NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




EKSTREMALNE ZMYŚLI 05 (1983)

To rozkrok, w którym Ronald Reagan straszy świat Związkiem Radzieckim, co pozwala mu ruszyć z militarną „pomocą” na Grenadę i uzbroić bazy wojskowe na terenie Niemiec Zachodnich (RFN) w rakiety typu Pershing II. Jego brytyjska „połowica” – Margaret Thatcher – z dumą przyjmuje wieść o liczbie bezrobotnych, która właśnie przekroczyła 3 miliony, i prywatyzuje kolejne upaństwowione firmy, tym razem doki i porty. Amerykańskie korporacje wprowadzają na rynek komputer biurowy i osobisty oraz telefon komórkowy, filary sieci, która po 20-tu latach przestanie służyć ludziom, a zacznie ich szpiegować (m.in. poprzez system PRISM). A bomby nadal wybuchają, pochłaniając setki cywilnych ofiar, samoloty i helikoptery spadają, bądź są zestrzeliwane (jak południowokoreański jumbo jet przez radzieckie samoloty wojskowe), a statki idą na dno (jak tankowiec „Castillo De Bellver” z 250 tys. ton ropy).

Za Oceanem bostoński hardcore przeżywa swoje apogeum, zaś na Zachodnim Wybrzeżu wybucha thrash metalowa gorączka, zainicjowana albumem „Kill ‘em All” Metallici.

W Polsce Walter Chełstowski po raz pierwszy szefuje Festiwalowi Rockowemu w Jarocinie, na którego scenach pojawiają się późniejsze legendy krajowego punk rocka, punka i hardcora, czyli: Śmierć Kliniczna, Defekt Muzgó, Rejestracja, Dezerter i Abaddon.

poison idea pick your king ep 200x200 (1)– Poison Idea (US) „Pick your King”EP; ten bend to hardcore-punkowa legenda i wizytówka chłamerykańskiego stanu gOregon. Spośród takich kapel, jak Sado-Nation, Final Warning, E-13, Lockjaw czy Wehrmacht, to właśnie Poison Idea zwróciła uszy zaświata na sceny w Portland i Eugene i to nie tylko dzięki granej muzyce, ale też zachowaniu podczas koncertów i w codziennym życiu.

A wszystko zaczęło się w 1980 rozkroku, kiedy to w Portland działały kapele The Stand i Imperialist Pigs, w szeregach których stali m.in. Jerry A. Lang, Chris Tense, Kevin Marshall i Tom Roberts. Jesienią, gdy Jerry (głos) i Chris (wiosło) założyli Poison Idea często grali z Imperialist Pigs koncerty, pożyczali sobie muzyków i wymieniali nazwami, aż wiosną 1981 część Świń oraz Chris wściekła się i dała nogę. Na placu boju pozostała więc już tylko Poison Idea, która w zestawieniu Jerry, Tom (wiosło), Kevin (bas) i Boner (bębeny) zarejestrowała w domu tego ostatniego swoje pierwsze kawałki. To, co z tego spotkania wyszło to 6 prawdziwie hardcorowych numerów, ale niestety, ci, którzy mieli okazję ich słuchać, skatalogowali je, jako brzmienie kapel straight edge z DC, takich, jak S.O.A czy Minor Threat.

A to było straszne! Chłopaki nie dość, że nie znosili tej sceny – bo ich życiowym credo było życie z dnia na dzień, picie wszystkiego, co zawiera alkohol, pakowanie się śmieciowym żarciem po gardło, a także ćpanie wszystkiego, co wpadnie w ręce – to chcieli brzmieć, jak wypadkowa The Germs, Dead Boys, Motörhead, Black Flag i Discharge! Zamierzali tylko grać od nich szybciej, no i brzmieć mocniej i ekstremalniej.

I to im się udało! Takie numery, jak „Theme”, „Poser”, „New Right” czy grany potem zawsze na koncertach, doskonały „Give it up”, są dowodem na to, jak już na starcie oddalili się od tego, co grali ich idole, zostawiając jednocześnie w tyle dzieciaki z Waszyngtonu i generowane przez nich dźwięki. Wściekli za to na siebie obrzucili klątwą Bonera i jego chawirę, przeżegnali Kevina i z nowymi siłami – w postaci Glena Estesa (bas) i Deana Johnsona (bębeny) – ruszyli na poszukiwanie swego brzmienia a potem miejsca, gdzie mogliby zapisać swoje pomysły. Kiedy je znaleźli był już rozkrok 1982, chłopaki byli pełnoletni i dojrzalsi o kilka prób i koncertów. No i wiedzieli, czego chcą.

Demo, nazwane potem „Darby Crash rides again”, zawiera 11 kawałków w pełni określających nowy styl portlandzkich dzikusów. To hardcore punk, jakiego dotąd chłAmeryka nie znała, niesiony dźwiękowym huraganem niekończącego się gitarowego pasażu, podkręcanego cały czas dudniącym basem. Do tego bębeny, których częste d-beatowe kanonady ledwie utrzymują w ryzach te nabuzowane w tempie wiosła, zaś blachy sieją spustoszenie w cuchnącej od ekstremy atmosferze. I tylko wokal potrafi w całości i bezlitośnie podporządkować sobie tę piekielną strukturę – jest chrapliwy, siłowy, prowokujący do reakcji i szaleństwa. Wszystkie te elementy najmocniej się ścierają w numerach „M.I.A” i „Think twice”. Oczywiście całość nie brzmi najczytelniej, werbla i stopy prawie nie słychać, blachy i gitara zostały trochę w tle, ale reszta jest, no i to przecież jest demo. Oficjalnie, po raz pierwszy, zostało wydane na EP-ce w 1989 rozkroku. Tytułowy Darby Crash to przedwcześnie zmarły lider The Germs, wzór dla większości późniejszych wokalistów, pragnących hołdować jedynie słusznej zasadzie: „Żyć szybko – umrzeć młodo”. Chłopaki poświęcili mu ostatni kawałek „Young Lord” oraz dopisali z tyłu na kopercie, dla jaj, że producentem nagrań była Joan Jett.

To demo, choć znane lokalnie, dość szybko dotarło do redakcji chłamerykańskiego pisma „MaximumRocknRoll”, Tima Yohannona i Pusheada. Ten pierwszy zamieścił jego pochlebną recenzję w #3 gazety (listopad/grudzień 1982), zaś drugi z miejsca skontaktował bend z wydawnictwem Xcentric Noise z Wysypek Prytyjskich – jedynego tam, od 1981 rozkroku, promotora muzyki punk i hardcore z całego zaświata. Efektem kontaktu był światowy debiut aż trzech numerów Poison Idei na kasetowej składance „Grevious musical Harm”, obok kawałków 19-tu innych kapel z Ł-ropy, Kanałdy, chłAmeryki i Popołudniowej Afrytki.

Nietrudno więc wyobrazić sobie napięcie, jakie towarzyszyło muzykom i rosnącej rzeszy fanów, kiedy Tom & Jerry zebrali trochę forsy i 20-ego stycznia 1983 rozkroku, w jeden dzień, zarejestrowali profesjonalny studyjny materiał, na 8-śladzie, w studiu Recordings Associates. Realizował to piekło Bob Stoutenberg, facet, który do tej chwili miał styczność głównie z jazzem, rockiem, heavy metalem i muzyką disco. Wydawałoby się więc, że Poison Idei nie da się nagrać tak, by wszyscy byli zadowoleni. I rzeczywiście, niektórzy grymasili, ale większości opadły szczęki i galoty, kiedy odsłuchali EP-kę „Pick your King”. 13 kawałków w 13 minut! Siedem numerów znanych z demo, a reszta to nowe kawałki. Czad niemal non-stop, jakby wszystko było grane na setkę. Ten hardcore-punkowy walec rusza numerem „Think twice”, instrumenty i wokal przez całe 39 sekund razem, bez wytchnienia. Dalej „It’s an Action” i „Thing called Progress”, nieco dłuższe w czasie, ale równie szybkie i mocne. A dalej to już jest zawrót głowy, bo ta gitara Toma cały czas żyje i bluzga riffami, nawet wtedy, kiedy wszystko inne zamiera w zachwycie, no i te zjazdy po gryfie, nie mogę, to mnie niebywale nakręca. Posłuchajcie choćby najdłuższego kawałka na krążku, „Pure hate” (1:40), to po prostu czysta agresja i nieopanowana wściekłość. A te najszybsze i najkrótsze: „Think twice”, „Underage”, „Last one” czy „Give it up”? Po prostu poezja zmiażdżona wyścigiem tempa z brzmieniem. Te ciągłe przepychanki doskonale wypełnia bas Chrisa, który niedawno wrócił na łono zespołu, przejmując ducha, jakiego wyzionął Glen. Moją uwagę przykuwają także coraz bardziej interesujące aranżacje, jednak takie, które nie zwalniają szaleńczej gonitwy dźwięków, ale ją zawieszają na momencik czy moment, by potem eksplodować jeszcze bardziej agresywnie („It’s an Action”, „Thing called Progress”, „Self abuse”, „Pure hate”, „Reggae [I hate]”). Dean przy tym rewelacyjnie akcentuje te partie blachami lub werblem i półkotłami. Co interesujące jeszcze w tej rejestracji, to to, że gitara idzie jednym kanałem, a bas drugim, zaś reszta mniej więcej środkiem. Podbija to czytelność, ale i ekstremalność brzmienia tych wioseł, bo spróbowałem, we własnym zakresie, zmiksować te kanały, ale to tylko osłabiło ich dźwięk. Za cholerę więc nie wiem, dlaczego Tomowi nie podobało się brzmienie własnej gitary i zamierzał nagrać wszystko jeszcze raz w 1985 rozkroku! Szalony… dobrze, że wtedy już nie miał do tego głowy.

A tekstowo… Jerry jeszcze się trzyma obowiązującego w hardcorze kanonu krytyki politycznej i kulturowej rzeczywistości, co słychać w „It’s an Action”, „Thing called Progress”, „Cult band”, „Castration” czy „Give it up”. Ale obok tej tematyki zaczyna wykluwać się powoli ta im najodpowiedniejsza, rock’n’rollowa, oparta na stylu życia, jaki już prowadzą i na przeżyciach, jakie nieodłącznie towarzyszą im od lat w Portland i podczas koncertów w okolicy. Niemal wszystkie teksty – umieszczone we wkładce do płytki – przepięknie wykaligrafował Henry Small, zaś sam krążek firmowało wydawnictwo Toma i Malcolma Conovera – Fatal Erection.

Nieskrępowaną fascynację i uzależnienie od chłamerykańskiego rocka, Tom & Jerry, zdecydowali się dodatkowo okazać poprzez umieszczanie, prawie na każdym wydawnictwie Poison Idei, jakiejś przeróbki. Jednak w przypadku „Pick your King” zarejestrowany numer “Motörhead” Hawkwindu został z krążka usunięty, ale pozostała po nim zapowiedź. Zresztą to wykonanie nie było rewelacyjne, to fakt, lepiej brzmi inna wersja tego standardu umieszczona kilka rozkroków później na albumie “War all the Time”. Obie okładki EP-ki „Pick your King” przedstawiają dwóch duchowych przywódców rzesz chłAmerykanów – Jezusa Chrystusa i Elvisa Presleya. Którego drogą pójdzie Poison Idea, słychać już było na małym krążku, a potwierdzeniem tego wyboru było jeszcze umieszczenie, z tyłu okładki kolejnego wydawnictwa, wizerunku króla rock’n’rolla. Entuzjastyczne recenzje tej EP-ki spowodowały, że cały jej nakład 1000 sztuk sprzedał się szybko i trzeba było domówić drugi, a potem trzeci. Kapele z innych stanów chciały grać z chłopakami koncerty, co zaowocowało cyklicznymi imprezami punkowymi w Portland, ale też i wyjazdami bendu do miast na północy i zachodzie Zachodniego Wybrzeża. Rozpoczął się nieustający festiwal muzycznego szaleństwa, często chaotycznego z powodu nadmiaru alkoholu i prochów, ale równie emocjonującego z powodu bójek podczas i po koncercie. Wszystkie te elementy, wpływające finalnie na rozluźnienie atmosfery i mocno niespójne brzmienie kapeli, można usłyszeć w rejestracji jej występu w radiu KBOO gdzieś chyba w połowie 1983 rozkroku, ale co tam! Poison Idea stała się gwiazdą, chłopaków rozsadzała duma i ciągły kac, a Toma & Jerrego rozsadzać zaczęła jeszcze i tusza, i choć przestali się już mieścić w 100-kilogramowych ramkach to nie zamierzają na tym poprzestać. Puściły im hamulce i zwieracze, co gorsza, także w momencie, kiedy trzeba było zarejestrować nowe numery i wydać kolejną płytę.

Forsy, jak zwykle, mieli mało, więc starczyło tylko na dwa dni, które w sierpniu 1984 rozkroku spędzili w lokalnym studiu Falcon Recording, ale za to mieli do dyspozycji profesjonalnego (jak myśleli) realizatora Ricka McMillena i 16-ślad. Co się działo podczas tej sesji trudno sobie wyobrazić, ale żeby ją tak spieprzyć, to mistrzostwo! 13 kawałków, w tym przeróbka „I gotta right” The Stooges, brzmi nierówno, w większości utworów werbla prawie nie słychać, stopy są słabe, gitara zostaje w tyle, bas pozbawiony jest mocy, a wokal – agresji i siły. Ktoś ścisza gitarę i wokal, kiedy mu się wydaje, że są za głośne. Brzmienie całości jest płaskie mimo wielokrotnych prób miksowania, zaś tempo dalekie jest od ekstremalnego i choć utwory są bogatsze aranżacyjnie, to większość porozrywana zwolnieniami – przez co pozbawiona agresywnych przejść i akcentów – nie ma w sobie już tego ognia, z którym dotąd kojarzyła mi się Poison Idea. W końcu na 12-calową płytę „Record Collectors are pretentious Assholes” trafia 8 kawałków, z których tylko „AA” i „Rich get richer” niosą ze sobą ducha przeszłości, pełnej szybkości, agresji i mocy, zaś cała reszta jest rozczarowująca. Co ciekawe, Pushead dostał z tej sesji 3 kawałki, niewykorzystane na maxi-singlu, z których dwa umieścił na składankowym albumie „Cleanse the Bacteria” (LP) i tam „Typical” i „Die on your Knees” brzmią o niebo lepiej niż reszta sesji w Falcon, ale chyba dlatego, że zostały zmiksowane i zmasterowane – jak reszta numerów na kompilacji – przez Johna Lodera (właściciela Southern Studios, realizatora wielu kultowych punkowych albumów). Co prawda Tom po latach bąkał, że te kawałki były jeszcze raz nagrane, ale ja w to nie wierzę, słuchałem ich i porównywałem. Ale z drugiej mańki, dlaczego „Laughing Boy”, też odrzut z tej samej sesji, wydany w 1985 przez Fatal Erection na składankowej EP-ce „Drinking is great” brzmi mocniej i klarowniej? Nie wiem i nie zamierzam więcej dociekać. Dla porządku jeszcze dodam, że na okładce „Record Collectors are pretentious Assholes” widnieje zdjęcie części kolekcji płyt, jaką przez lata uzbierał Tom, zaś teksty utworów znowu pięknie wykaligrafował we wkładce Henry. W większości ich słowa krytykują rzeczywistość i zagubionego w niej człowieka („Legalize Freedom”, „Thorn in my Side”), opowiadają historie z życia członków kapeli i ich środowiska („AA”, „Cold Comfort”, „Rubber Husband”, „Time to go”, „Don’t like it here”), ale są nadal i takie, jak „Rich get richer”, będące krytycznym spojrzeniem na kwestię bogactwa.

I tak wczesną jesienią 1984 rozkroku master idzie do tłoczni, jednak przez to, że Tom & Jerry chcą, by płyta miała kolorowy winyl, realizacja zlecenia opóźnia się aż o 3 miesiące! To już chyba nie pech, ale fatum! Chłopaki, którzy patrzyliby na zaświat trzeźwo, po takim „Record Collectors are pretentious Assholes” załamaliby się i rzucili zabawki, jednak szczęśliwie Tom & Jerry byli zapewne zbyt pijani i to uratowało losy Poison Idei. Poza tym takie drobnostki w ich życiu na krawędzi to pryszcz. Jerry nienawidzi nazioli, bogaczy, chrześcijan i fanatycznych patriotów, lubi za to ryzyko, dlatego nieobce mu było stanie na masce szybko jadącego samochodu czy skakanie po dachach blisko stojących wielopiętrowych budynków. Od czasów szkolnych kręci go zapach i widok krwi, notorycznie więc się tnie (podczas tournee z G.B.H w 1990 rozkroku wyciął sobie symbol „X” na czole), a dotychczas też chyba spróbował niemal każdego możliwego narkotyku. Rzucał się ze sceny w publikę z jakąś diabelską pasją, był mało czuły na ból i nawet głębokie rany (od mikrofonu, instrumentu, szkła, czy od zetknięcia z glebą po skoku ze ściany głośników) nie były w stanie wydobyć go z wiru szaleństwa, w który wpadał podczas koncertów. A przypominam, że już waży około 150 kilogramów. Zdarzało się też, że łykał na scenie monety, szczał na publikę i razem z resztą załogi demolował scenę. Prawdziwy rock’n’rollowy żywioł i żywot.

poison idea - kings of punk lp 200x200 (2)Poison Idea gra koncerty m.in. z Battalion Of Saints, Adrenalin OD, Raw Power, The Accüsed, The Dicks, D.R.I, Corrosion Of Conformity, U.K. Subs, Broken Bones i Toxic Reasons. Ma przy tym pełne sale, jednak pierwsze podejście do trasy po Wschodnim Wybrzeżu nie udaje się. Natomiast wydawnictwo Pusmort, czyli sam Pushead, po sukcesie składanki „Cleanse the Bacteria” (ostatecznie wydanej w formacie LP+12”EP), decyduje się wydać nowy album Poison Idei. Rejestracja ma miejsce w sierpniu 1985 rozkroku, i to znowu w studiu Falcon, ale mającym już siedzibę w innym miejscu, innego realizatora, no i 24-ślad. Ta sesja przynosi 13, wreszcie profesjonalnie, klarownie i agresywnie brzmiących, numerów punkowo-hardcorowych, choć w tym duecie hardcora słychać już mniej niż dotychczas. Ale bywają momenty, że znowu dominuje, jak choćby w „Lifestyles”, „God not god”, „Ugly American”, „Subtract”, „Made to be broken” czy „One by one”. Co prawda zawartość krążka nie przynosi żadnych rewelacji, ale cieszy za to fakt, że tfurczość Toma & Jerrego i kolegów nie zamierza podlegać wpływom innych gatunków, choć do czasu… Płytę zamyka stek przymiotnikowych komplementów zmontowanych ze słów telewizyjnego kadźnodziei Jima Bakkera, zamieszanego w tym czasie w finansowy i seksualny skandal. Okładka wydawnictwa też jest niezła, bo przedstawia pokrwawioną klatę Jerrego, na której widnieje wycięty ręką (a właściwie nożem) Chrisa tytuł płyty – „Kings of Punk”. Niestety, wydanie albumu przeciąga się, co denerwuje muzyków i utrudnia przygotowania do nowej trasy koncertowej. Niepomni kolejnej nauczki wdają się następnie w romans z Alchemy Records, dla której nagrywają – na przełomie czerwca i lipca 1987 rozkroku – album „War all the Time”. W nieco zmienionym składzie, z drugim gitarzystą Ericiem ‘Mondo’ Olsenem i nowym perkusistą Stevem ‘Thee Slayer Hippy’ Hanfordem, rejestrują – w studiu Falcon z Davem Lohrem za konsolą – 11 kompozycji, które robią wrażenie, i to nie tylko dzięki drugiej gitarze („Romantic self Destruction”) i jej doskonałym melodyjnym akcentom („Steel Rule”), nie tylko przez speedmetalowe fascynacje bębeniarza („The Temple”, „Marked for Life”), ale też dzięki intrygującym aranżacjom („Nothing is final”, „Marked for Life”), tekstom („The Temple”, „Steel Rule”, w którym także wykorzystany jest głos i śmiech Tammy, żony teleewangelisty Jima Bakkera), no i nadal profesjonalnemu, pełnemu i mocnemu brzmieniu. W tym wszystkim doskonale odnajduje się wspomniana wcześniej poison idea - war all the time lp 200x200 (2)przeróbka kawałka „Motörhead” oraz nowa wersja „Typical”. To naprawdę dobra płyta, szkoda więc, że zarówno album, jak i zespół znowu nie zostali należycie potraktowani przez wydawcę. Niewiele pomogło umieszczenie dwóch numerów na składance „Peace through Chemistry”, zaś ciągłe problemy z promocją zniechęciły muzyków do działania i do należytego wykorzystania na koncertach potencjału, jaki drzemał w numerach z „War all the Time”. Za to pili, ćpali i żarli na potęgę. Tom przekroczył barierę 200 kilogramów i coraz częściej musiał grać koncerty na siedząco. W związku z niemocą Alchemy Records chłopaki zarejestrowali w sierpniu 1988 rozkroku, z nowym basistą Craigiem Lowerem, w studiu Sound Impressions, czterootworowy „Filthkick”. EP-ka została przygotowana z myślą o tournee po Wschodnim Wybrzeżu, ale niestety, po raz drugi ta trasa znowu nie wypaliła. Zawalił wszystko organizator, który obiecywał 50-koncertową trasę, ale kiedy zbliżał się termin rozpoczęcia galopady, Tom & Jerry dowiedzieli się, że żaden z klubów z listy nic nie wie o występach Poison Idei! Super, co?! Niezrażeni i tym faktem chłopaki zarejestrowali w październiku maxi-singel “Getting the Fear”, wykorzystując w tytułowym kawałku wypowiedzi z filmowego dokumentu nakręconego wkrótce po masakrze dokonanej – w Beverly Hills w 1969 rozkroku – przez członków „The Family” Charlesa Mansona.

Następnie, by uniezależnić się od kolejnych wydawców, Tom & Jerry założyli kolejne własne wydawnictwo – American Leather – którego nazwa znowu związana jest z The Germs, bo taki właśnie tytuł nosił jeden z kawałków na debiutanckim albumie „(GI)”. I tak w następnych czterech rozkrokach Poison Idea nagrała i wydała dwa pełne albumy – „Feel the Darkness” (90) i „Blank, Blackout, Vacant” (92) – i kilka singli, których nakład specjalnie ograniczali a którym podnosili ceny, by utrzymać dotychczasowe tempo spalania swych trzewi. W tym czasie w brzmieniu portlandzkiej kapeli nadal dominował punk rock, zaś elementy hard rockowe, heavy, thrash i speedmetalowe, jak satelity krążyły wokół niego, mniej lub bardziej wpływając na ostateczny kształt numerów, ale zawsze wzbogacając je aranżacyjnie, jednocześnie nakręcając ich tempo i agresję.

Natomiast pozycja Poison Idei w rodzinnym mieście zmieniła się na gorsze, bo ich i organizowane przez nich koncerty pełne były przemocy i bijatyk ze skinheadami. Kiedy podczas kolejnej takiej imprezy – gdzieś w listopadzie – ktoś z publiki został dźgnięty nożem, bend przestał grać i organizować cokolwiek w Portland. Dla rozładowania frustracji chłopaki wydają na longu – nakładem prytyjskiego wydawnictwa In Your Face – „Filthkick” i „Getting the Fear”, uzupełniając winyl o jeden numer, zaś całość opatrują okładką, na której widnieje owłosiona, goła dupa oraz imię i nazwisko Iana MacKay, co ma być odczytane, jako ich kolejny atak na subkulturę straight edge i jego tfurcę, lidera nieistniejącej już waszyngtońskiej formacji Minor Threat. To ciekawe, ale wkrótce potem – w rozkroku 1990 – Poison Idea wreszcie odbywa swoje pierwsze tournee właśnie po Wschodnim Wybrzeżu. Potem nagrywa album „Feel the Darkness”, którego wydanie wspiera dwoma singlami i koncertami na Zachodnim Wybrzeżu. Następnie rusza na pierwszą trasę po Ł-ropie, z której wraca z rejestracjami, które trafią na rynek pod tytułami „Live at WUUK, Wien, Austria” (EP) oraz „Dutch Courage” (CD). Jeszcze w 1991 bend rejestruje i wydaje kolejne 2 single, w tym „Dead Boy” poświęcony Stivowi Batorsowi, zmarłemu kilka miesiączek wcześniej, liderowi punkowej legendy Dead Boys. Jego rozszerzona, kompaktowa wersja trafia na rynek rozkrok później, tak samo, jak składanka przeróbek, zatytułowana „Pyjama Party”, zawierająca kowery, które dotychczas zarejestrowała Poison Idea, w tym dwa – z repertuaru Dead Boys – w niepublikowanych dotąd wersjach. Sporo tego wszystkiego, dlatego trudno się dziwić, że w 1992 rozkroku portlandzka machina zaczyna dostawać czkawki, a Tom powoli nie dotrzymuje już kroku Jerremu. Zostaje jeszcze zarejestrowany długometrażowy „We must burn”, i to wcale niezły long, jednak koniec Poison Idei wydaje się być bliski. I tak 6-ego czerwca 1993 rozkroku w portlandzkim klubie „LaLuna” ma miejsce kapitalny, bo ostatni, wspólny występ Toma & Jerrego w XX wywieku – pełny ognia (bo Jerry polubił pluć ogniem w publikę), rocka i agresji. Wypełniony głównie kawałkami znanych z krążków wydanych po 1988, zawiera także i te wcześniejsze, jak: „AA” czy „Give it up”, no i przeróbki: „Death, Agony and Screams” GISMu, „Bela Lugosi is dead” Bauhausu, „Blitzkrieg Bop” The Ramones i „Up Front” The Wipers. Przy czym ta ostatnia kompozycja zamyka występ i ma w sobie – jak przystało na rock’n’rolla – przepięknie dokonaną prezentację wszystkich muzyków.

Od tego momentu Tom błąkał się po zaświacie, często był bezdomny, ale też równie często grał z różnymi kapelami, a nawet nagrywał z nimi, jak to miało w przypadku Submissives czy chłamerykańskiej legendy hardcore-punkowej MDC (używającej wielu rozwinięć tego akronimu, jednak do najbardziej charakterystycznych należy Million Of Dead Cops), której dwaj muzycy siedzieli akurat w pierdlu za posiadanie narkotyków. Natomiast Jerry reaktywował Poison Ideę najpierw w 1999, a potem 2002 rozkroku. W marcu 2005 drogi Toma i Jerrego znowu się zeszły, by w towarzystwie 3 kumpli, w ciągu 3 dni, w studiu Smegma (należącym do lidera psychodelicznej formacji Smegma, w której swego czasu pogrywali nasi dwaj bohaterowie) zarejestrować 10 kawałków na nagrobek „Latest Will & Testament”. Album ukazał się 5-ego września 2006 rozkroku, ponad dwie miesiączki po dniu, kiedy Tom – z wagą 250 kg – kopnął w kalendarz, przyłączając się do bibki, w której uczestniczą już Elvis, Darby, Stiv i Szatan.

BGK jonestown aloha lp 200x200 (1)– B.G.K. (HOL) „Jonestown Aloha”LP; to jeden z tfurców – obok Pandemonium, Stanx, Lärm, Winterwijx Chaos Front, Neuroot, Deadlock, Disgust, Gepöpel i Agent Orange/Genocide Express – hałolenderskiego brzmienia hardcore w I połowie rozkroków 80-tych. Bardzo duży wpływ na rozwój tej sceny miała sytuacja, w jakiej znalazł się ten kraj po czasach rewolucji punkowej II połowy rozkroków 70-tych. Tamtejsze dzieciaki zapatrzone były w kapele prytyjskie, których punkowe i oi!-owe wcielenia powielały stare schematy, a ich brzmienia oparte były na rozwolnionych tempach, w których ekstremy nie było za grosz (znaczy za cent). Gdyby więc nie nowe brzmienia, stworzone przez Discharge i kapele hardcorowe z chłAmeryki (jak Black Flag czy Minor Threat), które dotarły do Hałolandii, nikt by nie zauważył, że tutaj, gdzie dotąd były wyjałowione z treści tfurczej poldery, zaczyna się wylęgać coś fantastycznego i oryginalnego.

B.G.K. powstało więc niejako z konieczności a w drodze muzycznej ewolucji z punkowego kwartetu The Nitwitz – założonego przez Toniego Nitwita (basistę i wokalistę) w 1976 rozkroku – w twór bardziej ekstremalny pod każdym względem: ideologii, brzmienia i treści. I to właśnie ono, Balthasar Gerards Kommando, jak żadne inne, rozsławiło na zaświecie te dźwięki wywodzące się z niderlandzkich squatów. Jego członki, podobnie jak niemal cała tamtejsza scena, która działała w oparciu o etykę DIY i opierała się na współpracy i samopomocy, u których podstawy leżały przekonania anarchistyczne i lewicowe. Tu nie było nigdy mowy o wyścigu do sławy, walki o kontrakt i milionowych zarobkach. Było za to pełne zaangażowanie w budowanie, kształtowanie i pielęgnowanie sceny, której głównym ośrodkiem był Amsterdam.

Własne wydawnictwa kasetowe i płytowe (było ich wtedy około dziesięciu, w tym najaktywniejsze Limbabwe, a także Ruziek, DieHard, Nozem i Cycling Dinosaur), fanziny (istniało nieco ponad 10, w tym wiodące „Nieuwe Koekrand” i „Trashkrant”) i działania w oparciu o squating, to główne cechy tej sceny. Nienawiść do korporacji płytowych i mediów była wystarczająco odczuwalna i widoczna, że możliwość „sprzedania się” (jak to miało miejsce wielokrotnie na Wysypkach Prytyjskich i w chłAmeryce) nie miała tu miejsca. Niezamieszkałe domy czy kamienice przejmowała punkowa subkultura, tworząc w nich miejsce dla zespołów (próby, koncerty), artystów (wystawy) i usługodawców (studio nagrań, drukarnia, sklep, kawiarnia itp.).

Motorem wszystkich tamtejszych działań nie był zysk, ale tworzenie wspólnoty wykorzystującej młodzieńczy zapał, pomysły i chęć uczestniczenia w budowaniu czegoś trwałego dla siebie i dla innych, w dodatku własnymi rękami. Przez to, z jednej strony, scena było nieco hermetyczna, bo na koncertach często były te same osoby, ale z drugiej – można było mieć pewność, że na ich reakcję (choćby w udziale w inicjowanych akcjach i demonstracjach) czy pomoc zawsze można było liczyć.

I takimi też motywami kierowało się B.G.K., czyli Tony i jego kumple: Steven Walraven, Marcel Verhoeven i Rene van de Meer. Mieli własne wydawnictwo Vögelspin Records, działające od 1979 rozkroku, zaadaptowali też squat „Van Hall”, w którym było miejsce na próby i na koncerty. Z czasem zaangażowanie w tworzenie punkowej i hardcorowej sceny stało się coraz bardziej widoczne, dzieciaków było już około 200-stu, więc nie straszni byli im teraz nawet skinheadzi, którzy wcześniej próbowali niweczyć ich wysiłki w celu budowania wspólnoty. Pojawiły się kasety i płyty – wydawane własnym sumptem przez wyrastające, jak grzyby atomowe, kapele i lejbele – które najczęściej sprzedawano na koncertach, bowiem nikt nie zamierzał tworzyć firmy dystrybucyjnej, zarabiającej na pośrednictwie. Ceny płyt, jak i biletów na koncerty, były – zgodnie z ideą wypromowaną przez prytyjski bend Crass – stałe i ustalane jak najniżej (wejściówka bywała do 15-razy tańsza niż typowa cena biletu w chłAmeryce na koncert hardcore-punkowej „gwiazdy”). Nadwyżki ze sprzedaży biletów najczęściej szły na produkcję koszulek, dofinansowanie fanzinów, rozwój squatów czy pomoc organizacjom anty-jądrowym i humanitarnym.

Hasło „No Future” nie przyjęło się, bowiem przyszłość miała tu swoje miejsce, w kooperacji ludzi, ich idei oraz muzyki punk i hardcore.

Co było dla mnie zagadką, The Nitwitz było punkrockową kapelą, dla której, mimo wydanych dwóch EP-ek, splita i albumu, nie widziałem przyszłości. W jej tfurczości nie natknąłem się na szczególnie oryginalne pomysły, ani też na agresję czy wściekłość, charakterystyczną dla tego typu bendów zza kanału czy Oceanu. Może właśnie to, dotąd nie skomponowane i nie wyartykułowane, acz narastające, rozczarowanie systemem, rządem; ta kumulowana wściekłość przeciwko kościołowi, religiom, policji, armiom i wojnom czy ogarniający środowisko, kraj i zaświat konsumpcjonizm i muzyczne mody, leżą u podstaw fenomenu, jakim okazało się kolejne wcielenie chłopaków z Amsterdamu – B.G.K. Jego dźwiękowy styl tworzyli, począwszy od października 1982 rozkroku , Steven na 6-ciu strunach i Marcel na bębenach. Wszystkim tym akustycznym odgłosom dodawał barwy swym basem Tony – lider komando – czuwający nad całością kompozycji, ale i tfurca napisów i komentarzy do nich, które dość głośno i surowo wykrzykiwał Rene vel „Archie Punker”. Ciśnienie, by wreszcie wybuchnąć, raniąc – nutami i literami swoich dzieł – boleśnie i dotkliwie tamtejsze zagubione środowisko, musiało być bardzo wysokie, skoro już w kilka miesiączek po narodzinach kapela zdecydowała się na 3-dniowy pobyt w studiu Joke’s Koeienverhuurbedrijf . Jego właścicielem i realizatorem/producentem nagrań był Dolf Planteijd (muzyk kapeli Merzelpronk), a mieściło się ono wtedy w budynku po posterunku policji w dzielnicy Schellingwounde w Amsterdamie. Efektem tego posiedzenia było 20 prawdziwie hardcorowych kawałków, niebywale zwartych, szybkich i agresywnych. Co prawda Pandemonium, rodem z Venlo, częściowo konkurowało na tym polu z B.G.K., emanując równie zabijającym brzmieniem (opartym na niebywale zjadliwej dźwiękiem gitarze Danniego), jednak ich wytwory – w okresie 1983-84 – były dla mnie nieco zbyt chaotyczne i pachnące punkiem. Zaś amsterdamskie komando swoim debiutem niemal w całości i z miejsca przypadło moim gustom do gustu. Płyta ma bowiem i intro i outro, choć zdecydowanie za ciche, gdzie ktoś najpierw wychwala pana, a pod koniec błogosławi tym, którzy go słuchali. Numery są szybkie, czasem wręcz czadowe, ale co jakiś czas muzycy wrzucają do tego ekstremalnego kotła jakiś wolniejszy, choć równie intrygujący, kawałek. Większość oscyluje długością wokół 1 minuty, dwa – trwają dłużej niż 2:10, zaś „Allegiance to no-one” aż trzy. Aranżacje nie są za skomplikowane, co nie znaczy, że w pożodze riffów, akordów, bić i chlastań nie ma miejsca na zmyślne akcenty, wstrzymania, zwolnienia, chórki czy solówki. Najciekawsze, pod tym względem, są „Police Crimes”, „Vivisection”, „Membership”, „Tout les flics” i „Pill Party”, natomiast tymi, które kręcą mnie najbardziej, są te najszybsze, czyli „Holiday in Lebanon”, “Arms Race”, “Freeze me”, “Police Crimes” i “Spray Paint”. Całość tego niszczącego brzmienia jest o dziwo czytelna, a przewodzi mu oczywiście gitara, umiejętnie rżnąca pięciolinię, doskonale wspomagana przez nieco grubociosany, ale prowadzony bezbłędnie technicznie, bas, co dało miejscami kapitalne efekty wzmocnień, jak choćby we „Freeze me”, „Spray Paint”, „Get killed” czy „Pill Party”. Te miażdżące uszy linie melodyczne obu wioseł podbijają umiejętnie bite bębeny, których jednolite tyrady często celnie i bezlitośnie tną blachy, tworząc w kilku miejscach uwielbiane przeze mnie partie blastów („Holiday in Lebanon”, „Buy or die”, „Electroshock” wsparty rozdzierającym uszy wrzaskiem, „Spray Paint” czy „Membership”). Do tego muzycznego obrazu trzeba koniecznie dodać równie krótkie acz treściwe teksty, których zlepki liter zachowały aktualność po dziś dzień, bo: krytykują kościół i jego chrześcijańskich oprawców, rzygają nienawiścią do policji i rządu, stojących i działających ponad prawem; dokumentują fizyczne i psychiczne zniewolenie i ubezwłasnowolnienie jednostki w demokratycznie totalitarnym systemie; piętnują wojnę, bezmyślną śmierć na rozkaz i przemoc o podłożu rasistowskim; potępiają wyścig zbrojeń i próby jądrowe, których śmiercionośne skutki są utajniane przez lata; wyśmiewają konsumpcjonizm i inne mody i trendy popularne wśród nowobogackich frajerów, zarówno tych młodych, jak i starych; zaś z drugiej mańki są oczywiście i wersy promujące działania DIY i te, broniące praw zwierząt. Natomiast treść „Soylent green” inspirowana była chłamerykańskim filmem „Soylent greene” (z 1973 rozkroku), opowiadającym o czasach, kiedy na zaświecie panuje całkowite przeludnienie, nie ma pracy, nie ma żywności (jak dzisiaj!) poza „wspaniałym”, zielonym pożywieniem robionym nie z wodorostów i glonów (jak mówią) tylko z ludzkich trupów.

Ten winylowy debiut B.G.K. jest naprawdę doskonały. Jego ponadczasowa (jak się okazało) zawartość, pełna agresywnych dźwięków i wściekłych słownych napaści (w „Police Crimes” Rene wielokrotnie, bez ogródek, nazywa policjantów mordercami) do dzisiaj robi na mnie piorunujące wrażenie. Do tego jeszcze fajna okładka, której projekt był autorstwa Toniego i Marcela, i nie przedstawiał krowy – narodowego symbolu tych landów (a widoczny choćby na jednym z grupowych zdjęć komanda, użyty w nazwie studia Dolfa czy wykorzystany w graficznej tfurczości kapeli Lärm) – ale odpowiedni do tych czasów kolaż biegnących w radosnym pląsie Hawajajek, którym, za plecami, towarzyszy wybuch jądrowy – i dwuznaczny, prowokacyjny, tytuł „Jonestown aloha!”. Oczywiście winyl zawierał, obowiązkowy dla tamtych czasów i subkultury hardcore, duży, czarno-biały plakat, pełny montaży zdjęciowych i wycinków z gazet, spojonych tekstami utworów.

Tyle pochwał, bo teraz czas na krytykę, choć nie będzie jej wiele, to fakt. Bo chórków mogłoby być więcej, więcej też mogłoby być numerów śpiewanych w rodzimym narzeczu, bo „Isolatiefolter” i „Regering” brzmią bardzo mocno. W kilku miejscach wokal jest trochę za cicho i wolałbym, by hi-hat i blachy były głośniejsze. No i stopa, co z nią jest, nie mogę dojść od lat. Zdaje mi się, że tylko jej akcentowana część jest dobrze słyszalna, bo mam wrażenie, że w szybkich numerach Marcel gra d-beatem, tylko że części stopy nie słychać, bo inaczej grałby jakimś stylem, który nazywam – także ze względu na suche brzmienie werbla – „skocznym sztajerkiem”, bitym 2/1. No i po cholerę wyciszono tak kapitalny numer, jak „Freeze me”, przecież w ten sposób niszczy się jego geniusz, a można było go zakończyć na tyle różnych sposobów…

Po latach Tony powie, że ich niezależne ideologicznie podejście do życia musiało wpłynąć po części też na ich artystyczny nieprofesjonalizm, bo też nigdy nie mieli tyle forsy, by siedzieć tygodniami w studiu, a potem dniami babrać się miksem zarejestrowanych numerów. Liczyli na swoje wyczucie i kilkuletnie doświadczenie (jako The Nitwitz) w pobycie w studiu nagraniowym. Miało to swoje plusy i minusy, co słychać na debiucie oraz na ich kolejnych dwóch wydawnictwach.

„Jonestown aloha!”, wytłoczone w ilości 1000 sztuk (potem dotłaczane dwukrotnie po 500 sztuk) było dostępne wiosną 1983 rozkroku na koncertach i w ramach mail orderu Vögelspina. W tym czasie B.G.K. rejestruje też dwa nowe numery – „Video Voodoo” i „Cross Criminals” – na drugą część wydawanej przez siebie składanki „Als je haar maar goed zit”. Już w tych numerach słychać drobne zmiany, jakie zaszły w schemacie studyjnej rejestracji amsterdamiaków, co wpłynęło na brzmienie kapeli, które od teraz stało się bardziej przestrzenne, choć nadal agresywne, szybkie i bezlitosne. Gitara z basem wyszła krok do przodu przed bębeny, choć może to raczej wina Dolfa, który wyciszył Marcelowi niemal wszystko, czyli werbel, stopę i blachy. Tony zaś, choć już dawał mi popalić swoimi palcówkami choćby w „Soylent green”, „Get killed” czy „Pill Party”, tutaj zaczyna brylować na swoich 4-ech strunach, co niewątpliwie dodaje nowego kolorytu brzmieniu kapeli.

Oba wydawnictwa – debiutancki long i składanka – trafiają promocyjnie do chłAmeryki, gdzie wzbudzają spore zainteresowanie wsparte recenzjami m.in.: w fanzinie „MaximumRocknRoll”, gdzie również ukazuje się wywiad z członkami komanda. Owocuje to licencją wydania debiutanckiego longa w USA przez R Radical Records oraz propozycją umieszczenia jednego numeru B.G.K. na, przygotowywanej przez wspomniane wcześniej pismo, składance „Welcome to 1984”. Zostaje nim „Computer Control” – kawałek bardzo dobry muzycznie (zarejestrowany w amsterdamskim studiu Oktopus), choć jeszcze lepszy tekstowo. Opisuje bowiem opresję, w jaką wpadł zaświat, w którym liczy się technika – czyli komputery, telefony, karty, czipy czy „chronione” dane osobowe – narzędzie ubezwłasnowolnienia i inwigilacji społeczeństw.

W grudniu 1983 rozkroku komando odbywa tournee z chłamerykańską kapelą MDC, grając koncerty w Hałolandii, Gormanii i Dranii. To spotkanie miało zaowocować rewizytą amsterdamskiego kwartetu za Oceanem latem przyszłego rozkroku. Jednak nim do tego doszło, niemal rozkrok po rejestracji debiutanckiego longa, B.G.K., w ciągu pierwszych 3 dni kwietnia 1984 rozkroku, nagrało 8 nowych numerów i wersję kawałka „Arms Race”, która trafi na dwupłytowy album „P.E.A.C.E./War”, prezentujący anty-wojenne poglądy 40 kapel niemal z całego zaświata.

bgk - white male dumbinance ep 200x200 (2)Brzmienie całej tej sesji jest bardziej czytelne od debiutu, a przez to, że bas nadaje teraz tonacji całości, spychając trochę gitarę do defensywy, kawałki zyskały na ciężkości, ale z drugiej mańki straciły sporo na ekstremalności. Nie słychać tego od razu, to fakt, bo dwa pierwsze numery – „Gone mad” i „Action Man” – są wizytówką EP-ki „White Male Dumbinance”. Szybkie, zwarte i agresywne przykuwają uwagę swoim tempem i barwą, robiąc apetyt na dalszą hardcorową jazdę, która jednak nie daje już spodziewanej satysfakcji. Niby wszystko w tych kawałkach jest: zróżnicowane tempa, solówki, akcenty, częstsze chórki, brylujący bas, krzykliwy i przekonujący słowami wokal, zaś numery – poza tytułowym – oscylują nadal długością wokół 1 minuty, a jednak czegoś tu brak… Na pewno głównym tego powodem jest za cicha gitara, zresztą ktoś w „Bite the Hand that feeds [Shit]” nawet wyraźnie ją ścisza (jak i resztę) w 24 sekundzie, zamiast zgłośnić. Po co? A szkoda, bo są momenty, kiedy z basem mogłaby zbudować „ścianę” na miarę tej, jaka stała się wizytówką wioślarskiego duetu Kevin-Nils z drańskiego bendu Electric Deads.

Szczęśliwie nic nie ucisza Rene, który nie zamierza odpuścić przerośniętym bezmózgim mięśniakom, prytyjskim kapelom i korporacjom płytowym, systemowi ogłupiającemu swoich obywateli i militarnie podporządkowującemu innych w myśl swoich kolonialnych tradycji; nadal wkurza go ta cała moda na elektroniczną muzykę pop i nie zamierza tolerować seksistowskich zachowań szowinistycznych punków oraz ich idiotycznych wybryków po alkoholu. Okładka krążka jest niezła, choć do użytego zdjęcia bardziej pasuje mi tytuł i tekst kawałka „Crimes pays”, i klasycznie już zawiera wkładkę z tekstami i kolażami.

Tyle moich uszczypliwości, bo właśnie tą EP-ką B.G.K. nabiera wreszcie wiatru w żagle. Nakład 500 sztuk sprzedaje się szybko, torując kapeli drogę za dotychczas istniejący horyzont. I tak latem 1984 rozkroku komando – jako pierwsze z Niderlandów – dociera do chłAmeryki, gdzie ma zagrać kilkadziesiąt sztuk, ale niestety, bębeniarza MDC – kapeli mającej wieść tour – rozłożyła choroba, więc agencja Goldenvoice tylko rozkłada ręce, a z wielkich planów pozostaje tylko kilka koncertów. Muzycy jednak nie rezygnują i używając narzędzia DIY bukują sobie występy na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu. Dzięki tej sąsiedzkiej (samo)pomocy w ciągu 2 miesiączek B.G.K. zagrało 30 razy, m.in.: z Dead Kennedys, Cause For Alarm, Youth Brigade, Murphy’s Law, Reagan Youth, The Dicks, The Dickies, False Prophets, Negative Approach, Adrenalin OD, The Offenders, Solucion Mortal, Riistetyt i Raw Power.

Bogatsi o nowe doświadczenia i wstępną rozmowę z Jello Biafrą (reprezentującego wytwórnię Alternative Tentacles), kapela wraca do Ł-ropy, gdzie zaczyna się cieszyć coraz większym powodzeniem, co dokumentuje koncertami w klubach młodzieżowych i squatach Gormanii, Hirkszpanii, Wałoch, Dranii i oBelgii. Nie grają przy tym z kapelami o odchyleniach prawicowych i rasistowskich.

Ponadto w tym czasie ich numery z EP-ki trafiły na składanki: międzynarodową „World Class Punk” (obok nagrań 25-ciu innych bendów hardcore, punk i nowo falowych) oraz flexi EP dołączoną do #14 fanzinu „Chainsaw”, a rejestracja koncertu w Venlo – na dzieloną kasetę ze szwecyckim Anti-Cimex.

W 1984 rozkroku w Hałolandii zostały otwarte dwa istotne dla tamtejszej wspólnoty squaty: V.H.C. w Venlo i Emma w Amsterdamie. Głównie w tym ostatnim – ale nie tylko – muzycy B.G.K. współorganizują koncerty, na które zjeżdżają sukcesywnie kapele punk i hardcore z Ł-ropy i chłAmeryki, z których trzeba wymienić: Toxic Reasons, Rattus, Inferno, Kaaos, Antisect, Negazione, Impact, Heresy, Frightwig, Scream, Government Issue, Raw Power czy Indigesti.

Kolejny rozkrok w kalendarzu amsterdamskiej kapeli jest równie pracowity i obfitujący w koncerty, co poprzedni, zaś najlepsze numery z EP-ki trafiły, czy to w wersji studyjnej czy koncertowej, na składanki „Alle 55 Kort” (doskonale prezentującą obelgijską i hałolenderską scenę punk i hardcore), „Who’ll survive” i „Babylon: bleibt fahren” (dokumentującą działalność koncertową ostatnich rozkroków, tego młodzieżowego klubu w Hengelo, zamkniętego w 1984). Zostaje też zarejestrowany drugi, pełnometrażowy album B.G.K. zatytułowany „Nothing can go wrogn!”.

bgk - nothing can go wrogn lp 200x200 (2)Sesja ma miejsce oczywiście znowu w studiu Dolfa, tyle że już w nowej jego siedzibie, w Emmie, no i w nowym składzie. Steven bowiem opuścił szeregi komanda, na co Tony schwycił jego wiosło, oddając pozycję basisty Mathijsowi Houwinkowi. Wynikiem pracy w studiu jest 16 kompozycji, które dla mnie wyraźnie świadczą już o zmęczeniu, jakie dopadło kapelę. Wśród zarejestrowanych numerów nie ma już czadowych, są tylko szybkie, ale i te są porozrywane zwolnieniami, natomiast prawie połowa to kawałki utrzymane w średnim tempie czy wręcz wolne. Długością krążą wokół 2 minut, choć są już i takie, które trwają 3:39 czy 4:45. Niemal wszystkie pozbawione są tego animuszu, tej żywotności, wściekłości i szaleństwa, jakie dominowało na debiucie sprzed zaledwie dwóch rozkroków!

Można oczywiście napisać, że ten nagrobek jest prawdziwie dojrzałym albumem w historii B.G.K… Jasne, tyle że mnie on już tak nie kręci.

Bębeny są czytelne, prezentując w pełni nabyte i wypracowane zdolności Marcela, za to prawie nie ma chórków, a bas i gitara niestety znowu zostają zbyt często – mimo interesujących solówek trącących rockiem – wciśnięte w tło. A to odbiera oryginalności brzmieniu, jakie było domeną tego komanda. Słychać to w wielu utworach, których aranżacja i tony nasuwają mi na myśl skojarzenia z tfurczością Dead Kennedys, Zyklome A, Naked Raygun czy nawet (paradoksalnie) znienawidzonego przez muzyków The Exploited! Słychać to także w „Computer Control”, którego porównanie z wcześniejszą wersją z 1983 rozkroku dobitnie to potwierdza. Utwór w wersji z longplaya wyraźnie stracił na tempie (trwa 2:30, a nie 1:59) i na agresywności, dostosowując się do reszty numerów na „Nothing can go wrogn!”.

To jednak wszystko nie znaczy, że nie da się tego albumu słuchać z zainteresowaniem i przyjemnością. Są bowiem na nim jeszcze dość fascynujące utwory, zarówno muzycznie („Civil Terror”, „Pay to die”, „Institutional Mentality” czy „Youth for Crime”), aranżacyjnie, jak i tekstowo. Rene bowiem ciągle nie żałuje śliny i żółci, by opluwać nimi wszystkich tych, których działania lub stworzone systemy, kradną resztki wolności ludziom na całym zaświecie. Sporym zastrzykiem i źródłem tfurczej wściekłości staje się tu chłAmeryka, której wszechzaświatowej polityki „wolności” chłopaki mieli okazję doświadczyć nie tylko podczas tournee w 1984 rozkroku. Wynikiem tych wkurzających doznań są jedne z najlepszych dotąd tekstów w historii B.G.K., jak: „Have a coke (& no Trial)” czy „Safety last” (pokazujące nieludzkie i zbrodnicze wykorzystywanie państw, ich terytoriów, kulawych praw oraz ludności przez bezwzględne korporacje), „TV News” (obrazujące podstępne i bandyckie działania mediów), „The greatest american Zero” (opowiadający pokrótce historię zmarłego z przedawkowania, obciążonego rodzinną klątwą, Davida Kennedy) czy trącący dischargowskim stylem „No Limbs”. Inne kontynuują krucjatę przeciwko instytucjom państwowym, przemocy, praniu mózgu, postępowi technologicznemu i genetycznemu, zorganizowanej przestępczości religijnej czy usuwaniu ze społeczeństwa ludzi w podeszłym wieku. Ale niestety zdarzają się też coraz częściej momenty, w których wypluwane przez Rene treści mijają się nieco z tymi dostępnymi we wkładce, a czytelność słów obniża się, co wprowadza zamieszanie w trzewia słuchacza. Rysunkowa okładka autorstwa Petera Pontiaca – hałolenderskiego grafika – nieco żartobliwie spina w całość tematykę utworów, zbliżając się nieco stylem do frontu albumu „Bedtime for Democracy” Dead Kennedys. Koperta oczywiście zawiera obowiązkową wkładkę z tekstami i kolażami.

Nagrobek „Nothing can go wrogn!” został wydany wiosną 1986 rozkroku w Ł-ropie przez Vögelspin, a w chłAmeryce – przez Alternative Tentacles.

B.G.K. promowało go koncertami, najpierw za Oceanem – obok MDC, CCM, Die Kreuzen, Unseen Force, Forethought, Frightwig, Rhythm Pigs, Christ On Parede i Victim’s Family – a potem na kontynencie. Ich nieugięta, niezależna postawa wobec komercyjnej sceny dała się im teraz – za Wielką Wodą – nieco we znaki. Żywili bowiem odrazę do nurtu „crossover”, uważając, że gromadzi hardcorowe kapele, które wyzbywszy się ideologii, zaczęły liczyć forsę, oddając się dużym wydawcom i dystrybutorom w opiekę. A amsterdamscy muzycy na pierwszym miejscu zawsze stawiali podejście i postawę kapeli, z którą mają grać, dlatego zdziwieniem i niedowierzaniem, a potem agresją, zareagowały kapele, z którymi B.G.K. nie zamierzało grać koncertów, a były tam m.in.: Motörhead, Cro-Mags, Verbal Abuse czy D.R.I. To napięcie dało się wyraźnie we znaki Rene, który pod koniec 1986 rozkroku ogłosił, że odchodzi, by zająć się swoją rodziną. Tony nie zamierzał odpuścić, więc komando grało nadal, tyle że w trzyosobowym składzie. W tym zestawieniu odbyli krótkie tournee po Wysypkach Prytyjskich w marcu 1987 rozkroku i zaczęli przygotowania do rejestracji 3-ego albumu. Jednak zmiany, jakich dokonano w tfurczości z myślą o przyszłości okazały się tak drastyczne, że lider kapeli zdecydował się kontynuować karierę pod nowym szyldem – Loveslug – a od 1994 znowu jako The Nitwitz. Ostatnie piętno, jakie pozostawiło B.G.K. na hardcorowej scenie, to dwa kawałki wykorzystane, po jednym, na dwupłytowej składance „Emma Presenteert” (zawierającej głównie nagrania live z koncertów w tym squacie w rozkrokach 1985-86) i kompilacji „Viva Umkhonto!” (z której wpływy zostały przekazane na działalność paramilitarnej organizacji Umkhnonto We Sizwe, walczącej z apartheidem w Popołudniowej Afrytce).

Natomiast po latach, w 1999 rozkroku, Alternative Tentacles zebrało dotychczasowe studyjne wyczyny komanda (ale bez numeru z kompilacji „Welcome to 1984”) i – po remasteringu, w którym uczestniczył sam Jello Biafra – umieściło je na wydawnictwie „A dutch Feast – The complete Works of Balthasar Gerards Kommando”, okraszając całość wkładką pełną interesujących wspomnień dziennikarza Mykela Boarda z jego współpracy z hałolenderskim bendem.

raw power demo tape 200x200 (1)– Raw Power (ITA) „Demo studio” tape; jeden z niewielu szczęśliwców wałoskiej sceny hardcore, który dzięki dwóm fartownym zbiegom okoliczności stał się legendą na zaświacie.

Raw Power stworzył w 1981 rozkroku gitarzysta Giuseppe Codeluppi, który razem z bratem Mauro grał do niedawna w bolońskiej formacji Off Limits. Obaj pochodzili z miasteczka Poviglio leżącego niedaleko Parmy. W oryginalnym składzie nowego bendu, obok Giuseppa, znaleźli się – także mieszkający w miasteczkach prowincji Reggio Emilia – Silvio (gitara, wokal), Maurizio Dodi (bas), grający dotąd w kapeli Chelsea Hotel, oraz młodociany Helder Stefanini (bębeny). Wszyscy byli zafascynowani muzyką punk i hardcore oraz, jak przystało na Wałocha, ruchem anarchistycznym. Sporo czasu poświęcali na wspólne komponowanie, szlifowanie swych umiejętności, co było źródłem ich późniejszych sukcesów, ale i początkowych rozczarowań. W 1982 rozkroku kwartet o nazwie Raw Power zarejestrował swoje pierwsze 14-utworowe demo zatytułowane „God’s Course”, gdzie rolę wokalisty odgrywał Silvio i Giuseppe. Efekt nie był zadowalający, mimo że bend grał na dwie gitary, co było ewenementem, jak na ten gatunek, tę scenę i czasy. Kiedy więc do składu dołączył wspomniany Mauro, pełnoetatowy wokalista, bend zaczął grać koncerty i szukać swojego miejsca.

W rodzimych stronach był jedną z wielu kapel, która angażowała się w ruch DIY, choć nie była w centrum uwagi nurtu hardcore, panoszącym się bez reszty po Turynie i Mediolanie. Dlatego nikt nie oczekiwał i nie spodziewał się takiej bomby, jaką skonstruowało Raw Power wiosną 1983 rozkroku.

Muzycy bowiem nagrywają w studiu Brown kolejne demo, noszące alternatywnie tytuł „Brown Studio Tape”. Jego realizatorem jest Alberto Gorrani, który starał się okiełznać huragan dźwięków, którymi eksplodowali jego pobratymcy i zapisać je w miarę czytelnie. Jednak to mu się nie bardzo udało, bo wokal Maura jest zdecydowanie za cicho, podobnie jak Giuseppa, którego w „Chicken Song” właściwie nie słychać. Prawdopodobnie dlatego, że mikrofon był na stałe dostosowany poziomem do Silvia, którego ekstremalnie agresywny i siłowy ryk i wrzask brzmi czytelnie i miażdżąco. Tyle że Silvio drze struny tylko w 6-ciu kawałkach, a Mauro stara się krzyczeć w jedenastu! Półkotły, kocioł i blachy są na drugim czy trzecim planie, a stopy w ogóle nie słychać! Obie gitary tworzą zaś zbyt często tylko tło, kiedy ich rzeczywisty potencjał i możliwości są niesamowite, a solówki – głównie 10-15-sekundowe – często pojawiają się i zanikają gdzieś w trakcie.

Co więc, do cholery, słychać?!? Przede wszystkim bas, który jest ze wszystkich instrumentów najbardziej czytelny, a który staje się pierwszoplanowym w pięciu kawałkach, zaś w numerach „I hate the System” i „Bastard” Maurizio pokazuje jeszcze, że potrafi go wirtuozersko prowadzić. Co poza tym? Choć bicia w werbel i hi-hat Heldera ledwo wydostają się na powierzchnię, to już samo to pozwala zorientować się, jak ciekawie zaaranżowane są te dość krótkie i zwarte kawałki (bo poza „Chicken Song” żaden nie przekracza 2 minut) autorstwa Raw Power. Dobrze też brzmi „krowi dzwonek” (cowbell), którego bębeniarz używa aż w czterech numerach.

Ale dlaczego tak detalicznie o tym piszę? Bo wyobraźcie sobie, jak zabrzmiałoby to demo, gdyby wszystkie instrumenty brzmiały w sposób wyważony, skoro z tymi wadami i brakami, opisanymi powyżej, ta rejestracja brzmi imponująco i zarazem powalająco! Po wielu latach firma Grand Theft Audio z pomocą cyfrowego studia i kilku realizatorów próbowała wyczyścić i odrestaurować to kultowe demo, jednak niewiele dało się w nim poprawić. I do tego jeszcze zmienili kolejność numerów… Ale co tam!

„Brown Studio Tape” to 19 kawałków zagranych w niecałe 24 minuty, doborowo niszczących w hardcorowym szturmie wszystko, co spotyka na swej drodze. Numery są szybkie i bardzo szybkie w tempie – poza wspaniale rozkołysanym „Hate” i „Raw Power” – a w dodatku już tutaj słychać, że Silvio i Giuseppe wykazują skłonności do wtrącania czy przemycania w brzmieniu heavy rockowych elementów i nie chodzi mi tu tylko o solówki, ale i niektóre akordy czy riffy. Zresztą obie gitary nie są nawet przesterowane tak ekstremalnie, by tworzyć wspólnie zabijającą „ścianę dźwięków”, więc co by było, gdyby były? O basie Maurizia już pisałem, jest motorem napędowym brzmienia Raw Power na tym demo, brzmi lekko metalicznie, ale wystarczająco nisko, by tworzyć z wiosłami, w każdym kawałku, tsunami z tonów różnej gęstości i ciężkości. Do tego bębeny, których bicie wzmacnia to całe oszołamiające tempo, a wykorzystując do tego celu bez umiaru także i hi-hat i blachy, akcentują wybrane partie licznymi przejściami czy wstrzymaniami w grze. Do najciekawszych i zarazem najbardziej ekstremalnych kawałków zaliczam „No Institution”, „X”, „Police Police”, „Destroy”, Rasist Money”, „Bastard” i oczywiście „Fuck Authority”. Ten ostatni z listy wymaga szczególnego podkreślenia, bowiem rzadko się zdarza, by utwór z demo zrobił tak oszałamiająca karierę na zaświacie i znalazł się na mojej liście wśród 6-ciu najekstremalniejszych kawałków, jakie słyszałem w życiu. Ta półtoraminutowa masakra dźwięków, miażdżąca swoim brzmieniem, tempem i wokalem, dodatkowo wzbudzona eksplozją przesterów w 0:48, kończy się od 1:11 długą egzekucją żrących nut i słów. Tego nie da się opowiedzieć, tego trzeba posłuchać i oszaleć.

A tekstowo, jak to demo się prezentuje? Chyba niewiele muszę pisać, bowiem same tytuły kawałków oraz anarchistyczne poglądy ich tfurców wskazują tematykę: nienawiść do wszystkiego, co wiąże się z systemem, społeczeństwem, policją, armią, polityką czy pieniędzmi.

Późną wiosną, wkrótce po wydaniu dema, Raw Power zagrało kilka koncertów w północnych Wałoszech, w szczególności we Florencji, Parmie i Piacenze, a także w legendarnym klubie „Virus” w Turynie. Poza tym ukazał się artykuł o nich (obok recenzji i wywiadów m.in.: z Black Flag, Disorder, Minor Threat oraz D.R.I) w czwartym numerze kultowego fanzinu „T.V.O.R”, zaś latem dwa numery z demo („Raw Power” i „You are the Victim”) trafiły na pierwszą część składanki „Raptus”, prezentującej wałoskie młode kapele punk, anarcho-punk i hardcore. Wydawca, czyli niezależne wydawnictwo Meccano z Turynu, prowadzone przez Giulia Tedeschi, wyraziło ponadto zainteresowanie kapelą, proponując jej rejestrację i wydanie debiutanckiego albumu. Wydawało się więc, że oto otwiera się przed pięcioma Wałochami życiowa szansa. Wchodzą więc do studia, gdzie rejestrują 15 numerów, w tym z demo, powtórnie, tylko sześć. Sesja brzmi czytelniej niż demo, ale, wbrew oczekiwaniom muzyków, o wiele mniej ekstremalnie! Gitary znowu są za cicho, werbel i blachy mogłyby być głośniejsze, zaś wokal Maura nie jest agresywny i szalony w słowach, a kiedy krzyczy to w tych wyższych partiach coś w nim charcze. Silvio również nie wypluwa swych płuc, jak kiedyś, a bas Maurizia już nie dominuje w brzmieniu i nie bywa tak energetyczny i tak widowiskowo prowadzony.

Ponadto utwory są nieco dłuższe i wolniejsze, i bardziej czuć od nich punk rockiem niż hardcorem. I tylko teksty niezmiennie trzymają fason, dotkliwie piętnując wałoski system i rzeczywistość, w której przyszło chłopakom dorastać. Do najciekawszych z nich zaliczam: „State Oppression”, „Nihilist”, „Politicians”, „Army” i „Repression”, ale na tym koniec.

Płyta wychodzi pod koniec 1983 rozkroku, ma kiepska okładkę, a także promocję i dystrybucję. W dodatku nie ma na niej numeru „Army”, przecież jednego z najlepszych z tej sesji. Wydawca umieszcza go ostatecznie na drugiej części składanki „Raptus – Negazioni & Superamento”, która pojawia się na rynku wiosną następnego rozkroku.

Raw Power jest wściekłe, rozgoryczone i rozczarowane. Tyle wysiłku i pracy poszło na marne. Bend bierze jeszcze udział w grudniowej, dużej imprezie w Pizie, obok jedenastu innych kapel i czeka, licząc, że nowy rozkrok 1984 przyniesie jakąś zmianę na lepsze. I tak też się staje, bo już wiosną chłopaki otrzymują propozycję tournee po USA. Ale skąd i jak? Sprzedają więc, co mają i mogą, szykując się do wyjazdu. Byliby pierwszą hardcorową kapelą z Wałoch, która wyjedzie za Ocean. Szkoda tylko, że Silvio nie może jechać.

Ale nim do tego dojdzie… rozpatrzmy pierwszy zbieg okoliczności. Bo to właśnie Silvio i jego wokalne pacyfikacje – w „Fuck Authority”, „Raw Power”, „X”, „Destroy of Society” czy „You shock me” – zapisane na taśmie demo są pierwszym fartem w historii Raw Power. Ta charakterystyczna wałoska ekspresja stała się bowiem paszportem do kariery bendu w chłAmeryce. Tam, w San Diego w Kalafiornii, Chris z Davem prowadzili wydawnictwo BC Tapes. Ich zadaniem było wydawanie składankowych kaset z nagraniami mniej znanych chłamerykańskich kapel punkowych i hardcorowych i takie też znalazły się na pierwszym wydawnictwie BCT zatytułowanym „First Strike”, a wydanym w październiku 1983 rozkroku. Jednak kiedy w ich ręce trafiła taśma demo Raw Power, oszaleli na punkcie samego bendu, a utwór „Fuck Authority” stał się dla nich wzorcem wałoskiego brzmienia hardcore. Nic więc dziwnego, że kolejne ich wydawnictwa kasetowe to składanki (#2, 4, 6, 7, 16, 25) – zawierające nagrania wielu kapel dotychczas znanych tylko autochtonom z południowej Ł-ropy – ale również i oddzielne taśmy z wybranymi studyjnymi i koncertowymi numerami Raw Power (#5, 17), Stazione Suicida, Putrid Fever i Indigesti. Ich sprzedaż i recenzje w fanzinach potwierdziły zadziwienie, jakiego doznali chłAmerykanie, którzy dotychczas myśleli, że tylko oni potrafią tak energetycznie wyrażać się w muzyce hardcore, zaś sztandarowy numer Raw Power „Fuck Authority” trafił wiosną 1984 rozkroku na jedną z kultowych i epokowych składanek – „Welcome to 1984” – wydaną przez chłamerykański fanzine „MaximumRocknRoll”, gdzie zaprezentowane zostały nowopowstałe, międzynarodowe wzorce brzmień punk, anarcho-punk, fast punk i hardcore, jak: Terveet Kädet, Crucifucks, Inferno, Icons Of Filth, B.G.K., Depression, U.B.R., Huvudtvtt/Headcleaners czy Upright Citizens.

Natomiast Chris z BCT cały czas nie mógł rozładować swojej fascynacji kwartetem z Poviglio, dlatego zdecydował się na młodzieńczy wyskok, jakim było zaproszenie chłopaków z Raw Power na tournee po Stanach. To dość ryzykowny pomysł, bowiem ani on, ani te chłopaki – pochodzący z prowincjonalnych miasteczek na północy Wałoch – nie mieli dotąd żadnego doświadczenia w organizacji czegoś takiego. Mieli za to pasję, chęci i narzędzie – etykę DIY. Tak więc pod koniec lipca całe Raw Power – choć bez Silvia, ale z Davidem Devoti (też grającym wcześniej w kapeli Chelsea Hotel) i Helderem trzymającym kurczowo w rękach cowbell – pojawiło się na ziemi obiecanej. Chris zabukował im 24 koncerty w 40 dni, umieścił reklamę trasy w fanzinie „MaximumRocknRoll”, dołączył do zestawienia śfiński Riistetyt i rozpoczęło się pasmo niekończącej się, szalonej przygody po miastach i bezdrożach wschodnich, południowych i zachodnich stanów USA.

Drugi zbieg okoliczności w karierze kapeli miał miejsce wkrótce, bo już 10-ego sierpnia w Los Angeles, tam bowiem na ich koncercie pojawił się szef wydawnictwa Toxic Shock – Bill Sassenberger. Wrażenie, jakie odniósł, po obejrzeniu setu wałoskich szaleńców zupełnie mu wystarczyło.

raw power - screams from the gutter lp 200x200 (2)I tak po występie w Olympic Auditorium – obok Dead Kennedys, B.G.K., Reagan Youth i Solucion Mortal – Raw Power stało się nowym nabytkiem kalafiornijskiej firmy i podczas dalszej trasy, w trzy dni września 1984 rozkroku – w studiu Hit City Midwest w Indianapolis, pod okiem właściciela, realizatora i producenta Paula Maherna (wokalisty hardcore-punkowej formacji Zero Boys) – zarejestrowało swój pełnometrażowy, zaświatowy album „Screams from the Gutter”. Płyta, będąca jednym z trzech pierwszych longów wydanych przez Toxic Shock od początku istnienia, otrzymała doskonałe, wręcz entuzjastyczne, recenzje niemal w każdym miejscu w chłAmeryce, co spowodowało, że dość szybko sprzedała się w nakładzie przekraczającym 40.000 sztuk!

Nic więc dziwnego, że wytwórnia zagwarantowała sobie prawo do wydania nowego, kolejnego albumu Raw Power, organizując mu tournee po USA w 1985 (w towarzystwie Decry i The Breakouts) i współuczestnicząc w organizacji następnych w 1986 i 87. Wałoski bend był tak niebywale popularny za Oceanem, że w tym czasie zagrał więcej koncertów (w ramach tras) niż niejedna znana chłamerykańska kapela hardcore, metalcore czy crossover. Chłopaki występowali z takimi sławami, jak G.B.H., Circle Jerks, D.O.A., Adolescents, Dead Kennedys, Minor Threat, Bad Brains, Social Distortion, Agnostic Front, Suicidal Tendencies, Corrosion Of Conformity, Cro-Mags, 7 Seconds, The Dickies czy S.N.F.U. (A plotka głosi, że w Seattle w 1986 ich koncert suportowało mało komu znane wtedy Guns’n’Roses). Wybrane fragmenty koncertów z tamtego okresu pojawiły się w 2010 rozkroku w ramach przekrojowego wydawnictwa „The Reagan Years”.

Ale zatrzymajmy się chwilę przy „Screams from the Gutter”, bo to rzeczywiście bardzo dobry album, najlepszy studyjny long w historii Raw Power. Zawiera 17 hardcorowo-metalowych kawałków, z których 7 jest zupełnie nowych. Całość jest dobrze zarejestrowana, instrumenty (poza basem) są czytelne, a ich dźwięki odpowiednio zmiksowane i odpowiednio głośne. Wreszcie więc słychać gitary, solówki i bębeny. Szkoda natomiast, że bas całkiem pozbawiono dotychczasowego brzmienia, a przez to i oryginalności. Zaś Mauro, z odzyskaną pewnością w głosie, celnie dowala stekami słów politykom, kapitalistom, pracodawcom, policji, żołdakom i nowobogackim frajerom. I choć nie ma na liście kawałków „Fuck Authority”, bo nie ma wśród muzyków Silvia, to Davide tam, gdzie trzeba, dobrze go naśladuje. Natomiast Helder może wreszcie w pełni rozwinąć swój kunszt tworzenia i zabudowywania brzmienia tyradami bić (także na dwie stopy) i chlastań, podobnie jak wioślarze mogą bez ceregieli i wytchnienia ciąć powietrze swymi akordami i riffami. Całość jest imponująco zwarta i szybka (płyta trwa niecałe 27 minut), a także interesująco zaaranżowana, choć większość numerów trwa około minuty, zaś żaden nie przekracza 2:30. Te niecałe pół godziny artystycznej i autentycznej wałoskiej wściekłości zawsze mija mi bardzo szybko. A do ulubionych kawałków zdecydowanie – i cały czas – zaliczam: „State Oppression”, „A certain Kind of Killer” i „We’re all gonna die” (oba z repertuaru Chelsea Hotel), „My Boss”, „Our Oppression”, „Nihilist”, „Politics” i ten najlepszy ze wszystkich – „Don’t let me see it” (z podziałem wokali na Maura i wrzeszczącego Davide i zszybszeniem w 1:30).

Zawartość muzyczną i słowną tego albumu dodatkowo doskonale spina rysunkowa okładka autorstwa Vinca Packarda – grafika wydawnictw nurtu hardcore – z którego pomysłów Raw Power będzie jeszcze potem kilkakrotnie korzystać. Więc sukces, tak?

Ale w rodzinnym kraju nikt nie wiwatuje na ich widok. Co prawda jesienią 1984 rynku pojawiła się bardzo dobrze zrobiona, anarchistyczna singlowa składanka „4 per A // AA per tutti” – gdzie bend prezentuje swoją tfurczość (ale tę z demo) i poglądy obok punkowych kapel, jak Rappresaglia, Rivolta dell’Odio i Pedago Party – ale tylko to. Chłopaki jednak nie martwią się, tworzą, i z radością wyruszają wiosną 1985 rozkroku – kiedy album „Screams from the Gutter” trafia na rynek – na drugie tournee po chłAmeryce. Znowu z Davidem, ale już z innym bębeniarzem – Fabiano Bianco z romskiej formacji Bloody Riot. Po drodze, w maju, rejestrują w Indianapolis, w tym samym studiu, cztery numery: nowy „I do what I like” (chyba z myślą o promocji w radiu, ale raczej tym komercyjnym, bo utwór jest taki miękki…) oraz trzy wybrane kawałki z czasów taśmy demo („You are the Victim”, „[Burning the] Factory” oraz „Destroy [of Society]”). Wszystkie stworzą EP-kę zatytułowaną „Wop Hour”.

Po powrocie z trasy, jesienią, Raw Power wchodzi do studia Umbi w Modenie, gdzie – z pomocą producenta Maurizia Maggi – nagrywa swój nagrobek „After your Brain”. Niestety, wyraźnie rozprężeni, choć w towarzystwie Silvia i Heldera, powtarzają stare błędy, czego wynikiem jest słabe brzmienie stopy/stóp, bębenów i blach, a także zepchnięcie obu gitar do defensywy. Dzięki temu bas znowu odzyskał swój koloryt, ale co z tego… Całość straciła na impecie, agresji i szybkości. Kawałki, oscylujące długością wokół 2 minut, nie niosą już ze sobą takiego ładunku energii, co kiedyś. Jednak nadal są wśród nich takie, które przyciągają uszy, jak choćby song „We shall overcome” – tradycyjnie używany przez ruch robotniczy w XIX i XX wywieku – oraz „Nothing better to do” czy „Buy & pay”. A jedynym wspomnieniem zamierzchłych, acz prawdziwie ekstremalnych czasów, jest numer tytułowy, wcześniej zwany „Death Seller”. Krążek „After your Brain” ma swoją premierę wiosną 1986 rozkroku, przed kolejnym tournee kapeli po USA. W następnych rozkrokach Raw Power częściej przebywa w rodzinnych stronach, komponując nowe numery, które coraz bardziej przepełnia thrash metalowy rytm. To swoje nowe oblicze prezentują zaświatu w 1989 rozkroku albumem „Mine to kill”, kiedy ich nagrania z wczesnego okresu są nadal chętnie wykorzystywane na kompilacjach (m.in.: „I’ve got an Attitude Problem” EP, „Eastern Front vol. 3 – Live” LP czy „Rat Music for Rat People vol. 3” LP).

Jednak dokonane zmiany w brzmieniu pogłębiają się, co dokumentują kolejno, koncertowy album „Live Danger” (1991) i studyjny „Too tough to burn” (1993). W 1995 Raw Power podpisuje kontrakt z krajową Godhead Records, licząc na zbliżenie z komercyjnym rynkiem, czego próbą był przygotowany dla MTV wideoklip, promujący album „Fight”, oraz zarejestrowany na żywo w wałoskim klubie Maffia materiał „Live from the Gutter”. Ale to nie wypaliło. W następnych rozkrokach kapela wraca więc do dawnych przyzwyczajeń, czyli do nagrywania i promowania nowych albumów trasami koncertowymi (tyle że dwukrotnymi) po Stanach. Dotyczy to „Reptile House” (1998) i „Trust me” (2000), ale już nie „Still screaming after 20 Years” (2002), bowiem tuż po jego nagraniu Giuseppe odwala kitę podczas gry w piłkę nożną. Jego brat, Mauro, nie zamierza jednak spocząć na laurach i gra dalej, odbywając z Raw Power trasy po Ł-ropie (2004-05) – w tym pierwsze w historii tournee po Wysypkach Prytyjskich – a następnie rejestrując nowy album „Resuscitate” (2010), promowany znowu za Oceanem, gdzie legenda wałoskiej kapeli jest nadal żywa. Mauro wydaje się też być nie do zdarcia, a proces starzenia zdaje się go nie dotyczyć. Co niecodziennego a młodzieńczego i żywiołowego pozostało w nim jeszcze? Ano to, że jako jeden z niewielu liderów kapel, uważanych w niektórych kręgach za gwiazdy, nie ma nic przeciwko rejestrowaniu ich koncertów i robieniu z nich bootlegów, byle tylko mu o tym powiedzieć. Miła rzecz, prawda?

the FUs my america lp 200x200 (1)– The F.U.’s (US) „My America”LP; kolejny, po Gang Green, doskonały bend z bostońskiej sceny hardcore; sceny, która podobnie jak waszyngtońska, była stworzona przez zamknięty krąg dzieciaków i kapel, dumnych z siebie niebywale, a swoją wyższość, podobnie jak ci z DC, chętnie udowadniali jeżdżąc do Nowego Jorku, gdzie walili w mordę każdemu, kto nie był wystarczająco „straight edge” i nie miał na wierzchu dłoni wymalowanego symbolu „X”. I to Boston stworzyło w I połowie lat 80. najbardziej ekstremalne muzycznie zespoły na zaświecie. Począwszy – od zafascynowanych ideologicznie sceną waszyngtońską – Society System Decontrol i Negative FX, przez DYS, Gang Green, Jerry’s Kids oraz The F.U.’s, po Deep Wound, Psycho, Siege, PTL Klub i Cancerous Growth. W dodatku, tak, jak Waszyngton miał Dischord Records, tak Boston miał Modern Method, a potem X-Claim Records – wydawnictwa, które wspierały tylko tamtejsze kapele. Cała ta scena kwitła i dojrzewała szybko i gwałtownie, stworzyła i wydała kilka kultowych albumów, by w II połowie tej dekady właściwie zapaść się w podziemie.

Jednak przypadek The F.U.’s jest specyficzny, bo nie dość, że połowa kapeli miała swoje korzenie w Connectikat, to jego członki – John Sox (najpierw szarpał 4 struny i pokrzykiwał pod nosem), Steve Grimes (trzymał fason wiosłując coraz bardziej charyzmatycznie) oraz albabańskiego pochodzenia Bob Furapples (bębenił na czym świat stoi) – nie czuły związku z ideą straight edge, chłopaki nie zamierzali być treściowo anty-polityczni, za to wkurzało ich to, co widzieli gołymi oczami: moda na hardcore, na straight edge, na krytykę polityki i samej chłAmeryki, wreszcie moda na slogany („anarchia”), a nie działanie. Poczuli się tym wszystkim na tyle sprowokowani, że w pewnym momencie uderzyli w scenę, której byli filarem. Ale nim to się stało…

Wszyscy trzej spotkali się latem 1981 rozkroku i wkrótce zaczęli próby, najpierw w szkole, a potem bardziej odpowiednim miejscu. Nazwa The F.U.’s była skrótem od określenia Fuckup lub Fuck You, choć to drugie rozwinięcie pojawiło się później, a wzięło ponoć od słów, którymi Wendy O’Williams z The Plasmatics wyjaśniła w jednym z wywiadów rolę, jaką pełni punk rock. Chłopaki – dla wzmocnienia prowokacji – wybrali sobie i zaczęli używać, jako znaku rozpoznawczego, odwróconego czarnego trójkąta równoramiennego, którego hitlersyny używały w obozach koncentracyjnych do wyróżnienia osób aspołecznych. The F.U.’s na początku grało punka z elementami hardcora. 4 krótkie numery z tego okresu zarejestrowali kilka miesięcy później w bostońskim studiu Radio Beat, razem z realizatorem Lou Giordano – obecnego później przy każdej ich produkcji. Wkrótce po tej sesji John miał dość basowania, chciał wrzeszczeć pełną gębą, więc do składu dołączył kumpel Steva – Wayne Maestri. Bend tworzy wtedy pełną parą nowe numery i koncertuje, głównie lokalnie, w Media Workshop, Gallery East, The Club, Streets, ale i w innych miejscach, które sami sobie załatwiają. Z początku przyjęcie mają kiepskie, bo zarówno publiki, jak i ochrony, ich tfurczość nie rusza, i dopiero listopadowy koncert z Gang Green i Jerry’s Kids zwraca na nich uwagę bostońskich dzieciaków.

I tak na początku 1982 rozkroku The F.U.’s rejestruje 2 numery na kompilację „The Master Tape”, a potem kolejne cztery na legendarną składankę „This is Boston not LA” – album, który dotąd uznawany jest za jedną z najlepszych hardcorowych kompilacji wszechczasów. Kawałki prowokatorów są teraz o wiele bardziej agresywne w brzmieniu i tempie, a także coraz ciekawsze w warstwie aranżacyjnej. Już słychać, że Steve zaczyna emanować talentem tworzenia doskonałych riffów, dodając całemu bendowi skrzydeł i ściągając uwagę każdej pary uszu. Wystarczy posłuchać „CETA Suckers”, „Time is Money”, „Preskool Dropouts” czy „Radio Unix USA” – kapitalnego kawałka, którego refren i chórek niesamowicie elektryzuje atmosferę, a tekst bezlitośnie uderza w media i rockowe zespoły dorabiające się kasy klepiąc pozbawione oryginalności kompozycje.

Swoje nowe oblicze The F.U.’s prezentuje na majowym koncercie w Gallery East obok Gang Green, Jerry’s Kids, DYS i CO’s, a wkrótce potem w tym samym miejscu obok Minor Threat, Society System Decontrol i Proletaryat.

W sierpniu 1982 chłopaki rejestrują – w studiu Active Sound – swój debiut „Kill for Christ”. Niestety, realizator Larry Lessard, nagrywający już przecież nie pierwszy raz kapele hardcorowe, dał plamę, i choć miks autorstwa Lou pod producenckim okiem Jimmiego Dufoursa w studiu Radio Beat jest zadowalający – przez co tych 9 numerów aż kipi od energii i agresji zarówno muzycznej jak i słownej – to bębny są małoczytelne, a gitara Steva została w tle, co opóźniło wyklucie się najbardziej ekstremalnego wcielenia The F.U.’s niepotrzebnie jeszcze o jeden rozkrok. Cóż…

The FUs - kill for christ lp 200x200 (2)Muzycy dogadują się z Pusheadem – grafikiem, muzykiem kapeli Septic Death i współpracownikiem pisma „MaximumRocknRoll” – że zrobi im okładkę w oparciu o tekst kawałka „Die for god”. Pushead wywiązuje się z zadania doskonale, tworząc rysunkowy obraz bohaterskiego macho-Jezusa, rozdzielającego serie pocisków z karabinu i jednocześnie gamlającego cygaro. Album firmowany przez X-Claim – wydawnictwo założone przez Ala z SS Decontrol – pojawił się jesienią wywołując fale zachwytu, ale i kontrowersji. Z jednej strony doskonała okładka i tytuł „Kill for Christ”, agresywna muza, teksty „zgodne” z szablonem hardcore, jak „Civil Defense”, „Daisy Chain” czy „Die for god”, ale z drugiej mańki – „Me Generation”, „Peer Police”, „Trendy nazi Hypocrites”, „Rock and roll Mutha” i „FU” – kawałki, w których John i Steve punktują głupotę dzieciaków i mody tamtejszego kołtuńskiego środowiska, a nawet podważają straight edgowe dogmaty („T sux”).

Dzieciaki nie wiedziały, co o tym myśleć, bo kapela stawała się coraz bardziej znana, recenzje albumu były bardzo pochlebne, natomiast jego zawartość słowna dotkliwie raniła ich próżność i swobodę bezmyślenia. Tak czy siak grudniowy koncert The F.U.’s w Cambridge – obok Misfits, DYS i Negative FX – został bardzo dobrze przyjęty, podobnie jak ich występ na początku marca 1983 rozkroku razem z Minor Threat, Necros, SS Decontrol i The Meatmen.

Kilka miesiączek potem bend wkroczył do bostońskiego studia Newbury Sound, gdzie przez kilka tygodni tworzył najmocniejszą, tfurczo, bombę w swej karierze – album „My America”. Jego realizacją zajął się Ken Kanavos i oczywiście Lou Giordano. Efektem wspólnych wysiłków stało się 11 numerów, których brzmienie jest tym, czego oczekiwałem od The F.U.’s. Pełne i czytelne. Gitara nadaje najbardziej ekstremalnego tonu całości, która napędzana apokaliptycznie dudniącymi bębenami – otoczonym wybuchowym smogiem blach – i wspomagana znakomicie prowadzonym basem, staje się pasmem, pełnym niekontrolowanej wściekłości, dźwięków, które jednakże nie są pozbawione melodii. Do tego wyraźny i agresywny głos Johna, kapitalnie wzmacniany w refrenach przez Steva (szczególnie w „Outcast”), szczelnie wypełnia obraz tej jednej z najlepszych chłamerykańskich płyt hardcore wszech czasów.

Tekstowo wszystko jest jeszcze bardziej prowokacyjne: pełne patriotycznych czy nacjonalistycznych sloganów („My America”, „Unite or lose”), cynicznych i nihilistycznych tyrad („What You pay for”, „Poor, poor, pitiful You”, „This is your Life”) wrzeszczących słowami piętnującymi popularny, acz bezmyślny styl życia tamtejszych dzieciaków, łikendowych punków, układających fryzury i bezkrytycznie wypluwających szablonowe poglądy skopiowane ze stron miesięcznika „MaximumRocknRoll”. Przy okazji dostaje się też miejscowym osiłkom („Choir Boy”), policji („Boston’s finest”, wcześniej znane pod tytułem „Fight them”) i przestępcom, popełniającym zbrodnie dla sławy („Rifle”).

Wydźwięk patriotyczny miały nie tylko wspomniane dwa numery, bowiem album zamyka jeszcze przeróbka kawałka rockowego Grand Funk Railroad „We’re an american Band”. Ten manewr był kontynuacją podobnego sprzed półtora rozkroku, kiedy to na bostońskiej składance The F.U.’s umieściło przeróbkę ballady „Green Beret” – potwornie górnolotnej i patetycznej pieśni autorstwa Barrego Sadlera, żołnierza walczącego w Wietnamie. Ale na tym wszystkim nie koniec. Bowiem i sama okładka płyty została dobrana, przez współpracującą z X-Claim Bridget Burpee, specjalnie do tego wszystkiego. Wzięta z bazy tanich projektów charakterystycznych dla wydawnictw typu religijnego, miała podnosić na duchu i napawać bezkrytycznym optymizmem. Dodatkowo z jej tyłu umieszczono zdjęcie filmowego odtwórcy postaci generała Georga Pattona – jednego z przywódców wojsk alianckich, które dokonały inwazji Sycylii w 1943, a Normandii w 1944 rozkroku; człowieka uznanego za chłamerykańskiego bohatera, dobrego stratega i dowódcę, jednak podejmującego czasem zbyt kontrowersyjne (dla opinii międzynarodowej) decyzje i nie przebierającego w słowach, także podczas wywiadów dla mediów.

Tak więc, czy „My America” to ciągle jeszcze prowokacja czy niekończąca się jakaś gra, a może prawdziwe przekonania Johna, Steva, Boba i Wayna?

Mimo wielu entuzjastycznych recenzji i notowań, także w Ł-ropie, o muzykach zaczynają krążyć mniej wybredne opinie, że są republikanami, ordynarnymi wsiokami i nie-normalnymi. Tim Yohannon z „MaximumRocknRoll” coraz bardziej krytycznie ocenia ich postawę, działania i wytwory, jednak w swych sądach zachowuje wstrzemięźliwość, nie wiedząc do końca, co o The F.U.’s myśleć. Nawet kilka miesięcy potem jego stanowisko nie ulegnie radykalizacji, kiedy podczas przeprowadzonego przez niego wywiadu muzycy będą bagatelizować ważkość jego pytań, często reagując na nie głupim śmiechem. Finalnie więc tę rozmowę w większości wypełnią pytania Tima i tych pytań rozwinięcia niż odpowiedzi chłopaków!

Ameryka rządzi, The F.U.’s rządzi! I choć oni sami już czuli się wystarczająco znani i oryginalni, to powoli odcięci od „reszty” świata. Czy właśnie nie o tym pisał Steve w numerze „Outcast”?

Ruszyli więc vanem na dwumiesiączkowe tournee po stanach północnej chłAmeryki, gdzie grali m.in. razem z Septic Death i The Offenders. Po powrocie otrzymali od Billa Bartella, właściciela hollywoodzkiego wydawnictwa Gasatanka, ofertę na wydanie kolejnego albumu. Jednak nim chłopaki zbiorą pomysły do kupy, by je zarejestrować, najpierw, w połowie stycznia 1984, dają niezapomniany (także z powodu potwornej zamieci) koncert w Malden, obok Jerry’s Kids, DYS, Terminally Ill i Post Mortem, a potem, 1-ego kwietnia, występują na żywo w bostońskim Radiu WERS.

Koncert udowadnia po raz kolejny, że muzycy doskonale znają się na swoim rzemiośle, są świetnie zgrani, a nowy repertuar, który wypełnił prawie cały koncert, mają opanowany na mur. Czuje się tę łatwość, z jaką grają, często bez przerw między kawałkami, co mnie osobiście bardzo nakręca. I choć to nie jest przecież typowe studio nagraniowe, to ta rejestracja jest bardziej ekstremalna w brzmieniu niż nagrana wkrótce nowa płyta! Najlepszym dowodem na to jest zamykający koncert numer „Warlords”, który w wersji studyjnej rozpocznie album „Do We really want to hurt You?”. Nie ma porównania! To, co eksploduje z głośników podczas radiowej transmisji jest masywne i ciężkie, powala czytelnością i agresją, którą wywołuje bombastyczny bas i prowadzona bardziej rockowo gitara. Do tego doskonały refren, akcentowany przez bębeny i blachy, a także chórek, no i wokal, który choć nie jest tu już taki zaczepny, jak kiedyś, bo niższy, ale nadal celnie raniący słowami uszy odbiorców. A, jest i solówka!

Tak…, nie da się ukryć, że The F.U.’s dojrzało już do tego, by w równym stopniu, co o technikę gry i prowokacyjne przesłanie utworów, dbać o brzmienie. Szkoda jednak, że nie udało się tego dotrzymać podczas sesji w bostońskim Dimension Sound Studio – w kwietniu i maju 1984 rozkroku – którą przecież realizował Lou Giordano i Ray Dileo.

Kto nie słyszał bendu w radiu WERS ten zapewne pomyślał, widząc tytuł płyty „Do We really want to hurt You?”, że chmury, jakie zebrały się nad bendem po krążku “My America” odniosły skutek i utemperowały ich skłonne do prowokacji charaktery. I miał rację. Na zdjęciu na okładce chłopaki dodają sobie animuszu siedząc na czołgu (czyżby znowu ulegli czarowi Wendy O’Williams, która ma podobne zdjęcie na froncie albumu „Coup d’Etat”?), dumnie wypinając piersi w koszulkach z napisami „America” i takie tam. Natomiast sam krążek, po włączeniu, nie rozpętuje już w atmosferze piekła. Bo to, co słychać to są już w większości dłuższe, cięższe i wolniejsze numery („Warlords”, „Walking tall”, „The Beast within”, „Beast In my Bed”, „Ode to Larry Joe”), w których Steve nie żałuje brzmieniu rockowych riffów, zaś tylko dwa kawałki przywołują czasy, gdy domeną The F.U.’s był szybki i agresywny hardcore („Lick my shiny Boots”, „Promised Land”). Wokal Johna jest teraz o wiele spokojniejszy i bardziej melodyjny, chórków jest mniej, a bas Wayna zbyt często pozostawia w t(y)le gitarę Steva, ale za to Bob nie żałuje swego instrumentarium, wykorzystując możliwości bębenów, hi-hatu i blach na maksa. Tekstowo album jest również mniej ekstremalny i kontrowersyjny. Więcej w nim własnych przemyśleń i poszukiwań drogi („Rock the Nation”, „Walking tall”, „Lick my shiny Boots”, „Beast in my Bed”), choć są i numery piętnujące kolejne mody („Do We really want to hurt You?”), bandytyzm („Warlords”), płaskość subkulturowego środowiska („Shitheads”, „Killer”, „Promised Land”, „The Beast within”), ale też i takie, które obnażają ich ufność w chłamerykańską propagandę („Young, Fast, Iranians”). Nic więc dziwnego, że recenzje „Do We really want to hurt You?” nie emanowały zachwytem nad wybranym przez bend kierunkiem. W zespole też zmieniła się atmosfera. Do składu dołącza drugi gitarzysta – Steve Martin, który wnosi ze sobą heavymetalowe fascynacje, zaś Bob decyduje się odejść. Ta poważna zmiana brzmienia powoduje, że bend decyduje się na ważki i odważny krok, bowiem zmienia nazwę na The Straw Dogs. To bardzo uczciwe postawienie sprawy w stosunku do fanów, na co nie zdobył się wtedy i później niejeden doskonały hardcorowy bend – wystarczy wspomnieć DYS, Inferno czy D.R.I – dlatego do dzisiaj tak wysoko sobie cenię The F.U.’s i jego tfurczość.

the black adder - czarna zmija 150x200 (1)The black Adder (Czarna Żmija); 4-częściowy serial w reżyserii Martina Shardlowa z muzyką Howarda Goodalla, którego pierwsza seria została wyemitowana właśnie w tym rozkroku. Dzięki specyficznemu, prytyjskiemu, czarnemu humorowi dialogów i doskonałemu aktorstwu Rowana Atkinsona, autorzy kpią sobie z wielowiekowej tradycji, dumy narodowej i historii Imperium Prytyjskiego. Czy gdziekolwiek indziej byłoby możliwe, by państwowa telewizja nadawała program ośmieszający jej kanony i statutowe cele? Szczęśliwie na Wysypkach tak. Pierwsza seria dzieje się w Średniowieczu, w XV wieku, i dotyczy czasów Ryszarda III; druga – epoki królowej Elżbiety I; trzecia – ma miejsce w XIX wieku, gdzie Blackadder jest kamerdynerem na dworze fircyka, księcia Grzegorza; a czwarta – dzieje się na froncie I Wojny zaŚwiatowej. Najlepsze sceny tej 1-szej serii to: 1) Edmund, książę Edynburga zostaje arcybiskupem, i „targuje” się z Ryszardem III nad ciałem umierającego lorda Graveneya o to, komu ten ma zapisać swój majątek po śmierci, Kościołowi czy królowi; 2) Baldrick informuje Edmunda – nowego arcybiskupa – o możliwościach zarobkowania kościoła, a więc o bogatej ofercie m.in.: klątw i relikwii, podając przy tym doskonałe ich przykłady; 3) Wiedźmoniuch sprowokowany pychą i głupotą Edmunda oskarża go o czary. Odbywa się pokazowy proces, w którym najbardziej idiotyczne oskarżenia, najbardziej kuriozalne zeznania i relacje świadków i najbardziej nieprawdopodobne dowody są przedstawiane.

 

dri dirty rotten ep 200x200 (1)D.R.I. (US) „Dirty rotten”EP; to najbardziej ekstremalna muzycznie kapela zaświata, ale i największy zmarnowany talent w dziejach tej muzy. Stworzyli ją, wiosną 1982 rozkroku, bracia Brecht – Kurt i Eric – mieszkający w domu rodzinnym w Spring Branch w Houston, w Teksassie. Razem z Dennisem Johnsonem od kilku miesiączek tworzyli bend Suburbanites i szukali nowego gitarzysty. Szczęśliwym trafem kumplem byłego wioślarza okazał się Spike Cassidy, z którym chłopaki z miejsca zaczęli próby w swym domu. Rodzina Brechtów była wielodzietna, trudno więc się dziwić, że kiedy ojciec wracał z roboty do domu, życzył sobie spokoju i ciszy. Ale jak to w rodzinie, Kurt i Eric byli w takim wieku, że nie zamierzali respektować rodzicielskiej władzy i jej nakazów. Przeprowadzali więc próby niemal codziennie, gromadząc sprzęt i nagłośnienie w sypialni, gdzie tworzyli swoje pierwsze kawałki. Pewnego popołudnia wpadł do nich wściekły fater i wyzwał od bandy „of Dirty Rotten Imbeciles”. Chłopakom tak się ten epitet spodobał, że zdecydowali uczynić z niego nazwę dla swojej kapeli. A że wtedy były modne skróty, to za nazwę przyjęli USDRI. Mieli też już gotowe logo (sławetny „The Skanker Man”, dla jednych biegnący, dla innych – tańczący człowiek), autorstwa Erica, który zrobił je na zaliczenie w artystycznej szkole, do której chodził.

I tak jeszcze w maju 1982 chłopaki zarejestrowali swoje pierwsze 4 numery – „We are US”, „I don’t need Society”, „Blockhead” i „Commuter Man” – które zostały wkrótce potem wyemitowane – przy okazji krótkiego wywiadu – po północy w programie radiowym stacji KPFT w Houston. To była prawdziwa masakra, której pierwszy plan bezlitośnie rżnęło wiosło Spika, podbite dodatkowo czytelnymi bębenami i blachami Erica. Przez tę ścianę dźwięku Dennis nie był w stanie się należycie przebić, natomiast Kurt czasem wrzeszczy, ale głównie gryzie wszystkich dokoła swymi słowami. Niesamowite, ale każdy z tych utworów jest inny, inaczej zaaranżowany i grany w różnym tempie.

Skąd mieli takie pomysły? Przecież na pewno dobrze znali dokonania Black Flag, Circle Jerks, Dead Kennedys czy Teen Idles/Minor Threat, a jednak nie zamierzali – jak inni – pójść w ich ślady. Skąd taka determinacja i wiara w swoje młodzieńcze możliwości? Może po prostu geniusz? Możliwe. Gdybym ja wtedy słuchał tej audycji, odpadłbym zupełnie, zmiażdżony tym, czym epatowało przez głośniki USDRI.

Wkrótce potem kapela zaczęła grać koncerty, w każdy łikend w Houston, debiutując w klubie Omni, a potem w The (Paradise) Island. Podczas tego drugiego wieczoru udało się im zarejestrować kilka numerów, w których z kolei dominuje bas i wokal, zaś resztę skutecznie blokuje jakaś bramka ustawiona na konsolecie. Ale i tutaj słychać, że Imbecyle nie mają żadnej tremy, a ich możliwości techniczne rozwijają się. No, ta przeróbka „Louie Louie” może nie jest najlepsza, ale co tam… Poza rodzinnym miastem, w Austin czy Dallas, grają rzadko, raz na miesiąc, a chcieliby częściej. Rozpiera ich energia, rozsadza masa pomysłów i chęć ich przekazania i zaprezentowania innym. Dlatego organizują wyprzedaż garażową, na której zarabiają tyle forsy, że stać ich na wynajęcie na 4-5 godzin Wooden Studios z realizatorem Gusem Buzbeem – znanym gitarzystą blues rockowym. W zamyśle miało to być demo, które rejestrują 6-ego i 7-ego września, ale wychodzą z tego aż 22 numery, które trwają zaledwie 18 minut! Coś niesamowitego! Najdłuższy („Sad to be”) trwa 2:10, trzy inne mają nieco ponad minutę, a cała reszta oscyluje wokół 30-tu sekund.

Podstawą tego oryginalnego i odkrywczego brzmienia są niewątpliwie bębeny Erica i wiosło Spika. To dzięki nim aranżacje niemal wszystkich numerów są tak niecodzienne: tempa są wstrzymywane, zwalniane, następnie rozpędzane do szalonych prędkości; te zmiany są doskonale akcentowane przez werbel i blachy Erica, który szaleje na stolcu, i choć nie pracuje jeszcze za swobodnie stopą, to nadrabia to, budując napięcie w trakcie trwania kawałka hi-hatem, werblem i półkotłami, których używa bardzo często, jak nikt dotąd w ekstremalnej muzie; Spike za to tworzy te najostrzejsze brzmienia, budując prędkości rytmu, raz dziko go rozpędzając, raz utrzymując w szalonej eksplozji, by wreszcie zdusić go bez litości; czasem pozwala sobie na 3-4-5-sekundową solówkę (nie liczę ponad półminutowego wyjątkowego popisu w „Sad to be”), a także na kapitalny, głośniejszy akcent po kilku akordach czy zjazdy po gryfie lub też ślizgi po strunach. Jak do tego dołożymy teraz żywo i szybko prowadzony przez Dennisa bas, a całość uwieńczymy czytelnym i charakterystycznym, choć nieco chropawym, wokalem Kurta – to wyjdzie arcydzieło muzyki hardcore, choć nie ma w niej chórków. Można za to powiedzieć, że właśnie tu – po raz pierwszy – daje się zauważyć rodzące się brzmienie thrashcore i grindcore.

(Nadmienię tylko, że thrashcore lub fastcore nie miał związku z thrash metalem; ja pod tym terminem rozumiem kapele hardcorowe, których wioślarze grali coraz szybciej, rwąc często rytm i dzieląc tempo, zaś bębeniarze bili bardzo szybko, często 1/1, budując partie blast beats czy mosh, zaadaptowane później przez ł-ropajskie bendy speedcore i grindcore).

Ale wróćmy do sesji, z której 22-óch kawałków najbardziej werżnęły mi się w pamięć: „Sad to be”, „War Crimes”, „Capitalist[s] suck” (porąbany początek, potem czad, znowu porąbany wtręt, bas i czad z niesamowitym 3-sekundowym zszybszeniem w 0:20), „No Sense” (najpierw wolno, potem kilkusekundowy mosh, i tak cztery razy, a na koniec zamiast moshowania sam wokal, kapitalnie to wymyślone), „I don’t need Society”, „Balance of Terror”, „Money stinks” (szybki w tempie, ale bardziej przejrzysty, bo pozbawiony częściami gitary, brzmi rewelacyjnie), „Yes Ma’am” i „Reaganomics”.

A tekstowo? Kurt doskonale sobie radzi, inteligentnie zestawiając krytykę chłamerykańskiej polityki, kapitalizmu, wojen, brutalności policji, władzy pieniądza z problematyką życiowej pustoty, alienacji i braku przyszłości oraz modą na punk. Nie zapomniał też o swego rodzaju hymnie (“Who am I?”).

Jak pisałem chłopaki mieli trochę forsy, ale nie tak dużo, by starczyło na tłoczenie i druk longplaya, a tak chcieli. Mogli wybrać, 200 sztuk longa lub 1000 sztuk EP-ki. Wybrali to drugie rozwiązanie, wiedząc, że to wpłynie na jakość dźwięku, krążek bowiem był wytłoczony z myślą o odtwarzaniu z prędkością 33,3 a nie 45 obr./min. Dlatego oryginalna EP-ka D.R.I. (już bez US) brzmi matowo, gitara jest za cicha, blachy także. Szczęśliwie wydana wkrótce potem – przez R Radical Records – wersja 12-calowa poprawia nieco wrażenie (choć nie wiem, dlaczego zamieniono stronę A z B), ale najlepsza jest wersja powtórnie zmiksowana, z 1987 rozkroku, i choć to jest CD, to tę Wam polecam.

Zaś oryginalnie ta EP-ka została wydana własnym sumptem przez kapelę w 1983 rozkroku. Na okładce znalazło się bardzo fajne, mocne doświetlone, czarno-białe zdjęcie głowy Erica, zrobione od tyłu i trochę z boku.

Kapela zaczyna grać koncerty, ale miasto i okolica stają się dla nich za małym placem zabaw. Opuszczają więc Houston i jadą do San Francisco, gdzie szukają szczęścia. Mieszkają w vanie, nawiązują znajomości i grają, gdzie popadnie. Dla Dennisa to jednak jest zbyt wiele. Już w Houston miał niemal ciągle problemy ze swoimi starymi, których jego pasja nie pasjonowała. Więc dał za wygraną i z Kalafiornii wrócił do Teksassa. Jego miejsce zajął Sebastian Amok, z którym Imbecyle wzięli udział w kilku koncertach – w czerwcu i lipcu – w ramach trwającej wiele miesięcy trasy „Rock against Reagan”, której gwiazdą było Dead Kennedys. W tym czasie Sebastian przyjął propozycję gry na stałe od The Dicks, więc D.R.I. znowu musiało szukać basisty. Znajduje go w osobie Josha Pappe, i od tego momentu wszystko zaczyna się układać.

Najpierw, wczesną jesienią rejestrują dwa swoje sztandarowe kawałki – „Sad to be” i „Mad Man” – w studiu Rhythmic River w San Francisco i te wersje należy zapisać, jako najszybsze i najbardziej ekstremalne w historii kapeli. Po prostu miażdżą huraganem decybeli, jakie rozpętują muzycy swymi instrumentami, wliczając w to także i struny głosowe Kurta. Są niezaprzeczalnym dowodem na to, że chłopaki nie mają już zahamowań w ocenie swych technicznych możliwości, które wykorzystują na maxa. Oba numery trafią 1-ego stycznia 1984 rozkroku na drugą część składanki „Rat Music for Rat People” – obok utworów takich kapel, jak MDC, Jody Foster’s Army, Personality Crisis, Fang, Minutemen czy Tales Of Terror.dri - violent pacification 12ep 200x200 (2) Natomiast 23-ego listopada, w tym samym studiu – w towarzystwie realizatora Garego Mankina – nagrywają 4 nowe kawałki, które utworzą EP-kę „Violent Pacification”. Wszystkie te numery brzmią przestrzenniej, czyściej i klarowniej od tych z debiutu i składanki, i choć zdecydowano się tu ściszyć gitarę, to efektem sesji jest nadal prawie 6 minut nieposkromionej muzycznej agresji i wściekłości. Pierwszy kawałek jest zaaranżowany podobnie do „I don’t need Society”, tyle że ciekawiej, ze zwolnieniem w środku i nośnymi, powtarzanymi – na okrągło – słowami „Violent Pacification”, co przypomina mi chwyt użyty przez The Exploited w numerze „Sex and Violence”. Potem szarżuje „Running around”, z akcentami na bębenach i ślizgami po strunach, a następnie – uwielbiany w przyszłości przez publikę na koncertach – „Couch Slouch”, z doskonale wyważonym w czasie schematem czad-zwolnienie-czad. Sesję zamyka „To open closed Doors”, krótki, bo niespełna półminutowy, ale pełny intrygujących i fajnych przejść oraz akcentów na bębenach. Okładka tego wydawnictwa jest rysunkowa, autorstwa Kevina Bakosa, i doskonale oddaje krótki i zwięzły tekst tytułowego numeru, dotyczący układów panujących w armii, zaś słowa pozostałych dotyczą problemu odnalezienia się w dzisiejszym świecie lub wyrwania ze społeczności, w której się wegetuje.

EP-ka „Violent Pacification”, wydana przez R Radical Records, trafiła na rynek wiosną 1984 rozkroku, poprzedzając pierwszą trasę koncertową kapeli po Wschodnim Wybrzeżu. Podczas jej trwania D.R.I. rejestruje, w studiu Sanctuary w Caldwell (New Jersey), dwa numery – „Snap” i „The Explorer”, z których pierwszy trafi na kapitalną, dwupłytową składankę „P.E.A.C.E/War” – oryginalnie zawierającą 57 antywojennych songów; punkowych, hardcorowych i metalcorowych, wykonywanych przez kapele lub wręcz deklamowanych przez wykonawców niemal z całego zaświata. Dochód z jej sprzedaży zostanie przeznaczony na działalność grup anty-jądrowych na wszystkich kontynentach.

D.R.I. daje również rewelacyjny koncert w nowojorskim klubie CBGB’s, który to występ szczęśliwie zostaje zapisany i nakręcony na wideo.

Rany, co tam się działo! Chłopaki zagrali 40 utworów w niecałe 40 minut i to w takim tempie, że dotąd nikt nie zaprezentował się w tak ekstremalny i agresywny sposób. Naprawdę trudno sobie to nawet dzisiaj wyobrazić! Dzieciaki stały, jak osłupiałe, a może i ogłuszone, rzadko któreś tańczyło, szalało pod sceną czy się z niej rzucało. Ten koncert po szyję wypełnia samobójcza prędkość nakręcanych w nim temp, jednak w pełni kontrolowana (no może poza „Dennis’ Problem”) kakofonią nut bluzgającą z instrumentarium, dowodzoną prowadzącym widzów na rzeź wokalem. Imbecyle grają właściwie bez przerw, tylko czasem Kurt zapowiada coś w rodzaju kolejnego pakietu kilku utworów. Żadnych nabić, żadnego „1, 2, 3”, po prostu niekończące się muzyczne piekło! Niestety, nie wytrzymał tego misterium akustyk czy technik i nie zauważył, że coś nawaliło w transmisji, przez co 7 kawałków poszło się walić, w tym „Mad Man”. Szkoda, szkooodaaa.

Do numerów najdokładniej miażdżących potokiem dźwięków i słów muszę tu koniecznie zaliczyć: „I don’t need Society”, „Balance of Terror”, „Equal People”, „I’d rather be sleeping”, “Couch Slouch”, “Sad to be” i “War Crimes”. (Uff, muszę odpocząć, samo wspominanie tego koncertu i pisanie o tym wyczerpuje…).

Ale jak to już niejednokrotnie bywało i o czym pisałem, kiedy tylko kapela jest na topie i w dodatku w swej najlepszej kondycji, to coś musi się stać, by to rozpieprzyć. I tak też było w przypadku D.R.I., a co było powodem późniejszego porzucenia przez nich obranej drogi i w efekcie utraty oryginalności i ekstremalności brzmienia? Ano, dziewczyna. Zawróciła w głowie Ericowi i fiut, koniec marzeń! Bo nie owijajmy w bawełnę, Eric był stfurcą tego najbardziej ekstremalnego wcielenia Imbecyli, jakie objawiło się zaświatu w rozkrokach 1982-84. D.R.I. straciło wizjonera i motor napędowy, co w przyszłości odbije się wszystkim czkawką, choć było też kilku takich, którzy na tym nieźle zarobili. Ale cofnijmy się do momentu, kiedy chłopaki w glorii wrócili z tournee. Na miejsce Erica szybko pojawił się Felix Griffin, fakt, bardzo dobry bębeniarz, w dodatku zapalony fan metalu. To on, powoli, zaraża Spika nowymi dźwiękami i rytmami, kiedy na bend zwraca uwagę wytwórnia Metal Blade i jej oddział Death Records. Wydawnictwo ma już w katalogu album Corrosion Of Conformity „Animosity”, który przewodzi brzmieniudri - dealing with it lp 200x200 (2) „crossover”, łączącemu hardcore z metalem. D.R.I. niewiele myśląc podpisuje kontrakt, którego pierwszym owocem staje się debiutancki, pełnometrażowy album “Dealing with it”. Wynik jest intrygujący, bo Imbecyle dość swobodnie adaptują dojrzewające fascynacje metalem w hardcorowe środowisko kawałków, stworzonych w czasach swojej świetlanej przeszłości oraz sprawdzonych podczas sławetnego tournee. W dodatku cała rejestracja ma miejsce w Houston, w studiu Rampard i w towarzystwie Dana Yeaneya, punkowego realizatora i producenta nagrań MDC. Mamy tu więc sprawdzone hardcorowe podłoże – od spodu nawożone thrash i speedmetalem – na którym bujnie rozkwitają metalcorowe owoce – zaś całość ich wzrostu stara się, z różnym skutkiem, kontrolować Dan. Wydawałoby się więc, że takie połączenie hardcora z metalem przyniesie nowe, jeszcze bardziej ekstremalne efekty. Niestety nie! Większa część numerów, choć nadal krótka i zwarta w czasie, nie emanuje już tą wulgarną wściekłością, co dotychczas, zaś reszta jest dłuższa w metrażu, a ich częstsze, wolniejsze partie dominują nad szybkimi. Nowe kompozycje przykuwają uszy interesującymi aranżacjami („I’d rather be sleeping”, „Stupid, stupid War”, „God is broke” czy „Argument then War”), nie brak im bowiem załamań rytmu, zwolnień, zszybszeń, bębenowych akcentów, ale najmocniej i najekstremalniej brzmią jednak te „stare”, jak „Mad Man” (z wmontowaną tu, już legendarną, dyskusją fatera z chłopakami), „Couch Slouch”, „I don’t need Society” czy nawet nowa wersja „Yes Ma’am” (z wolniejszą wstawką i z solówką w środku). Dla mnie wyjaśnienie tego zjawiska jest proste. Gitara jest za bardzo z tyłu, często zbyt cicha, bywa nawet tak, że jest przyciszana w trakcie utworu. Za często wtóruje basowi, który raz przewodzi i nakręca brzmienie, a drugi raz dorównuje do gitary wzmacniając jedynie tło. Ale to wina Josha, który nie mógł być obecny podczas sesji, więc jego partie wykonują tu Spike oraz naprędce zaangażowany Mike Offender – muzyk hardcore-punkowej formacji The Offenders. Jego wiosło chrobocze nadając brzmieniu nowego kolorytu (szczególnie w „Nursing Home Blues”, „The Explorer”, „Equal People”), ale przez to też pozbawia zbyt cichą gitarę resztek zjadliwości i agresji. Do tego wszystkiego bębeny, stopy i blachy bywają czasem zbyt ciche, a kiedy indziej za głośne. Dobrze chociaż, że wokal Kurta nadal jest bez zarzutu, choć mógłby być ciut bardziej zaangażowany. Bo słowa, jakie wykrzykuje, nadal celnie krytykują politykę chłAmeryki i jej system, chrześcijan, policję i armię oraz zagubione i bezmyślne społeczeństwo, w tym i punkową subkulturę.

Co by tu jednak nie pisać, to „Dealing with it” jest już ostatnim studyjnym, ekstremalnym podrygiem Imbecyli. Pojawił się w marcu 1985 rozkroku opatrzony kolejną, jeszcze lepszą, rysunkową okładką autorstwa Kevina Bakosa. Przez następne miesiączki D.R.I. gra koncerty, dokumentując ten okres jedynie wideo rejestracją występu 26-ego kwietnia 1986 w Olympic Auditorium w Los Angeles, która dowodzi, że bend doskonale czuje się na scenie i już tylko na niej potrafi wykrzesać ogień. Za to w studiu już nie.

Kolejne dwa albumy, wydane przez Metal Blade, czyli „Crossover” (1987) i „4 of a Kind” (1988) dobitnie to potwierdzają. Zarejestrowane w Track Record Studios z Billem Metoyrem (realizatorem i producentem wielu heavy i thrashmetalowych krążków), prezentują solidne metalcorowe brzmienie napędzane przez thrash metalowe instrumentarium, a dowodzone przez hardcorowy wokal. Recenzje tych nagrobków są różne, choć w miarę pochlebne, jednak dla mnie te albumy pozbawione są wszystkiego, czym do tej pory przykuwał moją uwagę kwartet D.R.I. Ekstremy tam nie ma żadnej, numery są długie, tempa są średnie, wokal przeciętny. Żadnych ekstrawagancji, szaleństw i dziwactw. Po prostu „crossover” i to nie w swojej rozwojowej formie, ale w stagnacji. Gdybym więc chciał posłuchać thrashu, wolałbym wtedy sięgnąć po krążek Slayera „South of heaven”; a gdybym pragnął wchłonąć brzmienia metalcorowe, wybrałbym Carnivore „Retaliation”; a szukając hardcora zwróciłbym się po NoMeansNo „Small Parts isolated and destroyed”.

Ale co tam ja. Ważne, że nowa muza podoba się chłamerykańskim skaterom, punkom i metalom. Natomiast, przez to, że kapela sporo występuje obok thrash metalowych gwiazd z Metal Blade, coraz częściej na tych imprezach dochodzi do bijatyk, także z udziałem skinheadów. Mimo to, w tych dwóch rozkrokach, D.R.I. odbywa udane tournee po Stanach i dwukrotnie po Ł-ropie. Podczas ostatniego pobytu na kontynencie Josh dezerteruje do Gang Green, zaś jego miejsce w szeregu Imbelcyli zajmuje John Menor. Razem z nim bend rejestruje – w studiu Cornerstone – album „Thrashzone”, ostatni dla kalafiornijskiej wytwórni Briana Slagela, a następnie – razem z byłym menagerem Ronem Petersonem – zakłada wydawnictwo Rotten Records. Pod tym szyldem wychodzą kolejne 2 studyjne albumy: „Definition” (1992) i „Full Speed ahead” (1995) – nagrane z nowym bębeniarzem Robem Rampym i basistą Chumly Porterem – oraz „Live” (1994). Te ostatnie nagrobki niczego jednak nowego nie wnoszą do zmarnowanej już kariery D.R.I., natomiast co ciekawe, po latach Kurt przyznał, że nie chciał zmieniać brzmienia, że nie chciał kontraktu z Metal Blade, że podczas sesji na „Crossover” bywał bardzo rzadko, właściwie tylko po to, by zaśpiewać swoje. To śmieszne, nie. A Spike tęskni do małych koncertów, na które jechaliby vanem. Czyli co? Dawali się ponieść fali popularności, powodzeniu, jakie mieli wśród wielosubkulturowej gawiedzi (choć z fanami rapu im się nie udało – patrz nie bardzo udane tournee z Body Count) i to im wystarczało? A Metal Blade załatwiało resztę: studio, promocje płyt i trasy koncertowe. Fajnie, tylko że wtedy powinni mieć czas na to, by komponować i tworzyć jeszcze bardziej interesujące i zabijające kawałki. Ale widać było im za dobrze, woleli założyć rodziny, płodzić potomstwo i chodzić do pracy. I nawet po rozstaniu z dystrybutorem (Enigma Records) i Ronem nie interesowali się własnymi sprawami (licencjami), czego drastycznym przykładem (zagrania fanom na nosie) była składankowa płyta „DRI’s Greatest Hits” – wydana w 2001, a potem w 2004 i 2005 rozkroku przez różne firmy – a która zawiera wybrane kawałki (11) tylko z pierwszych dwóch wydawnictw, uzupełnione – na siłę, na końcu – sześcioma z „Crossover”. Był też album typu „Tribute to D.R.I.”, ale równie rozczarowujący i to nie tylko mnie. Kończę więc, by nie popaść w depresję, a Was nie zdołować, i włączam legendarną EP-kę „Dirty rotten”, a po niej koncert w CBGB’s, i niech się dzieje wola… piekła.

anti cimex raped ass ep 200x200 (1)Anti-Cimex (SWE) “Raped Ass”EP; jedna z legend szwecyckiego ekstremalnego brzmienia, kapela, która stała się tfurcą crustu (kängcora) – czyli wzmocnionego brzmienia fast punk, napędzanego d-beatem – które rozpanoszyło po całej Szwecycji, a stamtąd na cały zaświat.

Ten bend powstał we wrześniu 1981 rozkroku z muzyków mieszkających w Mariestad i Skövde w regionie Skaraborg, między Goteborgiem a Sztokholmem.

Był zmodyfikowanym piekielnym tworem poprzednich wcieleń Tomasa ‘Freke’ Jonssona (basisty i bębeniarza), który począwszy od 1977 rozkroku prowadził na pohybel bandy punkowych smarków zwanych Kloak, potem Bombhot, następnie Avfall, a wreszcie Bohman Brinner. W skład tej ostatniej inkarnacji wchodzili również Joakim ‘Jocke’ Pettersson (wioślarz), Nils ‘Nille’ Andersson (wokalista) i odwieczny towarzysz frekowskich zabaw – Magnus Nillson (bębeniarz i wokalista). Każdy z nich był zafascynowany muzyką z Wysypek Prytyjskich, czyli glam rockiem, tfurczością Black Sabbath i Motörhead, punkiem i nurtem UK82, czyli Discharge, Disorder, Chaos UK i Chaotic Dischord. Jedynie Tomas nie krył się ze swoimi jeszcze szerszymi zainteresowaniami, zogniskowanymi w piosenkach gwiazd lat 50-ych, takich, jak: Elvis Presley czy Neil Sedaka. Wszyscy czuli się anarchistami i nihilistami, szczerze nienawidząc nazistów i policji. Dużo pili, generując lub prowokując zadymy na scenie, w klubie i poza nim. Przewodzi temu Tomas, który był jak bomba zegarowa. Emanował tak wybuchowymi i często nieprzewidywalnymi emocjami i pomysłami, że nadążenie za nim było prawie niemożliwe. Potrafił bez powodu zejść ze sceny podczas koncertu czy też spóźniać się z wyjściem na nią. Czasem nie panował nad własną fizjologią.

Ale wróćmy do początków. Po kilku tygodniówkach wspólnych działań okazuje się, że Magnus nie pasuje do tej nowej kapeli, więc jego miejsce prędko zajmuje dotychczasowy bębeniarz bendu Piller – Charlie Claeson. W jego chawirze chłopaki mają pierwsze próby i wściekają się na Nilsa, że często nie przychodzi. Wybierając sobie za nazwę środek insektobójczy Anti Cimex, wchodzą 5-ego grudnia do studia 66 w Skövde, gdzie rejestrują cztery numery z gotowych dziesięciu: „Svaveldioxid”, „Heroindöd”, „Drömmusik” i „Anti-Cimex”. Stworzą one debiutancką EP-kę, firmowaną przez wydawnictwo Tomasa – Bullshit Records. Nagrane kawałki wyraźnie wskazują na fascynację tfurczością Discharge z okresu dwóch pierwszych EP-ek, choć najlepiej i najwierniej oddają ją kawałki na stronie A, mimo że ten drugi jest przeróbką sztandarowego numeru z repertuaru ich poprzedniego wcielenia: Bohman Brinner. Natomiast numery na stronie B nie emanują już taką energią i agresją, co te dwa poprzednie. Chroboczący bas jest zbyt często na pierwszym planie, kiedy wiosło zostaje gdzieś tam daleko w t(y)le, zbyt daleko. Nawet solówki nie wciągają, a wokal (nawet z chórkami) jest nijaki, trochę taka deklamacja bez zaangażowania, której nawet nie wolno porównywać z brutalnością i wściekłością, jaką eksplodował Cal. Dobrze chociaż, że bębeny są czytelne i klasycznie walą d-beatem, a blachy kreują blasty. Ale to w sumie nie jest żadna rewelacja. Kilka dni po sesji ma miejsce koncert w klubie Rockers w Goteborgu, podczas którego nasze dzielne robakatory po raz pierwszy ukazały się zaświatu, grając obok Shitlickers/Skitslickers i Asta Kask. Bogactwo kapel i wielobarwność tamtejszej sceny tak przypada im do gustu, że decydują się tam przeprowadzić, jednak Nils nie zamierza opuścić rodzinnych stron i rezygnuje z posady, tworząc własną bandę DNA.

Na początku 1982 rozkroku wychodzi EP-ka „Anarkist Attack” w nakładzie 500 sztuk, które rozchodzą się głównie w Szwecycji, śFinlandii, oBrazylii i na Wysypkach Prytyjskich. Jej wznowienie – i to w wersji kasetowej – będzie dostępne dopiero w 1984.

Tymczasem Tomas przejmuje mikrofon zaś porzucony bas chwyta Conrad z bendu International Jailbreakers. Chłopaki rejestrują debiutanckie demo p.t.: „Anarkist Attack/ En Product fran dagens Skitsamhälle”, zawierające 15 numerów trwających niecałe 16 minut! No, to już jest coś. Numery są o wiele szybsze, gitara wylazła na wierzch, a bas dociąga do niej tworząc jeszcze mocniejsze, skomasowane uderzenie. Solówki już nie rozwlekają tempa, ale je jeszcze bardziej nakręcają. To samo robi Tomas, który z zaangażowaniem nie szczędzi swego gardła, opluwając po szwecycku dotychczasowe życie, pełne zagrożeń jednostki i jej wolności ze strony systemu, religii, wojen, narkotyków czy bezrobocia. I choć bębeny i blachy słabo słychać, bo to przecież demo, to jednak da się zauważyć, że Charlie bez problemu odnajduje się w tym tempie, wzmacniając je jeszcze często używanym hi-hatem. Tych kawałków, znanych z debiutanckiej EP-ki, teraz wreszcie słucha się z prawdziwą przyjemnością. Brzmią kapitalnie – choć są niewiele krótsze w czasie od tamtych – i tak agresywnie, że ach! Zresztą wszystkie szybkie numery przepełnione są d-beatowym opętaniem, z którego powoli – jak w przypadku „Armed A-Attack” – wyłania się już coś, dotąd niespotykanego, co jeszcze bardziej zekstremizuje tfurczość Anti-Cimex. Natomiast „Total Vägra”, „Instrumental” i ten błędnie przezwany „Krossa NRP”, choć wolniejsze, nie odstają wcale od reszty, przyciągając uwagę punkowym wigorem i zmyślną aranżacją. Oczywiście podczas rejestracji musiało się też znaleźć miejsce na Discharge i kower jego kawałka „It’s not TV Sketch”. Jednak nie wszystkich ta sesja w pełni zadowala.

Tomasa, niekwestionowanego lidera bandy, tak bardzo rozsadza chęć tworzenia i gwałtownej ekspresji, że niemal w tym samym czasie współpracuje z Asta Kask (na wokalu), z Product Assar (za bębenami) i ze Skitslickers/Shitlickers – kapelą uważaną za konkurencję dla Anti-Cimex. Z Gównolizami rejestruje nawet pierwszą z dwóch EP-ek – „The sprackta Snutskallar/ Cracked cop Skulls” – tę jedną z ciekawszych w historii fast punka napiętnowanego logiem Discharge, choć to jej bardzo mocne brzmienie stworzono nakładając na siebie wielokrotnie ścieżki gitary, mnożąc pogłos bębenów i ustawiając wysoko rejestr basu.

Jesienią robakatory z basistą formacji Moderat Likvidation – Christianem ‘Cutting’ Hochholzerem – zarejestrowali kolejne demo, z którego 3 nowe kawałki trafiają, już w połowie następnym rozkroku, na winylową składankę “Really fast vol.1”. Niestety, te numery cofają ich tfurczość znowu do momentu debiutu. Fakt, wszystkie instrumenty są czytelne i głośne, ale poza gitarą, którą znowu ktoś schował w tle, a przecież to głównie dzięki niej Anti-Cimex nabiera tak ekstremalnego imagu. Więc co z tego, że te nowe numery są fajne, szybkie i agresywne, kiedy nie posuwają tfurczości szwecyckich muzyków naprzód, czego należało się spodziewać po rejestracji demo. Ale cierpliwości…

Jeszcze w listopadzie 1982 pojawia się, w 3-cim numerze chłamerykańskiego (wtedy) dwumiesięcznika „MaximumRocknRoll”, pozytywna recenzja debiutanckiej EP-ki.

W 1983 rozkroku dwa numery z pierwszego demo („Eibon” i „Heroindöd”) trafiły na składankowy winyl „Vägra för Helvete”, zaś utwory z debiutanckiego krążka – na kasetową składankę „Kloak Skrål” oraz na wydawnictwo „Really Fast Sweden”, firmowane przez Power Noise Tapes rodem z Popołudniowej Afrytki!

Zaś w lutym Anti-Cimex – znowu z Conradem na basie – zajmuje miejsce w kurniku, bo taką tajemniczą nazwę nosi studio Höhshuset, jeśli to w ogóle było studio, a nie piekło. Kto i dlaczego tak zrealizował tę sesję, pewnie nigdy się nie dowiem, a kto był trzeźwy podczas jej trwania – pewnie też. Z jednej bowiem strony nie wykorzystano tam, a nawet pogrzebano, najwyższy potencjał tfurczy robakatorów w ich historii, nieumiejętnie, jeśli nie partacko, rejestrując i miksując tych 5 zabójczych numerów; z drugiej zaś mańki udało się tylko wtedy i tam stworzyć dźwiękowy obraz totalitarnej opresji i atomowej zagłady podludzi. To osiem minut, a właściwie 480 sekund miażdżących decybeli, eksplodujących z crustowych bomb – kipiących od akordów, riffów, bicia, cięcia i słów – niszczących poczucie bezpieczeństwa, odzierających z iluzji wolności i zadających cierpienie i śmierć w męczarniach przemyśleń i zmyśli. Wszystkie numery w zamyśle były czadowe lub piekielnie szybkie, którym śmiertelnej zjadliwości nadaje brzmienie gitary, które jest jak odgłos okrągłej i wielkiej elektrycznej piły w tartaku, wysokie i przerażające, rżnące powietrze dźwiękiem przemocy i zniewolenia, zaś bas kroczy za nim krok w krok imitując swym potężnym i bombastycznym tonem dziesiątki, dywanowo nakładających się na siebie detonacji i wybuchów. W ten obraz kapitalnie wpisują się, w dwóch pierwszych kawałkach, długie solówki, które imitują niekończące się serie z działek i karabinów maszynowych, którymi oprawcy rozrywają bezbronne ludzkie powłoki. Do tego ten ciągły, szaleńczy w tempie, grad odłamków i pyłu, produkowany przez oszalałe w biciu d-beatem bębeny, których tyrady wzmacniane są śmigającymi kawałkami blach, tnących trzewia do kości. Cały ten apokaliptyczny widok komentuje pełny wściekłości wrzask i ryk Tomasa, których treść w jasny sposób oddaje bezradność zwykłych ludzi zniewalanych przez system, naukowców i wojennych oprawców.

Te osiem minut niekończącej się pożogi nut i słów to istna hekatomba, która dociera do odbiorcy falą potwornie gwałtownych rytmów i temp, kalecząc słuch i rozrywając mózg. Nieskomplikowane acz intrygujące aranżacje pozwalają nie zgubić się, nie spanikować i nie zadusić się w tym muzycznym piekle, umiejętnie zaznaczając miejsca na wzięcie oddechu.

A wszystko zaczyna „When the Innocent die” od razu wchodząc na najwyższe obroty w tempie i w ekstremie brzmienia, przygniatając i pozbawiając tchu. W 0:55 daje się odetchnąć, ale chwilkę, bo zaraz wystrzeliwuje ponad 50-sekundowa solówka, nakręcając na maksa to wciąż karkołomne tempo. Ledwie zamrze w bezruchu już dudnienie bębenów zapowiada „Warmachine”, tak oszalały w agresji i wściekłości muzyczny walec, że pozostaje tylko ukryć się pod stołem, by uniknąć zmasakrowania (i nawet Charlie przeraził się tego wszystkiego tak bardzo, że spalił się wstydem w 1:18). Potem nadbiega 30-sekundowa solówka i koniec. Koniec? Gdzie tam! Znowu bębeny, tylko rzadsze, i przygrywka. A potem kolejna eksplozja, ciągnąca ten cały pióropusz dźwiękowych okropności przez następne półtorej minuty. Ta egzekucja wydaje się trwać bez końca. Kanonada natarć, wybuchów, eksplozji, odłamków, wrzasków, bólu i agonii. Nie ma dokąd uciec, a zatykanie uszu nie pomoże, bo przewalający się tajfun decybeli i słów tworzy w świadomości wystarczająco okropne obrazy, przed którymi nie ma ratunku.

Tak nigdy nie zagrało Discharge, a mogło, ale co gorsza, tak już nigdy więcej nie zabrzmiało Anti-Cimex. Bębeny, stopa i blachy są w miarę czytelne, choć mogłyby być ciut głośniejsze (szczególnie w „Raped Ass”). Ten napęd w d-beatowym tempie i niekończące się blasty blachami są podstawą sukcesu tego brzmienia. Bas, jak bombowiec, pruje przez całą ścieżkę, jak kamikadze, z potworną siłą, co dobrze słychać w „Total Silence”, a jeszcze bardziej w „Cries of Pain”. Wokal brzmi wspaniale, poza „Raped Ass”, bo jest niemal zawsze na pierwszym planie, co bardzo podbija tempo i agresywność kawałka. Chórki słychać tylko raz, w „Cries of Pain”, ale nie są najlepsze. A co z gitarą? No właśnie, ta rejestracja wzorcowo pokazuje, co może zdziałać wiosło w całości brzmienia, jego głośność i przester. W pierwszych dwóch kawałkach brzmi głośno, wręcz huraganowo, tworząc najbardziej ekstremalne kawałki w historii nie tylko crusta, ale i całej muzyki lat 80-tych. Natomiast w „Cries of Pain” prawie w ogóle go nie ma, więc co z tego że cała reszta instrumentarium jest mocna i daje popalić, kiedy bez rżnącego przestrzeń wiosła całość nie ma siły przebicia i zabicia. A w „Total Silence”, gdyby gitara była tak głośna, jak w dwóch pierwszych numerach, to ten kawałek stałby się najbardziej ekstremalnym z całej sesji, nawet mimo tych dwóch oddechów w tempie.

Szkoda, że chaos, jaki zagościł podczas rejestracji tej sesji, tak szkodliwie wpłynął na ostateczne brzmienie i jakość części z tych pięciu, kapitalnych kawałków. Słychać bowiem, jak wiele można było zyskać, dbając o to, by przywództwo gitary wśród reszty instrumentarium nie zostało zakłócone.

Całości dopełnia okładka, której oryginalnie centralną część wypełnia Śmierć – postać z kosą oferująca forsę za uran. Projekt był autorstwa chłamerykańskiego rysownika Ronna Cobba, współpracującego wtedy z anarchistycznym pismem „Fifth Estate”. Była też i taka wersja (czwarte tłoczenie), na której froncie było zdjęcie Tomasa, zrobione mu podczas koncertu.

A propos. 15-ego marca Anti-Cimex bierze udział w imprezie „Spelning mot Staten (Gig against the State)”, która odbyła się w Cafe’ Hisingen w Goteborgu, gdzie grali również i Asta Kask, Sötlimpa, Kurt i Kuvos, The Bristles, Absurd, AB Hjärntvätt i inni. Mats Bodenmalm – tamtejszy animator sceny i fan robakatorów – zaczyna wydawać fanzine „Brutal Chaos”, w którego pierwszym numerze umieszcza wywiad z Anti-Cimex i reklamówki nowej EP-ki. Flejery wysyła także w zaświat, rozkręcając powoli swój ulubiony biznes – handel płytami, kasetami i zinami – na razie pod nazwą Anti-Cimex Records distro.

W całym kraju zaczynają, jak grzyby po wybuchu, powstawać nowe fanziny, które opisują wszystko, co dzieje się na szwecyckiej i śfińskiej scenie hardcore, nie omijając zainteresowaniem oczywiście i chłopaków z Goteborga. Kilka z nich, jak choćby „Raped Ass” (tworzone przez niezmordowanego Tomasa wespół z Kentem ‘Äggetem’ Bendtsenem), przygotowuje, kompiluje i sprzedaje składankowe kasety, firmując je nazwą Ägg. Nie jest to oczywiście domena jedynie szwecyckich czy śfińskich dzieciaków, bowiem piętno robakatorów w postaci kawałka „When the Innocent die” widać już wtedy – obok numerów 19-tu innych bendów głównie z Ł-ropy – na międzynarodowej składance kasetowej „Lärmattacke”, wydanej przez gormański fanzine „Anti-System”.

Premiera EP-ki „Raped Ass” – wytłoczonej w nakładzie 1000 sztuk przez A Records, wydawnictwa prowadzonego przez anarchistę Svempego – ma miejsce 29-ego kwietnia, podczas trasy Anti-Cimex z Discharge po Szwecycji. Krążek szybko znika z rynku, więc Patrik Jonsson z firmy Really Fast Records oferuje jego dodruk, ale szybko dopadają go kłopoty z drukiem okładki, co ściąga na niego gromy od członków kapeli. Ostatecznie zrobili dodatkowo 300 kopii, a to i tak okazało się za mało. Ten krążek bowiem, do końca 1985 rozkroku, był jeszcze raz dotłaczany, a do chwili obecnej naliczono już jego 11 nakładów. Stał się najlepiej sprzedającym się krążkiem w historii szwecyckiej sceny hardcore/crust. Jego entuzjastyczne recenzje pojawiły się na całym zaświacie, a już latem także w 7-ym numerze „MaximumRocknRoll”.

Do końca rozkroku Anti-Cimex gra koncerty, w tym bardzo udany, 19. października w Linköping, z Döm Dar.

anti cimex - victims of the bombraid ep 200x200 (2)Podbudowani mnóstwem pozytywnych opinii, recenzji czy wywiadów do zinów robakatory wchodzą w kwietniu 1984 do studia Ljudsparet w Goteborgu, by kontynuować decybelną zawieruchę. Niestety wśród muzyków nie ma Conrada, ale w jego miejsce wkleił się Sixten Anderson, basista Skitslickers/Shitlickers i GBG Punx. Wynikiem tej sesji są cztery utwory, odbiegające brzmieniem od crustu, natomiast wracające w czasy d-beatowego fast punka. Rejestracja jest czytelna, nawet trochę zbyt czytelna, przez to pozbawiona nadmiernych przesterów i brudu, które pomogły stworzyć kultowy krążek „Raped Ass”. Do tego wiosło Jockego poszło w głąb, tworząc tło i przejmując rolę gitary prowadzącej, co jeszcze bardziej odebrało agresji brzmieniu. Bas w związku z tym wyszedł na czoło tempa, zaś bębeny stały się jego motorem. Wszystkie numery nie są już czadowe, czasem może szybkie, ale głównie średnie w biegu dźwięków, za to pozbawione ognia i żywiołowości, jakiej można by oczekiwać. Wokal Tomasa, choć krzykliwy i nadal raniący słowami („Games of the Arseholes” celnie uderza w religię chrześcijańską i jej ślepych wyznawców), nie ma już w sobie takiego zaangażowania i pasji, jak poprzednio. Wszystko wydaje się powrotem na z góry upatrzone pozycje – wyznaczane przez obecną tfurczość Discharge – nie wymagające wysiłku, oryginalności i prowokujących pomysłów przesuwających granicę muzycznej ekstremy poza dotychczas znany horyzont. Szkoda. Ta trzecia EP-ka robakatorów wstępnie miała nosić tytuł „Set me free”, ale słusznie zdecydowano się na jego zmianę na bardziej nośny – „Victims of a Bombraid”. Krążek zostaje wydany w nakładzie 1000 sztuk przez Malign Massacre i Anti-Cimex Records, którego tfurca, Mats, mozolnie rozsyła flejery i zajawki tego wydawnictwa po całym zaświacie, roznosząc szwecycką zarazę dalej niż dotychczas. Umieszcza też reklamę EP-ki w lipcowym numerze „MaximumRocknRoll”, gdzie również pojawia się jego bardzo dobra recenzja.

Natomiast Anti-Cimex – wkrótce po sesji – bierze udział w wielodniowym festiwalu „Punk mot Rasism (Punk against Racism)”, który ma miejsce w Cafe Ceasar w Goteborgu, podczas którego na scenie występuje kilkanaście kapel, z których warto wspomnieć SOD (Sound Of Disaster), Existenz, TA.S.K., AB Hjärntvätt, Sötlimpa czy śfinski Rattus. A pod koniec maja robakatory grają koncert w Mölndal, którego rejestracja pojawi się rozkrok później na dzielonej kasecie z hałolenderskim B.G.K., wydanej przez Subvert Tapes. Tytułowy numer z ostatniej EP-ki trafia na składankę „Youthanasia II” wydaną przez rodzimy Really Fast, natomiast wybrane numery z debiutanckiej EP-ki i z sesji na „Really fast vol.1” pojawiają się na międzynarodowej kasetowej składance „The raw Power of Live vol.1” – obok numerów takich kapel, jak Inferno, Rattus, Pandemonium, Nuclear, Razzia czy Neurotic Arseholes – wydanej przez gormański Alk.

Już wtedy w jesiennych planach Anti-Cimex była rejestracja debiutanckiego nagrobka „En död Soldat” oraz tournee po Wysypkach Prytyjskich, razem z tamtejszym The Skeptix (gdzie w bębeny walił pałker Discharge), które miało przenieść się następnie do Hałolandii, Gormanii i Szwecycji. Niestety, ani z nagrania longa ani z trasy nic nie wyszło. Może to było powodem załamania, które tak mocno wpłynęło na zmianę późniejszego oblicza robakatorów? Możliwe, bo z tego okresu zachowało się kolejne demo, zawierające – obok dwóch numerów z drugiej EP-ki – nowe kawałki: „Wave of Fear” i „Straight to Hell”. Oba wskazywały na kontynuację muzycznej drogi, której początek nadał krążek „Victims of a Bombraid”.

Jesienią chłopaki jadą za to na pierwsze tournee po śFinlandii, prezentując swoją moc zniszczenia w doborowym towarzystwie wyjadaczy, jak Bedrövlerz, Crude SS i Fear Of War. Rozkrok 1984 kończą występem 19. grudnia w Helsingborg na zachodnim wybrzeżu Szwecycji m.in. obok Arroganta Agitatorer, Trouble-Makers, Agda Anal i RP Savoy.

W kolejnych miesiączkach robakatory tną kupony od popularności, jaką sobie nakręcili, co ogniskuje się w coraz częstszych koncertach i propozycjach wywiadów przesyłanych z całego zaświata po kilka tygodniowo! Ich najlepszy krążek „Raped Ass” pojawia się w ofercie prytyjskiego Earache Records distro, a w lutym – dzięki Bad Compilation Tapes – wreszcie i chłAmerykanie mogą poznać brzmienie szwecyckiej sceny hardcore punk. Składankowa kaseta „I thrash, therefore I am” zawiera nagrania 14-tu kapel z Ł-ropy, z czego połowa to wikingowie. Anti-Cimex prezentuje się tam w dwóch numerach z trzeciego demo. Tej samej miesiączki robakatory odbywają drugie tournee po śFinlandii, grając m.in. obok Terveet Kädet, a w maju zaliczają koncert – obok Disarm, DNA i śfińskiego Kaaos – w goteborskim klubie „Errols”. Potem dwukrotnie – raz 24. maja, a potem 25. października – grają w sztokholmskim klubie „Birkagarden” w towarzystwie Disarm, DNA, Mob 47 i Agoni. Z pierwszego z tych koncertów numer „Alarm” trafia na składankę „Birkagarden / Gärdet Live”, której skąpy nakład (nieco ponad 230 sztuk) jest do dzisiaj rozchwytywany przez kolekcjonerów, także ze względu na ten kawałek Anti-Cimex. To numer instrumentalny, prawie 6-minutowy, z niemal półtoraminutową solówką, w którym bierze udział Juan-Louis Huhta, muzyk pochodzenia trynidadzkiego, który stuka i wali, w co popadnie, już od 1984 rozkroku na koncertach robakatorów. Drugi z tych koncertów w stolicy Szwecycji zostaje wydany pod koniec tego rozkroku, na kasecie „Live (in Sweden)”, przez świeżo stworzone – przez Matsa i Henke, bębeniarza kapeli DNA – wydawnictwo Hardcore Horror Records.

Przez następne rozkroki HHR będzie jednym z wiodących dystrybutorów ekstremalnej muzy w Skandymawii.

W kolejnym, 1986 rozkroku, w oBrazylii wychodzi – nakładem New Face – winylowy składak nagrań Anti-Cimex, Crude SS, Fear Of War i Rövsvett pod tytułem „Afflicted Cries in the Darkness of War”, gdzie robakatory wypełniają swoje miejsce całością trzeciej EP-ki. Ponadto „Game of the Arseholes” trafia – obok 30 numerów kapel z 20 landów – na prytyjską składankę „What are You doing about that Hole in your Head”, wydaną przez Rot Records.

W kwietniu chłopaki wchodzą do studia Music-A-Matic w Goteborgu, gdzie rejestrują 7 numerów, w tym nową wersję „Set me free”.

Słychać w nich kolejną zmianę tempa na jeszcze wolniejsze, utwory stają się bardziej zróżnicowane, a w rzeczywistości często zbyt rozwlekłe, wytrącając z brzmienia pozostałe pierwiastki agresji i mocy. Tak, tu Jocke (podpisany jako Roland) już wyraźnie okazuje cechy zmęczenia rzeczywistością. Jego gitara brzmi mało oryginalnie, a nałożona na nią druga, prowadząca, wcale nie wzmacnia i nie wzbogaca brzmienia robakatorów, a raczej utwierdza mnie w przekonaniu, że ich koniec jest już bliski. Hałaśliwe wtręty Juana-Louisa dodatkowo odhumanizowują oblicze Anti-Cimex, już i tak pozbawione agresji i ognia, którym kiedyś emanowało.

Jedynym numerem przyciągającym jeszcze moją uwagę jest „Time to?”. Tomas będzie się tłumaczył, że mieli mało czasu i prawie w ogóle nie mieli prób! Nie mieli czasu? Bez jaj, przez te wszystkie miesiączki mogli do woli zapładniać umysły, by spłodzić potem genialny nagrobek; w dodatku 40-minutowy, a nie 15-minutowy z instrumentalem i wersją znanego wcześniej z EP-ki numeru „Set me free”. No, ale cóż… Ten 12-calowy krążek ma do tego wydać małoznana prytyjska firma Skysaw (a właściwie jej lejbel Distraught), która w czasie swego istnienia wydała płyty tylko kilku wykonawcom spod znaku rocka, popu, punka, a potem techno. Nic więc dziwnego, że tamtejsi „profesjonalni” decydenci odrzucili proponowane przez robakatorów tytuły płyty – „Criminal Trap” lub „Painkiller” – na rzecz pozostawienia tylko ich nazwy, w dodatku małoczytelnej! Okładka graficznie jest słaba, choć pomysł był niezły, by chłopaki na zdjęciu „wylewali się” przez okładkę. Ale zdjęcie jest jakieś takie blade, chłopaki upozowani i pozbawieni punkowej agresji, zaś tło odrzuca sino-niebieską barwą. Nie ma w tym projekcie nic z dawnego, pełnego wigoru, ducha Anti-Cimex, jest za to jego trup, pozbawiony życia i soków.

Kolejne dniówki chłopaki spędzają przygotowując się do wyjazdu na Wysypki, na tournee promujące wspomniany nagrobek. Z tej okazji Hardcore Horror dotłacza szybko 300 sztuk singla „Raped Ass”, natomiast Tomas, od zawsze pełen niespożytej energii, przyjmuje do roboty projekt graficzny drugiej EP-ki swoich kumpli z Disarm, zatytułowanej „Dömd”. I tak w II połówce czerwca robakatory docierają za Kanał, gdzie radzą sobie znakomicie, wzbogacając i wzmacniając swoje brzmienie bębenami i instrumentami pseudo-perkusyjnymi, obsługiwanymi przez Juana-Louisa. Ta jego industrialna pasja wywołuje spore zamieszanie i zainteresowanie punków, którzy bacznie go obserwują szwendającego się po ruderach i złomowiskach w kolejnych miastach trasy, skąd wybiera różnorakie żelastwo, znosząc je wieczorem na koncert. Podczas całej tej trasy robakatory zbierają także i coraz lepsze opinie i recenzje, konkurując w ocenach z tamtejszymi udziałowcami w trasie, jak The Varukers, Heresy, Napalm Death czy nawet samo Discharge. To właśnie w Leeds publika obrzuciła Discharge puszkami i innymi przedmiotami, wyrażając w ten sposób swoje rozgoryczenie i wściekłość na zmianę kierunku, jaki obrali ich idole.

Kiedy Anti-Cimex wróciło z Wysypek do Goteborga, dzieląc się wrażeniami z tournee, Jocke ogłasza, że odchodzi. To chyba było do przewidzenia, więc Tomas nie upada na pysk i szuka nowego wioślarza. Stawia na Cliffa Lundberga z Moderat Likvidation/ Black Uniforms, ale ten odmawia i wtedy dopiero wszystko zaczyna się sypać. Niewiele już może zmienić opublikowana w listopadzie, na łamach pisma „MaximumRocknRoll”, recenzja mini-albumu, a w marcu 1987 wywiad z Tomasem. Niejako podzwonnym dla Anti-Cimex staje się wydanie składanki kasetowej „Delirium Tremens #6”, gdzie pośród kawałków szwecyckich zawodników znalazły się dwa doskonałe i dotąd nieopublikowane numery naszych nieodżałowanych robakatorów – jeden to „FPU (Krigsmarkin)” i drugi bez tytułu. Oba pochodzą z najlepszego okresu ich działalności, czyli z przełomu rozkroków 1982/83, kiedy to szalona agresja, pasja i wściekłość torowały im drogę poprzez hardcorowo-punkowe bezdroża szwecyckiej sceny. Ich słuchanie daje niezapomnianą frajdę, ale jeszcze bardziej powiększa gorycz z kierunku, w jaki skierowało się finalnie Anti-Cimex.

To co, na tym koniec kapeli?

No nie, bo w 1989 rozkroku Tomasowi udaje się jednak namówić do współpracy Cliffa i w stałym składzie – razem z Charliem i Conradem – rejestrują nagrobek „Absolut – Country of Sweden” (1990), a potem – z nowym basistą Leftym z Black Uniforms – „Scandinavian Jawbreaker” (1992). W międzyczasie odbywają (trzecie) tournee po śFinlandii, którego fragment z Lepakko zostanie udokumentowany singlem „Fucked in Finland”, a po rozkrokach – w 2006 – bonusem (z Helsinek) na kompakcie „Made in Sweden”. Jednak to wszystko już mnie nie kręci i ich chyba też. W 1993 rozkroku drogi dotychczasowych wspólników z bandy Anti-Cimex definitywnie się rozchodzą, pozostawiając otoczoną kultem kapelę, której brzmienie z okresu 1982-83 przeszło do historii ekstremalnej muzy, do dzisiaj inspirując rzesze młodocianych muzyków tworzących kapele – szczególnie te w Japaonii, Ocetanii i oBrazylii – wzorujące się na tfurczości robakatorów z Goteborga.

jerrys kids is this my world lp 200x200 (1)Jerry’s Kids (US) „Is this my World?” LP; oto kolejny stfurca gwałtownej, acz krótkotrwałej, hardcorowej eksplozji, która nawiedziła chłamerykański Boston i jego okolice w I połowie rozkroków 80-tych. W dodatku przez dość długi czas ta bomba pozostawała nieuzbrojona.

A wszystko zaczęło się w Braintree, gdzie dwie niespokojne dusze Ricka Jonesa (katabasa), Boba Cenci (wioślarza), od jesieni 1980 rozkroku szukały możliwości, by rozpocząć jakiś niecny proceder i wstrząsnąć tą cichą, ospałą i nijaką przedmiejską okolicą Bostonu. Brakowało im jednak szalonych pomysłów, bo nawet z wyborem nazwy dla kapeli się nie popisali. Wtedy bowiem 4 inne kapele szczyciły się nazwą Jerry’s Kids, z czego dwie z małymi różnicami w pisowni (Jerry’s Kidz czy Jerry’s Kids Bay Area).

Z lepszych pomysłów mieli jeszcze Gang Green, ale oddali ją kumplom z sąsiedztwa. A, co tam, w cholerę z oryginalnością! Zresztą wypadało tym pomysłem się podzielić, bowiem na poddaszu domu, gdzie mieszkał Mike Dean (szalony bębeniarz Gang Green), oba bendy miały swoje próby. I dopiero w momencie, kiedy Rick i Bob usłyszeli Circle Jerks i zobaczyli na koncercie Black Flag, to stwierdzili, że tą drogą pójdą.

I tak kolejni wspólnicy, których chcieli wciągnąć do tego interesu, odpadali po wstępnych przesłuchaniach, nim wreszcie do szeregu zdatnych muzyków wstąpili Brian Betzger (bębeny), Dave Aronson (drugie wiosło) i Bryan Jones (wokal) – 15-letni brat Ricka. Zadebiutowali 22. listopada 1981 rozkroku w bostońskim Media Workshop – nowym miejscu, gdzie odbywały się potem cyklicznie imprezy punk i hardcore pod hasłem „All Ages” – budynku, którego właścicielem był ojciec Billa Manleya, basisty Gang Green. Wystąpili obok The F.U.’s i swych kumpli z sąsiedztwa. Ich kolejny znaczący koncert – w tym samym towarzystwie, co wcześniej – miał miejsce 29. stycznia 1982 w klubie Cantone’s, gdzie Jerry’s Kids wokalnie towarzyszył Paul Fox, bo zgredzi nie puścili na tę imprezę Bryana. Intrygujący, acz niefortunny, był plakat na tę imprezę, przez którego symbolikę do chłopaków na jakiś czas przyczepił się niechciany rasistowski wizerunek. Przedstawiał on zdjęcie z egzekucji, i co ciekawe, było ono opatrzone tekstem „Welcome to Poland where there is no punk rock”, a w dolnym rogu widniała fotka kogoś, kto nie bardzo przypominał „Uncle Ala” Lewisa, w dodatku z dorysowaną – wzorem Charlesa Mansona – swastyką na czole. Te plakaty oczywiście zrobiły swoje, bo publiczność dopisała. Było fajnie, więc chłopaki poczuli się już na tyle mocni w akordach, riffach i biciu, że wparowali do najpopularniejszego w Bostonie studia Radio Beat, gdzie zarejestrowali siedem kawałków na debiutanckie demo.

Ta sesja jest w miarę czytelna, bo nie słychać w niej blach, a gitary mogłyby być głośniejsze. Kawałki są utrzymane w średnim i szybkim tempie, z których najlepsze to ten najkrótszy i najszybszy „Straight Jacket” oraz „Desperate” (utrzymany w wyraźnej manierze Black Flag) i „Pressure” (z intrygującymi pasażami gitary prowadzącej). Nie były to jednak żadne rewelacje, a typowy wschodniowybrzeżowy hardcore, choć bez ideologii straight-edge. Za to te numery doskonale oddawały ówczesne, wybuchowe nastroje dzieciaków z bostońskich przedmieść, dlatego też wydawca składanki „This is Boston not L.A.” zdecydował się sześć z nich umieścić na tej płycie, a odrzucony kawałek „Machine Gun” – w kilka miesiączek potem – na EP-ce „Unsafe at any Speed”, obok wcześniej – też odsuniętych – kawałków The F.U.’s, The Freeze, Groinoids, Gang Green i The Proletariat.

Al Barile z kapeli SS Decontrol, tej najbardziej zaangażowanej w nurt straight-edge na tamtej scenie, wściekł się – zobaczywszy, kto będzie reprezentował tę hardcorową młodzieńczą masę na winylu – i wycofał swój akces do składanki i założył, trochę w opozycji do Modern Method, własne wydawnictwo X-Claim. To niczego nie zmieniło, a tylko pomogło scenie wreszcie nieco bardziej się zróżnicować i jeszcze szybciej rozwijać. Dotyczyło to także fanzinów, które poczęły się żywo rozmnażać, począwszy od „Frontal Assault” w 1981 rozkroku, przez “Forced Exposure”, „Smash!” i „Suburban Punk” (istniejący jako „Suburban Voice” do dzisiaj), po „xXx” (autorstwa Mika Gittera) wydany po raz pierwszy latem 1983. I to właśnie Jerry’s Kids (a w szczególe Rick) stają się pierwszym bendem w historii pisma „Suburban Punk”, z którym Al Quint przeprowadził (przez telefon) wywiad i umieścił go w numerze (3/82).

Będąc na fali chłopaki rejestrują drugie demo, z którego zachowało się niecałe trzynaście numerów, w tym także nagrane na nowo te z debiutu. Sesja, choć brzmi już profesjonalniej, to nadal nie wydobywa ekstremy z dźwięków emitowanych przez instrumentarium i struny chłopaków z Braintree. Gitary dobrze słychać w obu kanałach, ale nadal są za ciche (poza „Pressure”), zaś bas przebija je swym brzmieniem, nakręcając rytm z bębenami i blachami, którym jednak nadal jest daleko do szaleńczej żywiołowości. Zaś Bryan z manierą Deza Cadeny (trzeciego wokalisty Black Flag) wypluwa swoje pretensje pod adresem systemu i społeczności, w których muszą żyć. Wyróżniłbym jednak z tej sesji kawałki „I’m pissed” (z fajnie i żywo brylującą gitarą prowadzącą) oraz „It’s OK” (ciekawie zaaranżowany z akcentami na bębenach). Ale tak czy inaczej, ja tutaj żadnej zmiany w dotychczasowym obliczu i brzmieniu Jerry’s Kids nie widzę.

Chłopaki ruszają w objazd, grając m.in.: w maju w Gallery East z kolesiami z bostońskiej paczki (The F.U.’s, Gang Green, DYS, The Mighty Co’s). Na jednym z tych koncertów Bryan łamie nogę i jego zgredzi dają mu szlaban na dalsze wrzeszczenie w kapeli. Odchodzi też Dave, podobno także pod presją swych starych. Co było robić? Reszta Jerry’s Kids znajduje w zastępstwie Joe, który stoi jakiś czas za mikrofonem, póki Rick nie wywali go, decydując się na granie i wrzeszczenie jednocześnie. Do składu dołącza także Chris Doherty, gdy – po rejestracji dwóch numerów na singel „Sold out” – jego bend Gang Green powoli przestaje istnieć. W tym zestawieniu kapela najpierw gra – pod koniec września – sztukę w bostońskim Hall Allston, razem z The F.U.’s, The Proletariat i Deep Wound, a potem – w listopadzie 1982 – rejestruje demo „Trained to kill”. Niestety zapis tej sesji nie przetrwał do dzisiejszych czasów lub został przez chłopaków zniszczony. Podobno tylko dwa kawałki skopiowano na taśmę radiową do wykorzystania przez lokalne hardcorowe programy radiowe. Jeden z nich „We don’t need it” jest cudem dostępny w sieci, jako „wideoklip”, i właśnie ta rejestracja już pokazuje, jak ogromne zmiany zaszły w ekstremalizacji brzmienia Jerry’s Kids. Czy to zasługa Chrisa? Chyba tak, bo przypomnijmy sobie energię i ekstremę, jakimi eksplodował, szarpiąc struny swego wiosła w barwach Gang Green na składance „This is Boston not L.A.”.

A co z Brianem? Zupełnie zmienił sposób bicia w bębeny, chyba poszedł po rozum do Deana, wziął parę lekcji i oszalał. Wszyscy w kapeli tak jakoś zaskoczyli, jakby dotychczasowe pomysły i aranże szły nie tym torem, do jakiego muzycy byli wyznaczeni, zresztą grając w kółko z kapelami z sąsiedztwa trudno o bodziec do diametralnej zmiany stylu. A może to narastające rozczarowanie społecznością, a może ta dotąd ukrywana chęć wyrwania się z szufladki „Boston hardcore” wreszcie spowodowała przełom? To by po części wyjaśniało, skąd ta taka zażyłość Jerry’s Kidsów z The F.U.’s, kapelą, która pierwsza zaczęła krytykować bostońską scenę i tamtejsze dzieciaki. To nagłe przeobrażenie Jerry’s Kids potwierdzają ich sztuki, grane już w 1983 rozkroku, a szczególnie te w Channel Club – po raz pierwszy z The F.U.’s i Misfits, a drugi z Youth Brigade i The Replacements, podczas której doszło niemal do wojny z ochroniarzami.

1-ego maja Jerry’s Kids zagrało na żywo w lokalnym radiu WERS fm, gdzie muzycy zaprezentowali prawie cały program z przygotowywanej płyty, tylko że dostępny zapis tego występu jest beznadziejnej jakości, ale to raczej nie wina transmisji, ale nośnika i sposobu, w jaki ktoś ją, czy to bezpośrednio w studiu czy przez radio, utrwalił. A szkoda, bo to, co słychać i co można sobie wyobrazić, oddaje doskonałą kondycję, w jakiej jest obecnie ta czfurca z Braintree, czyli Bob, Rick, Brian i Chris.

Chłopaki, kując żelazo, wchodzą latem do studia Newbury Sound, gdzie wcześniej powstało inne kultowe dzieło tych czasów – najlepszy album The F.U.’s – „My America”. Otoczeni profesjonalną opieką w osobie Lou Giordano – realizatora i producenta większości tamtejszej hardcorowej muzy oraz pracownika legendarnego studia Radio Beat – w tydzień rejestrują 12 kompozycji, które dowodzą, że ekstremalne brzmienie hardcore ma swoje źródło właśnie tu, wśród bostoniaków, a nie w DC czy Kalafiornii. I to szczera prawda. Bo to jest jak hardcorowy wybuch atomowy, miotający decybele w tempie ciągle kipiącego, od gotujących się w nim nut, niekończącego się pasma ekstremalnych fal dźwiękowych. Wzbudzają je bezlitośnie rżnące pięcioliniową taflę wiosła Chrisa i Boba, które z kawałka na kawałek coraz bardziej napastują i ogłuszają stekiem akordów i riffów. Ten tumult jadowitych drgań w dodatku ciągle wybucha i eksploduje seriami bębenowych tyrad Briana, których huraganowy ogień bić i przejść, akcentowany profesjonalnie zgranymi w czasie tajfunami blachowych cięć i czynelowych akcentów, nieustannie i dotkliwie rozrywa i rani do bólu moje trzewia mózgowe. Ponadto wszystkie te śmiercionośnie kakofoniczne rytmy i tempa doskonale łączy Brian, wywrzeszczając swoje wątpliwości i pretensje, wsparte narastającym i groźnym pomrukiem basu, zapowiadając w ten sposób nieubłaganie nadciągającą muzyczną apokalipsę. A wszystko to trwa zaledwie 24 minuty i powtarza się zawsze, kiedy włączę krążek „Is this my World?”. Niemal wszystkie szalone w prędkości kawałki, a jest ich dziesięć, zaczynają się przygrywką, która doskonale nakręca apetyt na następujący po niej, rozszalały w gonitwie temp, muzyczny parkur, w którego kolejne okrążenia zwrotek i refrenów doskonale wpisują się krótkie wytchnienia, dłuższe zwolnienia, a nawet mocne zduszenia brzmienia (jak w 0:50 w „No Time”). Często te wytchnienia są tylko po to, by napiąć rozrzedzoną nieco atmosferę przed kolejnym wybuchem barwnych nut, jak to ma choćby miejsce w „Cracks in the Wall”, „New World”, „Lost” i „No Time”. Aranżacje są tak naładowane oryginalnymi pomysłami, że aż trudno uwierzyć, że kilkanaście miesiączek temu większość z tych muzyków grała prosto i łatwo, nie budząc dreszczyku emocji. Weźmy tego Briana, on nie może wytrzymać 5 sekund, by czegoś nie zaakcentować blachami, by nie zrobić przejścia na bębenach!! Bije bardzo szybki, skoczny, doboszowaty rytm na werblu, nie zapominając o hi-hacie i czynelu, którym kapitalnie zaznacza refreny lub ich nadejście. Zdarza mu się też, choć bardzo rzadko, zakończyć akcent uderzeniem pałeczki w skórę przy obręczy. Natomiast gitary rozpychają i przewalają się po obu kanałach, prześcigając się w rozpędzaniu tempa do niebotycznych prędkości. Bob, czego dotąd nie robił, tutaj nie stroni od różnorakich solówek, czy to rozwiercających brzmienie na pierwszym planie, czy to dźwięczących w tle, czy też takich, które doskonale nakręcają narastający rytm (jak w „Tear it up”) lub szczelnie wypełniają wolne w przestrzeni miejsce (jak w „Break the Mold” od 1:17 czy w „New World” od 1:50). Tylko dwa kawałki na tym genialnym albumie są wolne. „Raise the Curtain” kończy stronę A winyla i jest najdłuższy (3:24), za to pełny dźwięków dumnie kroczącej gitary prowadzącej i dosadnie mocnego wokalu w refrenie oraz emocjonującego zszybszenia pod sam koniec numeru. Natomiast „Lost” daje oddech przed ostatnimi dwoma utworami, zresztą tymi najszybszymi na płycie. Ale co interesujące w tym drugim wolnym kawałku to ta 20-sekundowa solówka Boba i słowa, które tutaj on – a nie Brian – wypluwa z siebie, a ma niezły, dość chrapliwy głos i śpiewa siłowo. Aha, w refrenach zdarzają się chórki (najlepsze są na „Crucify me” i „No Time”), ale częściej to tylko Bob wspomaga wokalistę w całości, części lub tylko w pierwszym słowie zdania.

A co do tych 2 ostatnich kawałków, to ich ekstremalność wynika po części z faktu, że akurat one nie są tak naładowane niskimi tonami, jak reszta, do tego gitary poszły ciut do przodu i zrobiła się prawdziwa masakra. I tak winien kończyć się każdy kultowy nagrobek. Miażdży, poniewiera i zmusza do kolejnego odsłuchania.

Teksty na „Is this my World?” również nie są takie bezpośrednie i proste, jak dotychczas. Dokładnie odzwierciedlają nastroje Ricka i Boba, wyrażających głębokie rozczarowanie rzeczywistością i społecznością, której nie czują się już częścią. Słychać tę gorycz niemal w każdym numerze, a szczególnie wyraźnie w „I don’t belong”, „Tear it up”, „Break the Mold” czy „Build me a Bomb”. Czuć na odległość to zagubienie w dzisiejszym świecie, bezcelowość istnienia, brak motywu działania, chyba że jest się szaleńcem, napiętnowanym przez udział w okrucieństwach wojny („Vietnam Syndrome”). W innym przypadku pozostaje ci tylko bierność, pustka i fałsz („New World”) lub śmierć w spirali nałogu („No Time”). Tyle recenzji jednego z najciekawszych i najbardziej ekstremalnych nagrobków 1983 rozkroku. Ale chwila…

Mam kilka szpil, o których nie można zapomnieć. Stopy prawie w ogóle nie słychać, to raz, gitary są za cicho w „New World”, to dwa, bas mógłby być troszkę głośniejszy, to trzy, no i ta końcówka w ostatnim, tytułowym numerze. Wiecie, jak nie znoszę wyciszania utworów, a tutaj znowu kogoś podkusiło i choć to ma miejsce dopiero po trzecim refrenie, to wyciszenie jest zdecydowanie za szybkie, ten motyw winien trwać dwukrotnie dłużej niż zacznie się go wyciszać. To tyle.

Całość „Is this my World?” zamyka okładka, która niestety nie jest najlepsza i niczym szczególnym nie przyciąga – przedstawia bowiem nieco rozmazane zdjęcie Boba i to wcale nie w akcji z wiosłem – do niczego nie prowokuje i nie oddaje treści, jakie emanują z krążka. Ale to pryszcz! Album ma za to wkładkę ze zdjęciami i tekstami numerów.

W dodatku sprzedaje się znakomicie. Wydany przez X-Claim w listopadzie 1983 bardzo szybko znika z rynku, osiągając nakład 3000 sztuk, który byłby o wiele większy, gdyby wydawca nie zaczął mieć różnorakich kłopotów, co skończyło się jego rychłym upadkiem. Prawa do płyty przejęło Taang! Records, udzielając – w 1987 rozkroku – licencji na nią gormańskiej firmie Funhouse, która wznowiła winyl, wiernie drukując i tłocząc jego kopie. Zaś Taang! wydało go cztery rozkroki później.

Natomiast chłopaki z Jerry’s Kids przez następne miesiączki i cały rozkrok 1984 intensywnie koncertują, z czego na wyróżnienie zasługują sztuki zagrane 4. września – aż w waszyngtońskim Space II Arcade – obok The F.U.’s , Government Issue i Heart Attack; 14. stycznia (podczas potwornej zamieci) w Madlen Edge Hall obok The F.U.’s, DYS, Terminally Ill i Post Mortem; czy 15. grudnia w Paradise Club, razem z Gang Green i 76% Uncertain. Wtedy, podczas tej ostatniej imprezy, Springa z SS Decontrol, ogłosił ze sceny, że bostoński hardcore się skończył, prowokując dzieciaki do bijatyki z ochroniarzami. Ale miał rację, bo potem także w szeregach Jerry’s Kids coś zaczęło się psuć, a po odejściu Chrisa do Stranglehold kapela właściwie zamarła w bezruchu i bezrobociu. Jednak budzi się z letargu w 1986 rozkroku i w składzie Rick, Bob, Dave i Mick Dean, decyduje się zmierzyć z nieco odmienną rzeczywistością. Chłopaki dotarli już do momentu, jerrys kids - kill kill kill lp 200x200 (2)że pragną się tfurczo jeszcze bardziej rozwijać, wzbogacając dotychczasowe hardcorowe brzmienie innymi. To podejście jednak nie przemawia do Micka, więc jego stolec przejmuje Jack Clark, z którym bend rejestruje album „Kill kill kill”.

Producent, Tom Hamilton, wybrany przez wydawcę miał swoją specyficzną teorię dotyczącą tworzenia. Jej motorem napędowym był alkohol. To on miał uwidocznić geniusz, jaki drzemie w muzykach, i stworzyć nagrobek mocniejszy nawet od „Is this my World?”, ale oczywiście skończyło się na wielogodzinnych dyskusjach, nagraniach, nakładkach, zmianach, poprawkach, a potem niekończących się miksach. Praca nad tym albumem trwała niemal dwanaście miesiączek (!), mogła więc zabić każdego. Właściciel studia dość szybko miał dosyć współpracy z Tomem i jego wybrańcami, więc i panująca tam atmosfera nie sprzyjała ani owocnej pracy, ani osiągnięciu genialnego jej efektu. Wynikiem jest natomiast jedynie solidne granie, w którym nad bazą zbudowaną z punka i hardcora, dominuje dźwiękowa fascynacja hard rockiem, a rzadziej heavy rockiem. Większa część z 13-tu kompozycji przypomina mi tfurczość The Dickies, tylko odtwarzaną w szybszym tempie, ale za to mniej czytelną, jakby zamuloną. Jedynie „Spymaster” i „Satan’s Toy” brzmią klarownie. Za to słychać, że Bob z nieopisaną rozkoszą uprawia oddane mu pole, obsiewając je mnóstwem wirtuozerskich popisów gitarowych. Jack odnajduje się w tej nowej kompanii dość dobrze, bijąc, co prawda, bardziej tradycyjnie od Briana, ale skutecznie, szkoda tylko, że werbel, hi-hat i blachy tak słabo słychać. Wiosła też są za bardzo w t(y)le, choć bywają wyjątki, jak „Rippin” czy „My Machine Gun”. Gdyby te gitary zawsze tak brzmiały, mielibyśmy do czynienia z rejestracją bendu Jerry’s Kids, od której nie dałoby się mnie oderwać przemocą, a tak… W całej sesji są natomiast tylko 2 numery, nawiązujące tempem i agresją do szalonych i ekstremalnych czasów sprzed kilku rozkroków. Ich tytuły to „Bad Trip” i „Back off”.

Za to okładka jest interesująca, autorstwa Jane Gulick, przedstawia bowiem – jakby wyrwanego z filmowego kadru – zakrwawionego dzieciaka, które rzuca się do ataku z podniesionym toporkiem.

Płytę „Kill kill kill” wydał Taang! na początku 1989 rozkroku, promując ją dwoma singlami (zawierającymi po stronie A przeróbkę kawałka punkowej formacji La Peste „Spymaster”), jednak to na niewiele się zdało. Nic więc dziwnego, że w kilka miesiączek później Jerry’s Kids definitywnie przestało istnieć, pozostawiając mi pewien niedosyt i rozczarowanie. Mimo to, jego wartość i wkład w tworzeniu ekstremalnego brzmienia muzyki XX wywieku, będzie zawsze przeze mnie wysoko oceniany.

sens zycia wg monty pythona 150x200 (1)Sens życia wg Monty Pythona (The Meaning of Life); drugi pełnometrażowy obraz autorstwa pięciu szalonych Prytyjczyków, wzorowany na ich telewizyjnym serialu “Flying Circus” („Latający Cyrk Monty Pythona”), w reżyserii jednego z nich – Terry Jonesa – a z muzyką m.in.: Johna Du Prez. To obraz pełny nieprawdopodobnie inteligentnych, wysmakowanych, śmiesznych i odważnych skeczy luźno przedstawiających ludzkie życie widziane przez pryzmat wybranych jego siedmiu części. Jego tfurcy robią sobie niewybredne jaja ze wszystkiego, co zakazane, święte i poważne, czy to za pomocą dialogów, gry aktorów czy rysunkowych obrazków. Najlepsze sceny to: 1) ojciec wielodzietnej katolickiej rodziny (63-oje dzieci) traci pracę, więc musi oddać tę dziatwę na potrzeby badań i eksperymentów medycznych. Na pytanie, dlaczego nie podda się wazektomii, odpowiada genialną piosenką o spermie, której każda kropla jest święta; 2) pan Creosote, obrzydliwy bogacz, ciągle stołuje się w tej samej restauracji, w której zwyczajowo obrzygowuje swój stolik i jego okolice, konsumując złożone wcześniej ogromne zamówienie. Wymiotuje na kelnera, który donosi kolejne wiadra na rzygi, a po posiłku eksploduje – z przeżarcia – swoimi wnętrznościami i ich zawartością; 3) pan Brown kiedyś zadeklarował, że odda swoją wątrobę po śmierci. Do jego domu przybywają paramedycy, którzy zmuszają go do oddania jej teraz, przeprowadzając na nim, na żywca, widowiskową operację.

 

the exploited lets starta war lp 200x200 (1)The Exploited (UK) “Let’s start a War… Said Maggie one Day” LP; końcówka 1982 rozkroku eksploduje garścią problemów, które znienacka zmieniają życie kapeli – dotychczas pełne glorii – w pasmo rozczarowań, kłótni i rozstań. A zaczęło się już od singla “Computers don’t blunder”, który choć znakomity, to nie trafił na czoła notowań list sprzedaży. Następnie będące w planach tournee po Wysypkach i Ł-ropie nie wypala, a wytwórnia Secret Records zaczyna mieć własne problemy i szuka ich rozwiązań także kosztem The Exploited. Z jej ramienia – w grudniu 1982 – Malcolm proponuje Wattiemu, by zmienił oblicze swojej kapeli, czyli nazwę i styl gry, no i wyrzucił ze składu Johna! To jakaś farsa, więc trudno się dziwić, że kapela odchodzi z wytwórni, zostając bez środków do dalszego działania.

Wiąże się z Marcusem Featherby z Pax Records, z którym Wattie umawia się na rejestrację i wydanie nowej płyty. Ten układ nie poprawia chłopakom humorów, mocno przeżywających niedawny rozwód z Secret, a nawet powoduje, że Danny pęka i porzuca bębeny, a Big John zaczyna się łamać. Z pomocą przybywa Willie Buchan, brat lidera, który debiutuje za bębenami w szeregach The Exploited, 7. kwietnia 1983 rozkroku, podczas koncertu w klubie „The Palm Cove” w Bradford. Wkrótce potem definitywnie dezerteruje Gary, więc chłopaki rejestrują swoje pierwsze nowe numery już w towarzystwie basisty Billego Dunna. Trzy z nich stworzą singel „Rival Leaders”, bardzo dobry krążek, którego tytułowy numer pokazuje nowe oblicze kapeli, jej prawdziwie hardcorowo-punkowe brzmienie, drapieżne, szybkie i agresywne, jak nigdy dotąd. Zaś pozostałe dwa kawałki są echem, ciągle żywej, tfurczej fascynacji albumem „Troops of Tomorrow”. Singel ma do tego znakomitą rysunkową okładkę, przedstawiającą znienawidzonych liderów światowych mocarstw (Margaret Thatcher, Leonida Breżniewa i Ronalda Reagana), pociągających za sznurki, do których przyczepione są czołgi i rakiety, generałowie i żołdacy. Krążek pojawia się na rynku w październiku, kiedy bend rejestruje w studiu Revolution – swój najmocniejszy i najbardziej dojrzały w historii nagrobek – „Let’s start a War…”, którego tytuł odnosi się do niedawno wywołanej, przez rząd premier Thatcher, wojny o Wysypki Flaklandzkie. Wszystkie numery są autorstwa Wattiego i gitarzysty Big Johna, który, choć niewymieniony w głównym składzie, zmyślił, zbudował i wydalił ten huragan dźwięków, których nieustanny atak wspomagał i udekorował solówkami drugi wioślarz – Karl ‘Egghead’ Morris. Płytę tworzy 12 naprawdę wspaniałych kawałków, których intra na stronie A (najczęściej będące fragmentami wypowiedzi polityków lub częściami czytanych wiadomości) oraz intrygujące aranżacje ryją piętno w pamięci, a charakterystyczne szybkie, bardzo szybkie, a czasem wręcz czadowe, tempa doskonale zlewają się z ich słowną treścią; zawartością, kipiącą od wściekłości, agresji i przekleństw, kierowanych oralnie przez Wattiego głównie pod adresem prytyjskiego systemu – nastawionego na ciągłe prowokowanie zbrojnych konfliktów i prowadzenie wojen, wspartego w kraju opresją aparatu policyjnego – oraz krytykujących debilną politykę prywatyzacji wszystkiego, kosztem zniszczenia klasy robotniczej i jej wieloletniego dorobku.

Muzycznie wszystkie członki The Exploited są odpowiednio eksploatowane. I choć jeszcze kilka miesiączek temu Willie nie czuł się pewnie na stolcu, to teraz z dziką pasją nabija czytelnie szybkie rytmy, wzmacniając ich tempo hi-hatem, nie zapominając o gęsto tnących atmosferę blachach. W dwóch wolnych kawałkach („Eyes of the Vulture” i „God saved the queen”) doskonale bije w kocioł, tworząc z tych uderzeń ciężki i mocny pasaż, wspomagany waleniem w werbel i półkotły. Oba wiosła też pracują bez wytchnienia, utrzymując charakterystyczne dla The Exploited brzmienie, jednocześnie wzbogacając ją o nowe, bardziej ekstremalne barwy. Solówek jest sporo – trwających od kilku do kilkunastu sekund – tak samo jak momentów, w których z wyczuciem i smakiem, w dźwięki jednego wiosła wkomponowuje się akcentami drugie. Tę całą bieganinę po pięciolinii pogłębia niespokojna praca basu, którego żywość i umiejętność znalezienia się w tłumie wioseł doskonale słychać na każdym kroku, a szczególnie w „God saved the queen” czy „Kidology”. Do tego trzeba jeszcze dodać bardziej czytelny – niż dotychczas – i mocniejszy wokal Wattiego, sporadyczne, acz dobrze umiejscowione, chórki oraz coraz ciekawszą budowę utworów. Na wyróżnienie zasługuje tu koniecznie „Insanity”, intrygująco dzielący szybkie partie z wolnymi, startujący pojedynczym dźwiękiem gitary, do której z czasem dołącza w całości strun drugie wiosło, potem bas, następnie Wattie, a dopiero po kolejnych sekundach bębeny, których bicie w wolnych partiach wspaniale podkreśla, lgnącymi do siebie kapeluszami, hi-hat. Co jeszcze? Album zamyka numer „Wankers”, będący odpowiednikiem singlowego „Singalongabushell”, niewybrednie oceniającego postawę Garrego Bushella i Jerrego Harrisa, muzyków i dziennikarzy, których niewiara w punk i krytyczne spojrzenie na The Exploited działa na Wattiego, jak płachta na bąka. Natomiast tytułowy numer z singla „Rival Leaders”, tutaj zremiksowany, kończy stronę A nagrobka, jednak ostatecznie zamyka ją zszybszający się śmieszny zlepek słów, wyrwanych z gardła premier Thatcher – oficjalnej „muzy” Wattiego.

„Let’s start a War… Said Maggie one Day” to doskonały album, którego słucha się z niewymuszoną przyjemnością, a wręcz nawet z fascynacją. To uczucie wzbudzają we mnie przede wszystkim takie kawałki, jak „Let’s start a War…” (mimo wahnięcia w tempie na 0:44), „”Insanity”, „Psycho”, „Kidology” i „Another Day to go nowhere”. No i do tego kapitalna okładka, projektu Pusheada, której różnorakie graficzne wersje, stały się potem wizerunkiem nie tylko The Exploited, ale i innych kapel na całym zaświacie. Szkoda tylko, że nikt autorowi za nią nie zapłacił, co ściągnęło grad krytyki na Wattiego, który bronił się (słusznie) uważając, że to leży w gestii wydawcy, a nie jego. Dodatkowo rozczarowany efektami (zarówno sprzedaży, jak i finansowymi) współpracy z Paxem, udziela licencji na ten long innym wytwórniom. W sumie „Let’s start a War…” wydaje w 1983 rozkroku MNW (w Skandymawii) i Intercord (w Gormanii), a w następnych rozkrokach Konexion (w oBelgii), Carrerre (we Francacji), New Wave (w oBrazylii) i Dojo (na Wysypkach, tyle że z inną, beznadziejną okładką).

W 1984 The Exploited rusza za Ocean, z powodzeniem promując nowy album, mimo (ale też i z pomocą) krytyki – kręcącej się nie tylko już wokół niezapłaconej okładki płyty – którą propagują magazyny „MaximumRocknRoll” i „Sounds”. Po powrocie na Wysypki kapela ma jednak dość hałasu wokół siebie i przestaje grać koncerty. Jednak mając sprzymierzeńca w osobie chłamerykańskiej wytwórni Combat szybko odzyskuje siły i z nowymi pomysłami wchodzi do londyńskiego studia Yard, gdzie z pomocą Phila Chiltona i Johna Ravenhalla, tworzy jeden z najdziwniejszych albumów w historii The Exploited. Nie do końca najdziwniejszy w sferze kompozycji i aranżu, ale w sferze nagłośnienia i rejestracji instrumentarium. Pogłosy wokalu i przesadne efekty na bębenach zawsze wkurzają mnie przy słuchaniu tego albumu, szczególnie, że w warstwie muzycznej nie stracił on wiele z agresywności i szybkości. Można by podejrzewać, że to Combat maczało w tej sprawie paluchy, bo to przecież nie tylko najbardziej znany – obok Metal Blade – promotor chłamerykańskiego, prytyjskiego i ł-ropajskiego thrash metalu (żeby wymienić tylko pierwsze krążki takich tuzów, jak: Exodus, Megadeth, Slayer, Venom, Kreator, Celtic Frost, Possessed czy Bathory), ale i brzmienia crossover i metalcore. W dodatku w 1985 rozkroku to wydawnictwo samo stworzy swój własny corowy lejbel – Combat Core. Więc co? Maczało paluchy? Chyba nie, bo przecież wolałoby zapłacić za rejestrację płyty w USA, czy chociaż wysłałoby na Wysypki swojego producenta, ale nie. Co prawda w dwóch numerach pojawił się David Lloyd, były gitarzysta i efekciarz z U.K.Subs (bendu, żyjącego już od rozkroków za Wielką Wódą), ale nie wniósł niczego podejrzanego do rejestracji nagrobka „Horror Epics”.

the exploited - horror epics lp 200x200 (2)Skąd więc wzięła się ta chęć eksperymentowania z dźwiękiem? Nie wiem. Zresztą muzycy szybko tę chęć utracili, ale co namieszali na tym krążku, to namieszali. A jest na nim to, co w The Exploited najlepsze, czyli szybkie i agresywne w tempie numery, przeplatane wolnymi i ciężkimi, od bębenowych bić, kawałkami, w których dominuje wokalnie Wattie, rozsiewając literami swoją nienawiść do systemu, polityków, wojska i policji („Law and Order”, „Down below”); przeklinając przemoc i konflikty zbrojne („Horror Epics”, „Dangerous Visions”, „Down below” ), biurokrację, system zatrudnienia, poniżający zasiłek („Treat You like Shit”, „Maggie”), zahaczając nawet o nazistowską historię Ł-ropy („Forty old Years ago”) czy własne uczucia i odczucia („I hate You”, „No more Idols”, „My Life”). Na pewno perełką wśród nich wszystkich jest kawałek „Maggie”, w którym Wattie obdarza swoją „muzę” – premier Thatcher – epitetem „pieprzona cipa”.

A co do sesji nagraniowej, to Karl, mimo braku Big Johna, doskonale sobie daje radę z wiosłem, ubarwiając ich wolne i średnie tempa („Horror Epics”, „No more Idols”), a napędzając te szybkie. Ciągle dobrze sobie poczyna na basie Wayne, pozwalając sobie czasem nawet na wirtuozerię („Law and Order”, „Treat You like Shit”), ale i tak obu ich przytłacza przekombinowane brzmienie bębenów i niepotrzebne efekty na wokalu braci Buchan. Mimo to trudno nie odczuwać przyjemności podczas słuchania „Horror Epics”, „Don’t forget the Chaos”, „Law and Order” czy „Treat You like Shit”. Okładka płyty przedstawia zdjęcie nieco ucharakteryzowanych muzyków w sali kinowej, przynoszące na myśl jedno z różnorodnych okładkowych oblicz członków The Damned, będące chyba autorstwa fotografika i właściciela wydawnictwa Future Earth Records – Davida Mofitta. Niestety część nakładu krążka musiała mieć ocenzurowaną okładkę (oczywiście w chłAmeryce), a to z powodu napisu na koszulce Karla, w którym rzucało się w oczy słowo „FUCK”.

„Horror Epics” oficjalnie pojawiło się na rynku 15. kwietnia 1985 rozkroku. Jednak wcześniej lub potem The Exploited dało kilka koncertów, w tym w Leeds, z którego tylko 3 kapitalne numery trafią po wielu rozkrokach na składankę „Live and loud!”, a potem na „Live Lewd Lust”. Piszę o nich, by po raz kolejny zwrócić Wam uwagę na zasadniczą rolę gitary, jej głośności i przesteru, w budowie ekstremalności brzmienia kapeli. Najczęściej udaje się to zrobić na koncertach, gdzie chaos i brak profesjonalnej obsługi technicznej owocuje niepowtarzalnym brzmieniem, tak niepowtarzalnym, że nie da się go odtworzyć potem w studiu. I tak było i tutaj. Trzy kawałki, w których gitara przewodzi, rzucając na kolana resztę instrumentarium, każąc sobie lizać gryf. Weźmy „Don’t forget the Chaos”, w którym chaos bierze górę nad chęciami, co tworzy niesamowicie energetyczny zlepek wściekłych akordów i riffów, których wydźwięk potęguje, choć zduszony, ale czytelny bas i bębeny. To są chwile, dla których warto żyć i cieszyć się, że ma się okazję je przeżywać. Podobne emocje wywołują pozostałe dwa kawałki – „Let’s start a War…” i „Law and Order” – szkoda więc, że dotąd cały zapis tego koncertu nie jest dostępny.

Latem, jak zwykle, The Exploited jedzie do USA, jednak po kilku koncertach tournee zostaje przerwane na skutek bójki i kłótni Wattiego z Karlem. Po rozkrokach Wattie przyzna, że ta ciągle buzująca w nim wściekłość do wszystkiego i wszystkich, podlewana obficie alkoholem, spowodowała, że stracił wielu przyjaciół, kumpli, a nawet przychylnie doń nastawionych dziennikarzy. Szkoda, bo Karl i to jego wiosło było częścią legendy tej szokockiej kapeli. Też dzięki tej gitarze, a właściwie jej cenie, aresztowani muzycy – za poczynione gdzieś w Hirkszpanii zniszczenia – zostali wypuszczeni z pierdla. Co gorsza, oprócz Karla szeregi bendu opuścił także i Wayne. Jedynym wspomnieniem tamtych czasów zostaje więc rejestracja koncertu w klubie 9:30 w Waszyngtonie, wydana 7. grudnia 1985 rozkroku pod tytułem „Live at the Whitehouse”.

Następne rozkroki w historii The Exploited charakteryzują się ciągłą fluktuacją wioślarzy, z których kolejno Nig, potem Gogs, a następnie Jamie będą próbowali odświeżyć hardcoro-punkowe brzmienie kapeli thrash i heavy metalowymi akordami, riffami, pasażami i solówkami, co obniży oceny bendu wśród punkowych rzesz dzieciaków, ale nie wpłynie na zmianę muzycznej bazy, która pozostała pod kontrolą (z wyjątkiem albumu „Massacre”) braci Buchan. Włącznie z tekstami, których zjadliwa treść nadal ma za zadanie dowalać systemowi kapitalistycznemu, politykom i policji. Niestety, pierwsze podejście, czyli nagrobek „Death before Dishonour” – mimo że promowany 12-calowym „Jesus is dead” i EP-ką „War now”, a także opatrzony doskonałą okładką autorstwa Tima Gravestocka (przedstawiającą premier Thatcher próbującą przekupić Śmierć) – było całkowicie nieudane. Nowe numery chłopaków są ciężkie i wolne, a jednocześnie pozbawione wszystkich dotychczasowych atrybutów, jakimi charakteryzowało się The Exploited. Szczęśliwie dla nowego wydawcy, prytyjskiego Rough Justice, to pierwsze koty, więc wspomaga kapelę w trasie po Wysypkach, a potem po chłAmeryce. Podczas kolejnej wizyty kapeli za Oceanem w 1988 rozkroku, chłopaki wpadają, gdzieś w Pennisylwanii, na skinheadów z kapeli The Uprise, którzy rozwalają im koncert, Wattie dostaje w pysk, a ich van zostaje zdemolowany. Choć to dla Szokotów nie pierwszyzna, to ten prysznic nareszcie otrzeźwił ich i wybił z trwającego od miesiączek odrętwienia. Dowodem poprawy stanu ich ducha jest kolejny album „The Massacre”, dokumentujący powrót do doskonałej formy sprzed rozkroków. Tony bije w bębeny prosto, ale szybko, natomiast Gogs doskonale radzi sobie z wiosłem, często tworząc z niego gitarę prowadzącą intrygujące i melodyjne pasaże. Bas nie odstaje ani na krok od reszty, profesjonalnie zabudowując to świeżo powstałe, agresywne brzmienie. Zaś Wattie pluje żółcią na tych, co wywołują wojny i konflikty, mordując niewinnych cywilów; dowala żołdakom, którzy dla forsy idą zabijać innych; bez pardonu uderza w policję i polityków, ale też i nie odpuszcza kłamliwym krzewicielom religii chrześcijańskiej, ohydnym mordercom czy terrorystom „z Lockerbie”. Do najlepszych numerów na tym krążku zaliczam „Sick bastard”, „Now I’m dead” i „Police Shit”. Wszystkie dwanaście zostały zarejestrowane w studiu Slaughterhouse pod okiem i uchem samego Colina Richardsona, zaś przystającą do zawartości płyty okładkę zrobił Terry Oakes. Album ukazał się na rynku 15. kwietnia 1990 rozkroku.

the exploited - beat the bastards lp 200x200 (2)Sześć rozkroków później pojawił się „Beat the Bastards”, kolejny dobry album The Exploited, na którym daje się słyszeć już nawet death metalowe akcenty. To jednak nie znaczy, że Szokoci porzucili punk i hardcore, oczywiście, że nie, po prostu czasy spowodowały absorpcję takich, a nie innych trendów w ekstremalnej muzyce. Dobrze to słychać w zamykającym płytę kawałku „Serial Killer”, kojarzącym się z dokonaniami hałolenderskiego Gorefestu. Całość muzycznego projektu kontrolował znowu Colin, dzięki któremu ta rejestracja jest znów tak czytelna i agresywna. Jej zawartość tekstowa również nadal trzyma fason i dowala (nieco niższym głosem Wattiego) – nie przebierając w słowach – systemowi, policji, politykom i ich polityce niszczenia robotników; potępia okrucieństwo wojny, spiralę zbrodni i brak przyszłości w obecnej rzeczywistości. Album „Beat the Bastards” miał swoją premierę 23. kwietnia 1996 rozkroku i trafił – podobnie, jak „The Massacre” – na rynki obu kontynentów. Najlepsze jego fragmenty to nie tylko numery „Affected by them” (z fajnymi i szalonymi solówkami Jammiego), „Don’t blame me”, „If You’re sad” czy nawet ten prawie 7-minutowy „Serial Killer”, ale i sama okładka z rysunkiem czaszki kultowego kościotrupa z kostnym grzebieniem na łbie.

the exploited - fuck the system cd 200x200 (2)Ponad 6 rozkroków musiało znowu przeminąć z wiatrem, by na rynek trafił (na razie) ostatni pełny nagrobek The Exploited, zatytułowany „Fuck the System”. Muzycznie bend otrząsnął się z thrash i death metalowej gorączki, kreując naprawdę nowoczesne brzmienie hardcore punk, w którym jest miejsce głównie na czad a czasem na zwolnienie, na zabawy z wiosłami, ich przesterami i solówkami, na czytelne bębeny i blachy, z ich akcentami, kanonadami, przejściami, a nawet blastami (w moim pojęciu, które już znacie). Doskonałe pod tym względem są „Fucking Liar”, „Lie to me”, „There is no Point”, „Noize annoys” (z kapitalnym akcentem gitarowym) i „Violent Society”. Fajnym pomysłem jest także sam początek płyty, takie intro, będące 41-sekundowym wrzaskiem opętanego rzeczywistością człowieka, które naprawdę trudno jest znieść (przynajmniej mnie). A końcówka albumu też jest świetna, znaczy ta solówka w „Was it me”, ciągnąca się w nieskończoność, a grana na jednej strunie prawie przy mostku (lub kluczach), potem ten przester i krótki refren. Cudo! Oczywiście te moje zachwyty dotyczą sfery muzycznej, bo na samym Wattiem tym razem się nieco zawiodłem. Nie żeby zaraz śpiewał, co to to nie, ale zdania, jakie artykułuje nie pasują mi do dźwiękowej galopady XXI wywieku, jaką generują Willie, Robbie i Mikie. Wiem, że przez rozkroki Wattiego krytykowano za wiele rzeczy, często nie znając rzeczywistości, jaka wypełniała robotnicze dzielnice i ulice Zjedzonego Kurlestwa, na których stawiał pierwsze kroki, w których się wychowywał się i egzystował. Nie zrozumieją meandrów wspólnoty, jakiej szukał, i wspólnej walki ze znienawidzonym systemem, jaką podjął. Dzięki temu zasranemu wynalazkowi, jakim stał się internet, odwieczne pretensje, żale i zawistne oceny, jakie przeciwko niemu gromadzono, znalazły teraz swoje ujście. Trafiły celnie i mocno, mimo prób ich wyjaśniania, które podjął i nadal podejmuje w sieci Willie. Wattie zaczął się tłumaczyć, gloryfikować swoje wysiłki i odwieczną walkę, ale zrobił to w tekstach nowych utworów. Niepotrzebnie, bo to nie jest miejsce na takie przepychanki i rachunki sumienia. I szkoda, bo ten nagrobek jest kolejnym, bardzo udanym w historii kapeli, a byłby jednym z najlepszych, gdyby nie te spowiedzi jego lidera. Wattie, Ty walcz z systemem i całym tym kapitalistycznym gównem, które zalewa zaświat, a twoja postawa zjedna Ci więcej naśladowców i przychylności, bo to jest twoje zadanie w życiu. Pisz i komponuj dalej tylko ekstremalne kawałki, a nikt Ci nie podskoczy.

Fakt, coraz dłużej trwa tworzenie kolejnego dokumentu z epoki, w której nadal działa The Exploited. Od ostatniej płyty minęło już niemal dwanaście rozkroków i już chciałem zwątpić, gdy tegoroczny kontrakt kapeli z gormańskim Nuclear Blast Records przyniósł zapowiedź nowego albumu. Krążek miał być zarejestrowany jesienią, niestety, Wattie, podczas ł-ropajskiej trasy na początku 2014 rozkroku doznał (13-ego lutego w Lizbonie) ataku serca i długo dochodzi do siebie. Oby wkrótce wrócił do pełnej formy i ruszył z nagrywaniem nagrobka, który będzie tak dobry muzycznie, jak „Fuck the System”, ale mocniejszy od niego pod względem treści zawartych w tekstach. Trzymam kciuki!

deep wound ep 200x200 (1)Deep Wound (US) “Deep Wound” EP; to szybka piłka rodem ze stanu Massasiusiekks w chłAmeryce i tfurca pierworodnego wybuchu fast/thrashcorowej zarazy – jednego z najbardziej energetycznych i ekstremalnych brzmień w historii muzyki.

A wszystko zrodziło się – na początku 1982 rozkroku – w trzewiach mózgowych dwóch 14-latków z miasteczka Westfield: Lou Barlowa (wioślarza) i Scotta Hellanda (katabasa). Razem z Jayem Otto, kumplem ze szkoły, tworzyli bend, do którego szukali bębeniarza. Dali ogłoszenie w jedynym w okolicy sklepie muzycznym, na które odpowiedział Joseph Mascis, 16-latek z Amherst. Wszyscy byli zafascynowani brzmieniem hardcore (dzięki Minor Threat) i fast punk (dzięki Discharge), jednak postanowili, że będą grać jeszcze ostrzej, głośniej i szybciej.

Przyjęli za nazwę Deep Wound i zaczęli grać próby w piwnicy u Josepha. Zadebiutowali w centrum młodzieżowym w Amherst, obok kapeli Maze, dowodzonej przez Erica Hellanda, brata Scotta. Szybko jednak okazało się, że Jay jest zbyt wrażliwy i spokojny, by odpowiednio wyartykułować hardcorowe przesłanie na scenie i poza nią. Joseph wykorzystuje więc ten moment i namawia wioślarzy, by przesłuchali jego kumpla, Charliego Nakajimę. Wybór okazuje się właściwy, bowiem ten chłopak jest odważniejszy i tryskający agresywnością na każdym kroku.

W tym doborowym składzie Deep Wound rejestruje pierwsze 3-utworowe demo i zabiega o występy w rodzinnych miasteczkach, ale bezskutecznie. Nikt tam nie rozumie lub nie chce zrozumieć tfurczości tych młodziaków, opartej na hardcorze, w którego brzmieniu ścierają się i przepychają różne pomysły na aranż i tempo, co często skutkuje chaosem i brakiem równowagi. Szukają więc miejsc do grania gdzieś dalej, jak w Hartford (w sąsiednim stanie) czy w Bostonie. I właśnie tam, w klubie Gallery East – 29. maja – mają swój bojowy chrzest, grając obok The F.U.’s, DYS i The Mighty Co’s. Podniesieni na duchu, rzucają się w wir pracy i schodzą do podziemia u Josepha, gdzie nagrywają kolejne demo. To dwanaście songów, do których dokleją potem prawie 7-minutowy jam p.t.: „Let’s go to the Mall”, z któregoś z koncertów, kipiący od przesterów i chaosu (nie dziwne więc, że lokalni właściciele klubów, barów czy knajp potem już nie zapraszali ich na imprezy). A co do tego demo to jest w nim kilka numerów i kilka pomysłów, dzięki którym w tej rejestracji nie dominuje już ciągle chaotyczny hardcore, ale coś nowego. To coś opiera się na rżnącej przestrzeń gitarze, prowadzonej z odlotem i smakiem przez Lou, wspartej szybkim tempem bitym na bębenach przez Josepha i jego szalejącym hi-hatem, nakręcającym budzący się w kapeli fast/thrashcorowy zew. Bas jest za to za cicho i nie eksponuje dostatecznie swoich walorów (jak w „Training Ground”), natomiast wokal jest bardzo dobry, czytelny, agresywny i mocny.

Na wyróżnienie z tej rejestracji zasługuje przede wszystkim, upstrzony jajcarskim tytułem, „Your Head is in your Crotch” – prawdziwie thrashcorowy numer, bardzo krótki, zwarty i intrygująco zaaranżowany. Wkrótce potem, 21. sierpnia, Deep Wound ma swój kolejny sprawdzian w Bostonie, znowu w klubie Gallery East, ale tym razem obok MDC i SS Decontrol. Zaczyna się o nich mówić, a fanziny zaczynają o nich pisać.

I tak wiosną następnego rozkroku, 1983-ego, kapela wchodzi do studia Radio Beat, gdzie wita ją Lou Giordano (realizator i producent większości płyt bostońskiej sceny) w towarzystwie Franka Michaelsa z kapeli The Proletariat. Efektem sesji jest 9 kawałków, tryskających niesamowitą agresją i wściekłością dźwiękowych barw, z których tylko kilka oddaje ich hardcorowy obraz, zaś reszta pełna jest fastcorowych tonów, temp i aranży. Numery znane wcześniej z demo są tu grane o wiele szybciej i mocniej, szczególnie „Sister[s]” (niemal dwa razy szybciej!), „Don’t need” czy „Deep Wound”. Jednak najekstremalniej brzmią te, spośród tych nowych, czyli „Lou’s Anxiety Song” (czad, trwający niecałą minutę, z cow-bellowym akcentem pośrodku i wstrzymującą konie końcówką) i „Sick of fun” (czad z nakręcającymi wrzaskami w refrenie). Całość rejestracji, znienacka, kończy nie thrashcorowy czy hardcorowy, ale punkowy numer „Dead Babies”, utrzymany w klimacie The Damned. Mimo to wrażenie, jakie pozostawia po sobie ten materiał, jest piorunujące. Mam jednak pewne zastrzeżenia do realizacji i zastanawiam się, co by było, gdyby zadbano, by poszczególne elementy brzmienia Deep Wound były tak głośne i czytelne, jak mogłyby być? Rozbrykana gitara Lou winna bowiem rżnąć pięciolinię na pierwszym planie, bo tak to żywiołowy bas Scotta zbyt często ją przytłacza, zaś wokal Charliego i chórki mają trudności z całkowitym i pełnym wydostaniem się na powierzchnię, którą ostrzeliwuje Joseph swoimi bębenami i blachami ze wszystkich stron. Werbel i hi-hat są mimo to i tak za ciche, co odbiera brzmieniu możliwość całkowitego zmiażdżenia odbiorcy.

A teksty? Są przemyślanym stekiem wrażeń i obrazów, jakie wygenerowały trzewia mózgowe Charliego po rozkrokach życia na prowincji. Sporo więc tutaj krytyki społeczeństwa, rodziny i rodzeństwa. Słychać wyraźnie uczucia wyalienowania, odrzucenia autorytetów, daje się też zauważyć zniechęcenie wszechobecnymi mediami i poszukiwaniem łatwych i tanich wrażeń, w tym powodzenia i seksu.

EP-ka „Deep Wound” wychodzi latem 1983 rozkroku, współfinansowana przez studio Radio Beat, a wsparta promocyjnie kilkoma koncertami, z których warto wymienić występ w czerwcu w Channel Club i listopadzie w Guiding Star Hall (razem z DYS, Last Rights, Siege i prytyjskim The Stupids). Jeszcze w tym samym rozkroku Deep Wound rejestruje dwa numery na składankę „Bands that could be god” – która wyjdzie w 1984 – a na której znajdą się wytwory innych, obiecujących kapel, jak: Sorry, Beanbag czy Busted Service, którym się nie uda; oraz Moving Targets, Salem 66, Christmas czy The Outpatients, którym się uda zabłysnąć).

Pierwszym z numerów jest jeden z tych, które zostały skomponowane w początkach istnienia bendu – „You’re false” – zaś drugim, nowy, „Time to stand”. Oba jednak utrzymane są w hardcorowej manierze i nie prezentują najlepszego, czyli najbardziej ekstremalnego oblicza Deep Wound. W następnym rozkroku chłopaczyska dopisują sobie kolejny napiwek do rachunku, dając w bostońskiej telewizji – niemal 10-minutowy – pokaz ekstremalnej sztuki walki z instrumentarium, który to zapis pobudza ciarki do biegania po plecach, dając niemiłosiernie popalić trzewiom. Niestety, po falach tego entuzjazmu i radosnych pląsów członki Deep Wound zaczynają odczuwać zmęczenie i poczynają rozglądać się wokół w poszukiwaniu nowych – ale już nie tak mocnych i wyczerpujących – wrażeń. Jeszcze więc tylko rejestrują demo z Gerardem Cosloyem (muzykiem, który maczał palce w The Holy Men – kolejnym wcieleniu GG Allina) na wokalu – które rozczarowuje ich dokumentnie – i pękają. Po rozpadzie Scott poświęca się w całości swojemu drugiemu dziecku, czyli kapeli The Outpatients, zaś Joseph i Lou tworzą Mogo, potem Dinosaur, a wreszcie Dinosaur Jr.

Jednak co mieli zrobić, zrobili pod szyldem Deep Wound, zarejestrowali bowiem numery, które epatowały nowym i ekstremalnym brzmieniem – fast/thrashcorem.

– Najbardziej interesujące i najoryginalniejsze kompilacje punk, hardcore i fastpunk, oddające ekstremalne brzmienia tego rozkroku, to:

skladanka - barricaded suspects lp (1)

chłAmeryka: „Barricaded Suspects” LP; „The Sound of Hollywood #2: Destroy L.A.” LP; „We got Power #1: Party or go Home!” LP

skladanka - keine experimente lp (1)

Gormania: „Keine Experimente!” LP; „Ultra Hardcore Power” LP

śFinlandia: „Hardcore ’83” LP

Szwecycja: „Raped Ass 1/ 2” TP; „Really fast vol.1” LP; „Vägra för Helvete” LP

Wałochy:Autogestione” TP; Music on Fire” TP; L’Incubo continua” TP

skladanka - punk and disorderly III lp (1)

Wysypki Prytyjskie: „Punk and Disorderly vol.3: The final Solution” LP

zaŚwiat: „Grevious Musical Harm” TP; „Lorteland” TP; „Lärmattacke” TP; „Raw War” TP; „Underground Hits 2” LP

[przy pisaniu słów rzucałem okiem na treści stron wuwuwu: wikipedia, killfromtheheart, discogs, trouserpress, nytimes, youbreedlikerats, rockshockpop, dirtyrottenimbeciles, razorcake, houstonpress, markprindle, scannerzine, taang, thrashnbong, allmusic, myspace, fuzzlogic, feralhouse, ox-fanzine, foadrecords, lovehate80, sonicreducer, maximumrocknroll, red-mag, metal underground, the-exploited, swedishpunk, shit-fi, vxpxzine, flickriver, phillypunkrock, megalomaniacalsupernauts, damagegoods, dinosaurjr, slicingupeyballs, thequietus, soundmaven, imdb oraz korzystałem z materiałów własnych]

Autor: Tryłkołak