert świeżo reaktywowanego Turbo, które miało naprawdę fajne przyjęcie, do tego stopnia, że zespół schodził ze sceny uśmięchniety od ucha do ucha. Dobre występy zanotowały na swoim koncie Lacuna Coil oraz Anathema i po raz kolejny Vader. Dla mnie osobiście najlepszym koncertem tej edycji był występ Grip Inc. Z niezwykle charyzmatycznym Gusem Chambersem za mikrofonem oraz przyjętym z nabożną czcią Davem Lombardo za bębnami. Zresztą na koniec występu Gus nie ukrywał swojego zdenerwowania i rzucił parę cierpkich słów, gdy publika zamiast nazwę zespołu momentami skandowała nazwisko pałkera. Jednak Slayer to Slayer. Mimo wszystko po zejściu ze sceny z Gusa zeszło ciśnienie i bez problemu można było się z nim stuknąć piwkiem, a Lombardo szybko zniknął w swoim camperze. I kto jest debeściak?! Hehe. Festiwal zakończył również świetny koncert Samael, którym tym razem elektronika nie spłatała żadnego figla i od początku do końca wszystko było jak należy, włącznie z wyczekiwanym zawsze z wypiekami na twarzy Into the Pentagram.

Nowe tysiąclecie Metalmania powitała 29 maja 2000 ponownie w gościnnych progach Spodka. Skład tym razem był z typu: mocny, ale delikatny, bo poza Yattering, Behemoth i Lux Occulta pozostałe kapele reprezentowały tzw. klimaty. Ale nazwy duże i koncerty, zwłaszcza Opeth, Katatonia, My Dying Bride i Tiamat bardzo dobre. Oprócz nich zagrały również: The Sins Of Thy Beloved, Moonlight, Artrosis i Theatre Of Tragedy. Zestaw ten był usypiający na tyle, że w kolejnym roku Metalmania nie odbyła się w ogóle. Organizatorzy tłumaczyli to tym, że podobno w okresie, w którym impreza mogłaby się odbyć przez Europę nie przetaczała się żadna na tyle mocna trasa by można było zorganizować mocno obsadzoną imprezę.

Metalmania powróciła 16 marca 2002 roku wraz z mocnymi występami Immortal i Cannibal Corpse, które jak wiadomo słynie z mocarnych występów na żywo. Ktoś tam jeszcze zagrał, ktoś inny spóźnił się na prom i nie dojechał, ale kto by tam się martwił, skoro czekały nas jeszcze występy Moonspell, Tiamat i Paradise Lost?! Aha, byłbym zapomniał – od kilku lat mocnym punktem Metalmanii był również Jarek Giers, który wcielając się w postać szalonego konferansjera starał się umilać nam czas pomiędzy występami kolejnych zespołów, szastając dowcipem czy też rozdając nagrody. Kilka słów o tym jak się zaczęła jego praca związana z festiwalem: Nie pamiętam dokładnie czy był to rok 1998 czy 1999, ale dostałem telefon z Katowic, z MMP z informacją, że Pan Prezes będzie chciał ze mną porozmawiać. Za kilkanaście minut, rzeczywiście Prezes zadzwonił i zapytał, czy poprowadzę konkursy w przerwach między występami i przy okazji zapowiem występujące zespoły. Czemu nie? Możemy spróbować – odpowiedziałem. Pamiętam, że rzucałem piłeczkami ze sceny, kto złapał, był przepuszczany przez ochronę i wchodził na scenę, gdzie zadawałem mu pytanie. Jak odpowiedział dobrze – dostawał nagrodę. Podczas innej edycji premiowane były odpowiednie kombinacje cyfrowe umieszczone na festiwalowych biletach.

XVII edycja Metalmanii przywitała nas pewnym novum, jakim było powołanie do życia „małej sceny“, która stanęła w obszernym korytarzu Spodka. 5 kwietnia 2003 roku na małej scenie zaprezentowało się 11 zespołów z Polski, reprezentujących najróżniejsze odmiany metalu, głównie tego ekstremalnego: Demise, Parricide, Vesania, Never, Azarath, Strommousheld, Misteria, Anal Stench, Dominium, Crionics oraz Elysium. W rzeczywistości „mała scena“ nie była wcale taka mała, a możliwość zaprezentowania się przed często bardzo liczną publicznością i w tak kultowym miejscu jak Spodek była również spora nobilitacją. W hali Spodka mieliśmy znowu misz-masz stylistyczny, od delikatniejszych dźwięków Delight, Anathema czy Opeth, poprzez Sweet Noise, rewelacyjny występ punkowców z The Exploited, heavy metalową legendę Saxon, aż po brutalne wyziewy Malevolent Creation, God Dethroned, Marduk czy Vader. Festiwal zakończył po raz kolejny szwajcarski Samael. Znów było przekrojowo i przebojowo. To była kolejna świetna edycja Metalmanii. Zresztą można się o tym przekonać na własne oczy i uszy, ponieważ występy zespołów na dużej scenie były rejestrowane, a ich fragment ukazały się na płycie DVD dokumentującej tę edycję festiwalu.

Kolejna odsłona miała równie mocny skład co poprzednia. Na „małej scenie“ wystąpiły: Neolith, Centurion, Luna Ad Noctum, Chainsaw, Immemorial, Tenebrosus, Hedfirst, Devilyn, Mutilation, Atrophia Red Sun, Asgaard, Bright Ophidia i Spinal Cord, a ich występy cieszyły się naprawdę sporym zainteresowaniem. Jednak to co działo się na korytarzu Spodka, było jedynie przedsmakiem tego, co działo się 13 marca 2004 na dużej scenie. Znów mieliśmy do czynienia ze sporym rozstrzałem stylistycznym, jednak każdy z wykonawców prezentujących się tego dnia w Spodku spotkał się z co najmniej dobrym przyjęciem. Scenę główną otworzyli weterani death metalowej sceny w Polsce, czyli Trauma. Po nich miał miejsce specjalny koncert Esqarial oraz wokalisty Turbo – Grzegorza Kupczyka, którzy promowali wspólnie nagraną płytę Klassika. Bez szansy na chwilę oddechu na deski Spodka wtoczył się radzący sobie coraz śmielej na światowych scenach Decapitated, a zaraz po nich Brazylijczycy z Krisiun, którzy nie brali jeńców. Kolejne chwile na scenie głównej dały zebranym w Spodku wytchnienie w postaci występu Epica. Następnie zainstalowali się wikingowie z Enslaved, a po ich bardzo ciekawym secie pod scena przybyło trochę starszych fanów, którzy z nieukrywana radością przyjęli występ Michael Schenker Group. Morbid Angel po raz kolejny udowodnił, że nie mają sobie równych, jeżeli chodzi o death metal, a ich występ znów dostarczył maniakom niezapomnianych wrażeń. Troszkę słabiej niż zwykle zaprezentował się Tiamat, jednak dodanie do koncertowego setu kilku staroci, specjalnie na potrzeby Metalmanii zrobiło swoje. Weterani z TSA świeżo po reaktywacji pokazali jak wygląda energetyczny występ, a starsi widzowie znów mieli swoje przysłowiowe „pięć minut”. Moonspell po raz kolejny udowodnił, że nie bez powodu mają w Polsce szerokie grono oddanych fanów. Metalmanię 2004 zakończył występ Soulfly, bez fajerwerków, bez przekonania, z utworami Sepultury, bez których mogło być naprawdę kiepsko. I na to właśnie narzekało sporo osób, że gwiazdą powinien być kto inny, a nie coraz bardziej zmanierowany Max Cavalera z ekipą. Zresztą przez lata tych narzekań na skład, czy też kwestie organizacyjne było sporo, a przysłowiowe już dzisiaj „Dziuba chuj!” było używane przy każdej okazji by wyrazić swoje niezadowolenie. Jednak nie sposób nie docenić wkładu jaki szef Metal Mind miał zarówno w rozwój muzyki metalowej w kraju, jak i w rozwój samej Metalmanii. Był on – jak wspomina Piotr Kozieradzki – jedyną osobą, która tak naprawdę trzymała to za ryło. On wiedział wszystko, on wydawał polecenia i on odpowiadał za koncert. Po latach poznałem go trochę bliżej i wiem, że gdyby nie on i ludzie, którzy dla niego pracowali w tym kraju słuchałoby sie tylko Bajmu i 2+1. On był naprawdę oddany sprawie i znał się na muzyce. Jego słowom wtóruje lider Vader: Dopiero po latach, kiedy osobiście mogłem bliżej poznać Tomka, zobaczyłem jak wiele ten człowiek zrobił dla muzyki w Polsce – w szczególności dla metalu. Niewielu ludzi z taką pasją i charakterem spotkałem w całym swoim życiu. Wystarczy zobaczyć jak wiele się zmieniło w biznesie po jego przedwczesnej śmierci. Mam ogromny szacunek dla Tomka i jego osobistego wkładu w polską scenę metalową. Brakuje dziś takich ludzi… I brakuje Metalmanii.

12 marca 2005 roku fani metalu znów powrócili do Spodka na kolejną, już XIX edycję Metalmanii. Nie zmieniono sprawdzającej się od 2 lat formuły, za to dał się zauważyć powiew świeżości ze strony obsady. Wśród wielu występujących tego dnia zespołów jedynie Turbo i Katatonia już wcześniej gościły na Metalmanii. Dla reszty to był pierwszy raz… Ale po kolei – na małej scenie po raz kolejny przegląd tego co ciekawe na krajowym metalu, choć najbardziej zostały chyba zapamiętane występy: Supreme Lord, Pyorrhoea, HellBorn, Hermh i Thunderbolt. Na dużej scenie hałasowali: Darzamat, Dies Irae, Amon Amarth, Katatonia, Dark Funeral oraz The Haunted. Jako kolejny wyszedł na scenę Peter Tagtgren wraz ze swoim cholernie przebojowym projektem Pain. Szczególną uwagę przykuwały gitarzystka oraz basistka. Norweski Arcturus uraczył wszystkich rozmachem oraz teatralnością swojego show, jednak niektórzy narzekali, że był on nieco za długi, a przez to lekko nudny… Kolejne na scenę wyszło poznańskie Turbo, które zagrało bardzo bezpośredni i żywiołowy koncert, podczas którego można było usłyszeć większość starych hitów. Napalm Death w swoim stylu dołożył tak do pieca, że nie było co zbierać i w związku z tym grający po nich Finowie z Apocalyptica byli doskonale kojącym antidotum na soniczny gwałt Brytyjczyków. Imprezę zakończył występ wampirów z Cradle Of Filth, jednak poza sporych rozmiarów scenografią i niezłym show zabrakło czegoś, co by szło za tym w linii muzycznej. Mimo wszystko była to kolejna udana edycja, a pomysł z dwiema scenami po raz trzeci z rzędu sprawdził się znakomicie. Co prawda niektórzy mieli więcej roboty, ale za to było o wiele ciekawiej. To była ciężka, acz przyjemna praca. – wspomina Giers – Krążenie między festiwalowymi scenami – starałem się rzec choć słówko o każdym z występujących zespołów.. Robiłem sobie notatki dotyczące festiwalowych zespołów, żeby mieć punkt zaczepienia. Był to jednak żywioł kontrolowany, bo czasem pomysł rodził się lub ewoluował w ostatniej chwili, w trakcie rozmowy z zespołem tuż przez wejściem na scenę. Zawsze miałem pod ręka ściągawkę z rozkładem jazdy, aby na bieżąco informować o zmianach kolejności i godzin występu. Oczywiście tradycyjnie już DVD „Metalmania 2005” pozwala na weryfikację moich słów… Przynajmniej w pewnym stopniu.

Na 4 marca 2006 roku zapowiedziano jubileuszową – XX edycje Metalmanii. Niestety nie obyło sie bez problemów, ponieważ zapowiadana jako gwiazda festiwalu amerykańska formacja Testament niestety nie mogła zagrać w Katowicach. Podobny los spotkał również anonsowane Carpathian Forest i kogoś tam jeszcze. Niestety tak to już bywa w przypadku festiwali. Mimo wszystko organizatorzy zadbali o to, by ten jubileusz wyglądał okazale. Po pierwsze mała scena została wzbogacona o zagraniczne zespoły. I tak obok rodzimych formacji (The No-Mads, Antigama, Totem czy Corruption) mogliśmy również zobaczyć i posłuchać: Centinex, Misanthrope, Belphegor i kilku innych. Na dużej scenie po raz kolejny istny misz-masz: od klasyki w postaci U.D.O, Nevermore czy Acid Drinkers, poprzez blackowe Vesania i 1349, metalcore’owy Caliban, death metalowe Unleashed czy Soilwork, aż po szeroko rozumiane klimaty w postaci: Anathema, Moonspell i Therion. Na szczególne wyróżnienie zasługiwał krótki, aczkolwiek niezwykle przebojowy wystep byłego wokalisty Accept, świetny koncert Nevermore, bardzo klimatyczny Moonspell i wręcz magiczny show Anathemy. Po raz kolejny niestety ciężaru nie udźwignęła główna gwiazda imprezy. Therion zagrał trochę niemrawo i niezbyt przekonywująco, ale być może była to kwestia tego, że wyszli bardzo późno na scenę i nie dostali od publiczności takiego wsparcia na jakie liczyli. Być może, choć z drugiej strony tragedii też nie było. XX Metalmania przeszła do historii, a nam pozostało leczenie kaca i oczekiwanie na kolejną edycję…

A kolejna edycja odbyła sie 24 marca 2007 roku. Na małej scenie dał sie zauważyć jeszcze większy rozstrzał stylistyczny. Prawdę powiedziawszy ciężki do wyobrażenia kilkanaście lat wcześniej, bo aż boję sie pomysleć jaki los spotkałby hip-hopowo-metalowy skład Wu-Hae czy też gotycki Ciryam. Ale nawet na oko, po publiczności festiwalowej, widać było zmiany jakie dokonały się przez te wszystkie lata. Skład małej sceny uzupełniły Forever Will Burn z RPA, pogańsko-folkowy Tyr z Wysp Owczych, Witchking, Carnal, Horrorscope, czescy kultowcy z Root czy też deathmetalowcy z Deivos, Sphere, a przede wszystkim legendarny Benediction. Na dużej scenie działo się jeszcze więcej ciekawych rzeczy: ciekawy występ rodzimego Darzamat z gościnnym udziałem Romana Kostrzewskiego z Kat. Brutalny koncert dał norweski Zyklon, a także Vital Remains. Nieco luźniej, ale również niesamowicie energetycznie zaprezentowali się Entombed czy Destruction. Dla fanów bardziej tradycyjnych dźwięków świetne sety zagrali Jorn Lande oraz Blaze Bayley, którzy udowodnili, że są naprawdę świetnymi wokalistami i frontmanami. Bardzo przekrojowy set zagrała Sepultura, co spotkało się z rewelacyjnym przyjęciem publiczności zgromadzonej w Spodku. O wiele lepszym i cieplejszym niż Soulfly kilka lat temu. Następnie, ze względu na konieczność szybszego wyjazdu z Katowic na scenie pojawiła się gwiazda imprezy – Testament. Ekipa Chucka Billy’ego zagrała rewelacyjny koncert i z nawiązką wynagrodziła swoją absencję na festiwalu przed rokiem. Występ Paradise Lost przeszedł jakoś bez echa. Zupełnie inaczej było natomiast z koncertem My Dying Bride, który pomimo bardzo późnej pory świetnie i bardzo klimatycznie zakończył kolejną Metalmanię.

W sobotę 8 marca 2008 roku od wczesnych godzin porannych pod katowickim Spodkiem zaroiło się od odzianych głównie w czerń fanów muzyki metalowej. To był znak, że kolejna, XXII już Metalmania otwiera swe podwoje, tym razem bardzo na thrashowo, bo i taka muzyka w ostatnim czasie zaczęła wracać do łask. Znów mała scena, ale tym razem reprezentowana głownie przez zespoły zagraniczne, że pozwolę sobie wymienić te najciekawsze: Evile, October File, Mortal Sin, Demonical, Non Divine czy Izegrim. Jedynymi reprezentantami krajowej, małej sceny byli: Pandemonium i Carrion. Na dużej scenie nie brak było natomiast gwiazd różnego formatu, od tych mniejszych, a skończywszy na reprezentancie Wielkiej Czwórki Thrashu, czyli Megadeth. Death metal reprezentowany był jedynie przez Immolation, którego występ zniweczyło fatalne nagłośnienie oraz Vader, który tym występem dołączył do dwójki rekordzistów – Dragon i Acid Drinkers – którzy mieli na koncie po 6 wystepów na Metalmanii. Ekipa Petera po raz kolejny udowodniła, że należą do ścisłej czołówki śmiercionośnej sztuki, a występy na żywo są ich bardzo mocna stroną. Black metal reprezentowany był przez irlandzki Primordial, szwedzki Marduk czy też świecący coraz jaśniejszym blaskiem norweski Satyricon, którego hit Mother North odśpiewało chóralnie kilka tysięcy gardeł zgromadzonych w Spodku. Oprócz nich bardzo żywiołowy koncert zagrali mieszacze z The Dillinger Escape Plan. No i na koniec zostawiłem całą thrashową armię, w postaci Artillery, Flotsam And Jetsam czy też powracający na deski Spodka po ponad 20 latach Overkill, który zagrał porywający koncert, a po muzykach absolutnie nie było widać ani słychać upływających lat. Ba, Blitz i jego ekipa byli bardziej jak wino – im starsi, tym lepsi. Na zakończenie wyszedł Megadeth i jako gwiazda wypadł naprawdę świetnie. Pełna profeska, świetne brzmienie, doskonały dobór utworów i Dave Mustaine w bardzo dobrej formie. Czegóż chcieć wiecej na zakończenie bardzo udanej, kolejnej edycji największego festiwalu metalowego w Polsce?

Kolejna Metalmania… Niestety kolejnej Metalmanii nie było, choć pojawił sie nawet termin (7 marca 2009) oraz lokalizacja (Spodek). W międzyczasie okazało sie, że Spodek zostaje oddany do remontu, który potrwa dłużej niż do marca. Pojawiły sie opcje nowej lokalizacji, nowe plany, ale summa summarum wszystko to spaliło na panewce. Dla podtrzymania tradycji, a także na otarcie łez w warszawskiej Stodole odbyła sie impreza nazwana Metalmania Fest 2009, na której zagrały: Soulfly, Overkill, Exodus, Incite oraz Carnal, ale wiekszość z tych , którzy przybyli do Stodoły stwierdziła, że użycie nazwy Metalmania to było sporym nadużyciem. Poza tym Metalmania w Warszawie?!? No bez jaj! O ile wcześniej przechodziły inne opcje niż katowicki Spodek, to był to jednak zawsze Śląsk. Jednak na zawsze w mojej świadomości i myślę, że wielu, wielu innych, którzy bywali na Metalmaniach, to własnie katowicki obiekt na zawsze pozostanie polską „Świątynią Metalu”.

Tak jak wspominałem nie udało mi sie uzyskać zbyt wielu informacji bezpośrednio z Metal Mind, które po śmierci prezesa Tomasza Dziubińskiego 16 grudnia 2010 roku, jakoś nie bardzo jest w stanie przywrócić do życia tak ważną i wydaje mi się, że potrzebną imprezę. Wieloletnia asystentka Prezesa Anna Kulicka jako główne powody zakończenia Metalmanii widzi: mniejsze społeczne zainteresowanie gatunkiem muzycznym oraz coraz bardziej nakręcająca się tendencja do grania festiwali letnich, na otwartym terenie. Do formuły festiwalu w miesiącach zimowo-wiosennych brakowało po prostu artystów na trasie, więc coraz trudniej było ułożyć sensowną obsadę. Jeszcze dosadniej komentuje to Piotr Kozieradzki – Po odejsciu Tomka, tak naprawdę w firmie nie ma osoby, która mogłaby go zastąpić. Oczywiście jest Darek, Wojtek i brat Tomka, też Wojtek, ale nie ma Tomka! Takiej firmie jest potrzebny taki człowiek jak Tomasz Dziubiński. Twardy, oddany i znający się na muzyce. Nie wiem czy ktoś taki jest w MMP. A reaktywacja Metalmanii? W takiej odsłonie? Nie ma na to moim zdaniem większych szans. Dużo koncertów wszędzie, więc trudniej zwołać całą metalową brać w jedno miejsce. Jako przykład olewania przez polskich metalowców festiwali był Knock Out Fest. Skład doskonały i co? To se ne vrati. I może niech tak zostanie, bo nie chciałbym być świadkiem 1000 osób pod sceną na Metalmanii. To byłoby słabe uczucie. Próby reaktywacji podejmował nie tylko Metal Mind, ale i jego pomysłodawca, autor nazwy Jacek Adamczyk: minęło 30 lat od pierwszej Metalmanii i prawie wszystkie zespoły, które tam wystąpiły zgłosiły się do mnie, aby… powtórzyć ją w oryginalnym składzie. O czymś to świadczy. Kiedy trzy lata temu zaproponowałem Metal Mind by wznowić festiwal, delikatnie spuszczono mnie na drzewo. Kiedy przez moment zbierałem dokumentację i przygotowywałem pozew przeciwko MMP o odzyskanie praw do festiwalu, w odpowiedzi na pismo procesowe prawnicy Metal Mind zarzucili mi oszustwo i próbę podpisania się pod czymś, do czego nigdy nie miałem żadnych praw. Owszem, doceniam to, że przez wiele lat Metal Mind organizował ten festiwal bez mojego udziału, ale to tak jak z ojcostwem: badania DNA zawsze wskażą kto to „dziecko” spłodził. Ostatecznie zrezygnowałem z tej walki. Po co? Tyle lat przeżyłem bez festiwalu, robię inne rzeczy. W sumie obecni właściciele MMP nie są niczemu winni. Tomka Dziubińskiego szanuję za to, co zrobił dla muzyki w Polsce. Niech spoczywa w spokoju. Jedno wiem na pewno: zrobię wszystko, aby Metalmanię znów organizować. I jeszcze na koniec o ewentualnej przyszłości festiwalu chciałbym oddać głos Annie Kulickiej z Metal Mind: Próby reaktywacji były i będą i miejmy nadzieję, że festiwal odrodzi się jeszcze jak Feniks z popiołów”. I tego należy życzyć, zarówno organizatorom, którzy być może dogadają się i połączą siły, ale przede wszystkim nam – fanom metalu, dla których ten festiwal był czymś naprawdę ważnym i wyjątkowym. To był bardzo dobry, prestiżowy i sprawnie zorganizowany festiwal – twierdzi Peter Wiwczarek – Brakuje go bardzo, mimo tak wielu imprez i festiwali w Polsce w dzisiejszych czasach. Przez lata każdy szanujący się metalowiec miał w kalendarzu tę datę juz zarezerwowaną. (Nie)święte słowa! Więc póki nie dojdzie do reaktywacji, i zanim zaklepiemy kolejną datę – pozostaje nam powspominać ostatnie 30 lat i te 22 edycje, które odbyły się pod nazwą Metalmania, za które w imieniu polskich metalowców serdecznie dziękuję!!!

Grzegorz „Levi” Łukowski

W pracy nad tekstem korzystałem z oryginalnych wypowiedzi osób związanych z festiwalem, a także z programów imprez, archiwalnych numerów Metal Hammer, Thrash’em All, Na Przełaj, z archiwów internetowych. Fotografie użyte w tekście pochodzą z prywatnych zbiorów autora, a także materiałów prasowych firmy Metal Mind, archiwaliów zespołu Vader oraz stron internetowych.

Za pomoc w przygotowaniu materiału dziękuję: Jackowi Adamczykowi, Krisowi Brankowskiemu, Piotrowi Wiwczarkowi, Piotrowi Kozieradzkiemu, Piotrowi Wąciszowi, Jarkowi Giersowi, Wojtkowi Lisowi, Annie Kulickiej