NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Soundfear: Nasz pierwiastek szaleństwa tkwi w nieprzewidywalności

„Wierzę, że szaleństwo jest wpisane w ludzką naturę. […] Nasz pierwiastek szaleństwa tkwi w nieprzewidywalności. Można tego doświadczyć na koncertach, gdy wchodzimy z ludźmi w pewną impulsywną grę; można doszukać się tego w muzyce, gdzie opieramy się na pewnych standardach, by za chwilę je łamać.” O szaleństwie – i nie tylko – opowiada nam Szymon Orłowski, wokalista Soundfear – rodzimego reprezentanta współczesnego death metalu z domieszką etniczną.

– Piliście kiedyś wino z kaktusa? [używka starożytnych Azteków – przyp. red.]

Wino z opuncji zapisaliśmy na listę do spróbowania. U Azteków była inna od europejskiej kultura transów. Oprócz wina z opuncji dominowały grzyby halucynogenne czy rytualna szałwia. W tekstach znajdziecie do nich odniesienia. Dla wnikliwych – nie, nie mieliśmy styczności z tymi roślinami. Może kiedyś, za granicą miasta spotkamy się na rytuale pod gołym niebem… Na razie skupiamy swoją uwagę na realizacji płyty.

– Co najbardziej pociąga Was w tej kulturze i religii? Rozumiem, że jest to czymś więcej niż tylko „niedzielnym zainteresowaniem”, skoro odzwierciedlacie ich historię/tematykę w tekstach, a do muzyki dokładacie elementy etniczne?

– Rytualność. Tajemniczość. Szaleństwo.

– Jesteście szaleńcami?

– Wierzę, że szaleństwo jest wpisane w ludzką naturę. Do każdego należy wybór jak to szaleństwo wykorzysta – wydobędzie je czy stłumi. Niektórzy spełniają swoje chore fantazje, pozostali zaś po swojemu operują rzeczywistością, co czyni ich szalonymi w oczach innych ludzi. Szaleńcom mówię: doceńcie proste życie. Prostych ludzi namawiam do odrobiny, odrobiny szaleństwa. Szaleństwo może zgubić. Jego brak sprawia, że ludzkie życie przemija w umiarkowaniu. Nasz pierwiastek szaleństwa tkwi w nieprzewidywalności. Można tego doświadczyć na koncertach, gdy wchodzimy z ludźmi w pewną impulsywną grę; można doszukać się tego w muzyce, gdzie opieramy się na pewnych standardach, by za chwilę je łamać.

– Ta otoczka Soundfear… pomysł jednego z Was zaakceptowany przez pozostałych członków czy wynik wspólnych zainteresowań?

– To bardziej wspólne odczuwanie pewnego mistycyzmu, a także potrzeba odsłonięcia człowieczej natury za pomocą tej brutalnej kultury.

– Koncept połączenia nowoczesnego death metalu i etnicznych motywów nie jest prosty – nie znaczy, że nie jest możliwy. Wam jakoś się udaje. Szykując nowy materiał cały czas będziecie trzymać się tych tematów? Czy zamierzacie dołożyć jakieś zupełnie nowe dźwięki?

– Eksperymentujemy. Płyta ewoluowała na przestrzeni lat i czerpała z wielu rodzaju muzyki. Na co dzień słuchamy ostatnio dużo Dead Can Dance. Czerpiąc z takich gatunków nie zapominamy o tym, co w muzyce Soundfear pozostaje rdzeniem – ciężkie dźwięki i doza strachu.

– Bez bicia – dużo materiału zostało Wam do dopracowania? I jak długo każecie nam czekać?

– Zamknęliśmy już temat pisania. Nastawiamy się teraz na inny tryb działania. Finiszujemy nagrywki ścieżek roboczych w zespołowym mieszkaniu, by wejść do studia przygotowani i w szczycie formy. Cieszy nas zainteresowanie nadchodzącą płytą, bo wiążemy z nią życiowe aspiracje i warstwę treści dla współczesnych pokoleń, którą chcemy przekazać. Obnażymy mechanizmy działania strachu oraz ujawnimy powtarzalność historii i wzniesiemy potrzebę doświadczenia sacrum zbiorowego jako zapomnianej metody jednoczenia się ludzi. Jesteśmy w pełni świadomi, że skazaliśmy fanów na dłuższe czekanie, ale taką metodę na debiutancki album przyjęliśmy za najlepszą – poszukiwanie i cierpliwość. Nie jest to metoda odpowiadająca prędkości zmienianych się w radiu hitów. Pozwoliło nam to jednak, żeby praca nad kolejnymi wydawnictwami była bardziej świadoma i intuicyjna.

– Spotkaliście się kiedyś z opinią, że od kogoś „zżynacie”?

– Ponoć pierwszy riff „Slay For Montezuma” jest podobny do jednego riffu Job For A Cowboy. Częściej jednak słyszymy, że tworzymy coś innego, wyrwanego z kontekstu i to jest inspirujące. Zapewne dużo z Was ma dosyć tego, że zespoły tworzą medialną pompę wokół muzyki, która nie wnosi niczego nowego, bądź co gorsza ociera się o kicz, ale wychodzi z założenia, że jak będzie „na czasie” to bardziej się sprzeda. Gorzej się upaść nie da. Oczywiście dotarcie do ludzi jest ogromnie ważne, to element składowy sukcesu… ale czy warto kosztem autentyczności? Poruszając ludzi można naprawdę się do nich zbliżyć, a nie dać im znać, że istniejesz. Idąc inną drogą obudzisz się pewnego dnia sfrustrowany.

– Byliście kiedyś na tyle sfrustrowani, czy też raczej zniechęceni, że mieliście ochotę zostawić wszystko w pizdu i odpuścić sobie granie w zespole? Co potrafi być czynnikiem, przez który macie dość?

– Bywało ciężko – zwłaszcza, gdy nie mieliśmy pałkera, basisty i nasz bus wylądował na złomowisku, co przyczyniło się też do powstania napięć, niepewności, a tym samym lęku. W chwilach słabości zastanawiasz się po co ci ten stres, ciągły brak pieniędzy, brak zrozumienia w oczach przyjaciół, ale też pojawia się pytanie… czemu innemu miałbym się poświęcić? I co z całą pracą, którą włożyliśmy w powstanie debiutanckiego albumu? I pojawia się wizja ogromnej pustki, bo rezygnując pozbawiasz się praktycznie całej swojej tożsamości. Dziś mieszkamy razem i nie schodzimy z wysokich obrotów. Problemów nie da się uniknąć, ale da się je ze spokojem rozwiązywać. Myślę, że czynnikiem, który przede wszystkim sprawia, że dobrze się dogadujemy to szereg niepisanych zasad wypracowanych przez lata współpracy i przyjaźni. Rozmawiając nie jest ważne, żeby akurat ja czy ktoś inny miał rację. Ważne jest, żeby efektem rozmów było rozwiązanie problemu.

– Dlaczego dwa wokale? Tak było od początku czy drugi wokal wskoczył do zespołu po jakimś czasie?

Razem z Rafałem dołączyliśmy do Soundfear jako przyjaciele. Do dziś gramy i przyjaźnimy się. Historia zespołu jest zawiła i długa, i zapewne zanudziłaby czytelników. Odsyłamy do muzyki i tekstów.

– Czym jest dla Was nowoczesny death metal? Przejmiecie „pałeczkę” po tradycyjnych death metalowych tuzach? Współpraca jest możliwa, czy raczej te sceny działają osobno?

– Wydaje mi się, że w metalu nastąpiła bardzo ciekawa ewolucja i pewna doza otwartości na mieszanie gatunków, robienie czegoś nieklasycznego, nieokreślonego. To jest świetne i często zaskakuje. Idziemy za tą falą nieznanych brzmień, szukamy siebie. Oczywiście zapytani o historię podkreślamy, że bez korzeni nie było by nic.

– A propos łączenia gatunków – jak Wam się podoba to, co Drown My Day nagrali ze Słoniem?

– Robiliśmy raz połączenie rap-metal, ale to bardziej lokalnie, kalisko z zaprzyjaźnionym raperem Neluxem. Twórczość ta miała raczej wymiar osobisty. DMD i Słoń jest dość konkretnym sygnałem dla słuchaczy. Może styl DMD się zmienia?

– Groov z Drown My Day pełnił kiedyś rolę Waszego menadżera. Dlaczego zakończyliście współpracę?

– Różnie wspominamy współpracę z Groov’em, ale na pewno możemy powiedzieć, że wiele nas nauczył i nakierował na odpowiednie tory. Przyszedł dzień zakończenia współpracy. Groov nadal ma do nas żal, że mieliśmy swoją wizję na kierowanie Soundfearem, co osobiście mnie dziwi; nie ma jednego patentu na wszystkie kapele.

– Pamiętam jak w moje łapy wpadła epka „676”. Ciężko było mi się do niej ustosunkować. Materiał jest dość intensywny – nie da się ukryć. Dużo później zamieściliście w sieci „Slay For Montezuma” oraz „Chia’s Aura”. Brzmi brutalnie i przypuszczam, że nie tylko ja nie mogę doczekać się długograja. Wspomniane kawałki znajdą się na albumie? Wprowadzicie w nich jakieś zmiany?

– „Slay For Montezuma” i „Chia’s Aura” znajdą się na 100%. Na pewno nie w pierwotnej wersji, ale też nie zupełnie od niej oderwane. Wprowadzimy tylko kilka dodatkowych smaczków.

– Będziecie szukać wydawcy czy wypuścicie materiał własnym sumptem? To jest chyba coraz bardziej popularne wśród death metalowych czy death core’owych zespołów – zwłaszcza tych młodych. Konieczność?

– Trochę tak, trochę nie. Jest crowdfunding, są wytwórnie i trzeba tam próbować. Już mając wersję robocze będziemy je wysyłać do wydawnictw, bo trzeba próbować pozyskiwać wszelkie środki na rozwój. Niemniej jednak nie zamierzamy czekać z nagraniem z wydawcą, bo rynek muzyczny opiera się na pewnych zasadach. Dzisiaj wysyła się głównie gotowy, przemyślany koncept na rozwój i oryginalny pomysł na siebie, aby zapewnić producentowi, że jesteś świadomy obowiązujących standardów.

– Wracając na chwilę do „Chia’s Aura”… klip do utworu to gitarowe playthrough. Nie było pomysłu na teledysk?

– Teledysk do „Chia’s Aura” zrobiliśmy w formie guitar video. Uważamy , że gitarowe playthrough przez swoją statyczność i ujęcia wyłącznie gryfu są skierowane wyłącznie do gitarzystów, co zabiera możliwość cieszenia się z zabiegów operatorskich, a przecież montaż jest kluczowym elementem budowania napięcia. Krótko mówiąc postawiliśmy na emocje, aniżeli techniczną poprawność. Pełnowymiarowy teledysk do innego już utworu ukaże się tuż przed premierą LP.

– Macie na swoim koncie kilka gigów poza granicami naszego kraju. Gdzie się lepiej gra?

– Najlepiej gra się w pełnych salach, to na pewno. Lubimy bardzo naszych czeskich sąsiadów i koncerty w Budapeszcie.

– Czy wydaniu nowej płyty będzie towarzyszyć dłuższa trasa koncertowa?

– Oczywiście! Koncerty Soundfear są punktem odniesienia dla treści i kompozycji. Przygotowywaliśmy się zbyt długo, żeby teraz spocząć na laurach materiału, który tylko krąży po sieci. Chcemy dojechać do Hiszpanii i z powrotem. Już się przygotowujemy.

– 9 września w Kaliszu odbędzie się organizowana przez Was egzekucja na żywo. Brzmi to tajemniczo i przerażająco zarazem…

– Stworzyliśmy spektakl, bo przy okazji rozmów w zespole stwierdziliśmy, że faktycznie koncerty są bardzo żywiołowe, ale treść kompletnie gdzieś widzowi umyka. Egzekucja na żywo to pewna metafora i kulminacyjny punkt spektaklu. Całość koncepcji i scen pomiędzy utworami dąży do tego jedynego momentu. Sęk jest w tym, że istota spektaklu ujawnia się dopiero po złożeniu ofiary z głowy.