NOWY NUMER!

Musick Magazine nr 24

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Słuchać, nie słuchać? Musick Mag. nr 24 – suplement, recenzje

Zapraszamy do przeczytania recenzji, które nie znalazły się w 24 numerze Musick Magazine.

SIEGE OF POWER
Warning Blast
Metal Blade

Bob Bagchus to jest gość. Piszę o jednym z nie tak znów wielu muzyków metalowych, którym wierzę jak Kapitanowi Żbikowi, gdy mówią, że jedyną motywacją, jaka pcha ich do grania, jest spirytusowo czysta pasja. Nie dla Boba splendor, psia karma w kształcie odwróconych krzyżyków, triumfalne trasy po świecie i dopieszczanie ego w świetle fleszy. Jemu wystarczy browar, duszna sala prób i towarzystwo kilku kumpli – podobnych jemu pierdzieli, którzy na łomocie zjadają zęby od lat osiemdziesiątych – by osiągnąć swoją małą metalową nirwanę. Mimo to wieść o narodzinach Siege of Power przywitałem bez entuzjazmu, może nawet z chłodną obojętnością. Bo supergrupy mają to do siebie, że bardzo rzadko bywają super. Skład tego zespołu, obok Boba, tworzą natomiast Theo van Eekelen, Paul Baayens i Chris Reifert, czyli – gdyby szanowny czytelnik jakimś cudem nie wiedział – zawodnicy, którzy podpisywali się pod albumami tak mocarnych zespołów jak Hail of Bullets, Asphyx, Thanatos albo Autopsy. Na szczęście Bagchus z takim przekonaniem utrzymuje, że Siege of Power to żadna supergrupa, że aż mu uwierzyłem. W dobie grup, dla działalności których kamieniem węgielnym jest założenie profili w mediach społecznościowych, Bob z kumplami zdali się na stare sprawdzone metody: browar i duszna sala. To słychać od pierwszych taktów Warning Blast, albumu chropowatego, niewymuszonego i zatopionego w atmosferze kumpelskiej celebracji hałasu. Sama nazwa zespołu – podobnie jak tytuł jednego z utworów, „Diatribe” – to zmyłka: ta kapela nie jest hołdem dla Napalm Death. Jest hołdem dla żywiołowej łupaniny poupychanej w dwuminutowe kawałki, które pozbawią fanów Dream Theater smaku życia, a taka działalność zawsze zasługuje przecież na uznanie. Nie ma się nad czym rozwodzić, bo Warning Blast wypełniona jest pozbawioną podtekstów miksturą hardcore, thrashu i death metalu, a wcześniejsze doświadczenia muzyków ujawniają się w walcowatych zwolnieniach i okazjonalnych aluzjach do riffów Celtic Frost. Ten album nie wznieci żadnej rewolucji i nie wywróci porządku, ale jako energetyczny stymulator na frontach walk z jesienną szarugą ma wielką szansę się sprawdzić.

Maciej Krzywiński

TEMPLE NIGHTSIDE
Recondemnation
Iron Bonehead Productions

Death Metal Necromancy. Tak tagują swoje granie tasmańskie diabły z Temple Nightside. W punkt. Recondemnation to re-recording ich debiutanckiego materiału Condemnation z 2013 roku. Osiem zatęchłych i narkotycznych, podkreślonych wokalnym pogłosem, black death doomowych hymnów wciąż robi spore wrażenie i silnie infekuje. Temple Nightside łapie się – co ostatecznie udowodnił na świetnej The Hecatomb sprzed dwóch lat – do absolutnej elity grania gruzu i lania smoły prosto z krypty. Australijczycy posiedli tę umiejętność, co przykładowo również Abyssal, Portal, Grave Miasma, Grave Upheaval czy Altarage. Za pomocą prostych w gruncie rzeczy środków i po wielokroć już użytych patentów – tak wyczarowują nastróh dla swojej muzyki, tak go budują, piętrzą i nim zarządzają, że łatwo potrafi on zahipnotyzować, oblepić, wciągnąć. Taki Ascension of Decaying Forms służy tu za przykład najjaskrawszy z możliwych. Najprostsze środki, ale za to jak użyte i z jakim pięknym ostatecznym plonem? Za takie efekty należy się Temple Nightside głęboki ukłon. Czas już, Australijczycy, pomyśleć o nowym albumie.

Sławek Łużny
https://templenightside.bandcamp.com/album/recondemnation

UNLEASHED
The Hunt For White Christ
Napalm Records

Prosta sprawa z tym Unleashed, nie ma potrzeby w ich przypadku filozofować. Unleashed nie musi już nic nikomu udowadniać. Byli w pierwszym szeregu kowali, którzy kuli szkielet szwedzkiej sceny deathmetalowej. W przyszłym roku będą mieć okazję świętować 30. lat na scenie. Swoją siłę i umiejętności pokazali w całej krasie na początku lat 90. za sprawą takich albumów jak: Shadow In Deep czy Victory. Charakterystyczny miks death metalu z wikńskimi opowieściami z miejsca znalazł uznanie wśród metalowców. Raz obranej drodze są wierni. Kiedy ich rówieśnicze zespoły dawno wywaliły kitę, albo zmieniły swój styl, Unleashed z żelazną konsekwencją kierują swoją łódź na dawno obrany kurs. W muzyce jak w sporcie, nazwiska nie grają, więc przyjrzyjmy się jak tam ma się dzisiaj mężna drużyna sympatycznego Johnny’ego . I tu twórczość Unleashed możemy odbierać w zależności od miejsca siedzenia. Bo jeśli szukać czegoś zaskakującego, świeżego to Unleashed nie będzie dobrym adresem. A jeśli za sprawą umiarkowanie szybkiego death metalu, z wyraźnym heavymetalowym sznytem i jeszcze bardziej wyrazistym klimatem krew szybciej płynie w żyłac, to najnowszy Unleashed jest godny polecenia z wszech miar. Do ostatnich 2-3 płyt deathmetalowych Wikingów można mieć sporo zastrzeżeń – dla mnie głównym mankamentem poprzednich 2. płyt jest to, że jak szybko wpadają w ucho, tak szybko z niego wylatują. Teoretycznie wszystko się zgadza, a jednak brakuje tym materiałom tej iskry bożej. A The Hunt For White Christ ją ma. Ma w sobie to coś, co sprawia, że mam ochotę wrócić do tych nagrań. Dominuje prosty, szybki death metal, którego tam samo istotną częścią są blasty, jak i atmosfera czy melodyjne solówki. To płyta na której dostajemy nowy-stary Unleashed. Nowy, bo jest tu pełno melodyjnych motywów, a stary ponieważ całość jest mocno osadzona w charakterystycznym dla tego zespołu klimacie. I wciąż potrafią przypierdolić jak na wczesnych nagraniach. The Hunt For White Christ to dla mnie najmocniejsza, najbardziej dynamiczna i (miejscami) brutalna płyta jaką nagrali od lat. Ten temperament całości bardzo dobrze służy tym nagraniom. Wokal Johhnny’ego jest nie do podrobienia – ten głęboki, niepowtarzalny głos jest największym skarbem zespołu. Tak więc bardzo cieszy fakt, że Johnny jest w bardzo dobrej formie, i stanowczo rządzi całością.

Piotr Dorosiński

NOTHING
Dance on the Blacktop
Relapse

Właściwie to jestem niemal pewien, że twórczość Nothing wypada poza orbitę zainteresowań sześciuset sześćdziesięciu sześciu na sześciuset siedemdziesięciu czytelników „Musick Magazine”, ale jeśli tych czterech zainteresuje się Dance on the Blacktop, to… Kurde, no przecież nie napiszę: „to było warto rezygnować ze snu i pisać o północy recenzję”, a właśnie w okolicach godziny duchów wyduszam te słowa. Na aż takie poświęcenie Domenic Palermo – nożownik z Pensylwanii, no i lider, wokalista, gitarzysta oraz założyciel Nothing – nie zasługuje, a jednak z niekłamaną przyjemnością słucham czwartego albumu jego kapeli. Domenic, owszem, w afekcie bójki zatopił majcher w ciele antagonisty, ale obyło się bez zgonu. Muzyk spędził w pierdlu dwa lata, nie szesnaście, i może dlatego nie gra jak Varg Vikernes po odsiadce. Nothing nie ma z metalem nic wspólnego, chociaż stężenie goryczy w niektórych tekstach mogłoby zawstydzić co sroższych blackmetalowców. Różnica polega na tym, że bólowi Domenika zdarza się chodzić pod rękę z ironią, sarkazmem, a nawet krotochwilnym wygłupem. Odbiorcę pozostawia to z wrażeniem, jakby muzyk żarł tyle samo Prozaku, co misiów Haribo. To z kolei może być wytrychem do muzyki Nothing, która z cegiełek shoegaze, garażowego rocka i dream popu buduje murek słodko-gorzkich utworów. W tych impresjonistycznie zamglonych piosenkach o emocjonalnym ścieku życia dotkliwą bliskość ścieku cudownie rekompensują pluszowa melodyka i aura płytkiego snu. A kiedy już zaczyna się wydawać, że Palermo jest mazgajem, to wyskakuje z wersami tak przejaskrawionymi, jak choćby „każdy dostaje jeść / każdy dostaje śmierć” – nie ma wątpliwości, że w takich chwilach zdarza mu się ze studni apoteozy smutku puszczać do słuchacza oko. Varg nie puszczał, dopóki nie odkrył YouTube i odzieży dla myśliwych.

Maciej Krzywiński

MONSTROSITY
The Passage of Existence
Metal Blade

Nie wydaje mi się, by szósty album Monstrosity miał szansę zagościć w podsumowaniach najlepszych wydawnictw metalowych bieżącego roku. Nie chodzi o to, że zespół budzi się do życia po ponad dekadzie wydawniczej hibernacji. Tym bardziej nie chodzi o to, że z The Passage of Existence coś jest nie w porządku. Wręcz przeciwnie. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że czasy nie są szczególnie sprzyjające dla odmiany death metalu, którą ten kwintet sobie upodobał i którą z uporem od lat pielęgnuje. Ich death metal jest wzniesiony w zgodzie z prawidłami klasycznej szkoły, jest oddalony zarówno od niekończącego się wyścigu na blasty, jak i zapalczywej eksploracji najgłębszych grot. Gdyby takie stwierdzenie nie było obarczone znamieniem fascynacji obrzydliwym półśrodkiem, pewnie napisałbym nawet, że Monstrosity idzie drogą środka. Nie popada w skrajności, nie osuwa się w skrzące ekstrema, tylko bez przerwy trzyma swoje utwory na wodzy. W tym szaleństwie – bo czy umiarkowanie nie jest w realiach death metalu świadectwem obłędu? – jest jednak metoda. Taka, że eliminacja rozwiązań skrajnych lub przejaskrawionych wymusza koncentrację na rdzeniu kawałków. A ich rdzeniem pozostaje tkanka gitarowa upleciona z precyzyjnie wystruganych, metodycznie egzekwowanych – ale bynajmniej nie mechanicznych – riffów wepchniętych w labirynt misternych struktur. Jest w nich i szlachectwo, i konsekwencja. Z taką koncepcją świetnie współgra silnie napowietrzone, przejrzyste brzmienie, które eksponuje niuanse dostarczane na przykład przez basistę. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli ktoś zarzuci mu – brzmieniu, nie basiście – brak głębi. I, jako się rzekło na samym wstępie, nie będę też zaskoczony, jeśli Monstrosity, ten wiecznie niedopieszczony weteran death metalu, znów przemknie niezauważony wśród powodzi modniejszych wydawnictw.

Maciej Krzywiński

ABYSSOUS
Mesa
Iron Bonehead Productions

Po trwającej sześć lat ciszy niemiecki Abyssous prezentuje nowy materiał. Mesa anonsowana jest jako mini album, choć ma taką rozpiętość czasową, że swobodnie można by traktować ją jako pełny materiał. Te kilkadziesiąt minut od pierwszej do ostatniej chwili wypełnia duszny i grobowy death doom metal, podkreślony dodatkowo brzmieniem bliskim lo-fi. Mesa to granie, jakiego teraz pełno i w którym dobrze specjalizuje się właśnie Iron Bonehead. Abyssous płynie samym środkiem tego mocno eksplorowanego ostatnio nurtu. Nie posiada jakichś ponadstandardowych atutów i niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale z drugiej strony nie jest też tak słabe, aby rozczarowywać. Gwałtowność (momentami) Portal, ciężar wczesnego Incantation i riffy jak z późniejszego Morbid Angel (Gateways to Annihilation / Heretic) unoszą się nad tym materiałem. Abyssous na Mesa najbardziej przekonują, gdy bazują na wolnych i średnich tempach (druga połowa Aerosoils, Congealed Lores). Wtedy ich muzyka nabiera największych rumieńców i niezłego zawiesistego klimatu.

Sławek Łużny
https://ironboneheadproductions.bandcamp.com/album/abyssous-mesa