NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




The Ruins of Beverast – niekończące się pasmo pomysłów

Alexander Meilenwald, głównodowodzący The Ruins of Beverast, opowiedział o swojej ostatniej transformacji oraz stosunku do gatunku ludzkiego. Prezentując najnowszy album Exuvia odrzuca także gatunek ludzki jako ten, który powinien nieść koronę stworzenia. Brzmi ciekawie? Zapraszamy do lektury.

Swego czasu grałeś na perkusji w Nagelfar, nie mylić z Naglfar. Słyszałem, że gdy kończyliście działalność jeden z was spotkał się z „konkurencją” na festiwalu Wacken Open Air i wręczył im symboliczne „E” na wisiorku. Mam szczerą nadzieję, że ta cudowna historia jest prawdziwa!

– Chwila… Też o tym słyszałem, ale nie brałem w tym udziału. Może zrobił to Zingultus, nasz wokalista? Myślę, że to by do niego pasowało, muszę go zapytać. Wydaje mi się, że występował tam razem z Endstille i postanowił dać im lekcję ortografii.

Nowy album The Ruins of Beverast jest zatytułowany Exuvia. Poszperałem w sieci i okazało się, że nazwa ta oznacza porzucony egzoszkielet zwierząt takich jak pajęczaki czy skorpiony. Czy ma to jakieś symboliczne znaczenie?

To nagranie jest bardzo osobiste i służy mi za coś w rodzaju terapii. Taka sytuacja miała miejsce tylko raz, przy debiutanckiej płycie Unlock the Shrine z 2004 roku. Tego typu album był mi bardzo potrzebny, bez dwóch zdań… Tytuł oznacza coś, co bardzo chciałem osiągnąć i prawdopodobnie mi się to udało – porzucenie martwej i uszkodzonej powłoki…

Skoro tak, to czy trafnym będzie nazwanie Exuvia czymś w rodzaju metamorfozy w odniesieniu do całego procesu twórczego?

Trzy lata, których potrzebowałem by napisać ten materiał, przyniosły kilka drastycznych zmian, które trwale zmieniły moje prywatne życie. Ten okres wymagał ode mnie wielu poświęceń, tak więc tytuł płyty odbierać należy jako metaforę, mój cel podczas prac nad płytą i to, co z tego wyniosłem.To pierwszy album The Ruins of Beverast zarejestrowany w profesjonalnym studio, wszystkie dotychczasowe nagrania powstały w naszej sali prób. Produkcją oraz miksami zajął się gitarzysta występujący gościnnie na koncertach, Michael Zech, znany także z Secrets of the Moon. Exuvia to karnawał nastrojów i kształtów, nie tradycyjna sekwencja riffów ułożonych w piosenki, pojawiają się liczne zagrywki na instrumentach perkusyjnych. Nagrania podzieliliśmy na dwie części – najpierw w Bawarii zarejestrowaliśmy gitary, perkusję i bas. Na trzeźwo.

Czyli mam rozumieć, że podczas drugiej sesji nie byłeś już tak wstrzemięźliwy?

Nie, wizyta w Berlinie zamieniła się w coś w rodzaju… hmm, fizycznej i umysłowej rozpusty, chociaż nie wiem czy to trafne określenie.Nagrałem wtedy wokale oraz całą resztę partii instrumentalnych.

Czy podczas rejestrowania partii wokalnych wolisz najpierw wprowadzić się w odpowiedni nastrój czy może potrafisz podejść do tego niezależnie od samopoczucia?

Praca w studio jest, jak zapewne potrafisz sobie wyobrazić, dość mało inspirująca. Uwaga i skupienie zwrócone są w niewłaściwą stronę, w kierunku innym niż emocje i psychika. Musisz nad sobą panować zamiast pozwolić się ponieść, co może jest właściwe w przypadku partii instrumentalnych, ale nie wokali.Jeśli mowa o niestandardowym podejściu do pracy studyjnej, to wydaje się, że niezwykle istotni są w tym także odpowiedni ludzi. Zamiast wynajętego producenta, dla którego jest to codzienna praca, zajęła się tym osoba z wewnątrz The Ruins of Beverast – to zmienia wszystko, nie tylko czysto muzycznie, ale także pod względem komunikacji i zachowania w studio. Podczas pracy nad partiami wokalnymi bardzo dużo piję. Głos to najbardziej nieludzki, nieziemski i groźny element całego zespołu. Doświadczenie nagrywania jest czymś niezwykle intensywnym, zwłaszcza, gdy jestem pijany. Naprawdę uwielbiam, to uczucie, gdy odsłuchuję efekty swojej pracy nie do końca pamiętając jak to wszystko przebiegało.

Z tego, co wiem, piosenka z EP z 2016 roku zatytułowana Takituum Totem! Wardance spotkała się z mieszanymi opiniami pośród odbiorców.

Eksperymentowałem z tym numerem i w pewnym momencie stwierdziłem, że główny motyw zagrany znacznie wolniej doskonale wpisuje się w nastrój całego materiału. Postanowiłem więc nadać mu jego własny kontekst.

EP początkowo ukazać miała się jako 12-calówka wydana z okazji Acherontic Arts Festiwal organizowanego przez Van Records. Czemu tak się nie stało?

Nie udało się niestety z powodów organizacyjnych, więc ukazała się jako samodzielne wydawnictwo. Dodatkowo umieściliśmy na niej cover Pink Floyd Set the Controls for the Heart of the Sun, który w mojej ocenie doskonale komponuje się z charakterem pozostałych utworów.

Czy okładka EP nawiązuje do filmu Altered States?

Bardzo podoba mi się to skojarzenie i chętnie bym je potwierdził, gdyby tylko było słuszne. TakitumTootem! todystopijna wizja ziemi, na której nie ma już ludzkości, wizja triumfu natury nad pasożytniczą formą życia, która została zniszczona jak głupi robak.Teksty pokazują obraz człowieka, jako raczej odrażającego gatunku wyniszczanego przez ignorancję, megalomanię i krótkowzroczność.W tym kontekście ludzkość została ostatecznie obdarta z doskonałości po tym, gdy została pokonana przez własny totem – zniszczona przez zwierzęcą agresję i siły natury. To zostało ukazane na okładce, ostateczny symbol ludzkiego dramatu, Jezus przybity do krzyża.

Z czymś ekstra.

Czy w takim razie Exuvia to kolejny album koncepcyjny?

Nie. Szczerze mówiąc to szczegółowa analiza moich tekstów jest dla mnie trudna. Przez większość czasu można powiedzieć, że żyją własnym życiem pod warstwą metafor. Część z nich z nich jest szalona, lub chociażby dziwna. Na przykład Surtur Barbaar Maritime używa nomenklatury ze starożytnej mitologii Germańskiej by opisać eschatoniczną bitwę pomiędzy bogami i gigantami. Teksty mają strukturę dyskusji między stronami.Wyobraź sobie gigantów jako profanów, odpychających agresorów, ignorujących duszę i nie mających szacunku dla wiekopomnych idei. Æsir to ich duchowe przeciwieństwo.Ta fikcyjna debata pokazuje bardziej poetycką i refleksyjną stronę moich rozważań.Jest we mnie pewien konflikt wewnętrzny. Żywię niesamowitą nienawiść wobec ludzi szczycących się swoją ignorancją w stosunku do wszystkiego, co nie jest powierzchowne, do wszystkiego, co wymaga poświęcenia, rozumu i poświęconego czasu. Można powiedzieć, że są to jedne z mniej – tak to ujmijmy – szkodliwych konfliktów retorycznych zawartych na albumie. Pozostałe utworu traktują o rzeczach, których nie tyle chciałbym unikać, co je unicestwić.

Chciałbyś to rozwinąć?

Nie, nieszczególnie. Mam nadzieję, że zrozumiesz, że nie chcę odsłaniać całości obrazu. Dla Ciebie byłoby to nudne, a dla mnie nieproduktywne…

Lubisz określać swoją twórczość poprzez kolory. Jakie barwy widzisz przy Exuvia?

Początkowo była to surrealistyczna i brudna czerwień. Gdy tylko zaczęliśmy przygotowywać okładkę, która w zamierzeniu taka właśnie miała być, okazało się, że nie jestem do końca przekonany. Próbowaliśmy różnych alternatyw i stanęło na ciemnej purpurze z żółtymi elementami. Niespodziewanie taka kolorystyka spodobała mi się bardziej, kojarzy mi się ze światłem księżyca.

Ostatni wywiad z The Ruins of Beverast na który trafiłem pochodzi z 2013 roku. Dużą rolę w Twoim życiu odgrywał wtedy black metal jako forma sztuki. Czy tak jest nadal?

Wyobraź to sobie jako związek oparty na miłości I nienawiści… Jak miasto, w którym się urodziłeś i wychowałeś. Koszmarnie nudne wypiździejewo, które chciałeś jak najszybciej opuścić, ale nigdy tego nie zrobiłeś i pewnie nigdy nie zrobisz. Gdy ktoś mówi o nim źle to przechodzi Cię dreszcz oburzenia prowadzący do niekontrolowanej agresji i potrzeby walki, aż dojdzie do momentu, w którym pojawiają się myśli samobójcze.

Mówisz z własnego doświadczenia?

Wszyscy na, ekhem… współczesnej scenie wiecznie narzekają na jej obecny stan. W ’95 mówili, że umarła razem z Euronymousem, ale jednocześnie wciąż grali black metal i wspierali go. U schyłku tysiąclecia znowu ogłoszono śmierć gatunku, tym razem, gdy stał się częścią szeroko rozumianego heavy metalu i stracił swoją radykalność.Nawet ja uważałem podobnie w pierwszej dekadzie tego stulecia, gdy pewne zespoły poległy przy próbie sprawienia, by black metal ponownie był tym samym, co w latach 90. Najwidoczniej nigdy nie rozumiały jak to wyglądało w tamtych czasach. To nigdy nie był podatny grunt dla sfrustrowanych gnojków, którzy chcieli zaszokować swoich rodziców jakimiś nazistowskimi bzdurami. Nikt nie wskrzesi ducha Darkthrone czy Mayhem wciskając „record” na magnetofonie i nagrywając nudne akordy połączone z komputerową perkusją i tekstami o Szatanie. Black metal to była intuicyjna i nieuchwytna magia zbudowana na naiwności i braku profesjonalizmu w równym stopniu, co na niezależności i poświęceniu. Nie mówię o niszczeniu grobów i rysowaniu na nich odwróconych krzyży, chociaż to oczywiście też wchodziło w grę, ale o upartym dążeniu do celu. Wizji, która nie pozwalała na odchyły ani w lewo, ani w prawo. Nawet, jeśli większość była naiwna, to nie było miejsca na wątpliwości – to wszystko działo się zanim zespoły zaczęły poszukiwać uznania z zewnątrz. Ludzie zaczęli wywoływać kontrowersje wypełniając muzykę pseudo-radykalnymi sloganami, które przez internetowe społeczności doprowadzone zostały do groteski. Na sieciowej platformie prowadzonej przez wielkie, kapitalistyczne korporacje walczące z indywidualizmem, pluralizmem… Tak, to dobra rzecz żeby utrzymywać kontakt z różnymi ludźmi z całego świata tworząc żałosne, cyfrowe „przyjaźnie” i zbliżać różne kultury jak wzorcowy obywatel kosmopolitycznego świata.

I jakie wnioski z tego płyną?

Żadne, oprócz tego, że bardzo daleko odeszliśmy od tego, co jest esencją czarnego metalu, ponieważ jest on zupełną odwrotnością tego, czym myślimy że jest. I oto jestem i ja – narzekający, ale wciąż broniący sztuki przed tymi, którzy ją niszczą… Komponuję, tworzę.

Od 2013 roku The Ruins of Beverast jest aktywny koncertowo. Nie miałem okazji doświadczyć tego osobiście i ciekaw jestem jak atmosfera z płyt przekłada się na doświadczenie sceniczne.

Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia, czy się przekłada. Trzy osoby z pięciu występujących na scenie nie są zaangażowane w proces nagraniowy, tak więc wszystkie utwory zyskują nową interpretację. Nikt z nich nie powinien nawet próbować naśladować mojego stylu gry na gitarze lub perkusji, wprowadzają swoje własne podejście do muzyki. Cały materiał został przearanżowany po to, by uniknąć obecności ośmiu gitarzystów czy pięciu klawiszowców na scenie. Musimy zdecydować co zostawić, a co usunąć w każdym z numerów. To muzyka jest w końcu najważniejsza. Świadomie pozbywamy się czegokolwiek, co zwraca uwagę na nas, jako jednostki – nie ma przebieranek, rozmów z publiką, rytuałów, czegokolwiek… Wszystko, co zwraca uwagę na ludzi pozbawia muzykę serca i aury. Redukujemy światła tak bardzo, jak tylko możemy, żebyśmy pozostali sylwetkami we mgle. Jesteśmy nieistotni jako muzycy. Nie zawsze jednak udaje się osiągnąć ten efekt, wszystko zależy od miejsca, w którym gramy, zwłaszcza, jeśli chodzi o festiwale, na których prośby od zespołów traktowane są jako coś irytującego.

W jednym ze starszych wywiadów opowiadałeś o „osobistych głębinach”, w których się znalazłeś. Jeśli potraktujemy muzykę, jako obraz stanu emocjonalnego, to nie powinno to być zaskoczenie…

Nie jestem szczególnie depresyjną czy zaburzoną osobą. W pewnym stopniu to bardzo wtórne i wątpliwe, gdy artyści czerpią inspirację z niekończących się problemów personalnych. Osobiste zmagania i negatywne doświadczenia mogą być intensywne i stymulujące kreatywność, ale niekoniecznie niosą ze sobą dobre pomysły. Sam czasami mam kłopot z samodyscypliną, gdy cierpię akurat na brak weny. To jednak sytuacje przejściowe – Exuvia to swoista terapia, alenie związana z jakąś głębszą depresją. Teksty napisałem w dwa miesiące i ten album z pewnością mi bardzo pomógł.

Czyli uważasz, że te niepokojące, hipnotyzujące partie mogłyby zostać napisane przez kogoś, kto nigdy nie miał problemów ze sobą?

Utwory takie jak Between Bronze Walls pochodzą z bezsenności i rozpaczy, tak samo sytuacja wygląda w przypadku utworu tytułowego, ale nie powiedziałbym, że były to sytuacje szczególnie znaczące w przypadku pracy przy The Ruins of Beverast. Nie mam problemu z komponowaniem takich rzeczy będąc jednocześnie w dobrym nastroju. Równie dobrze można powiedzieć, że w kryzysowych chwilach odrzucam wartościowe pomysły, ponieważ wydają mi się zbyt generyczne.

Większość aranżacji nie jest zbyt ortodoksyjna, nie ma tu tradycyjnego podziału na zwrotki I refreny. To planowane działanie?

Te numery płyną w swojej własnej przestrzeni, bezcelowo unoszą się w próżni bez początku i końca. To samo w sobie może być dziwnym doświadczeniem dla słuchacza, jeśli ktoś oczekuje standardowych rozwiązań i typowych piosenek to się zawiedzie. Bardzo istotne jest tworzenie dźwiękowych struktur zdolnych do wyrwania odbiorcy ze spokojnej i bezpiecznej przestrzeni. Tworzenie muzyki dla The Ruins of Beverast to jak tworzenie scenariusza filmowego, używam różnych środków do budowania napięcia. Staram się wkładać igły w te rejony mózgu, które odpowiadają za strach i niepewność, i robić to tylko za pomocą dźwięku.

Interesuje Cię sztuka filmowa?

Tak, bardzo. Gdybym tylko miał możliwość podjęcia odpowiednich decyzji w odpowiednim czasie, to z pewnością kształciłbym się w tym kierunku. Nie zaskoczę Cię tym, że nie mówię tu o wysokobudżetowych, wypolerowanych produkcjach. Mam niekończące się pasmo pomysłów, których chciałbym spróbować. Interesuje mnie chora twórczość Larsa von Triera albo tych podziemnych reżyserów z Francji lub Bałkanów, czy nawet Dalekiego Wschodu. Wszystkie z nich są apokaliptycznie i poetyckie. Nie wiem, może pewnego dnia tego spróbuję.

Więc to nie przypadek, że na wcześniejszych płytach The Ruins of Beverast używałeś sampli z filmów?

Pierwsze takie pomysły pojawiły się dość przypadkowo, podczas pracy z Nagelfar. Wydaje mi się, że to wynik pomyłki, którą popełniłem na demo i pokazałem chłopakom. Było tam kilka słów wypowiedzianych przeze mnie, które nie były zaplanowane. Efekt był jednak niezwykle intensywny i zacząłem z tym eksperymentować. To może służyć jak dodatkowy instrument niezależny od metrum lub tonacji, kontrastujący z partiami instrumentalnymi. Aż szkoda, że tak wiele zespołów używa tego typu rozwiązań tylko jako intro lub outro. Nie każde słowo mówione pasuje wszędzie, ale to cudowna rzecz wplatać je w utwory. Niektóre sample mogą być także używane jako elementy rytmiczne lub tła, trzeba tylko być otwartym na nowe pomysły.

Utrzymywanie pewnej atmosfery jest bardzo ważne w przypadku The Ruins of Beverast. Czy mówimy tu o rygorystycznej kontroli?

Można odbierać to jak gorset, ponieważ jestem w stanie odrzucić wiele riffów lub całych partii, jeśli nie będą stanie wywołać tego uczucia strachu i niepokoju, o który mi chodzi.

Autor: Niklas Goransson

www.bardomethodology.com

tłumaczenie: Adam Borys