NOWY NUMER!

Musick Magazine 4/2016

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Ryan Forster – kult w kapturach

Oto prywatna rozmowa z otwartym, oddanym podziemiu Ryanem Försterem, z której dowiecie się o tajemnicach cmentarza Ross Bay, historii warmetalowej bestii Conqueror, nowym zespole Death Worship oraz jego inicjacji w dumne szeregi kanadyjskich blackmetalowych skinheadów.

Extermination Mass to moja wizja black metalu, podsumowanie mojego pojmowania tej muzyki od momentu kiedy wybrałem tę ścieżkę jako młody człowiek. Death Worship jest moją najnowszą inkarnacją zasilającą szeregi zespołów związanych z wiecznym kultem Ross Bay.

O nim porozmawiamy później. Debiutancki mLP Death Worship zatytułowany Extermination Mass to efekt żmudnej, 3-letniej pracy…

Od pierwszych prób do nagrań minęło sporo czasu. Przede wszystkim dlatego, że wpadłem w pułapkę zachodniej cywilizacji czyli musiałem zadbać o to, żeby mieć za co żyć. Wszyscy wiemy, że równowaga pomiędzy pracą, a życiem prywatnym jest coraz trudniejsza do utrzymania. Wygląda na to, że wszyscy jesteśmy zmuszani do poświęcania swojego tzw. wolnego czasu w pogoni za komfortowym życiem.

Conqueror tworzyłeś ty i James Read na bębnach. Death Worship posiada właściwie ten sam skład. Po co więc nowy szyld?

Conqueror tworzyliśmy obaj. Razem pracowaliśmy nad muzyką i całą resztą. Death Worship to wyłącznie moja wizja, więc mimo, że w składzie widniejemy obaj nie jest to ten sam zespół, działa on na innych zasadach. Przesłanie jest takie samo, bo nic się nie zmieniło, ale chciałem zacząć od początku. Ważne jest to co teraz, nie przeszłość, ani przyszłość.

Jak dziś oceniasz spuściznę Conqueror?

Wspaniale jest widzieć zespoły, które zainspirowaliśmy i które stworzyły na tym gruncie coś własnego. Ci ludzie zrozumieli o co nam chodziło. Niezmiernie denerwujące są natomiast te wszystkie gówniane zespoły srające swoimi amatorskimi, improwizowanymi wypocinami składającymi się z blastów, gitarowego hałasu i kozła w masce gazowej na okładce. Oni akurat nie zrozumieli niczego. W Conqueror nie było miejsc na połowiczność. Tylko czyste poświęcenie! Nigdy później nie byłem aż tak oddany żadnemu projektowi. Powołaliśmy ten zespół do życia w 1996 po rozpadzie naszych poprzednich zespołów, Domini Inferi i Cremation. Już wtedy byliśmy przyjaciółmi i po przedyskutowaniu naszych koncepcji postanowiliśmy działać razem.

Mieszkaliście w mieście Victoria, 2 godziny od Vancouver, w którym nie było żadnej sceny metalowej i generalnie niewiele się działo…

Było zajebiście móc skupiać się na zespole przez cały czas. Mogliśmy siedzieć w domu do późna w nocy dyskutując o naszych pomysłach, a potem, o 2:00 w nocy, lecieć na salę prób żeby przejść od słów do czynów. W pracy myślałem nad koncepcją tekstów, a po powrocie rozmawialiśmy o tym tworząc wszystko razem.

I było to w odosobnionym miejscu bez żadnej sceny metalowej, wpływów z zewnątrz, internetu…

Dzięki tej izolacji, wspólnej wizji, zaangażowaniu i wspólnym omawianiu najdrobniejszych detali tworząc muzykę wypracowaliśmy swoje własne, rozpoznawalne brzmienie. Po przedyskutowaniu wszystkiego graliśmy razem tak często, jak tylko mogliśmy. Tak powstawały wyznaczniki naszego stylu – te wszystkie szalone pickslide’y czy świdrujące aranżacje. Naszym celem było stworzenie muzyki tak chaotycznej jak tylko możliwe, choć wciąż, czasem z trudem, utrzymanej w metalowej konwencji.

I jeszcze tego samego roku wydaliście swoje pierwsze demo Anti-Christ Superiority…

Tak, zaopatrzone było w ładną, kserowaną wkładkę, bo tak się wtedy robiło. Pamiętam, że zaraz po ukazaniu się tej demówki pojechałem do Vancouver na koncert Cannibal Corpse uzbrojony w 10 kopii tej kasety z nadzieją, że spotkam tam gości z Blasphemy. Są oni moją główną inspiracją od momentu kiedy usłyszałem ich Fallen Angel Of Doom. Conqueror był kontynuacją idei, które oni zapoczątkowali na swoim debiucie, więc byłem zdeterminowany żeby zaprezentować im nasz zespół. W każdym razie kiedy tam dotarłem, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Ekipa Blasphemy siedziała we własnej, wydzielonej części klubu z zajebistym widokiem na samą scenę. Nikt nie śmiał do nich podchodzić, ale byłem zmotywowany. Podszedłem i dałem im kopie mojej demówki. Nie wykazywali żadnego zainteresowania, ale pochowali kasety do kieszeni, więc miałem nadzieję, że przynajmniej ich posłuchają. 10 dni później sprawdzamy z Jamesem naszą skrzynkę i, jasna cholera, jest mail od Black Winds! Chwalił nasze demo i wyraził swoją ekscytację, że mamy taki zespół w rejonie Vancouver. Lokalna scena była martwa, a Blasphemy rozpadli się 3 lata wcześniej. W liście był jego numer telefonu, więc zadzwoniłem żeby mu podziękować, zamieniliśmy kilka słów i pozostaliśmy w kontakcie.Potem odwiedziłem ich z Jamesem kilka razy i zostaliśmy przyjaciółmi.

Na początku Conqueror miał być zespołem z pełnym składem, który mógłby grać koncerty…

Szybko jednak odkryliśmy, że w naszej okolicy nie ma odpowiednich ludzi do grania. Nigdy zresztą nie mieliśmy żadnych ofert grania na żywo, bo zespół rozpadł się zanim nasz debiutancki album został wydany.

Historia waszego debiutu War.Cult.Supremacy to faktycznie tragedia iście szekspirowska…

Nagraliśmy go w grudniu 1996 roku dla Evil Omen Records będącej sublabelem Osmose Production. Przesłali nam pieniądze na studio, a my nagraliśmy płytę, po czym wysłaliśmy im taśmę matkę i wszystkie projekty do poligrafii – wystarczyło tylko wytłoczyć i wydrukować. Niestety zanim do tego doszło, Evil Omen zbankrutowała, a nasz album wylądował w szufladzie na 2 lata. Nie mogliśmy nic zrobić, bo prawa do tego materiału należały do nich. Conqueror znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Wszystkie nasze plany na przyszłość były związane z tą płytą, a nie stać nas było na jej wykupienie, więc musieliśmy pójść w innym kierunku. W 1998 roku nagraliśmy demo Annihilate, które zawierało kilka kawałków z niewydanego albumu – głównie po to, żeby przypomnieć o naszym zespole.

Tworzyliście w tamtym czasie nowy materiał?

Mieliśmy 4 skończone numery, ale wtedy nasze drogi się rozeszły. Jeden z nich, Superior Revenge, znalazł się na pierwszej 7”EP Revenge, choć wersja ta rożni się od oryginału. Reszta nigdzie nie została użyta. Materiał dla Death Worship zacząłem tworzyć kiedy już wiedziałem, że James będzie grał ze mną, ale nie użyłem na nim żadnych riffów Conqueror.

W końcu ponad 2 lata po nagraniu, nieistniejąca już Full Moon Productions z USA wyraziła zainteresowanie wydaniem War.Cult.Supremacy…

Black Witchery byli wtedy związani z Full Moon i Impurath (bas/wokal) powiedział ich szefowi o naszym albumie zapewniając, że jest naprawdę okrutny i ekstremalny, nagrany i gotowy do wydania. Podobało mu się to, co usłyszał i postanowił wykupić prawa do War.Cult.Supremacy. To świetnie, że album w końcu się ukazał, ale ten gość z Full Moon był kompletnym idiotą. Najpierw wydał CD, ale był zbyt leniwy żeby zmienić projekt graficzny i płyta ukazała się z logiem Evil Omen Records. Następnie sprzedał licencję na wersję winylową do dwóch różnych europejskich wytwórni w tym samym czasie.

Co zrobił???

Tak! Żadna z nich nie wiedziała o tej drugiej, więc dwie wersje tej samej płyty pojawiły się w tym samym czasie. Wersja niemieckiej Merciless Records wyprzedała się dość szybko, bo mieli całkiem niezłą dystrybucję. Hiszpańska Death To Mankind nie miała tyle szczęścia, bo byli mniejszą wytwórnią i ich budżet nie przewidywał konkurowania z kimkolwiek. Jakby tego było mało, gość z Full Moon odmówił wysłania nam jakichkolwiek egzemplarzy naszego albumu. Stwierdził, że zapłacił za prawa do niego i nic nie jest nam winien. To był nowy standard upadku dla podziemnej wytwórni. Po kilku groźbach wysłał nam w końcu jakieś 50 płyt CD. Obecnie prawa do wszystkiego z logiem Conqueror posiada Nuclear War Now! Productions i wszystko z nami uzgadniają.

Zanim jednak zaczęła się cała ta akcja z Full Moon Production, wasze drogi z Jamesem się rozeszły…

Chcieliśmy się wyprowadzić z Victorii. James wyjechał do Edmonton, ja zamieszkałem w Vancouver. Nie było między nami żadnych kwasów. Po prostu chcieliśmy wyjechać do innych miast, ale każdy z nas chciał jechać gdzie indziej.

Wkrótce po przeprowadzce wpadłeś w złe towarzystwo, bo nie tylko imprezowałeś z Blasphemy, ale i dołączyłeś do ich składu.

Przeżyłem z nimi naprawdę sporo. Wieczny chaos, przemoc i inne szaleństwa, ale dopóki nie zapytasz mnie o jakąś konkretną akcję, to nawet nie wiem od czego zacząć.

Zostawmy to. W 2009 roku Blasphemy zagrał pierwszy od 8 lat koncert jako gwiazda festiwalu Messe Des Morts, tego samego, którego zeszłoroczna edycja została częściowo odwołana po zamieszkach związanych z koncertem Graveland.

Ten koleś jest po prostu fanatykiem black metalu i lubi muzykę Graveland. Jest przede wszystkim metalowcem i tylko tym kieruje się podczas organizacji swojego festiwalu. Nie ma tam żadnej polityki ani niczego podobnego, więc kiedy ta banda hippisowkich żuli przylazła tam doprowadzając do odwołania koncertu, tak naprawdę tylko uderzyli w fundamenty, na których nasza cywilizacja jest zbudowana. Ludzie umierali za wolność, w tym wolność słowa, która umożliwia nawet najbardziej bezwartościowym elementom społeczeństwa przyjść i się na tę wolność wysrać.

W jaki sposób pisała o tym prasa metalowa w Kanadzie?

Nie śledzę jej, bo rzadko piszą o zespołach, które mnie interesują, a jeśli już im się zdarzy to przeważnie z merytoryką nie jest najlepiej. W każdym razie wątpię żeby pisali o tym coś więcej. Najłatwiej jest omijać niewygodne tematy i pisać wyłącznie o rozrywce. Tak właśnie robi większość tych magazynów. (Po wywiadzie Ryan napisał mi, że żaden z kanadyjskich portali poświęconych muzyce metalowej nawet nie wspomniał o tym incydencie dop. N.G.)

Nie podoba ci się też zjawisko polaryzacji sceny metalowej ze względu na politykę…

Nie mogę pojąć dlaczego ta banda szpicli i mięczaków potrzebujących bezpiecznych tekstów i grzecznego wizerunku w ogóle słucha black metalu! Ta muzyka nigdy nie była dla nich i nie wiem czego tu szukają.

Tęsknisz za podziemiem z lat 90.?

Oj tak. Pamiętam jak skontaktowałem się z Euronymousem będąc pod wrażeniem 2 numerów Mayhem z kompilacji Projections of a Stained Mind. Kupiłem CD i odkryłem niszczące Grotesque i Macrodex, których wcześniej nie znałem. W booklecie był adres, więc napisałem do Euronymousa i dostałem bardzo szybką odpowiedź. Napisał, że mieli wkrótce wydać album, ale Dead popełnił samobójstwo i wszystko się opóźni. Zaznajomił mnie ze swoją wytwórnią Deathlike Silence i polecił kilka kapel kierując się tym, że podobał mi się Mayhem.

Pamiętasz jakich?

Przede wszystkim Abruptum. Kupiłem ich demo The Satanist Tunes, i oszalałem. Pierwszy raz od czasu Sodom, który poznałem lata wcześniej, poczułem dreszcze. Euronymous był bardzo miły i pomocny, wysyłał mi nawet płyty i koszulki zanim za nie zapłaciłem i mówił, że rozliczymy się jak będę miał kasę. Nikt inny tak nie robił.

W ostatnich latach dużo mówi się o jego dziedzictwie. Hollywoodzkie filmy i co tam nas jeszcze czeka…

Z tego co wiem stworzył on swoją koncepcję Szatana i zła. Robienie zdjęć swojemu martwemu kumplowi, inspirowanie ludzi do palenia kościołów itd. W jego głowie wszystko to miało sens.

Termin Black Metal Skinheads został stworzony przez Blasphemy, stał za nim wspomniany już Nocturnal Grave Desecrator and Black Winds…

Ten termin obejmuje wszystko to co jest tak wspaniałe w tym zespole. Już pod koniec lat 80. podkreślali, że ta muzyka nie jest dla każdego. Grali tylko dla siebie i sobie podobnych osobników, bo kto wtedy nosiłby bluzę z wielkim napisem Black Metal Skinheads na plecach? Wtedy to była ekstrema, a i dziś termin ten powoduje zmieszanie u wielu osób. Trzeba było mieć jaja żeby nosić taką bluzę. To był dobry sposób na eliminację słabeuszy. Podchodziliśmy do tego z niemalże religijną czcią pokazując się między ludźmi z ogolonymi głowami i w/w sloganem na bluzach.

Kiedy poznałeś ludzi z Blasphemy miałeś jeszcze długie włosy, ale potem zdecydowałeś się kultywować kanadyjską tradycję…

Przyniosłem nożyczki i odtwarzacz stereo na cmentarz Ross Bay, odpaliłem Fallen Angel Of Doom i zacząłem obcinać włosy. Zostawiłem je tam, więc moja ofiara na zawsze będzie częścią tego miejsca.

Owiany złą sławą cmentarz Ross Bay jest chyba znany każdemu miłośnikowi Blasphemy.

Kiedy odkryłem Blasphemy, przeczytałem o Ross Bay w tekście do Ritual. Dowiedziałem się, że to cmentarz w Victorii, o którym krążyło mnóstwo pogłosek mówiących, że mają tam miejsce różne satanistyczne ekscesy.

Wiele z nich swoją genezę ma tak naprawdę w książce Michele Remembers napisaną przez kanadyjskiego psychiatrę i jego żonę, wcześniejszą pacjentkę. Opowiada ona historię dziewczyny rzekomo wykorzystywanej na cmentarzu Ross Bay podczas satanistycznych rytuałów. Z czasem większość tych rewelacji została odbrązowiona, ale w tamtym okresie książka stała się bestselerem i podsycała sataniczną panikę lat 80., czyli społeczny lęk przed rytualnymi ofiarami spełnianymi przez satanistów, który zagnieździł się potem w umysłach dzieci…

Nie muszę chyba mówić, że ten aspekt interesował mnie wtedy najbardziej. Mieszkałem wtedy w Edmonton i moja wyobraźnia szalała na myśl o tych rzekomych wrotach do piekła. Kiedy kilka lat później miałem możliwość przeprowadzić się do Victorii, wskoczyłem do samolotu zanim jeszcze poznałem to miasto. Kiedy dotarłem, moi kumple zamiast do mojego nowego miejsca zamieszkania, zawieźli mnie prosto na cmentarz Ross Bay. Nie zwiedzałem więc mojej nowej okolicy tylko chodziliśmy po cmentarzu. Pamiętam tamten poranek. Było zimno, ale kiedy przeszliśmy przez bramy cmentarza poczułem ciepły wiatr. To było naprawdę dziwne doświadczenie. To właśnie tam zrobiliśmy zdjęcie anioła w masce gazowej, które zdobi okładkę War.Cult.Supremacy, a na scenie z Blasphemy noszę odwrócony krzyż pochodzący z tego miejsca.

Autor: Niklas Göransson
www.bardomethodology.com
https://nuclearwarnowproductions.bandcamp.com/album/extermination-mass
Tłumaczenie: Maciej Malinowski
Zdjęcia: archiwum Ryana Förstera / StarSpawn