NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Sabaton – historia jest dla Was ważna

Mam naprawdę duże szczęście spotykać na swojej drodze ludzi tak pozytywnych i sympatycznych jak wokalista i założyciel szwedzkiego zespołu Sabaton. Panowie byli tego dnia naprawdę zabiegani, po przyjeździe do Warszawy stawili się na audiencji w Ministerstwie Obrony Narodowej, potem spotkania z fanami i podpisywanie płyt, a na koniec koncert w Hali Koło w Warszawie. Sporo jak na jeden dzień trasy, a mimo to Joakim Brodén, w tym całym zamieszaniu, znalazł trochę czasu na spotkanie z Musick Magazine i z uśmiechem na ustach odpowiedział na kilka nurtujących nas pytań.

Witam Cię serdecznie i dziękuję, że znalazłeś dla nas czas w tym szalonym dniu.

Cześć, żaden problem. Masz ochotę się czegoś napić, cola, piwo?

Piwo poproszę. Napijesz się ze mną?

Ja niestety nie. Nigdy nie piję przed koncertem. Bardzo rzadko pozwalam sobie na kieliszek wina albo małe piwo do obiadu. Generalnie uważam, że słabe jest jak zespoły upijają się przed koncertem albo jak ostro imprezują noc przed i następnego dnia wchodzą na scenę z kacem. Ludzie przychodzą i płacą za bilet i powinni zobaczyć dobre show, a jeśli muzyk jest pijany lub na kacu to nie może dobrze wykonać tego co powinien. Równie dobrze mógłby pokazać palec tym wszystkim ludziom którzy przyszli na ich koncert. Nienawidzę tego.

W końcu częścią Twojej pracy jest robienie dobrych koncertów.

Tak, i naprawdę to uwielbiam i jestem szczęśliwy jeśli mogę być w dobrej formie i robić to dobrze.

Jak odnajdujesz się w tym całym szaleństwie. Jesteście w trasie przez wiele miesięcy, w międzyczasie pracujecie nad nowymi albumami, do studia zaglądacie co rok lub dwa, miksy, praca nad DVD, ciągłe spotkania fanami, z dziennikarzami, wywiady, sesje zdjęciowe i cała masa innych rzeczy z tym związanych. Nie masz czasu dla siebie. Jak odnajdujesz w tym trybie życia?

Wiesz, taki żywot wybrałem… i lubię go, hehe. Może nie kocham wszystkiego co się z tym wiąże. Na przykład nie cierpię sesji zdjęciowych.

Nie powinieneś, świetnie wychodzisz na zdjęciach.

Dzięki, hehehe, ale naprawdę tego nie lubię. Nie mam nic przeciwko, jeśli jakiś fan chce zrobić sobie ze mną zdjęcie. Albo tak jak dzisiaj – będziemy mieli krótką sesję zdjęciową przed wejściem na scenę, to też nie jest dla mnie problem. Wiem że potrwa to nie dłużej jak 10 minut. Ale, na przykład, przed wydaniem albumu musisz zrobić sesję zdjęciową na cele promocyjne, to zajmuje masę czasu. Męczę się wtedy.

Robią Ci make up?

O, jak ja nienawidzę robienia make upu! Malują cię i każą pozować cały dzień. Tak samo z nagrywaniem teledysków, tego też nie lubię. Grasz tę samą piosenkę jeszcze raz i jeszcze raz, w kółko i w kółko. Więc szczerze – nie lubię sesji zdjęciowych i kręcenia teledysków. No ale, że nie można kochać wszystkiego w swojej pracy, więc staram się nie narzekać. Niektóre rzeczy w byciu muzykiem są szalenie zabawne, niektóre po prostu w porządku. Na pewno jednak najwięcej radości daje mi tworzenie muzyki.

A teledysk do „Uprising”…

Ten akurat był fajny! Traktuję go jako wyjątek w mojej nienawiści do nagrywania teledysków. Tam graliśmy piosenkę może z osiem razy i mieliśmy spokój. Wszystko było rejestrowane przez kilka kamer, z różnych stron, więc nie musieliśmy tego więcej razy powtarzać. Poza tym ten teledysk miał swoją fabułę, swoją historię do opowiedzenia, więc nie był tak skupiony na nas. Odegraliśmy swoje i mogliśmy pójść obejrzeć jak nagrywa się pozostała część teledysku. Mogłem zrelaksować się, otworzyć piwko, bo byłem już po nagrywaniu swojej części, i obejrzeć jak wygląda nagrywanie teledysku z tej drugiej strony. To było naprawdę ciekawe, ci wszyscy aktorzy, czułem się jak na planie filmowym. Przyglądałem się jak pracują z generałem Waldemara Skrzypczakiem i Peterem Stormare`m.

Jesteście bardzo blisko ze swoimi fanami. Mam wrażenie, że Sabaton to nie tylko Wy ale również Wasi fani.

Tak, szczególnie na koncercie. Poza tym dostarczają nam dużo inspiracji podczas tworzenia nowych utworów. Podczas tras podróżujemy w naszym tour busie w jakieś 15 osób, codziennie te same 15 twarzy. Bardzo ich lubię ale czasem jest naprawdę miło spotkać innych ludzi. Fani zawsze są gdzieś w pobliżu. Ludzie generalnie są dla nas bardzo życzliwi. Jeśli mamy trochę wolnego czasu na trasie to sprawdzam maila, facebooka i przypominam siebie kto mieszka niedaleko i piszę „Cześć, mamy dzień wolny. Co ciekawego się dzisiaj wieczorem u Was dzieje? Może skoczymy gdzieś razem na piwo albo gdziekolwiek”.

Czy to zamierzasz właśnie robić po koncercie w Krakowie? Macie wtedy jeden dzień wolny na trasie.

Ten akurat wolny dzień zamierzamy przeznaczyć na zwiedzanie Auschwitz.

To będzie Twoja pierwsza wizyta w muzeum w Auschwitz?

Nie. Ja już tam kiedyś byłem. Tak naprawdę jedziemy tam dlatego że nasi nowi członkowie zespołu jeszcze nigdy tam nie byli i chcą to zobaczyć. Mnie zbyt przygnębia to miejsce więc pewnie pojadę, zrobię kilka zdjęć i ucieknę jak najszybciej. Kiedy widzisz te torby… jedna podpisana imieniem dziewczynki i wiesz, że miała mniej niż 10 lat jak Niemcy ją zagazowali. Wiesz, to nie jest miejsce, do którego chcę wracać i oglądać to jeszcze raz. Ale nowe chłopaki od nas koniecznie chcą tam pojechać więc najpewniej tak zrobimy.

No właśnie! Macie w szeregach nowe twarze. Nie będę Was pytała o powody zmiany większości składu Waszego zespołu – myślę, że już wszystko w tej kwestii zostało powiedziane. Chciałabym natomiast, żebyś przedstawił Waszym polskim fanom nowych członków Sabatona. Kim są ci faceci, jacy są i skąd ich wzięliście. Może zacznij od Robbana Bäcka.

Robbana akurat nie ma z nami na trasie. Urodziło mu się dziecko więc został w domu. Można powiedzieć, że jest na urlopie ojcowskim, hehe. Zamiast niego na trasę pojechał z nami Snowy Shaw, od Theriona i Dimmu Borgir. Natomiast Robban jest z tego samego miasta co my (Falun, nieduże miasteczko w środkowej Szwecji) i jest jakieś cztery lata młodszy ode mnie i Pära. Robban zawsze był gdzieś niedaleko nas. Grał w wielu zespołach w naszym rodzinnym mieście i zawsze powtarzaliśmy, że powinno się go umieścić w jakimś dobrym zespole bo się człowiek marnuje grając z niektórymi miernotami. Nie wszystkie te zespoły były słabe, czasem były to spędy dobrych muzyków, ale niestety tworzyli słabe piosenki. W każdym razie zawsze uważaliśmy go za dobrego perkusistę i lubiliśmy jego sposób grania. I nagle, myślę że było to w 2011, Daniel (Mullback, poprzedni perkusista) rozwalił sobie kolano. Nie zrobił tego podczas żadnej genialnej zabawy, albo podczas szalonej gry na perkusji, ale pomagając swojemu ojcu układać podłogę. Pracował na klęczkach i to rozwaliło mu kolano, nie gra na perkusji. Byliśmy w dupie i wtedy przyszedł Robban i opanował nasz półtoragodzinny set w jakieś 36 godzin. Nie wszystko było w 100% prawidłowe, ale zagraliśmy show i pewnie z 90% ludzi nie zorientowało się, że coś jest nie tak. Zagraliśmy potem jeszcze kilka sztuk. Robban to na ogół bardzo miły facet i lubi spędzać czas z fanami i imprezować z nimi. Czasem jednak przychodzi moment kiedy musimy już jechać – 8.00 rano, autokar już czeka – i nagle tour manager budzi nas i pyta „gdzie jest Robban?!” i już wiemy, że naszym zadaniem jest go teraz znaleźć, bo on pewnie ciągle gdzieś pije. To mu się zdarza. Niby nie robi nic szalonego ani złego ale zdarza mu się zapomnieć która jest godzina i przepaść. To perkusista, oni wszyscy są wariatami. Z nowych mamy też Thobbe Englunda. Thobbe to kumplem z dzieciństwa jednego naszego przyjaciela. Jak ten usłyszał, że szukamy gitarzysty to powiedział prosto z mostu „zaufaj mi, znam właściwego faceta. Nim będziecie w ogóle brać kogokolwiek pod uwagę, musicie się z nim spotkać. Stawiam na niego swoje pieprzone życie, że on nic Wam nie spierdoli”. To była mocna rekomendacja, więc chociaż nie myśleliśmy o Thobbe poważnie to spotkaliśmy się z nim na przesłuchanie. Jak tylko zaczął grać to szczęki nam opadły i już nie mieliśmy wątpliwości, że to jest to. Thobbe jest z północy Szwecji, ludzie stamtąd zachowują się jak zwierzęta kiedy się upiją, musieliśmy uważać. Pogadaliśmy z nim, powiedzieliśmy, że jeśli się zdecyduje na granie z nami to musi się ze swojej dalekiej północy przeprowadzić do naszego miasta, to jakieś 1000 km, i czy to dla niego w porządku, czy nie ma rodziny itd. Opowiedział, że zerwali ze swoją dziewczyną jakieś 2 miesiące temu, po 10 latach bycia razem, poza tym jest zmęczony swoją stałą pracą i tak właściwie to dla niego idealny moment. Wchodzi w to i chce z nami grać heavy metal. Thobbe jest bardzo szczerym facetem, czasem nawet obłędnie szczerym.

Ile ma lat?

Ma 33 lata, więc jest o rok ode mnie starszy. To jest facet, który nie potrzebuje alkoholu żeby robić wiele rzeczy, które inni robią po 5-6 piwach. Bardzo fajnie jest mieć go w swoim otoczeniu. Zawsze palnie coś głupiego co nas rozśmieszy. Pamiętam jak podczas podpisywania płyt przyszła jedna dziewczyna, miała piękny uśmiech i on powiedział do niej „masz piękny uśmiech” – w tym nie było nic dziwnego, ale potem dodał „i masz bardzo zdrowe dziąsła” wszyscy spojrzeliśmy na niego z niedowierzaniem i miną „co?! dlaczego to powiedziałeś?” hehehe. Nie wiesz co mu przyjdzie do głowy, mówi nim pomyśli, rozbrajająco szczerze. Zawsze nas tym rozbawia. Christoffer Rörland natomiast pochodzi z zespołu Nocturnal Rites ze Szwecji. Znaliśmy się z ich starym gitarzystą Nilsem i tak naprawdę to jemu chcieliśmy zaproponować, żeby do nas dołączył. To było naturalne, bo już wcześniej byliśmy razem na trasie i znaliśmy się. Pär pojechał na północ Szwecji, żeby się z nim zobaczyć na jakimś koncercie. Pili, gadali i w końcu Pär nakreślił co się stało, że szukamy nowych ludzi do zespołu i że o nim myślimy. Nils odpowiedział, że to fajnie, że bardzo to docenia, ale dziękuje. Ma swoją stałą pracę, ma dziewczynę i traktuje grę w zespole jako hobby. Wie ile my wkładamy wysiłku w zespół, ile koncertujemy i on się w tym nie widzi. Ale wskazał „dlaczego nie weźmiecie tego nowego gitarzysty z Nocturnal Rites, tego który mnie tam zastąpił, jest tak samo dobry”. Pär powiedział, że nie możemy tego zrobić, jesteśmy z Nocturnal przyjaciółmi, nie możemy rozwalać im zespołu. I wtedy wtrącił się perkusista z Nocturnal Rites „spoko, bierzecie go, my nie gramy wielu koncertów, a to młody, zdolny człowiek. Ma 25 lat, chce grać muzykę”. Pär odpowiedział „my ciągle jesteśmy w trasie, to będzie miało na Was wpływ” ale chłopaki z Nocturnal stwierdzili, że tak długo jak Chris będzie mógł nagrywać z nimi nowe płyty i czasem z nimi występować, jak nie będzie akurat w trasie z nami, to będzie ok, a oni mogą wziąć innego gitarzystę na koncerty.

Nie pomyśleliście, że może coś jest z nim nie tak skoro tak bardzo chcą go Wam wcisnąć?

Dokładnie tak pomyśleliśmy! hehehe Ale potem go poznaliśmy i stwierdziliśmy, że chyba jest w porządku. Nie robiliśmy żadnego przesłuchania, bo wiedzieliśmy, że Nocturnal gra bardziej skomplikowane numery niż Sabaton, więc chłopak na pewno podoła – szczególnie jeśli w Nocturnal zastąpił z powodzeniem Nilsa, który jest prawdziwym mistrzem gitary. I raptem wszystko się poukładało, znalazło swoje miejsce. Byliśmy w kropce i nie mieliśmy składu i nagle znów mieliśmy prawie komplet. Coś za łatwo nam poszło, hehehe. Mogliśmy się obawiać, że ci nowi mają jakieś swoje mroczne sekrety, albo po prostu są dupkami, bo to było zbyt piękne żeby było prawdziwe, żeby tak szybko i gładko skompletować nowy skład. Cóż, mieliśmy się wkrótce przekonać i pojechać razem w trasę. I wiesz, wyszło naprawdę dobrze! Co prawda były na początku spięcia między Chrisem i Thobbe. Obydwaj są świetnymi gitarzystami i rywalizowali między sobą. Ale zajęło im ze dwa tygodnie i to jakoś rozwiązali. Raz prawie dali sobie po mordzie jednak zaraz potem zaprzyjaźnili się i są teraz ze sobą naprawdę zżyci.

Macie na swojej stronie internetowej opcję „meet the band”. Jak to działa i kto wpadł na ten pomysł?

To był pomysł mój i Pära. Działa to tak, że wysyłasz nam wiadomość bezpośrednio ze strony i piszesz, że chcesz zobaczyć się z zespołem, opisujesz jak i dlaczego. Nie mamy niestety czasu, żeby odpowiedzieć na wszystkie prośby. Na przykład dziś dostaliśmy taką prośbę „hej, czy nie odwiedzilibyście mnie dzisiaj w moim domu”… nie mieliśmy na to czasu. Niektóre prośby, jakie dostajemy są zabawne, niektóre ciekawe – na przykład „Cześć niedługo gracie w San Antonio, jeśli będziecie dzień wcześniej przed koncertem albo zostaniecie dzień dłużej to mogę Was oprowadzić po mieście. Pracuję tu jako przewodnik turystyczny i chętnie pokaże Wam miasto”. Świetne sprawa. I chociaż na większość propozycji musimy odpowiedzieć „nie”, bo nie wplatają się w nasz grafik, to czasem trafiają się naprawdę fajne rzeczy, które są po drodze i możemy spotkać się z fanami i ciekawie spędzić z nimi czas. Albo po prostu zrobić coś dobrego – na przykład, napisali kiedyś kolesie z małego fanklubu Sabatona gdzieś w Ameryce, że grają w gry wojenne. Nie mogliśmy się z nimi zobaczyć bo nie mieliśmy wtedy czasu, ale ponieważ wiedzieliśmy w jakie gry grają i byli na tyle nierozważni, żeby napisać nam swoje adresy więc kupiliśmy figurki żołnierzy z tej gry, podpisaliśmy je i wysłaliśmy tym chłopakom.

Wymień pięć powodów, dla których tak bardzo kochacie Polskę.

Piękne kobiety i dobre piwo, hehe, to na pewno. Poza tym bardzo podziwiamy Wasze umiłowanie historii. Jak gramy w innych krajach to czasem mam wrażenie, że to o czym śpiewamy nie ma dla nich znaczenia, że moglibyśmy śpiewać o czymkolwiek. W Polsce jest inaczej. Wiem, że czytacie teksty naszych piosenek i wiecie o czym śpiewamy. Historia jest dla Was ważna i macie jej dużą świadomość. No i macie piękne miasta. Stare Miasto w Warszawie jest bardzo ładne, wiem, że było kompletnie zniszczone i potem odbudowane. No i Starówka w Krakowie jest wspaniała. Wczoraj byliśmy też we Wrocławiu i widziałem po raz pierwszy Panoramę Racławicką. Słyszałem o tym wcześniej ale dopiero teraz znalazłem czas żeby to zobaczyć. To był czwarty powód… Ha! I oczywiście polskie jedzenie! Zupa cebulowa jest moją ulubioną!

Wasz ostatni album był nagrany w dwóch językach. Kto był pomysłodawcą, jak to zrobiliście, czy trudno było przypasować linię melodyczną do tych dwóch języków (szwedzkiego i angielskiego). Która wersja była pierwsza?

Tak naprawdę to było różnie z każdy utworem. Zaczęło się niemal tak jak zawsze. Najpierw ja piszę muzykę. Potem siadamy z Pärem i piszemy teksty i spajamy wszystko w całość. Czasami dopisuję jeszcze jakieś nowe pomysły, szczególnie kiedy jesteśmy na etapie pisania tekstów. Potem ja nagrywam to razem – programuję perkusję, bas, gitary, klawisze, śpiewam i właściwie mamy już gotową piosenkę do pokazania reszcie zespołu. Jednak jak pracowałem nam utworem „Long Live the King” zaczęły przychodzić mi do głowy teksty po szwedzku, w większości trzymające się tematu albumu.

Chcesz powiedzieć, że ta idea nagrania albumu w dwóch językach pojawiła się spontanicznie?

Dokładnie tak! Podczas nagrywania wstępnego tego jednego utworu, wpadł mi do głowy tekst po szwedzku i nagrałem go. Większość utworu była po angielsku, ale główny tekst nagrałem po szwedzku. Pär tego wysłuchał i powiedział „może powinniśmy zrobić całą piosenkę po szwedzku” i wtedy zaproponowałem, że dlaczego by nie zrobić całego albumu po szwedzku. I tak właśnie doszło do powstania idei nagrania albumu po angielsku i szwedzku. Zaczęliśmy znów pracować nad tekstami, musieliśmy je w większości kompletnie przearanżować. Przyporządkowanie tekstu do melodii tak aby dobrze brzmiały w dwóch językach – to było naprawdę trudne i kosztowało nas masę pracy, ale było warto. Jak do tej pory Carolus Rex jest albumem nad którym najbardziej się napracowaliśmy, szczególnie, że jest to album koncepcyjny i opowiada pewną historię. Musieliśmy opowiedzieć o konkretnych zdarzeniach w konkretnym porządku, a jednocześnie musieliśmy pilnować pewnej sinusoidy na albumie. Nie mogliśmy mieć koło siebie najpierw pięć wolnych utworów a potem pięć szybkich. Źle by się tego słuchało. Album musi mieć pewną dynamikę – najpierw coś mocnego, potem delikatniejszego, coś szybkiego i coś wolnego, i wszystko musi się dobrze spajać z całością. Dopasowanie tego wszystkiego do siebie – dynamiki i historii z zachowaniem w odpowiedniej kolejności – to było straszne, zmienialiśmy wszystko masę razy. Z podobnym problemem borykaliśmy się przy okazji albumu The Art Of War. Tam każdy utwór odnosił się do jednego rozdziału w książce i musiało to trzymać się konkretnej kolejności. Czasem coś po prostu nie grało i żeby to naprawić i włożyć gdzieś jeden równoważący element trzeba było ruszyć wszystkie inne utwory i zacząć tę całą układankę jeszcze raz. To bywało frustrujące.

Jak długo pracowaliście nad albumem Carolus Rex?

Długo. Najpierw cała faza przygotowań, czytaliśmy książki, spotykaliśmy się z profesorem historii na konsultacje. Potem z sześć czy osiem miesięcy pełnej pracy nad albumem, pisania piosenek, tekstów, aranżacji, licząc w tym półtora miesiąca w studio na nagrywaniu i miksach.

Jesteś z Sabatonem ponad 12 lat. Co ten okres wniósł do Twojego życia?

Przede wszystkim masę niesamowitych wspomnień. Poza tym mogę się utrzymać z grania i to jest dobre. Milionerem co prawda nie jestem…

jeszcze…

hehe, tak, chciałbym być któregoś dnia, hehe. Ale to raczej nie w tej branży. Natomiast jeśli ktoś ma zbędny milion do oddania w dobre ręce to ja chętnie przygarnę, hehe. Ale tak serio to nigdy nie było moją motywacją, żeby zostać milionerem. Jest dobrze tak jak jest. Zdecydowanie natomiast jestem ćpunem uzależnionym od doświadczeń, doznań. Uwielbiam podróżować i poznawać nowych ludzi, nowe miejsca, robić nowe rzeczy. Kilka tygodniu temu, na przykład, wydałem 250 dolarów australijskich (ok 800 pln), żeby popływać z rekinami i żółwiami w Melbourne Aquarium. To była większość budżetu jaki miałem przeznaczony na drobne wydatki w podróży, ale stwierdziłem – chrzanić to, nie będę pił browara, a zamiast tego popływam z rekinami! Więc robię i kolekcjonuję w pamięci doświadczenia takie jak to. Niewiele rzeczy mi w życiu potrzeba, jedynie dobry komputer żeby pisać piosenki, i dobry telefon abym mógł być w kontakcie z ludźmi. Nie kolekcjonuję rzeczy materialnych, jestem przez większość czasu w trasie, z małą walizką, nie miałbym gdzie tego trzymać. Najcenniejsze są dla mnie nowe doświadczenia i wspomnienia a to na pewno daje mi Sabaton.

Autorka: Eliza Starczewska
Zdjęcia: Mariusz KOBARU Kowal