NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




EKSTREMALNE ZMYŚLI 03 (1980-1981)

Rozkroki 1980-89 w ekstremalnej sztuce tworzenia i ekspresji dźwięków, słów, obrazów nie wymagały już tylko niezwykle pomysłowych managerów korzystających z każdej okazji, by prowokować opinię publiczną; nie potrzebowały też tylko korporacji płytowych, by rozlać swe żrące i trujące treści po niemal całym zaświacie. Idea DIY weszła w najowocniejszą fazę i najbujniejszy rozkwit, jaki można było sobie wyobrazić. Każdy, kto chciał działać, mógł to robić. Muzycy, uczniowie, studenci, robotnicy, dorabiacze, etatowcy sami kompilowali i kopiowali, tworzyli małe firmy wydawnicze, rozpoczynając od wydawania kasetowych demówek i składanek, przez winylowe single, po pełnometrażowe krążki w dziesiątkach kolorów. Wykorzystywali kserokopiarki nie tylko do powielania okładek do kaset, ale i do winyli, tworząc papierowe składki niewymagające użycia kleju, gilotyny czy zszywek, wkładane potem w foliowe koperty, zwane też kondomami. Pojawiły się pierwsze jednostronne single flexi (z cieniutkiego plastiku) dołączane do gazet muzycznych.

Tych 10 rozkroków charakteryzuje się największą różnorodnością stylów w ekstremie, jakie powstały i istnieją do dziś, począwszy od brzmień hardcore, rap, poprzez thrash, black, speed, death metal i thrashcore, speedcore, po grindcore.
Głównym motorem wzmocnienia ekstremalności tfurczości w poczynaniach undergroundu były mordercze działania premierów dwóch molochów światowego niewolnictwa: Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Z jednej strony polityka strachu przed Związkiem Radzieckim i komunizmem, nakręcająca spiralę konfliktów zbrojnych i wojen na Bliskim i Dalekim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej oraz kontrolowanego przez agencje rządowe terroryzmu, którego ciągłym i długofalowym celem było i jest obalanie – nieodpowiednich dla polityki USA – rządów, ograniczanie wolności ludzi oraz zwiększanie zakresu i możliwości inwigilacji i ingerencji w ich działania; z drugiej likwidacja przemysłu i miejsc pracy dla robotniczych mas, jedynych źródeł “zagrożeń” dla nadludzi i ponadnarodowych korporacji, pozwoliła zeszmacić i zniszczyć etos pracy i plany życiowe milionów. Tych ludzi zdecydowano się ograniczyć do bycia jedynie biernymi obserwatorami zmian na scenie świata, żebrzącymi o podłą pracę lub zasiłek i bezmyślnymi konsumentami produktów marketów i mediów. Udało się to, ale szczęśliwie nie ze wszystkimi.

W tej dekadzie i Polska stała się areną przejmowania kraju, jego majątku i samych ludzi przez nadludzi i ponadnarodowe korporacje, wykorzystujące do tego celu pieniądze i wpływy, a co najważniejsze polskich robotników. Stan Wojenny zastopował te działania, ale wiadomo już było, że dotychczasowy system padnie. Rozkrok 1989 przypieczętował to zmieniając pozornie “stary, zły” system na “nowy, lepszy”. Artystyczni heroldzi tego faktu pojawili się już o wiele wcześniej, jak przysłowiowe atomowe grzyby, rozsiewając ekstremalne treści i brzmienia nie tylko podczas festiwali w Jarocinie.

Do tego polityczno-ekonomicznego krajobrazu trzeba dołożyć epokowy smutny fakt, kiedy to muzyka po raz pierwszy została uznana za produkt do masowej, niemal bezgranicznej sprzedaży. Chodzi mi o wprowadzenie do obrotu płyty CD i stworzenie programu muzycznego MTV. Oba te elementy obdarły muzykę z jej oryginalności i nietuzinkowości, tworząc z nich produkt dla wszystkich, czyli dla klienta niedalekiej przyszłości, bezmyślnego, niedoceniającego wartości sztuki, jej tworzenia i ekspresji. Nigdy nie lubiłem i nie polubię teledysków. Muzyka jest bowiem do słuchania lub do przeżywania na koncertach, Dopasowywanie do jej głównego wymiaru – jakim jest dźwięk – wyimaginowanego obrazu służy tylko wzrostowi sprzedaży produktu i tylko temu. Późniejsze lata pokazały, nadal pokazują i będą pokazywać, że zawartość albumu jest w tym momencie już sprawą drugorzędną. Może być prostacka, kiepska, a nawet gorzej – bo stworzona według szablonu stosowanego przez korporacje muzyczne – jednak wystarczy zrealizować wideoklip do “wybranego przeboju” dla tego wydawnictwa, by media, dzięki niemu, rozbudziły chęć zakupu tego śmiecia u milionów bezkrytycznych odbiorców.

Rozkrok 1980:

toxic reasons - war hero 7 200x200 (1)

– Toxic Reasons (US) “War Hero” 7”; debiut krążkowy tych politycznych gromców zawiera nieziemski numer na stronie B – “Somebody help me”. Brzmienie gitary, jak piła, rozdziera i rżnie całość numeru w drzazgi, które wraz z tekstem, mówiącym o prześladowaniu mniejszości, w tym także i białej w wieku tzw. poprodukcyjnym, przebijają mózg, drażnią go, nie dając przejść obojętnie nad brzmieniem i problematyką tego genialnego numeru.

the plasmatics - butcher baby 7 200x200 (1)

– The Plasmatics (US) “Butcher Baby” 12”EP; to Captain Kirk, czyli Rod Swenson – dyplomowany anty-artysta i prowokator, producent koncertów i wideo m.in. dla: The Ramones, The Dead Boys, Patti Smith czy Blondie – zobaczył w Wendy O. Williams urzeczywistnienie swych kontrkulturowych, anarchistycznych, anty-społecznych, anty-mieszczańskich, anty-cenzorskich i niemoralnych zamiarów i eksperymentów. Stał się kontynuatorem pasma prowokacji, jakie były dziełem Malcolma McLarena i The Sex Pistols. Stworzył bluźnierstwo o nazwie The Plasmatics, którego front zajmowała Wendy, prawdziwa kobieta-demolka. Szokująca “Królowa Rocka”, “Królowa Punka”, “Kapłanka Metalu”, “Dominantka Decybeli”, przez jednych uważana za radykalną anarchistkę, przez innych za najbardziej kontrowersyjną postać w historii rocka. Była świetną tancerką, stepowała, brała udział w pokazach erotycznych, grała w filmach porno. Nienawidziła muzyki disco, występowała przeciwko mediom, urzędasom, glinom, konsumpcjonizmowi, była obrończynią praw zwierząt  i wegetarianką. To ona i The Plasmatics jako pierwsi połączyli w swej tfurczości niepołączalne dotąd ekstremalne gatunki rocka: punk i metal. To ona podczas koncertów niszczyła i eksplodowała samochody (głównie Cadillaci), rozwalała kowalskim młotem odbiorniki tv, niszczyła kolumny, przewracała stojaki oświetleniowe, przepiłowywała piłą mechaniczną gitary (najczęściej podczas trwania numeru “Butcher Baby”), obnosiła się z bronią, śpiewała, charczała i wrzeszczała w strojach topless, pozorowała akty kopulacji i masturbacji z użyciem różnorakich przedmiotów, błyskając przy tym cyckami, których sutki bywały zaklejane czarnymi paskami taśmy elektrycznej czy też spięte spinaczami do bielizny; to ona ryzykowała życiem na koncercie podczas trasy po Zachodnim Wybrzeżu rozpędzając Cadillaca bez hamulców, następnie wyskakując z niego tuż przed jego zderzeniem ze sceną pełną materiałów wybuchowych, co skończyło się totalną rozpierduchą wszystkiego; to ona wjeżdżała rozpędzonym szkolnym autobusem w ścianę telewizorów oraz wisiała na drabince pod lecącym helikopterem podczas realizacji teledysku “The Damned” do albumu “Coup d`Etat”;  to ona w 1981 rozkroku (po wydaniu “New Hope for the Wretched”) została aresztowana na scenie w Milwaukee (zarzut: akt seksualny z użyciem młota kowalskiego), następnie bardzo dotkliwie pobita (razem z Rodem) przez policjantów z Vice Squad (oddziału do walki z hazardem, prostytucją i inną obsceną), opatrzona w szpitalu i wrzucona do więzienia. Po 2 nocach wypuszczona za kaucją, została wkrótce w Cleveland znowu aresztowana (zarzut: akt seksualny na scenie, a ponadto obsceniczny “ubiór”, za który posłużył jej jedynie rozprowadzony po ciele krem do golenia). To dzięki opinii prytyjskich mediów na jej i bendu temat lokalne urzędasy (z wkrótce zlikwidowanej rady Wielkiego Londynu) odwołały w ostatniej chwili wyprzedany już, jedyny koncert The Plasmatics w Wielkiej Brytanii, który miał się odbyć w londyńskim Hammersmith Odeon. To Wendy – jako pierwsza – wprowadziła za Oceanem modę na “koguty”, pokazując się w tej fryzurze w 1980 rozkroku; to ona nie zgodziła się zakryć, by wystąpić w programie telewizyjnym NBC “SCTV”, co skończyło się pierwszym w historii telewizji przypadkiem, by gość programu pojawił się przed kamerami z zamalowanym na czarno biustem; to ona podczas znajomości z Lemmym z Motörhead i rejestracji EPki “Stand by your Man” doprowadziła do tego, że wieloletni kumpel i muzyk Motörhead – gitarzysta “Fast” Eddy Clarke – porzucił bend; to ona wreszcie, po dwóch nieudanych próbach samobójczych (raz wbijając sobie nóż w klatkę piersiową, następnie przedawkowując efedrynę) zakończyła żywot strzelając do siebie z broni, za co podziwiam ją bezgranicznie.

Zaś The Plasmatics było pierwszą kapelą w historii rocka, która nie mając kontraktu z korporacją płytową, a jedynie na bazie lokalnych koncertów i 3-ech singli/maxi-singli wydanych przez firmę płytową Roda – Vice Squad – zagrała 16. listopada 1979 rozkroku całkowicie wyprzedany koncert w renomowanym klubie Palladium Theatre w Nowym Jorku. A planowany na 2 wieczory koncert jesienią 1980 rozkroku w równie sławnym klubie Whiskey A Go Go w Los Angeles został wydłużony o 3-cią, a potem i 4-tą noc, co do tej pory nigdy nie miało tam miejsca. The Plasmatics oczywiście odwoływano koncerty, moraliści gromili ich akty perwersji i obsceny, organizacje “dbające” o wychowanie młodzieży protestowały, prasa odnosiła się do bendu z ogromną niechęcią… Ale muzyka była tą bronią, której nie dało się ograniczyć. W 1980 rozkroku Rod podpisał kontrakt z prytyjską wytwórnią Stiff Records. Jej nakładem pojawił się najpierw “Butcher Baby” z doskonałą okładką, w wersji singlowej i maxi-singlowej, the plasmatics - new hope for the wretched lp 200x200 (2)a potem debiut “New Hope for the Wretched”. Nagrobek miał równie doskonałą oprawę graficzną, bowiem zdjęcia Roda ukazywały to wszystko, co było cechą  charakterystyczną tfurczości bendu: piła mechaniczna, młot kowalski, rozwalone telewizory, cadillac w basenie, Wendy topless oraz pokraczny acz doskonały gitarzysta Richie Stotts pływający na dętce (wielkolud, podkreślający swoją dziwaczność jeszcze lekarskim fartuchem, maska na twarzy, krótką nakrochmaloną spódniczką, rajstopkami oraz noszonym na głowie krótko przystrzyżonym niebieskim “grzebieniem”).

To było na wierzchu, a wewnątrz wszystkie kawałki znane z singli, 2 nowe numery (“Monkey Suit”, “Test Tube Babies”) i koncertowy “Squirm”. Płytowa wersja kawałka “Dream Lover” zawierała wymyślony przez Roda wtręt: kilkuminutową rejestrację wszystkich muzyków, odizolowanych od siebie w kabinach i pozbawionych możliwości widzenia i słyszenia siebie nawzajem. Wendy grała tam wtedy na saksofonie. Zaś “Corruption” rozpoczynało się i w środku numeru rozwiercało eksplozją serii z karabinu maszynowego.

the plasmatics - monkey suit 7 200x200 (2)Singel “Monkey Suit” – wydany między debiutem a “Beyond the Valley of the 1984” – miał już mocno prowokacyjną okładkę, wyraźnie sugerującą “dziwaczny” seks, zaś drugi nagrobek przykuwał wzrok kolejnymi doskonałymi zdjęcia Roda, zrobionymi części muzykom na pustyni w Arizonie. Treściowo był coraz mocniejszy zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej (“Sex Junkie”, “Pig is a Pig”).

W 1981 rozkroku zarejestrowano jeszcze “Metal Priestess”, będący pierwszym namacalnym dowodem na doskonałość połączenia brzmień punkowych z metalowymi. Nie sposób nie zauważyć satanistycznego w wymowie kawałka “Doom Song”, a z drugiej mańki – “12 Noon” – typowo punkowego rozliczenia z konsumpcjonizmem i czynnikami zagłady zaświata na własne żądanie. W następnych rozkrokach kolejni wydawcy i promotorzy (także i korporacyjne Capitol Records) próbowali skomercjalizować The Plasmatics, co słychać mniej lub bardziej na nagrobkach “Coup D’Etat”, “WOW” czy “Kommander of Kaos”, szczęśliwie jednak ostatni w ich historii – a wydany w 1987 rozkroku – “Maggots: The Records” uwalnia się z tego postronka. Jest w ogóle czymś niezwykłym, bo ponad 30-minutowym horrorem opowiadanym przez Jamesa Gertha i łączonym doskonałymi, thrash-, a nawet momentami speedmetalowymi kawałkami. Album opowiada historię Nowego Jorku po wydostaniu się z laboratorium zmutowanych robalowych monstruów, które w krótkim czasie szybko rosną i rozmnażają się, ale co najważniejsze, żywią się ludźmi. Z wszystkich pięciu (bo “Finale” jest ich kompilacją) zwraca największą uwagę numer “Brain dead” z niezwykle szaloną końcówką!

sheer smegma

– Sheer Smegma (US) “Audio Suicide” EP; 4-utworowa EPka o doskonale dobranym tytule aż kipi od, choć nie do końca profesjonalnie dobywanych rytmów i brzmień garage punk rockowych spętanych psychodelią, ale za to erupcjuje kakofonią niesłychanie rozwrzeszczanych i rozryczanych steków sprośnych opowieści charczanych przez Cookie Mold. Ten kompletnie babski kwartet uzupełniały równie mocno walnięte: Spam Ax [Pam Axley] (wiosło), Fish [Sarah Parsons] (basistka i współautorka kilku tekstów) oraz Joesaphine Dupont (bębeny).
Okładka singla jest niemal tradycyjna, gdyby tylko nie ta nazwa… szok… to jakby u nas ktoś założył formacyję Serek Spod Laski, a może lepiej Wydzielina Z Pochwy. A co czekało na oszołomionych klientów w środku koperty… Armageddon! “Alophen Baby” opowiada sugestywnie i obrazowo o fascynacjach kałem młodej koprofażki, lubiącej godzinami siedzieć na kiblu i bawić się rzadkim kałem; “I wanna be a Man” jest wulgarną opowieścią o mężczyznach, tych szowinistycznych świniach, brudnych i śmierdzących gnidach oraz pieprzonych zasranych gnojach. Podobne tym określenia, jakich używa Cookie, dają prawdziwy i pełny obraz mężczyzny XX wywieku, o jakiego nie trudno nie tylko w chłAmeryce; “I owe it to the Girls” to widziana z męskiej perspektywy opowieść o jego “wspaniałości”, “talentach”, widocznych głównie w próbie brutalnej dominacji nad kobietami; “Clubnite” zaś jest krytycznym spojrzeniem na ‘klubowanie’, u nas obowiązkowej pozycji w rozkładzie piątkowego i sobotniego wieczoru u trendowatych na początku tego wywieku.
W tych kolorowych, obscenicznych ujęciach przyrównałbym Cookie do GG Allina, z tą jej nieokiełznaną agresją, z tą skłonnością do autodestrukcji, co zresztą było główną przyczyną krótkotrwałego istnienia kapeli. Nie wiem, dlaczego Alternative Tentacles wznowiło ten album 4 lata później, zmieniając nazwę bendu na Teddy & The Frat Girls, a tytuł krążka na “I wanna be a Man”. Cóż z tego, że ten maxi-singel zawierał dodatkowy numer “The Egg Man don`t cometh”, ale sam produkt nie miał już tego uderzenia, co 7-calowy debiut, ten pierwszy, prawdziwy.

dead kennedys - fresh fruit for rotting vegetables lp 200x200 (1)

– Dead Kennedys (US) “Fresh Fruit for rotting Vegetables” LP; ten debiut jednej z kluczowych formacji hardcore punk w chłAmeryce do dzisiaj broni się doskonale. Był należycie wypromowany dwoma kultowymi już singlami “California über alles” i “Holiday in Cambodia” oraz dzięki szeroko komentowanemu występowi bendu podczas rozdania nagród “Bay Area Music Awards” w San Francisco, gdzie zamiast uzgodnionego z organizatorami numeru “California über alles” Dead Kennedys zagrał “Pull my Strings”, uderzając mocno w komercyjny rynek muzyczny i wydawców m.in. słowami “Czy mój kutas jest wystarczająco wielki, a mój mózg – mały, byście uczynili ze mnie gwiazdę?”. Do tego bijąca po trzewiach nazwa Martwi Kennedy, to jakby ktoś tutaj spróbował założyć kapelę o nazwie Martwi Kaczyńscy (no, niechby spróbował! To może choć Ob`rzydliwa T`uskawka?).
To pierwszy pełnometrażowy album wydany przez Alternative Tentacles, firmę założoną przez dwóch muzyków bendu: basistę East Bay Raya i wokalistę Jello Biafrę. Wydawnictwo, które – mimo kłopotów finansowych, jak i prawnych – istnieje do dziś, wydało i wydaje wiele wartościowych (i często zbyt kontrowersyjnych lub niekomercyjnych dla innych) albumów bendów, jak choćby Dicks, Butthole Surfers, Crucifucks, Amebix, NoMeansNo, MDC, D.O.A. czy Leftover Crack.
“Fresh Fruit for rotting Vegetables” miało doskonałą okładkę, jednak to jest nic w porównaniu z zawartością muzyczną i tekstową. Muzycznie ten album bardzo mocno wkopany jest w punkowy grunt, niewiele w nim ziaren hardcorowych, ale zagrany z taką wprawą, agresją i animuszem, że trudno znaleźć w nim słaby punkt. Do tego teksty autorstwa Biafry: zaangażowane politycznie, ostre i dyskusyjne – pełne apokaliptycznych wizji przyszłości, piętnujące ludzką głupotę, niepohamowaną rządzę polityków i kapitalizm – ale niepozbawione sarkazmu i czarnego humoru, przydają tej płycie jeszcze większego kolorytu i oryginalności. Weźmy na warsztat “Kill the Poor” – “pomysł” użycia bomby neutronowej, której charakterystyczną cechą jest niszczenie jedynie istot żywych, nie zaś dokonywanie zniszczeń materialnych. Cóż więc z tego płynie za korzyść i dla kogo? No dla bandyckich deweloperów, którzy w ten sposób mogą “oczyszczać” biedne dzielnice (domy, budynki) z nieproszonych gości, czyli zwykłych ludzi, wyborców, czynnych, biernych, samotnych czy z rodziną. “Chemical Warfare” sarkastycznie opowiada o “szaleńcu”, który z wojskowych magazynów wykradł gaz musztardowy, następnie wypuścił go bogaczom na polu golfowym. Miał ogromną satysfakcję, obserwując, jak się duszą i zwijają w konwulsjach… ja też bym miał; podobny wydźwięk niesie i “I kill Children”. “California über alles” przedstawia chłAmerykę oczami gubernatora Jerry Browna (na doskonałym mini-albumie “In God we trust, Inc.”, z kultowymi “Religious Vomit” i “Nazi Punx fuck off!”, jego oczy “zastąpili” oczami Ronalda Reagana, tytułując song “We`ve got a bigger Problem now”) zwanego “żądnym władzy faszystą”, dla którego idealnym modelem stanu Kalafiornia, a potem całego kraju są nazistowskie Niemcy. A “Holiday in Cambodia” opowiada o jednym z milionów “wyedukowanych” po kapitalistycznemu chłopaków, który tyle wie o świecie, czy nawet drugim stanie, co nic. Więc jakaś wojna w Kambodży to jest dla niego jakiś miraż, do momentu, kiedy tam pojedzie jako żołnierz. Wtedy miraż zmienia się w koszmar. Podobny wydźwięk ma także i “When You get drafted”. “Forward to Death” i “Drug me” mówią o znudzeniu teraźniejszością, niechęci do wszystkich wokół i wszystkiego, poza odebraniem sobie życia.

dead kennedys - holiday in cambodia 7 200x200

Warto przy debiucie płytowym DK wspomnieć o promującym go, drugim w ogóle, a pierwszym singlu wydanym w 1980 rozkroku, na którego stronie B umieszczono kawałek “Police Truck” – bardzo sugestywną opowieść o policjantach, którzy dla rozrywki zajmują się wyłapywaniem pijaczków i biciem ich oraz polowaniem na prostytutki, które gwałcą. Taki singel musiał zapowiadać coś równie mocnego i album chyba nikogo w tym nie zawiódł. Potem był mały krążek “Kill the poor” (z nową wersją tego numeru), dalej “Too drunk to fuck” i wspomniany mini-album, a po nim bardzo zwarty, już prawdziwie hardcorowo-punkowy “Plastic surgery Distasters”, z wieloma kultowymi numerami, jak “Government Flu”, “Buzzbomb”, “Well-paid Scientists”, “Riot”, “Bleed for me” czy “Moon over Marin”. Oba wspomniane pełne krążki miały w dodatku wypasione booklety, zawierające teksty utworów i musowe dla punka i hardcora collage haseł i tytułów z gazet, ośmieszające polityków, głowy państw i kościoła, pokazujące dziwaczności świata żywych: bezmyślny i bezkrytyczny konsumpcjonizm, pogoń za sławą i sensacją. Wydawało się, że świetności bendu nic nie zdoła więc już zatrzymać. Niestety, agresja i prawda bijąca z tfurczości DK bardzo nie podobała się prawicowym kościelnym i politycznym moralistom. Policja zaczęła pojawiać się na koncertach, a atmosfera w samej kapeli zaczęła gęstnieć. Dead Kennedys rozpadł się po procesie, jaki wytoczyła Biafrze, wytwórni Alternative Tentacles i dystrybutorowi w 1985 rozkroku organizacja PMRC, “dbająca” o światopogląd i czystość chłamerykańskich pociech. Na skutek interwencji jednej z matek organizacja wszczęła proces, której atakiem najpierw była okładka, potem tytuł a wreszcie umieszczony w kopercie albumu “Frankenchrist” plakat H.R. Gigera “Penis Landscape” (w skrócie: fiuty w cipach). Jello Biafra uważał, że stał się kozłem ofiarnym, że wszystkie dotychczasowe działania rządowych agencji i policji miały na celu doprowadzić do takiego procesu, bo jego firma jest mała, samofinansująca się, więc wiadomo, że takiego procesu nie przetrzyma. Ale przetrzymała. I kiedy proces się skończył Alternative Tentacles wydało ostatni – bo szczęśliwie zarejestrowany wcześniej – najlepszy album w historii DK: “Bedtime for Democracy”. Prawdziwie hardcorowy i niszczycielski zarówno w warstwie tekstowej (“Dear Abby”, “Shrink”, “Anarchy for sale”, “Cesspools in Eden”, “A Commercial”, “Chickenshit Conformist”), jak i muzycznej (“Take this Job and shove it”, “The Great Wall”, “Cesspools in Eden”). Niestety na skutek procesu komercyjne media zignorowały go, natomiast na koncertach ubywało wiernej publiki, zaś coraz częściej dochodziło do spięć i awantur. Powodem tego było mocne różnicowanie się sceny hardcorowej w chłAmeryce w połowie lat 80. Wzorcem zmian była scena nowojorska, NYHC, której poglądy były mocno prawicowe.
Ale na tym nie koniec problemów Biafry. Numer “Holiday in Cambodia” stał się głównym powodem sprawy sądowej, którą w 1997 rozkroku wytoczyli mu byli muzycy bendu, co skończyło się utratą praw do wydawania/wznawiania albumów DK przez Alternative Tentacles na rzecz Manifesto. A (pozornie) poszło o brak zgody Biafry na udzielenie fragmentu tego nagrania do reklamy dżinsów Levi, choć mówiło się także o braku rozliczeń sprzedaży płyt i należytego zainteresowania katalogiem Dead Kennedys (reedycje).

circle jerks

– Circle Jerks (US) „Group Sex” LP; Keith Morris pracował w sklepie muzycznym, do którego trafił Greg Ginn. Mieli wspólne zainteresowania muzyczne i wspólne pasje, jak surfing. Założyli więc kapelę Panic, z której wkrótce wyłonił się Black Flag. Pierwsze kompozycje, codziennie próby, koncerty w różnych dziwacznych miejscach, wreszcie rejestracja singla „Nervous Breakdown”. Keith stroniący od dyscypliny i lubiący luźny styl życia nie mógł dojść do porozumienia z Gregiem. On komponował i pisał teksty, zaś teksty piosenek Keitha nie były dopuszczane dalej niż do poziomu próby. Keith używał narkotyków, pił alkohol, co dawało dobre rezultaty na koncercie, na scenie, ale poza nią zaczęły się kłopoty. Odszedł więc z Black Flag, uważając, że wszystko złe, co się zdarzało wtedy w tej kapeli skupiało się tylko na nim, więc miał tego dość. Grega Hutsona poznał już wcześniej, podczas niesławnego koncertu w Polliwog Park na Manhattanie, kiedy to zadyma, jaką wywołał Black Flag, uniemożliwiła występ Eddie and the Subtitles, w której grał Greg. Teraz, razem z nim – już byłym gitarzystą Red Kross – stworzyli pierwszy w Los Angeles prawdziwie hardcorowy bend, czyli agresywny w brzmieniu, nieprawdopodobnie szybki w tempie i aktualny w młodzieńczych słowotfurczych treściach. Ostateczną nazwę kapeli wymyślił Keith, kiedy oryginalna, The Bedwetters, przestała mieć sens i hardcorowy wydźwięk. Ta zaś go miała, bowiem Circle Jerks znaczy zbiorową masturbację. Wstępne pomysły i projekty na debiutancki album spotkały się z protestami Grega Ginna, który przestrzegł Keitha przed wykorzystaniem utworów, które były grane na próbach Black Flag, a które nie zostały zarejestrowane. (Może to właśnie zawierała kaseta, którą ponoć w II połowie 1979 rozkroku miała wydać firma Frontier?) Cóż było robić, trzeba było poprzerabiać „stare” kawałki i skomponować nowe.
Album „Group Sex” został zarejestrowany w lipcu 1980 rozkroku w studiu Byrdcliffe, Kalafiornia, razem z basistą Rogerem Rogersonem i Lucky Lehrerem – uznawanym, m.in. przez fanzine Flipside, za jednego z najlepszych bębniarzy tamtych czasów. Nagrobek zawiera 14 kawałków trwających niecałe 16 minut, z których najdłuższym jest „Back against the Wall” (1:35), zaś najkrótszym – „Deny everything” (0:28). Cztery kawałki pochodzą z czasów Black Flag – “Wasted”, “Don`t care”, “Behind the Door” i „Red Tape”, zaś jedna – „Live fast die young” – z czasów Red Kross. Brzmienie całego albumu jest niebywale wybuchowe: nabuzowane nieokiełznaną hardcorową energią i szybkością, jakiej nadali mu Lucky i Greg; pełne agresji i pasji zogniskowanej w szaleńczych opowiadaniach Keitha, zachęcających do używaniu życia na wszelkie sposoby, nakłaniających do protestu przeciwko zastanym normom społecznym, układom i systemom politycznym, ale mówiących też równie często o rozczarowaniu i zagubieniu w tej „monotonii” przepływających przez palce jednakowo przeżytych dni.
Circle Jerks nie miał problemów z koncertami, grali ich mnóstwo i to nie tylko w Kalafiornii, często tam, gdzie Black Flag było zakazane. A po udziale w filmowym dokumencie „The Decline of Western Civilization” z 1980 rozkroku – gdzie wykorzystano aż 5 koncertowych fragmentów ich kawałków – Circle Jerks już nie mogło opędzić się od ofert koncertów na obu wybrzeżach chłAmeryki. W 1982 rozkroku bend zmienił wydawcę, zarejestrował i wydał drugi album „Wild in the Streets”, który niestety – poza kawałkiem „Trapped” – nie był w stanie powtórzyć sukcesu debiutu i przekazać tak ekstremalnego filingu.

wieslaw gornicki - bambusowa klepsydra ks 150x200 (1)

– Wiesław Górnicki (POL) “Bambusowa klepsydra”; książka-reportaż polskiego dziennikarza z Kambodży, w której przebywał w 1979 rozkroku po zakończeniu rządów Pol Pota – przywódcy Czerwonych Khmerów – inicjatora “rewolucji kulturalnej” na wzór chińskiej. Efektem jej wprowadzenia była całkowita zagłada wszelkich oznak cywilizacji w tym kraju. Zginęło około dwóch milionów ludzi, a wielkie – kiedyś nowoczesne – miasta jedynie pełne są zgliszcz, zdemolowanych sprzętów i umarłych. Opisy zasłyszanych tam przez Górnickiego stosowanych rodzajów tortur, egzekucji i śmierci są równie niesamowite, co opisy powodów i zdemolowanych urządzeń, bez których obecny, “cywilizowany”, człowiek nie mógłby się obejść. 1) miasto Prey Veng, wszystkich 22 tysiące mieszkańców wymordowano, pozostały po nich jedynie setki (!) metrów sześciennych (!) kości, poskładanych i magazynowanych w różnych miejscach. Opisy autora oglądającego ostatni z kilkunastu osadników filtracyjnych, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczył zwłoki ludzkie w stanie płynnym pokryte grubą warstwą intensywnie żerujących, głośno chrzęszczących robali, są niezapomniane. 2) skład konsygnacyjny, gdzie zobaczył nieużywane, drogie, zachodnio-ł-ropajskie samochody, niektóre z kluczykami w stacyjkach, “pożarte” przez dżunglę, bardzo szybko rosnące w tym klimacie liany, pnącza i pędy tysięcy krzewów.

Rozkrok 1981:

angry samoans - queer pills ep 200x200

– Angry Samoans/ Queer Pills (US) EP; to nie były zepsute dzieciaki, ale rozsiewający zgorszenie i bluzgi faceci, którzy dawno zapomnieli już o swoim pokwitaniu, bowiem Mike Saunders i Gregg Turner mieli już za sobą wieloletni staż w prasie muzycznej oraz granie w kilku kapelach, a wspólnie w formacji VOM, stworzonej w 1976 rozkroku. EP-ka „Live at Surf City” dokumentowała to, co było dla nich motorem stfurczym: punk rock i obrzydliwie sprośne, wręcz nawet pornograficzne teksty (rzućcie uchem na „I’m in Love with your Mom”, „Electrocute your Cock” czy „Too animalistic”). Nie dziwota więc, że kiedy w 1978 rozkroku założyli Angry Samoans – razem z basistą Toddem Homerem (który miał już za sobą równie obsceniczny trening w bendzie o niewybrednej nazwie Jesus Prick), bębeniarzem Billem Vockerothem i gitarzystą Kevinem Saunders, młodszym bratem Mika – w ich trzewiach mózgowych poczęła się lęgnąć obsceniczna mania prowokowania i obrażania każdego, kto im wszedł w drogę lub zalazł za skórę. Nie przebierali w słowach, porównaniach i epitetach. Z wyraźną manią piętnowali dziewczyny i kobiety oraz homoseksualistów czy transwestytów (może dlatego Kevin szybko opuścił ich szeregi?).
Pierwszy koncert dali 28 października 1978 rozkroku w The Rio Theatre.
Potem zaczęli rejestrować demówki: pierwszą, drugą, trzecią…

angry samoans - inside my brain 12ep 200x200

Po dwóch koncertach w sobotni wieczór w sklepie Rhino Records w maju 1979 rozkroku Kevina zastąpił jeden z najlepszych wioślarzy w okolicy – P.J. Galligan z formacji T.U.M.O.R.S., a Mike zdecydował, że „szybsze” i „krótsze” wersje ich dotychczas stworzonych numerów to jest to, czego im trzeba. Próby mieli w opuszczonym kościele, tam, gdzie Black Flag i Red Kross; materiału było coraz więcej, już jesienią 1978 rozkroku mieli 6 numerów na maxi „I`m in Love with your Mom”, ale nie mieli forsy, by to wydać. Później część z tych kawałków, zarejestrowana na nowo wiosną 1980 rozkroku, pojawiła się w październiku na maxi „Inside my Brain”, oficjalnym debiucie Angry Samoans, nagranym przez Spota, tego samego, który był realizatorem wczesnych dzieł Black Flag.
Jesienią 1981 rozkroku wyszedł drugi krążek tych prześmiewców i obrazoburców. Został wydany jednak pod nazwą Queer Pills, a to w związku aferą, jaką wzniecił debiut, który zawierał kawałek „Get off the Air”. Jego tekst uderzał ostro w Rodneya Bringenheimera (wieloletniego DJa w KROQ Radio, pierwszego radiowego promotora kapel punkowych w II poł. lat 70. w chłAmeryce), a w dodatku cały ten atak został jeszcze wzmocniony pogróżką wypowiedzianą pod jego adresem przez basistę w programie radia KPFK. Angry Samoans zaczęło mieć spore problemy z koncertami, bowiem zostali zakazani w większości klubów w Los Angeles. Kancelaria prawnicza Rodneya straszyła, że zażąda od sądu wniosku o nałożenie kary pieniężnej w wysokości 100.000 USD od każdego członka zespołu za szkody moralne. Szczęśliwie nie doszło do tego. Natomiast zawartość tej EP-ki była nie mniej uciążliwa dla uszu moralistów od debiutanckiego maxi. Szalone gitary i te łamane, często dziwaczne, tempa, jakie narzucał za bębenami Bill, nie dały się łatwo zaszufladkować. A Todd i Mike strzykali spomiędzy zębów treściami pełnymi brudu i przekleństw, nic sobie nie robiąc z opinii publicznej czy środowiska. Było to często uderzenie poniżej pasa, ale nie przejmowali się tym, bo takie chcieli prowadzić życie. Ktoś z tłoczni dał znać Rodneyowi, że ten Queer Pills to zamaskowany Angry Samoans. Nie zostali więc umieszczeni w filmowym dokumencie „The Decline of Western Civilization”, prezentującym budzące się nowe brzmienie na punkrockowej scenie Los Angeles w rozkrokach 1979-1980. Ale czy to było rzeczywiście winą zawartości krążka?
“You stupid Jerk” fakt, wydaje się być odpowiedzią bendu na wytoczony im przez Rodneya proces. „Time to fuck” niemal w fotograficzny sposób rejestruje codzienność tamtejszych dzieciaków, czyli alkohol, narkotyki, dymanie i potem rzyganie, zaś “They saved Hitler`s Cock” – przedstawiający sytuację, co by było, gdyby odnaleziono fiuta Hitlera, a on zacząłby mówić i chciałby znowu zabijać – skierowany jest przeciwko Jerremy Falwellowi, pastorowi telewizyjnemu i twórcy politycznej organizacji „The Moral Majority” (której działalności dotyczył także kawałek Dead Kennedys na maxi „In god we trust, Inc.”).

angry samoans - back from samoa lp 200x200 (1)

Jesienią 1982 rozkroku przyszedł czas na pełnometrażowy debiut „Back from Samoa” (choć tych 14 numerów nie trwa nawet osiemnastu minut), wydany własnym sumptem przez bend. Ten album jest jedną z hardcorowych perełek tamtych czasów i choć był nagrywany w dwóch rzutach, bo Mike w pewnym momencie porzucił robotę, więc zastąpił go Jeff Dahl, jednak, kiedy było gotowe już 2/3 materiału, Mike powrócił i trzeba było rejestrować część kawałków od nowa. Część numerów znana jest z poprzednich sesji i wydawnictw, jednak tutaj ich brzmienie jest najmocniejsze i najlepsze. Wystarczy posłuchać kultowych „You stupid Jerk”, „They saved Hitler`s Cock”, „The Todd Killings” czy „Homosexual” – wściekłego ataku na Darby Crasha, wokalistę The Germs, pedała, który zmarł wiosną 1981 rozkroku. “Ballad of Jerry Curlan” to kolejna ohydna opowieść, pełna nienawiści i pornograficznych obrazów wyśpiewywanych (tak wyśpiewywanych) przez Todda do jakiegoś gościa, który ponoć istniał i dał mu się i jego siostrze bardzo we znaki. „Tuna Taco” przepełnione jest literackim erotyzmem o rybnym zapachu cipy, pozostawionym na rękach, zaś „Lights out” proponuje osiągnięcie innego wymiaru (śmierci?) przez wydłubanie sobie oczu widelcem lub długopisem. „Not of this World”, podobnie jak „The Todd Killings”, rozpatruje uczucia towarzyszące makabrycznym rękoczynom i rękodziełom dokonywanym przez seryjnych morderców. Natomiast zastanawia mnie historia doskonałego numeru „Steak Knife” i nigdzie nie znalazłem wyjaśnienia, bo według mnie oryginalnie ten kawałek nosił tytuł „Posh Boy`s Cock” i pojawił się nieco wcześniej na gormańskiej składance „Underground Hits vol.1”, obok równie doskonałego, co małoznanego słowotfurczego ataku, na słodkawy bend Status Quo, zatytułowanego „Pictures of Matchstickmen”. Wydaje mi się, że tekst „Poshboy`s Cock” może być spokojnie odebrany, jako kolejny atak na Rodneya, bowiem Posh Boy to nazwa wydawnictwa płytowego, które wydało trzy części składanki „Rodney on the Roq”, zawierającej wybrane przez niego nagrania kapel punkowych i hardcorowych. Więc ta zmiana tytułu i tekstu daje do myślenia, bo chyba Mikowi i Toddowi nie bardzo już się chciało wywoływać kolejną wojnę, a może coś do nich dotarło…
Fakt faktem, „Back from Samoa” jest rewelacyjnym nagrobkiem. Dzięki niemu o Angry Samoans stało się głośno nie tylko w Kalafiornii, całych Stanach, ale i poza nimi. Wszystkie studenckie radiostacje na obu wybrzeżach grały kawałki z tego nagrobka, a dzieciaki na ich koncertach śpiewały teksty razem z nimi. Byli więc u szczytu popularności, uznawani za kultowych prześmiewców, nie bojących się tknąć kogokolwiek, tryskali sarkastycznym dowcipem i emanowali luzactwem. To jednak z czasem powoli zaczęło im doskwierać. A może już zauważyli, że także śmieją się z siebie samych? Odszedł P.J. Galligan, a prace nad nowymi kawałkami nie kleiły się. Kolejna EP-ka, „Yesterday started Tomorrow”, została zarejestrowana i wydana dopiero po pięciu rozkrokach od „Back from Samoa” i rozczarowywała pod każdym względem. Kapela straciła wszystko, ostrze i moc, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. I nigdy tego nie odzyskała…

minor threat - minor threat ep 200x200 (1)

– Minor Threat (US) “Minor Threat” EP; debiut czołowej formacji okręgu waszyngtońskiego, stworzonej przez Iana MacKaye i Jeffa Nelsona, kumpli, szalonych, rozwrzeszczanych, pełnych energii i agresji, którzy wcześniej grali już w The Slinkees, a potem w Teen Idles. Tworzyli scenę DC m.in. do spółki z S.O.A., The Untouchables, Government Issue, Youth Brigade, Bad Brains, Slickee Boys, Iron Cross, Void i The Faith, która była dla nich i innych dzieciaków – pochodzących ze średnio- i niezamożnych rodzin – niewysłowioną dumą. Udowadniali swoją wyższość jeżdżąc np. do Nowego Jorku i wszczynając tam na koncertach bójki z autochtonami. Z kolei dzieciaki z innych miast przyjeżdżały do Waszyngtonu na koncerty, by się „sprawdzić” z tutejszą ferajną. Ian i Jeff założyli razem także wydawnictwo Dischord Records,  najpierw z myślą, by tylko wydać singla Teen Idles „Minor Disturbance”. Do dzisiaj wytwórnia istnieje i uznawana jest za wzorcową w kwestii etyki DIY, a także w kwestii przywiązania do swego okręgu, miasta i jego kapel. Minor Threat, obok wspomnianej dwójki graczy, miał w składzie Lyla Preslara z The Exctorts oraz utalentowanego 15-letniego basistę Briana Bakera. Ich płytowy debiut zawiera aż 8 kawałków, co było największą dotąd spotykaną ilością numerów na małym krążku. Wszystkie utrzymane w hardcorowym stylu, zwracały uwagę nieskomplikowanym, ale pełnym szalonego tempa, brzmieniem – głównie dzięki gitarze Lyla – opatrzonym nie polityczną, a społeczną i nieco moralizatorską treścią. Do najlepszych numerów zaliczam: „Filler” – był rozliczeniem z Teen Idles, które rozpadło się głównie przez dziewczynę, której chrześcijańska nietolerancja rozsadziła przyjacielską strukturę kapeli; „Straight Edge” to osobiste wyznanie Iana dotyczące jego prywatnego stylu życia, czystego, pozbawionego używek i przygodnego seksu. Było tak jasne i proste w wymowie, że ku zdziwieniu samego autora stało się wykładnią życia dla rosnącej z miesiąca na miesiąc coraz większej grupy dzieciaków z DC, słuchającej hardcora, konsolidując się szybko w odrębnym ruchu – straight edge hardcore; „Bottled Violence” opowiada o agresji i przemocy na koncertach, których głównym powodem jest nadużywanie alkoholu.

minor threat - in my eyes ep 200x200

Kiedy latem nie wypaliła trasa Minor Threat z Youth Brigade, a Lyle zdecydował się kontynuować naukę poza DC, bend ogłosił swój koniec. Szczęśliwie w grudniu ukazał się jeszcze krążek „In my Eyes”, zarejestrowany w sierpniu, z doskonałymi 4-ema numerami, brzmiącymi – co było zasługą także i kultowego realizatora Dona Zientary z Inner Ear Studio – niesamowicie pełnie i mocno. Każdy numer wart jest opisania, bo właśnie kawałki zawarte na tej EP-ce rozpoczęły ciąg dyskusji i konfliktów w bendzie, doprowadzając do jego rozpadu. Tytułowy numer ma 35-sekundową przygrywkę, by ruszyć jak walec, miażdżąc wszystko po drodze, nadając niesamowitego tempa i atmosfery całemu krążkowi. Mówi o uzależnieniu i niemożności uwolnienia się od niego. Po nim jest „Out of Step”, który jest dla mnie kontynuacją „Straight Edge”, rozwijając treściowo jego myśl przewodnią, muzycznie zaś najszybszy i najbardziej agresywny z całej czwórki, obowiązkowo z 10-sekundową solówką. Następnie idzie równie szybki i mocny „Guilty of being White”, w którym Ian opowiada o nietolerancji czarnych względem białych. Ian chodził do szkoły, gdzie w ogromnej przewadze byli czarnoskórzy, a że był ogolony na łyso, łatwo domyślić się, że w tak „wolnym” i „tolerancyjnym” kraju jak chłAmeryka zaczęto ten tekst interpretować w kontekście rasizmu. Kiedy Slayer – w 1996 rozkroku na „Undisputed Attitude” – zrobił przeróbkę tego kawałka, zamieniając przy okazji w tekście słowo “white” na “right”, strasznie tym wkurzył Iana i resztę muzyków. Krążek „In my Eyes” zamyka przeróbka numeru Paula Revere & the Raiders, “Steppin’ Stone”, z rewelacyjnym „rozpisanym na ślady” początkiem.
W kwietniu 1982 rozkroku Minor Threat reaktywowało się w 5-osobowym składzie, jednak ani maxi „Out of Step”, ani nagrany pod koniec 1983 rozkroku singel „Salad Days” – którego tytułowy kawałek w rzeczywistości nosił pierwotnie tytuł „Last Song” – nie wskrzesił agresji i atmosfery, jaką emanował bend w rozkrokach 1980-81. Choć tak do końca nie da się tego powiedzieć, słuchając choćby EP-ki “Live at Buff Hall”, zawierającej fragment koncertu w Filadelfii, który miał tam miejsce 20. listopada 1982 rozkroku. Masakra i zniszczenie!

discharge - why 12ep 200x200 (1)

– Discharge (UK) “Why?” 12”EP; to maxi zamyka drugi okres działalności tej kapeli, najważniejszej w historii ekstremalnej muzy i w mym parszywym życiu. Pierwszy okres to lata 1977-79, kiedy bluźniacze bracia: Tezz i Bones oraz Rainy zafascynowani punkową rewolucją chcieli mieć własną kapelę i być częścią tego epokowego nurtu. Po kilku latach tej aktywności pozostały, choć słabej jakości, rejestracje demo, umiejętności gry na instrumentach i wspomnienia kilku koncertów. Wszystko wybuchło na nowo, kiedy wokalistą został Cal, były techniczny, zaś Tezz przesiadł się za garnki. Wszyscy pochodzili z przedmieść Stokes (to tak między Manchesterem a Birmingham), a dokładnie z Shelton. Byli paczką kumpli zwaną „Shelton Contingent”, poszukującą nowych wrażeń i uczuloną na polityczny brud, kapitalistyczny syf i apokaliptyczny koniec, jaki wisi nad Ziemią. Brzmienie Discharge (w odróżnieniu od kapeli o tej samej nazwie, a pochodzącej z Middlesbrough), zbudowane na punkowej anarchii i hardcorowej agresji charakteryzowało się wściekłością brzmienia i tekstów, stając się coraz bardziej rozpoznawalną wizytówką kapeli, tworzącej podgatunek anarcho punk i – z The Exploited, Charged G.B.H, Chaos UK, Amebix – nurt „UK 82”. Często pojawiały się opinie, że Discharge to muzyczny chaos i nieokiełznany brzmieniowy hałas. Te sądy wypowiadane były głównie w oparciu o relacje wyniesione z koncertów, w których Discharge najpierw supportowało m.in.: The Damned i UK Subs, by potem stać się równoprawnym elementem wieczoru, obok Angelic Upstarts, Killing Joke, Violators, Charged G.B.H czy The Exploited, a wreszcie zostać ich główną atrakcją. Mike Stone, były pracownik firmy Beggar’s Banquet, manager The Lurkers, a wtedy właściciel sklepu muzycznego i założyciel wytwórni Clay Records, zwiedziny przez byłą managerkę bendu – Tanyę Rich – na ich koncert w Northwood Parish Hall zdecydował się podpisać z muzykami wieloletni kontrakt. Został także producentem ich przyszłych nagrań, ale czy dobrym, nie jestem tego pewien.

Debiutancka EP-ka „Realities of War” to cztery numery utrzymane w średnim tempie, oparte na klasycznym później d-beacie Tezza i tle, tworzonym przez bas i gitarę. I choć brak było wyraźnego i przewodniego instrumentu, w dodatku słabo słychać było blachy (tworzące nieodłączne dla tego rytmu bębnów blasty, jak ja je rozumiem, czyli „ścianę dźwięku w tle” tworzoną przez nie), to chociaż czytelny był wokal Cala, przepełniony nie tylko krwawymi obrazami nowoczesnej wojny, agonii cywilów i smrodem trupów, ale i teraźniejszością, choćby przemocą na koncertach. Te cztery kawałki zostały zarejestrowane w lutym 1980 rozkroku w ciągu zaledwie 3 godzin, co rozgrzesza nieco brzmienie tej EP-ki w moich uszach. Na wyróżnienie zasługuje tu przede wszystkim numer tytułowy, ale i „But after a Gig”, będący częścią tfurczości Discharge, którą zwę „transowa apokaliptyczna kanonada dźwięków”. Krążek pojawił się w kwietniu i szybko trafił na niezależną listę sprzedaży, a po wielokrotnej prezentacji go przez Johna Peela na falach radia BBC1 dotarł do 5-ej pozycji tego zestawienia i utrzymywał się na nim przez 44 tygodnie!

discharge - fight back ep 200x200

Drugim krążkiem był „Fight back”, zawierający 5 kawałków. Wszystkie numery, poza tytułowym, szybkim, były utrzymane w średnim tempie i nadal emanowały małą czytelnością blach oraz gitarą i basem w tle. Szczęśliwie drugi numer „War`s no Fairytale” już wyróżniał się poprzez tak charakterystyczne potem dla kapeli, metaliczne, ciągle „kotłujące się” brzmienie basu. Co prawda w kolejnych numerach stawało się ono mniej wyraziste, ale już było. Były także i solówki. Natomiast Cal niezmiennie wyrzucał z siebie pretensje i ostrzeżenia przeciwko wojnie, politykom, systemowi i braku zdecydowanego oporu ludzi przeciwko nim.

Jeszcze w tym samym rozkroku 1980 pojawił się trzeci krążek „Decontrol”. Tworzyły go 3 kawałki, już coraz szybsze w tempie i coraz wyrazistsze w brzmieniu. Bas jeszcze „mruczał” w tytułowym kawałku, ale już dalej „przywdział” swój metaliczny, czytelniejszy tembr; gitara wreszcie zaczyna nadawać ton kompozycjom („Decontrol”, „Tomorrow belongs to us”), solówki są dłuższe i nie pozbawione wirtuozerii, a bębny, sunące torem d-beatu, podbijają tempo czytelnym hi-hatem, mimo nadal niestety małoczytelnych blach. Refreny wzmacnia swym głosem Bones i chyba Rainy. A Cal? W doskonałej formie, wypluwa swoje jadowite litery, wypalając ich antywojenną treścią piętno na więdnących od brutalności uszach odbiorców.
Do wiosny 1981 rozkroku Clay sprzedało 45 tysięcy sztuk tych trzech krążków!

Niestety wkrótce potem odszedł Tezz, ale szczęśliwie muzycy niemal od zaraz skaptowali Bambiego, który zarejestrował z nimi maxi „Why?”. Jak pisałem ten krążek podsumowuje dotychczasowe próby ustalenia brzmienia dla Discharge, choć nie do końca udane. Bas brzmi już należycie, przypomina mi ryk spadającego bombowca, jest „tłusty”, choć metaliczny. Za to gitara jest cały czas za cicho w stosunku do basu. Tworzy tło i coraz częściej „znika” pod atakującym i szarżującym basem, a to nie jest moje ukochane brzmienie Discharge. Dobrze, że solówki dają radę się przebić, a ten „zjazd” po gryfie w „Maimed and slaughtered” wprost kapitalny! Nowy bębniarz równo i doskonale nabija tempa oparte na d-beacie, nie oszczędzając przy tym hi-hatu i blach, blastując w 8-miu na 10 kawałków. Wszystkie instrumenty są czytelniejsze, słychać, że w muzycznej przestrzeni jest jeszcze sporo miejsca na coś bardziej brutalnego… A Cal? Co Cal? Przechodzi sam siebie nie zostawiając jeńców. Brnąc swoją antywojenną ścieżką, wystrzeliwuje krwawe strzępy obrazów krótkimi zdaniami, często powtarzanymi jakby w amoku. Uderza nimi w słuchacza falą powybuchowego piekła, napływającą nieskończonym sznurem brutalnych mantr.

Tak zrodził się crust.

Nim przyjdzie czas na kolejną EP-kę w lipcu 1981 rozkroku Discharge wzięło udział w 7-dniowym tournee „Apocalypse now”, którego gwiazdą było The Exploited. Garry Buschell, muzyk i dziennikarz muzyczny, fascynat i promotor kapel street punkowych i oi!, opisał pierwszy z koncertów trasy negatywnie odbierając set Discharge (nawet widzi Tezza za bębnami, a nie Bambiego). Jest zdruzgotany i przygnieciony potworną brutalnością, której przyczyn upatruje w braku melodii, kompletnym chaosie i braku odniesienia w ocenie tego, co widzi i słyszy. Apokalipsa! Ale ja widzę w tym komplement, inni chyba też.
Warto tu jeszcze spojrzeć na te wszystkie 4 wydawnictwa pod względem graficznym i informacyjnym. Czarno-biała stylistyka, jak i projekt okładki są dla mnie kontynuacją pomysłu, z jakiego korzystał Crass, zaliczany również do nurtu anarcho-punk, choć Discharge nienawidziło ich i mocno wypowiadało się na ich temat podczas wywiadów. Co prawda okładki „Realities of War” i „Decontrol” nie odzwierciedlały jeszcze treści zawartości, ale już na tyle kopertki „Fight back” widniało zdjęcie zabitego żołnierza, natomiast „Why?” było już całkowicie spójne graficznie i treściowo. Kolaże ze zdjęć ofiar wojny, najczęściej cywilów, przemówią bowiem do każdego. A kiedy przeczyta się jeszcze teksty utworów… A kiedy się włączy płytę… Szkoda tylko, że na kopertach nie znajdzie się – obok składu bendu – pełnych danych technicznych.

headcleaners - disinfection ep 200x200 (1)

– Headcleaners/Huvudtvätt (SWE) “Disinfection” EP; to pierwszy szwecycki bend plujący tak niebywałą agresją i szybkością. To on wypalił na skandymawskiej ziemi fascynujące piętno brzmienia crust, którego podwaliną była, w tym przypadku, fascynacja psubraci Nilsson chłamerykańskim hardcorem i tfurczością Discharge. Bend wyrosły na zgliszczach punkowej Massmedii zaliczył cztery rozkroki istnienia, 3 EP-ki i split LP, czterech wokalistów, dwa wcielenia i jeden jedyny koncert w historii, który miał miejsce w Sundsvall jesienią 1982 rozkroku. Początki Huvudtvätt były obiecujące i owacyjne. Debiutancki split z Picnic Boys zawierał bowiem szwecyckojęzyczne, nieco mniej brutalne brzmieniowo (bo z udziałem niestosowanych w tego rodzaju muzie dęciaków) wersje numerów, w większości znanych potem z jedynej w swoim rodzaju EP-ki „Disinfection”, która na stałe wpisała Szwecycję i Headcleaners na mapę ekstremalnej muzy. Ten krążek zawiera aż 7 kawałków, których szybkość i agresja kumulują się z numeru na numer, począwszy od „Dying in Maze” przez „Kill the Royalties”, „Where is?” po „Disinfect”. Tryskając nasieniem przepełnionym słownym atakiem na rzeczywistość pełną bezmyślnych i bezdusznych bogaczy, durnych i kłamliwych polityków, głupich i uzależnionych od mediów dzieciaków oraz literami wyrazów przepełnionych obawą przed trzecią wojną, ale i zagrzewających do zjednoczenia sił i walki z uciskiem), opada więdnącymi od kanonady dźwięków uszami i wyskakującymi z orbit oczami, przy ostatnim podrygu, przezwanym „Police Perversities”. Krążek był dystrybuowany przez prytyjski Xcentric Noise, który w 1983 rozkroku już firmował kolejną EPkę „Infection grows”. Jednak jej zawartość nie była w stanie dorównać poprzednikowi, a wydany rozkrok później (ponownie jako Huvudtvätt) split LP z Kurt I Kuvös przypieczętował los tej jednej z najlepszych i najbrutalniejszych szwecyckich formacji początku lat 80. Szczęśliwie jej ekstremalnym śladem podążyli The Shitlickers, Asocial, Bedrövlerz, Anti-Cimex, Mob 47 i wiele wiele innych.

motorhead - no sleep til hammersmith lp 200x200 (1)

– Motörhead (UK) “No sleep `til Hammersmith” LP; niewiele jest koncertowych albumów, które do tego momentu (czyli rozkroku 1982) mogły mną wstrząsnąć i pozostać w pamięci na zawsze. Do takich zaliczam: Deep Purple „Made in Japan”, Thin Lizzy “Live and dangerous”, Judas Priest „Unleashed in the East”, AC/DC “Do You want Blood – You`ve got it”, Angelic Upstarts “Live”, (wykreślam The Ramones ”It`s alive!”), U.K.Subs “Crash Course – Live”, Rush “Exit… Stage left” i Motörhead “No sleep `til Hammersmith”. Z jednej strony szkoda, że najczęściej takie płyty są selekcją numerów z kilku koncertów, z drugiej zaś strony trudno wymagać, by bend podczas całego tournee wykazywał cały czas ten sam, najwyższy poziom wykonawczy. Choć zdarzają się wypadki, to jednak nie w przypadku Motörhead.

Ten album był podsumowaniem i tak już długiej drogi starań tej prytyjskiej kapeli, by udowodnić sobie, mediom i fanom, że są profesjonalistami zarówno w studiu, jak i na żywo; że należy im się w pełni status bendu kultowego, podziwianego – poza publiką i dziennikarzami – także przez kapele, zarówno te punkowe, jak i metalowe (czego dowodzą przeróbki ich kawałków w repertuarze tamtych); że długooczekiwany, wieloletni kontrakt z Bronze Records nie był pomyłką dla obu stron (czego dowodem był wtedy status Złotej płyty dla „Ace of Spades” i Srebrnej dla „Overkill”); wreszcie, że w tym składzie (Kilmister-Taylor-Clarke) Motörhead był najlepszy!

„No steep `til Hammersmith” zawiera wybór z trzech marcowych koncertów trasy bendu – w Leeds i Newcastle – zatytułowanej „The short, sharp Pain in the Neck tour”. Nawiązuje on do urazów, jakich doznał Phil na skutek różnych pozasceniczych wypadków. Podczas trasy spisuje się jednak dzielnie, co słychać. Ach, jak przyjemnie przeżywać analogowe, pozbawione zasranych triggerów uderzenia werbla, stóp i czasem półkotów i kotłów. Co prawda ten pierwszy jest za cichy, zaś te ostatnie za głośne, ale hi-hat w porządku, choć za to blachy zdecydowanie za ciche (co denerwuje mnie szczególnie w końcówce „Capricorn”). W całości – poza „Iron Horse/ Born to lose” – gitara Eddiego jest za cicha, wiem, że główną gwiazdą jest Lemmy, ale wystarczy porównać wszystkie te numery z trasy z „Iron Horse/ Born to lose”, które zarejestrowane zostało w 1980 rozkroku, by zauważyć różnicę na korzyść gitary i całości brzmienia. Jej ostrość jest istotą brzmienia Motörhead, ona prowadzi i zwraca uwagę (jak w przypadku „Metropolis”) na melodykę i gwarantuje miażdżące brzmienie kawałkom, szczególnie na koncertach. Tutaj niestety została w tle, „przykryta” dodatkowo pełnią brzmienia basu, który buduje „ścianę” rytmiczną, ale który przez to stracił swoją jadowitość. Słychać ją, choć też nie za bardzo, właśnie w „Iron Horse/ Born to lose”. Wokal Lemmego jest ciut za cichy, nawet da się usłyszeć, że „nałożono bramkę” (ciekawe, czy przy masteringu LP, czy też przy remasteringu CD, muszę to zbadać) wyciszającą wszystko inne, kiedy wchodzi wokal, oczywiście minimalnie, ale to słychać. Do tego wszystkiego zawsze interesowało mnie, gdzie jest intro, bo skoro mamy doskonałe outro po „Motörhead”, przelatujące bombowce i alarm odwołujący nalot, to dlaczego, do cholery, nie ma alarmu i nalotu na początku koncertu?? Tylko jakieś badziewie z wyciszenia… Ale starczy tych narzekań.

Układ płyty jest znakomity, cały czas wypełnia go szybkie i ostre tempo kultowych numerów ze wszystkich dotychczasowych albumów, przeplatane „oddechami” w postaci „Metropolis” i „Capricorn”. Może szkoda, że najmniej jest kawałków z nagrobka „Bomber”, a taki „Stone dead forever” pasowałby do tego układu, jak ulał. Najlepszym i najmocniejszym numerem z całego albumu jest zdecydowanie „Overkill”, choć najdłuższy ze wszystkich, to niesamowicie potężny, a tę potęgę głównie buduje speedmetalowy rytm nabijany przez Phila z pomocą dwóch bębnów basowych. Jak na tamte czasy niesamowicie ekstremalny, mało kto wtenczas potrafił tak zagrać, może Ian Pace czy Cozy Powell. I to podwójne „wstrzymanie oddechu” na 2:50 i 3:40, rewelka! Co jeszcze? Aaa, publika. Nie jest nachalna, wyraża swoje emocje naturalnie i wystarczająco, jak dla mnie.
To wszystko, o czym mówiłem, daje temu albumowi u mnie niezmiennie bardzo wysoką notę.

black flag - damaged lp 200x200 (1)

– Black Flag (US) “Damaged” LP; pełnometrażowy debiut chłamerykańskiego bendu, będący jednocześnie jednym z najważniejszych nagrobków w historii hardcore punk w USA. Black Flag odegrał szczególnie istotną rolę w rozwoju etyki DIY, jednocześnie będąc jej ofiarą. Losy muzyków bendu, popularności kapeli, następnie jej niepopularności związane są z osobą Grega Ginna – założyciela, gitarzysty, kompozytora, autora tekstów – i Henry Rollinsa, charyzmatycznego i dyskusyjnego frontmana.
Greg był zaborczy i wymagający od siebie i reszty muzyków. Próby po kilka godzin przez 7 dni w tygodniu. Ciągłe zabiegi i starania, by grać wszędzie, gdziekolwiek się dało, choćby za cenę obrzucenia ciastkami, co miało miejsce w Polliwog Park, gdzie fetowały rodziny z dzieciakami, i którym Black Flag się nie spodobało. Fakt, Greg powiedział dyrektorowi parku, że są kapelą grającą kowery Fleetwood Mac…
Brzmienie bendu oparte było na brzmieniu jego gitary, nisko strojonej, bo zastępowała bas podczas prób kapeli Panic, której nazwa – jesienią 1978 rozkroku – została zmieniona, za namową brata Grega – Raymonda Pettibona, artysty, grafika, autora komiksów – na Black Flag. Raymond wymyślił ponadto charyzmatyczne logo kapeli, projektował ulotki, anonse koncertowe i większość okładek wydawnictw, opracowywał też spoty radiowe, reklamujące koncerty Black Flag. I wszystko za darmo. Malując logo niemal wszędzie w Hollywood i rozlepiając przed każdym swoim występem co najmniej 500 flyerów, bend zaczął zwracać na siebie uwagę dzieciaków, ale też i policji. Po jednej z ich interwencji sąd obłożył Grega grzywną, na co muzycy zaraz potem zareagowali sprejując swoje logo na budynku posterunku. Kiedy zaczęli mieć trudności z miejscem do ponownego koncertu, zaczęli proponować organizatorom i właścicielom takich miejsc, by organizowali na koncert Black Flag dodatkowo jakiś bend ze swojej okolicy, co wzbogacało szoł. Grali też często za darmo, a wszystko po to, by ich tfurczość trafiła do jak najróżniejszej publiki.

black flag - jealous again 12ep 200x200

Własna firma Grega – SST Electronics – firmowała, jako SST Records, debiutancką EPkę „Nervous Breakdown”. Krążek dał wreszcie szansę ekspansji koncertowej bendowi nie tylko poza Hollywood, ale i poza Kalafiornią, a wreszcie i w całej chłAmeryce. Uzależnienia od używek i trudności w kontaktach z Gregiem spowodowały, że wkrótce odszedł Keith Morris, tworząc Circle Jerks. Jego miejsce zajął Roy Reyes, z którym Black Flag na początku 1980 rozkroku znalazło się na ścieżce dokumentu „The Decline of western Civilization” i zarejestrowało maxi „Jealous again” – wreszcie prawdziwie żywy, pełen energii, szybkości i agresji zestaw numerów, z których do historii przeszły wszystkie: tytułowy, „White Minority” (nieco sarkastyczna wizja białej rasy w mniejszości, uderzająca nie tyle w Ku-Klux-Klan, co pokazująca osaczenie muzyków w środowisku przez media i innych ludzi, ogniskujące się w poczuciu bycia outsiderem ), „Revenge” (wściekły atak na wszystkich, którzy nie dają wytchnąć, przeszkadzają grać i działać; w oczekiwaniu na moment, kiedy przyjdzie czas na rewanż), „No Values” (anarchistyczny hymn, odrzucający wszystko, co zostało wtłoczone innym siłą tradycji i mediów), czy nawet „poświęcony” Keithowi „You bet we’ve got something against You!”. Ron nie wytrzymał kieratu, jaki był obowiązkowy dla członka Black Flag, i coraz większej brutalności podczas koncertów, więc dał nogę pod koniec występu, jaki miał miejsce 23. maja w Los Angeles. Na jego miejsce przyszedł Dez Cadena.

black flag - six pack ep 200x200

W dziewięć miesiączek przełomu rozkroków 1980 i 81chłopaki trzykrotnie objechali Stany, własnoręcznie umawiając koncerty co dzień, przy założeniu, że jak któryś wypadnie z terminarza to to będzie dzień wolny. Mieli własnego vana i sprzęt. Grali za każdą stawkę. Sami taszczyli swoje graty, rozkładali, składali. Wymagali tylko jasnego światła na scenę, żadnych bajerów, kolorów czy dymów. Chcieli grać, choć to kosztowało i zdrowie i nerwy. Coraz częściej na ich koncertach dochodziło do bójek i awantur, to i coraz częściej zaczęła się na nich pojawiać policja, co jednak nie tylko nie zmniejszyło wybuchów agresji, ale je wręcz powodowało. Greg nie ingerował w to, uważał, że sprawa ma dwie strony i obie są korzystne dla wizerunku kapeli. Mimo kultu, jakim już otoczony był bend, i wydanych kolejnych dwóch małych krążków („Six Pack” i „Louie Louie”), działo im się coraz gorzej, grali gdzie popadnie, spali gdzie popadnie, jedli co popadnie, ale ciągle dawało im to frajdę, a dzięki ojcu Grega mieli zawsze mnóstwo używanych ciuchów, obmalowanych ich logiem. Dez, choć wieloletni fan bendu, jednak i on, zaczął szybko odczuwać trudy takiego wyczerpującego trybu życia, jakie prowadzili muzycy Black Flag. Zaczął mu „siadać” głos. Podczas tournee na Wschodnim Wybrzeżu zaprosił na scenę Henry Garfielda – jednego z aktywnych, szalonych i pełnych agresji dzieciaków z DC – wokalistę kapeli S.O.A., który zaśpiewał „Clocked in”, potem odbył zwyczajowe przesłuchanie i został nowym wokalistą. Najpierw Henry notował i uczył się bycia frontmanem Black Flag od Deza, a kiedy ten został drugim gitarzystą, niepodzielnie zapanował na scenie.

Wielu uważa, że z dojściem Henry Rollinsa do mikrofonu, skończył się ten jeden jedyny, prawdziwy Black Flag. Niewielu wiąże późniejsze problemy bendu i jego członków z zakulisową rolą Grega, kompozytora muzyki, którego fascynacje nigdy nie były bardzo zbieżne z punkiem czy hardcorem, kręcił go bowiem rock, hard rock, muzyka instrumentalna, co w kolejnych albumach dało się słyszeć coraz bardziej. Natomiast Henry był kontrowersyjny już z samego wyglądu. Jego muskulatura, tatuaże, ogolona głowa, ubrany na scenie tylko w elastyczne gatki, miał siłowy i agresywny styl śpiewania, był prowokacyjny w ruchach i kontakcie z publiką, a to wszystko nie budziło zachwytu, a wręcz zazdrość czy zawiść. Nic więc dziwnego, że cała złość otoczenia zaczęła się skupiać na nim i niemal na każdym koncercie dochodziło do bitki.

Ale to nie koniec problemów Black Flag. Długooczekiwany, debiutancki album „Damaged” został wreszcie nagrany za 8000 USD i przekazany do produkcji i dystrybucji firmie Unicorn, współpracującej z korporacją MCA. Jej szef dystrybucji/dyrektor artystyczny, Al Bergamo, odmówił sprzedaży/dystrybucji płyty ze względu na zawarte w niej bezwartościowe, nieetyczne i szkodliwe dla dzieciaków treści, jak się wyraził. A było już gotowych jej 25 tysięcy sztuk. Ostatecznie więc album był dystrybuowany przez SST Records, a jego pierwsze sztuki miały z tyłu naklejkę zaklejającą logo MCA, i na której widniało nazwisko i główne zdanie tyrady Bergamo. Wkrótce po tournee po Wielkiej Prytanii (gdzie technicznym był Ian MacKaye z Minor Threat) na początku 1982 rozkroku bend zarejestrował i wydał singel „TV Party”, który rozpoczął dyskusję z firmą Unicorn na temat wykonywania przez nią umowy, przeobrażając się wkrótce w ciągnącą się potem miesiącami sprawę sądową, podczas której zespołowi nie wolno było niczego nowego rejestrować ani wydawać pod nazwą Black Flag. To była tragedia dla kapeli, która właśnie była na topie i to nie tylko w chłAmeryce. Grali więc koncerty, tworzyli i próbowali nowe kawałki i walczyli o swoje. To wieloletnie ciągłe towarzystwo Dez ujął porównaniem do Rodziny Mansona, zaś Henry opisał je w książce „Get in the Van: On the Road with Black Flag”. Chłopaki starali się ominąć sądowy nakaz, wydając dwupłytowy album „Everything went black”, zawierający niepublikowane dotąd rejestracje kultowych numerów bendu dokonane z pierwszymi trzema wokalistami (Keith, Rob i Dez) oraz – na stronie B drugiej płyty – doskonale skompilowane radiowe spoty Black Flag z rozkroków 1980-81. Okładka albumu miała zasłoniętą/usuniętą nazwę kapeli, jednak to nie przekonało sądu, który skazał Grega i Chucka Dukowskiego (współwłaściciela SST Records, wieloletniego basisty bendu i managera), obu na 5 dni aresztu. Kiedy udało się wreszcie doprowadzić do tego, że Unicorn ogłosiło bankructwo, a sąd uwolnił Black Flag spod wszelkich ograniczeń, w marcu 1984 rozkroku pojawił się drugi, też długooczekiwany album „My War”, a potem kolejne dwa: „Family Man” i „Slip it in”. W kolejnym rozkroku „Loose Nut” i „In my Head”. Trochę dużo… za dużo. Coraz cięższe granie i wolniejsze tempa numerów, przy zajadłości i szaleństwie Henryego, spowodowały agresję rzeszy fanów i krytyczne opinie byłych muzyków na temat przyszłości Black Flag. Ciągłe problemy z perkusistami i basistami, no i mocno opustoszałe kluby podczas występów doprowadziły ostatecznie, w połowie 1986 rozkroku, do rozwiązania bendu.

Ale wrócę jeszcze do kultowego nagrobka, jakim niewątpliwie jest „Damaged”. Do tego momentu Black Flag było bowiem kwartetem z jedną gitarą, co dobrze słychać na singlach i albumie „Everything went Black”, zaś tutaj sesja w Unicorn Studio gromadzi już je dwie. Przez to brzmienie, nadal chropawe, ostre i drażniące, stało się dodatkowo ciężkie i niezwykle niszczące. Album zawierał, obok znanych już wcześniej numerów (9 z 15-tu), tyle że w innych wersjach, doskonałe nowe kawałki, z których najmocniej czepiają się mnie do dzisiaj: „Rise above” (mówiącym o ciężkim losie tych, chcących się wybić mimo wielu przeciwności), „Thirsty and miserable” (tyczy uzależnienia od alkoholu, z którym to wielu muzyków Black Flag miało do czynienia) oraz „Padded Cell” (poczucie bycia innym i nieakceptowanym w otaczającym świecie).

[przy pisaniu słów rzucałem okiem na treści stron wuwuwu: wikipedia, killfromtheheart, discogs, songfacts, metalmaidens, tumblr, lyricsfreak, spinner, deadkennedys, epinions, swedishpunk, furious, trakmarx, mysteryisland, punkoiuk oraz korzystałem z materiałów własnych]

Autor: Tryłkołak