NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Teitanblood – gadzi mózg

Hiszpański potwór zwany Teitanblood woli pozostawać w cieniu rzadko udzielając wywiadów. Tajemniczy frontman NSK zgodził się jednak przerwać milczenie opowiadając o inspiracji, które czerpie z przesiąkniętego moczem pisma, klerykalnego szaleństwa i ostatecznej, czarnej otchłani.

Tradycyjnie już wbrew zasadom marketingu anonsujecie swój nowy mLP Accursed Skin dopiero w momencie kiedy jest już dostępny.

W rzeczy samej. Jesteśmy bardzo ascetyczni w temacie jakichkolwiek ogłoszeń. Nie wiem zresztą, co można ogłaszać poza nowym merchem lub jakąś nadchodzącą trasą.

Winyl zawiera utwór Sanctified Dysecdysis, które wcześniej dostępny był jedynie na Mcd Woven Black Arteries. Słuchając ich po sobie nie mam wątpliwości, że to cały czas ten sam brud, ten sam zespół…

Mimo różnicy kilku lat między oboma kompozycjami łączy ja ta sama koncepcja, spójność i ciągłość tej same wizji, którą mieliśmy w momencie zakładania zespołu.

Od samego początku w 2003 założyliście, że będziecie tworzyć death metal oparty na  blackmetalowych fundamentach i vice versa…

Nasza potrzeba tworzenia karmiona była minimalistyczną i mroczną atmosferą nagrań takich jak Satanic BloodVon, AngelcuntArchgoat, DrawingDawn The MoonBeherit i Joined In DarknessDemoncy. Do tego dochodziły kolejne inspiracje, które splatały się ze sobą prowadząc do powstania tego czym jesteśmy obecnie.

Od czasu Seven Chalices z 2009 roku, wasza muzyka jest wydawana przez Norma Evngelium Diaboli mającą ściśle określoną politykę wydawniczą. Jak doszło do współpracy?

Kontakt nawiązaliśmy za pośrednictwem zine’a Dauthus. Następnie spotkaliśmy się z ludźmi z Norma Evangelium Diaboli żeby przedyskutować kwestie zasadności naszej ewentualnej współpracy. Od tego się zaczęło. Jesteśmy wdzięczni i zaszczyceni mogąc współpracować z nimi i dobroczyńcami z Ajna Offensive.

Twórca Dauthus ‚zine, szwedzko-fiński artysta Timo Ketola jest blisko związany z Teitanblood, prawda?

Tak, inspiracją dla Seven Chalices była nie tylko inna muzyka, ale również trzecia odsłona jego magazynu. Wiele płyt udanie definiuje to czym jest death metal, ale każdy kto trzymał w ręce ten grimoire zgodzi się, że żadne dzieło nie uchwyciło jego esencji lepiej niż Ketola w Dauthus #3.

Magazyn ten robi ogromne wrażenie nawet bez czytania jego zawartości. Usmarowane moczem i krwią okładki każdej z 200 kopii, niesamowite wywiady, niezwykle adekwatna estetyka wydania, a wszystko opatrzone inteligentnymi komentarzami. Wraz ze Slayer #10 to już historia undergroundu…

Brakuje mi słów żeby to opisać. To niesamowite dzieło, którego wielkość nawet dziś trudno wyrazić słowami. Chcieliśmy przełożyć jego wielkość na język muzyki i tak powstał Seven Chalices.

Jak to zrobiliście?

Praca nad tym materiałem była nie lada wyzwaniem, bo był on bardziej złożony niż jakikolwiek z utworów nagranych przez nas wcześniej. W 2007 roku po długiej pracy i wielu brzydkich doświadczeniach w końcu go ukończyliśmy.

Nie chcesz mówić o trudnościach jakie mieliście podczas sesji nagraniowej, ale przez następny rok czekaliście na grafiki i skład okładki miksując w tym czasie nagrany materiał… Autorem plastycznej oprawy Seven Chalices jest oczywiście Timo Ketola. Nie przesadzę jeśli powiem, że jego wkład i estetyka jego prac miały spory wpływ na kształtowanie się tego czym jest Teitanblood?

To wręcz niedomówienie. Jego wkład i zaangażowanie były tak samo istotne jak nasze zaangażowanie jako muzyków.  Podczas naszych licznych dyskusji o malarstwie, kinie czy książkach jego spostrzeżenia czy komentarze często kończyły jako fragmenty tekstów lub muzyki mimo, że same w sobie nie miały z muzyką nic wspólnego.

Jak go poznałeś?

Kiedy jechałem do Włoch na koncert Watain i Mortuary Drape. To była jedna z moich najlepszych  podróży wszech czasów, a Watain zagrał jeden z najbardziej dzikich koncertów jakie widziałem.

Wtedy niewiele osób z Hiszpanii jeździło na zagraniczne, podziemne festiwale. Byłeś jednym z wyjątków.

Tak, ale nie chodzi o to, że byłem jakimś pionierem takich podróży. W latach 90. wiele osób z Barcelony czy Madrytu podróżowało do Londynu żeby zobaczyć kapele, których trasy omijały Hiszpanię.

Teraz sytuacja się zmieniła i liczba osób podróżujących za granicę zmieniła się diametralnie.

Tak, ale 15 lat temu kiedy zaczynałem takie rzeczy jak Google Maps czy tanie linie lotnicze pokroju Airbnb nie były jeszcze takie popularne.

Jakieś szczególne wspomnienia z tamtych wyjazdów?

Open Hell w Czechach, zdecydowanie. Nie pamiętam już który to był rok, ale obecnie wydaje mi się, że cholernie dawno temu. Próbowałem znaleźć drogę do Volyně, a każdy jeden znak drogowy wyglądał jak pierdolone tytuły Master’s  Hammer. Teren, pociągi, stacje – czułem się jakby ktoś cofnął mnie w czasie o 20 lat.

Inspiracje czerpiecie nie tylko z wydawnictw podziemnych. Utwór/mLP PurgingTongues powstał z twojej fascynacji Imieniem Róży Umberto Eco…

Do dziś jestem opętany tą książką. Nie tylko ze względu na całą kryminalną intrygę i niesamowitą religijną korupcję, ale i wszystkie cudowne rozważania, które w niej zawarto.

Tak, od podziałów w temacie skrajnie różnej interpretacji pism po ekscesy cielesne oraz, oczywiście, hiszpańską inkwizycję…

Obsesja Dniem Gniewu, konflikt nauki z wiarą, cenzura wiedzy aby chronić święte prawdy. Lista intrygujących wątków jest ogromna.

Rdzeniem tego utworu jest fragment książki, w którym ślepy bibliotekarz klasztoru opisuje nadejście Antychrysta…

Planowaliśmy użyć tego fragmentu i można to zauważyć już we wkładce Seven Chalices, ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że potrzebuje on osobnego wątku w naszej twórczości.

W celu narracji, realizator i wasz długoletni przyjaciel Javi Bastard załatwił profesjonalnego aktora.

Wkład Javi’egona ukształtowanie naszego brzmienia jest nieceniony. Kolejnym ważną osobą dla naszego zzespołu jest GC Santos z Like Drone Razors Through Flesh Sphere, który realizuje nasze pomysły na ambientowe, atmosferyczne partie.

Wspomniany aktor to podobno znany hiszpański aktor, który jednak chciał pozostać anonimowy…

A to co zrobił przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Jego praca w połączeniu z tym jak wygląda strona B płyty winylowej czynią ten materiał moim ulubionym wydawnictwem Teitanblood.

Co sprawiło, że ten mLP ukazał się dopiero ponad 2,5 roku po debiucie?

Po Seven Chalices zająłem się wszystkimi gitarami i basem (na debiucie część gitar sesyjnie nagrał jeszcze wtedy eks-gitarzysta Teitanblood, Juan Carlos Deus, obecnie w Sacrificio – dop.M.M.), więc można powiedzieć, że zaczynaliśmy od nowa. Purging Tongues był niczym demo, na którym dostosowywaliśmy się do nowego stanu rzeczy.

Rok później Purging Tongues ukazał się jako Mcd Woven Black Arteries zawierający również utwór Sanctified Dysecdysis, który dopiero teraz ukazał się na winylu Accursed Skin…

Poświęciliśmy się pracy nad naszym drugim albumem Death, taki był plan, ale tak zaangażowaliśmy się w tworzenie Sanctified Dysecdysis, że zdecydowaliśmy się wydać go wraz z Purging Tongues. O Death celowo nie wspominaliśmy wcześniej, bo chcieliśmy żeby jego wielkość mówiła sama za siebie. Tak samo  będziemy działać w przyszłości.

Ten cały kult śmierci … Myślisz, że możesz liczyć na wyjątkowe traktowanie kiedy już się z nią spotkasz?

Nie, to byłoby rozczarowanie. Nic i nikt nie zasługuję na trwogę większą niż to nieskończone źródło inspiracji. W naszym przypadku to po prostu ceremonialny gest w kierunku najpewniejszego, najprawdziwszego i najbardziej wszechobecnego z bytów.

Poza epizodem w Proclamation, w przeszłości dołączyłeś również do odradzającego się wówczas Ofermod…

Zaczęliśmy się kontaktować w 2005 roku i na początku Belfagor chciał abym zajął się wokalami na koncertach. Pojechałem tamtego lata do Sztokholmu i na próbie ćwiczyliśmy całe Mystérion Tés Anomias,  jak i nowe utwory.  6 miesięcy później zostałem zaproszony do udziału w sesji nagraniowej pełnoczasowego debiutu Ofermod, który miał nosić tytuł Pentagrammaton. Nagrałem wokale w 1,5 dnia bez możliwości wcześniejszych prób. Był to jeden wielki chaos i niepewność, a czas jaki mieliśmy na nagrania dobiegał końca.

Ofermod jednak zawiesił działalność wkrótce po nagraniach i mimo jej późniejszego wznowienia Pentagrammaton nigdy się nie ukazał…

Riffy jak i całe utwory zostały później użyte na debiucie Ofermod, Tiamtu, oraz na albumie Nefandus, ale żaden z nich nie zabrzmiał tak dobrze jak to co wtedy nagraliśmy.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Teitanblood nie jest zbyt opłacalnym przedsięwzięciem zważywszy na ilość czasu, pieniędzy i wysiłku, którą wkładacie w ten zespół. Skąd czerpiecie motywację?

To co nas napędza to po prostu natchnienie, które każe nam iść naprzód. Czujemy się bardziej wizjonerami niż artystami, bo bycie artystą, w tym przypadku muzykiem, oznacza poświęcenie się kształtowaniu, realizowaniu pewnej wizji. Artystami jesteśmy przy okazji tak samo jak mimochodem jesteśmy częścią jakiejś sceny czy tego chcemy czy nie.

Popularność  też was nie interesuje zważywszy na waszą awersję do bycia w centrum uwagi.

Wiesz, poświęcamy się bez reszty każdemu detalowi tego co robimy i blisko współpracujemy z tymi, którzy mają swój wkład w naszą twórczość. Nie mamy czasu na pogoń za pieniędzmi i popularnością. Nie mam nic przeciwko jeśli ktoś jest nimi zainteresowany, ale to nie nasza broszka.

Nie gracie koncertów, a ty sam nie zgadzasz się ze stwierdzeniem, że prawdziwy zespół musi udowodnić swoją wartość na żywo, prawda?

Cóż, powiedzcie to Quorthonowi z Bathory. Co zresztą nieodpowiedniego jest w ograniczaniu się do nagrań studyjnych? Niektóre dzieła nie powstały po to żeby odgrywać je na żywo, np.  De Mysteriis Dom Sathanas albo A Blaze in the Northern Sky. Nie chciałbym usłyszeć ich na żywo. Nakład pracy I środków potrzebnych do odtworzenia naszej muzyki na żywo wraz z wszystkimi jej niuansami jest zbyt duży, a ewentualne niedociągnięcia byłyby obrazą naszej własnej twórczości.  Poza tym przygotowywanie tego wszystkiego oznaczałoby stratę czasu, który możemy poświęcić na komponowanie. Mamy napięte terminy, rzadko gramy próby i lepiej poświęcić czas i energię na coś bardzo produktywnego.

Pete Helmkamp z Angelcorpse powiedział mi, że muzyka była z człowiekiem od zawsze, ale dopiero niedawno nauczyliśmy się ją nagrywać i dlatego jej esencję stanowi granie jej na żywo.

Zgodziłbym się z tym w przypadku materiałów takich artystów jak DevilDoll, których odegranie na żywo przy zachowaniu ich bogactwa aranżacyjnego miałoby wręcz rytualny wymiar. Okoliczności odgrywania muzyki na żywo, ich zmienne aspekty mogą zarówno wzmocnić obcowanie z nią jak i wszystko zniszczyć. Wszystko złożone jest z atomów, które współgrają ze sobą na różnych częstotliwościach. Wszystko ma swoją częstotliwość rezonansową czego najlepszą ilustracją jest śpiewaczka operowa mogąca swoimi głosem potłuc kryształową szklankę. Kiedy użyje odpowiedniego tonu przy odpowiedniej głośności, kryształ pęknie, bo częstotliwość będzie tak ekstremalna, że nie będzie on wstanie utrzymać w sobie energii. To ma miejsce wszędzie, wliczając w to ludzkie ciało.

Myślisz, że to dlatego muzyka potrafi wpływać na nasze uczucia i nastroje?

Oczywiście. Myślę, że wszelkie muzyczne wibracje czy szumy mają bezpośredni wpływ na naszą percepcje i stan emocjonalny. Odprężenie dzięki odpowiedniej mantrze czy stres, który odczuwali iraccy więźniowie torturowani muzyką Slayer to dobre przykłady. W końcu wszystkie nasze myśli to tylko elektryczne impulsy, prawda?

Zależy jak kto interpretuje świadomość. Myśli mogą być dostarczane do mózgu za pomocą impulsów elektrycznych, ale ich źródło nie może być wykryte przez elektroencefalograf…

Jak najbardziej. Nie neguję istnienia prądów czy zjawisk, które nie mogą być naukowo wytłumaczone. Tak samo nie neguję kinetyki ani siły wizualizacji.

Ci którzy wierzą w istnienie duszy, reinkarnację czy świat duchów pewnie nie zgodzą się ze sprowadzaniem wszystkiego do aktywności neuronów.

Jak pokazuje historia, duchowość może być na tyle motywująca, że może stać się stylem życia. Ja jednak jestem osobą twardo stąpającą po ziemi i uważam, że jak moje organy wewnętrzne przestaną pracować to stanę się pożywką dla robaków.

A co z tzw. szóstym zmysłem, koncepcją czakry szóstej – określanej jako trzecie oko?

Łączę je z teorią gadziego mózgu i naszymi pierwotnymi instynktami. Uważam, że są one w stanie powiedzieć ci więcej o tobie samym niż modne obecnie praktyki stosowane przez ludzi szpanujących swoim uduchowieniem.

Jednak ten kto nie otworzy trzeciego oka nie wie nawet, że ono tam jest. Na przykładzie oczywistych zmysłów – problemy z odczuwaniem zapachów nie zminimalizują dolegliwości wynikających ze wzdęcia.

Zgadzam się, ale nigdy nie praktykowałem jogi w stopniu wystarczającym aby powiedzieć coś więcej na ten temat. Bliższe są mi ćwiczenia Qigong, koncepcja dantian i punkty skupienia energii, które potrafią dać ci niesamowitą świadomość własnego ciała.

Z tego co słyszę myślę, że nie jesteś wielkim fanem duchowo poszukującego metalu?

Z tego co zaobserwowałem to ci, którzy najchętniej ciskają swoimi niespójnymi tezami próbując pokazać jacy to nie są oświeceni, tak naprawdę nie szukają gnozy, a usprawiedliwienia dla swoich pseudo-intelektualnych bzdur.

Na scenie też mamy pełno zwolenników przemocy i morderstw, ale skłonność do przemocy u większości z nich nie wykracza poza okazjonalną, pijacką bójkę z innym metalowcem.

Większość z nich żyje iluzją więżąc w historie, które sami opowiadają –  w tym przypadku jest to przemoc.

Można się tylko zastanawiać ilu z nich miałoby psychikę na tyle silną żeby wypełniać swoje codziennie obowiązki pracując w południowo-amerykańskim biznesie narkotykowym..

Myślę, że Hollywood i internet zachęcają do fantazjowania na temat zbrodni i przemocy, ale własnych, autentycznych doświadczenie zastąpią.

Tajemnicą poliszynela jest, że większość muzyków blackmetalowych tak naprawdę nie angażuje się w to o czym śpiewają ograniczając się do wizerunku.

Szczerze mówiąc nie widziałem jeszcze żadnej subkultury grupy, która byłaby w całości prawdziwa i szczera w tym co robi.

Mimo, że autentyzm jest najbardziej istotnym aspektem tej sceny. Zaprzestanie pozowania i lustracja poglądów nie przyniosłyby jej prawdopodobnie zbyt wiele pożytku.

To byłoby zbyt łatwe. Jest coś satysfakcjonującego w oddzielaniu ziaren od plew, pozwala to bardziej docenić wartość tego co prawdziwe.

Teoretycznie jednak przefiltrowanie tej nowej fali black metalu mogłoby pozbawić ją całego uroku. Teologiczne koncepcje ograniczające się tak naprawdę do weekendowego pijaństwa i wygodnego ateizmu.

To są rzeczy, które powinno się zostawić w spokoju i pozwolić im tonąć w swojej dekadencji. Nie warto się nimi rozpraszać.

Tak czy inaczej pewnie nie zostałoby nic poza okazjonalną towarzyską rozpustą…

Tak, np. kiedy ludzie na koncercie przy alkoholu opowiadają ci o swojej skrajnej mizantropii. Wtedy widać jakie to wszystko głębokie, ale prawdę mówiąc moja uwagę przyciągają bardziej istotne sprawy. Nie chcę brzmieć arogancko, po prostu jestem szczery.

Jaki będzie więc następny krok Teitanblood? Praca nad nowym albumem?

Tak jest. W sumie już zaczęliśmy. Mamy już ogólny zarys, koncept, przewidzianą długość płyty  i grafikę.  Właściwie to nigdy nie przestajemy pracować nad kolejnymi materiałami, ale jaki jest sens ogłaszania światu każdego etapu tej pracy?

Autor: Niklas Goransson
www.bardomethodology.com

Tłumaczenie: Maciej Malinowski
Zdjęcia: archiwum zespołu