NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Paroxsihzem – globalny orgazm dziwacznych stanów umysłu

Zbieracze gruzu mogą uznać Kanadę za całkiem sympatyczne miejsce, wszak kraj ten wypluł z siebie choćby takie twory jak Mitochondrion, Antediluvian czy Adversarial. Na tym jednak nie koniec. Miniony właśnie rok 2012 przyniósł na świat jeszcze przynajmniej jedną kapelę, której przeoczyć po prostu nie wolno. Mowa o Paroxsihzem. Jakkolwiek ciężko przyjdzie wam zapamiętanie tej nazwy (ja mam problem z jej pisownią do dziś), zapewniam, że warto. W międzyczasie możecie poczytać, co do powiedzenia miał jeden z założycieli zespołu – Impugnor.

Paroxsihzem to zupełnie nowy twór na kanadyjskiej mapie. Więc może na początek wyjaśnisz nam, dlaczego wybraliście sobie tak trudną do zapamiętania nazwę?

Nazwa pochodzi od słowa paroksyzm, więc – znając znaczenie tego słowa – można ją łatwo zinterpretować. Celowo tylko zmieniliśmy jego pisownię, aby przyciągało ono uwagę, jak również symbolizowało podejście zespołu zarówno do tworzonej muzyki, tekstów, jak i postrzegania przez nas świata.

Fani Mitochondrion czy Antediluvian zdecydowanie powinni zainteresować się waszymi dźwiękami, jako że jesteście kolejną kapelą z tamtych stron atakującą potężną dawką niszczycielskiego black/death metalu. Co jest takiego unikalnego w klimacie kanadyjskim, że załogi z tego kraju produkują takie zgniłe i cuchnące stęchlizną dźwięki?

Nie mam pojęcia. Wiem, że Adversarial i Antediluvian byli w chwili zakładania zespołów świadomi wzajemnego współistnienia, jako że obie te kapele pochodzą z Toronto. Ale już Mitochondrion z zachodniego wybrzeża powstał w całkowitym odseparowaniu od innych kapel ze wschodu. Kiedy zakładaliśmy Paroxsihzem, nie mieliśmy pojęcia o istnieniu żadnego z wyżej wymienionych zespołów. Idąc tym tropem, myślę, że jakiekolwiek podobieństwo jest czysto przypadkowe.

Zdecydowaliście, że wytwórnią, która wyda waszą płytę, będzie Dark Descent. Dlaczego akurat oni?

No cóż, Dark Descent jest obecnie wytwórnią, która promuje sporo popierdolonych rzeczy. Matt wydał zarówno EPkę, jak i pełną płytę Adversarial czy split Nuclearhammer/Begrime Exemious. Te kapele, jak zapewne wiesz, mają bezpośredni związek z Paroxsihzem, ponieważ jestem też członkiem Nuclearhammer, a Abyssious gra w Adversarial. Wybierając Dark Descent mieliśmy więc świadomość, czego możemy od nich oczekiwać. Pomijając oczywiście fakt, że ta wytwórnia wypluła też wiele innych chorych zespołów.

Tracklista płyty pokrywa się niemal idealnie z programem waszej demówki, zatytułowanej zresztą identycznie jak debiut. Dlaczego na najnowszym wydawnictwie znajduje się tylko jeden nowy numer? Nie sądzisz, że ludziska, którzy znają was od początku, poczują się zawiedzeni? Sam pamiętam, jak np. z drżeniem rąk wrzuciłem swojego czasu do odtwarzacza debiut Necromantii i okazało się, że nie zawierał nic, czego nie znałem wcześniej.

Rzecz w tym, że to, co znajdziesz na płycie, nie jest ponownie nagranym materiałem z demo. Naprawdę sporo pozmienialiśmy w naszych utworach: inaczej zagraliśmy niektóre partie, w odmienny sposób zaaranżowaliśmy wokale i riffy. Jeśli dodamy do tego kompletnie nowy mix wykonany przez VK (zainteresowani wiedzą, któż to – przyp. J.) i brzmienie, uzyskujemy całkowicie nowy materiał. Naprawdę cieszy mnie to, że udało nam się na tym nagraniu uzyskać tak mroczny i miażdżący klimat. Ci, którzy nie słyszeli naszego demo, mogą je sobie spokojnie odpuścić i od razu sprawdzić, co stworzyliśmy na płycie, bo tym właśnie jest nowy manifest Paroxsihzem. Nie sądzę więc, aby ktokolwiek, kto naprawdę kocha tego rodzaju dźwięki, czuł się zawiedziony. Może faktycznie nie usłyszysz tu nowych numerów jako tako, ale moim zdaniem ten materiał jest na tyle dobry, że szkoda by było go zmarnować.

Skoro już mówimy o programie płyty, to powiem szczerze, że jeden z tytułów mnie szczególnie  zaintrygował. Kimże jest jegomość Vanya? Bo z tego, co mi wiadomo, to dość stare i oklepane rosyjskie przezwisko.

Tytuł nawiązuje do Car bomby, największej bomby wodorowej, jaka została kiedykolwiek zdetonowana. Doszło do tego w archipelagu Nowej Ziemi w czasach zimnej wojny. Liczba 265 obecna w tytule jest również wielce istotna, gdyż dokładnie tyle megaton trotylu zawierała wspomniany ładunek. Dla porównania – wszystkie środki wybuchowe użyte podczas II wojny światowej, wliczając w to obie głowice jądrowe zrzucone na Japonię, miały wartość jedynie dwóch megaton energii.

Nie będę cię pytał o tematykę waszych tekstów, niech każdy je sobie interpretuje na swój sposób. Zastanawiam się natomiast, jak ważne twoim zdaniem są słowa w tego rodzaju muzyce? Przykładacie do nich wielką wagę, czy traktujecie jedynie jako konieczny dodatek do dźwięków?

Będę całkowicie szczery – niezbyt często zaglądam do tekstów. Zresztą, z bardzo prostego powodu, większość z nich kręci się wokół oklepanych tematów, takich jak okultyzm, mrok, szatan i te sprawy. Spoko, takie tematy pasują do ciężkiej muzyki, ale w pewnym momencie czytanie tego samego setny raz po prostu nudzi, nie wnosi nic nowego. Dlatego my zagłębiamy się raczej w rejony historyczne, psychologię czy filozofię i ich wpływ na ludzkość. Ważne, żeby nasze teksty nam odpowiadały, a jak sam powiedziałeś, jeśli tylko ktoś będzie chciał w nie zajrzeć, to być może znajdzie tam coś dla siebie.

Wasze numery są mocno zróżnicowane, obok blastów jest tu sporo miażdżących czaszkę zwolnień, przy których łeb można sobie urwać. Czy właśnie różnorodność jest twoim zdaniem kluczem do stworzenia dobrego kawałka?

Dzięki, stary! Wiesz, nie mam jakiegoś specjalnego klucza do tworzenia muzyki, więc nie zakładam z góry, jak dany numer ma wyglądać. To wychodzi samoistnie, po prostu siadam i zamieniam w dźwięki to, co rodzi się w mojej głowie. Czasami też zdarza się, iż czuję całkowitą pustkę w głowie, a wtedy nie piszę na siłę. Do tej pory wyłącznie ja byłem odpowiedzialny za muzyczną warstwę Paroxsihzem, lecz wkrótce to może się zmienić, ponieważ od pewnego czasu poszerzyliśmy nasz skład. A jeśli pytasz o zróżnicowanie, to wynika to z tego, że nie lubimy monotonii, w muzyce musi się przede wszystkim coś dziać.

No właśnie, ostatnio skompletowaliście skład. Ciężko było znaleźć odpowiednich ludzi?

Niestety tak, dlatego też od 2007 do 2011 roku Paroxsihzem był w zasadzie zespołem dwuosobowym. Nie chcieliśmy z Kragiem mieć w zespole kogoś tylko dlatego, że potrafi grać na instrumencie albo podoba mu się nasza muzyka. Potrzebna jest jeszcze szczera chęć grania i tworzenia. Oczywiście możesz sobie dobrać do zespołu kogokolwiek, ale według mnie to droga do nikąd.

Jak wam się pracowało w studio i kto jest odpowiedzialny za to chore brzmienie, które udało wam się uzyskać? Jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Cóż, tak naprawdę to nie nagrywaliśmy tego w studio. Osobiście zająłem się nagrywaniem basu i gitar, a zrobiłem to w swojej zapleśniałej piwnicy. Początkowo nie miałem takiego zamiaru, ale okazało się, że było to jedyne miejsce, gdzie mogłem grać tak głośno, jak tylko chciałem. Nie znoszę pracować z innymi ludźmi, jeśli chodzi o proces nagraniowy. Być może w przyszłości Paroxsihzem zagości w jakimś studio, ale na pewno nie będę z tego powodu tańczył z radości. Naprawdę nie lubię, jak ktokolwiek poza mną ma kontrolę nad naszymi dźwiękami, o ile nie jest to osoba, której bezgranicznie ufam. Biorąc to wszystko pod uwagę – tak, jestem zadowolony z efektu końcowego. Oczywiście kiedy nabierasz dystansu, jesteś w stanie wytknąć sobie to czy owo, rzeczy, które zrobiłbyś inaczej, ale jebał to pies. Często słucham naszej płyty, bo mi się ona najzwyczajniej podoba. Stworzyliśmy coś, co sami lubimy posłuchać i dlatego też czuję się usatysfakcjonowany.

Brzmienie na waszym albumie jest gęste jak płynąca lawa. Nie obawiacie się, że na żywo ta muzyka może zabrzmieć jak nierozpoznawalna ściana dźwięku? Zwłaszcza, że – jak mniemam – gracie na jedną gitarę.

No cóż, sztuki na żywo są dopiero przed nami. Ale spójrz na przykład na taki Impetuous Ritual. Ich brzmienie jest kurewsko ciężkie, wręcz miażdżące, a na żywo wypadają całkiem nieźle. Myślę, że i my jesteśmy w stanie uzyskać na żywo przyzwoity sound. Na razie będziemy grali na jedną gitarę, ale kto wie, może w przyszłości poszerzymy skład o drugiego wioślarza.

Kto jest odpowiedzialny za oprawę graficzną waszej płyty? Przyznam szczerze ze obrazek na okładce albumu jest niezły. Prosty, ale jednocześnie mroczny i idealnie pasujący do warstwy dźwiękowej.

Za obraz, o którym wspominasz, odpowiedzialny jest nasz wokalista Krag. On jest jebanym geniuszem, nie tylko wypluwa z siebie jedne z najbardziej chorych wokali, jakie słyszałem, ale też jest bardzo utalentowanym artystą. W zasadzie cały artwork nowego albumu jest jego autorstwa. To mi się w naszej współpracy podoba najbardziej – ja zajmuję się muzyką, a on to ubiera wizualnie. Wszystko więc zostaje w zespole. Oprawa graficzna jest bezpośrednio powiązana z muzyką, nie potrzebujemy pomocy żadnego przypadkowego gościa, który nie do końca zrozumie nasz przekaz. Krag będąc w zespole doskonale wie, o co nam chodzi, więc nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek potrafił lepiej zadbać o grafiki do naszej płyty. Wizualizacja ma być bezpośrednio związana z samą muzyką, więc dlaczego miałby się tym zajmować ktoś, kto jest zewnątrz?

Potrafiłbyś wskazać, które hordy bezpośrednio wpłynęły na wasz styl grania? Chyba mnie nie zaskoczysz, jeśli wyznasz, że jesteś wielkim fanem Blasphemy.

Oj, naprawdę jest ich zbyt wiele, żeby wymienić wszystkie. Ja i Krag słuchamy zupełnie innych rzeczy, on bardziej gustuje w death metalu, podczas gdy ja jestem raczej wielbicielem surowego black czy war metalu. Owszem, często słucham Blasphemy, ale czy ja wiem… raczej nie mieli na mnie jakiegoś wielkiego wpływu. W przypadku tego albumu powiedziałbym, że bardziej inspirowały nas zespoły pokroju Antediluvian, Adversarial, Incantation, Immolation, Axis of Advance, Vassafor, Diocletian czy Hate Forest. Poza tym, bardzo lubię sobie zapodać bardziej chaotyczne granie w stylu Nyogthaeblisz, Heresiarch, Revenge, Conqueror, Ouroboros, Proclamation, Nocturnal Blood, Black Witchery, Teitanblood i Archgoat. Nie sądzę jednak, abyś znalazł bezpośrednie nawiązania do tych zespołów w naszej twórczości.

Ok, spluń na koniec flegmą na polskich fanów.

Dzięki! Wspierajcie jebaną stręczycielską muzykę. Nadciąga globalny orgazm dziwacznych stanów umysłu.