NOWY NUMER!

Musick Magazine 4/2016

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Maciej Krzywiński – Lubię ich jeszcze bardziej

Powrót do aktywności koncertowej i studyjnej Amerykanów z Faith No More zaowocował pojawieniem się na krajowym rynku wydawniczym ich biografii. Maciej Krzywiński, autor Faith No More. Królowie Życia (i inne nadużycia), opowiedział nam co nieco o niej.

Od premiery biografii minęło już kilka miesięcy. No i jak tam – zadowolony z przyjęcia? Coś cię zaskoczyło w percepcji książki u recenzentów i czytelników?

Maciej Krzywiński: Ostatnie przyjęcie na jakim byłem, zorganizowano z okazji trzydziestych czwartych urodzin mojego dobrego kumpla. Niestety nic z tego nie pamiętam, ale zakładam, nauczony doświadczeniem, że było to bardzo dobre przyjęcie! To było tuż po premierze książki, nic wtedy jeszcze o reakcjach na nią nie było mi wiadomo. Ale rzeczywiście upłynęło już kilka miesięcy, no i… No i chyba nie oczekujesz, że będę polemizował z kimkolwiek o jego/jej opiniach na temat Królów Życia? Na krztynę obiektywizmu bym się nie zdobył, więc przyjmuję wszystkie opinie z wdzięcznością. Jednym się podobało, innych zniesmaczyły suchary podobne temu o przyjęciu z samego początku odpowiedzi. Jedni słali dość gęste komplementy, inni zarzucali że nie dobiłem się na szerszą skalę do samego zespołu, ale na to akurat nie miałem wpływu. W „Teraz Rocku” żałowali, że nie było w książce cytatów z „Teraz Rocka”. Ogólnie przyjemnie.

Jeśli to nie tajemnica, powiedz jakie inne nazwy oprócz Sabaton i Faith No More były na liście propozycji którą przedstawił ci In Rock.

To nie tajemnica, ale o ile pamięć mnie nie myli, to wspominaliśmy chyba jeszcze tylko o Bobie Dylanie, chociaż nie o biografii jako takiej. Ale to podobno niezbyt chodliwy temat na polskim rynku.

Mocną osobistą miętę czułeś do muzyki Amerykanów, nim pojawiła się oferta napisania o nich biografii?

Owszem, chociaż nie mogę powiedzieć, bym w ostatnich latach budził się i zasypiał przy dźwiękach Angel Dust. Nie dlatego, że mi zbrzydło, ale są takie płyty albo nawet pełne dyskografie zespołów, że – jestem pewien, że sam musiałeś tego doświadczyć – doznajesz w pewnym momencie nie tyle przesytu, co po prostu masz wrażenie, że wniknęły ci już w strukturę nukleotydów. Nosisz sobie te nagrania w pamięci podręcznej, ale nie iPoda, tylko łba, więc nie musisz już sięgać po płyty dzień w dzień. A perspektywa pracy nad książką zbiegła się mniej więcej ze wznowieniem studyjnej, a nie tylko koncertowej, działalności Faith No More, więc mięta znów zaczęła pachnieć. 

We wstępie do książki piszesz, że chciałeś się przyjrzeć losom zespołu i jego dokonaniom z perspektyw, które wydawały ci się do tej pory zaniedbanymi. Wskażesz je? 

Miałem na myśli to, że – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – za każdym albumem stoją ludzie. No, chyba że mówimy o albumach Caninus bądź Hatebeak, to akurat nie tylko ludzie. Zmierzam do tego, że indywidualne ludzkie losy chyba częściej niż rzadziej przeplatają się z tych ludzi artystycznymi wykwitami. Nie bez powodu co drugi muzyk opowiada w wywiadach, że pisze o emocjach i własnych doświadczeniach. Akurat członkowie Faith No More tak nie mówią, ale koleje ich życia w ten czy inny sposób – niejednokrotnie powierzchowny – odciskały się na ich twórczości: włoskie doświadczenia Pattona, narkotykowe doświadczenia Bottuma. A na ogólniejszym poziomie, to wydaje mi się, że dla wielu FNM są wciąż kapelą jednego przeboju. Przebojów wiele więcej może nie było, ale barwnych zwrotów akcji akurat było pod dostatkiem.

 13230872_1314706191891656_701393051_o

Jak pracowałeś nad Królami Życia? Na bieżąco podczas pisania wyszukiwałeś, korzystałeś i uaktualniałeś wykorzystywane źródła czy odwrotnie: najpierw wyzbierałeś je, zamknąłeś ten „zbiór” i dopiero zacząłeś pisać?

Metoda uformowała się gdzieś na przecięciu obu wymienionych. Kiedy zaczynałem, miałem – bardziej we łbie, niż na dysku – zarys struktury obleczonej tkankami źródeł, ale im dalej w las, tym więcej tego, rzecz zwyczajna, było. Niektóre fakty wymagały koroboracji kilkoma źródłami, a czasem u źródła. Na przykład dopiero Mike Bordin wyjaśnił mi, jak to z ich wczesnymi demówkami było.

Po napisaniu biografii zmieniłeś swoją optykę i ocenę zespołu?

Tak, lubię ich jeszcze bardziej.

The Real Thing nie chwyciło od razu, musiało minąć niemal kilkanaście miesięcy aż ludzie i branża docenili należycie ten album. Jak myślisz – dlaczego dopiero po takim czasie zażarło?

Trudno powiedzieć, może rzeczywiście chodziło o dobór singla? Epic miał być w założeniu ostatnim klipem promującym album, zarazem pierwszym do piosenki wybranej przez zespół. Klip i singel ostatniej szansy. Pomyśleć, że gdyby nie ten kawałek – wcale przecież nie najlepszy w dorobku zespołu, na The Real Thing też są zresztą fajniejsze – to prawdopodobnie byśmy dzisiaj nie rozmawiali. To dowodzi, że diabeł naprawdę tkwi w szczegółach. Wiele dobrego zrobił popularności zespołu sam teledysk, którego kilkukrotna emisja na antenie MTV właściwie z dnia na dzień katapultowała ich na zupełnie nowy poziom popularności. Mają wiele do zawdzięczenia tej rybie, która poskakała w ostatnim ujęciu…

Patton mówił że ten Epic, pomnikowy przecież kawałek Faith No More, swój muzyczny rodowód znajduje w utworze Rapture Blondie. Jak ty osobiście takie porównanie znajdujesz?

Tak mniej więcej jak zestawienie nenufarów z dafniami. Staw może i ten sam, ale… Chociaż Debbie Harry rzeczywiście w Rapture od pewnego momentu właściwie rapuje.

W twojej opinii – ile w jego, młodego szczególnie, publicznych wypowiedziach, komentarzach oraz zachowaniu było pozy i blagi, ile gwiazdorki a ile autentyzmu wynikającego z cech charakteru?

O przedstawienie takich proporcji się nie pokuszę, bo – wiesz – nie znam człowieka osobiście. Wydaje mi się, że nagła eksplozja popularności po wspomnianym The Real Thing zaowocowała reakcjami, które z jednej strony były testosteronowym bełkotem dzieciaka, a z drugiej – zasłoną dymną dla zmieszania i niepewności chłopca, który jeszcze niedawno podskakiwał na scenach prowincjonalnych barów. A im dalej w las, im większa popularność, im większe przekonanie o skuteczności takiej strategii, ale zarazem im większe zniesmaczenie niezdrowym zainteresowaniem mediów sprawami prywatnymi, wreszcie im większe rozczarowanie mechanizmami przemysłu płytowego, tym więcej wypowiedzi o ekskrementach. Ale dla odmiany odnoszę wrażenie – tylko sobie nie pomyśl, że bawię się w domorosłego psychologa – że dziś Patton czuje się ze sobą lepiej niż kiedykolwiek. Kpi, ale dobrotliwie.

 13214962_1314706148558327_1770599169_o

Sol Invictus czy Album of the Year – który bardziej ci leży?

Ciężkie działa wytaczasz, towarzyszu. Zależy od dnia, zależy od dnia…

Doszukiwanie się relacji tytułu biografii z King for a Day, Fool for a Lifetime jest zasadne? To tylko wariacja czy jest jakiś głębszy kontekst?

Jest jak najbardziej zasadne, ale głębszego kontekstu nie ma. Jeśli chodzi o dobór tytułów, to akurat podzielam zdanie pieśniarki Katarzyny Nosowskiej, która rzekła – zdaje się, że w jednym z wywiadów prasowych – że nie ma się co z tytułami piosenek za bardzo cackać, no bo w końcu cóż można w tych kilku słowach zamknąć? Podobno Katarzyna na pewnym etapie z premedytacją dobierała tytuły kompletnie od czapy. No, ja taki kozak nie byłem, bo – jak sam mówisz – tytuł z zespołem jest związany wprost, nie pokusiłem się o coś w rodzaju „380 stron o fajnej kapeli” – teraz żałuję – ale z drugiej strony sama naga nazwa kapeli na froncie też wyglądałaby czerstwo. No i lubię rymować.

Końcowa część książki to lata i fakty współczesne: czas reaktywacji, powrotu do aktywności, nowych numerów, w końcu – Sol Invictus. Przytaczasz kilka ładnych, gładkich, idealistycznie wręcz brzmiących wypowiedzi muzyków o powrocie (dojrzeliśmy, fajnie znowu pograć, są wibracje, przyszło nam to zupełnie naturalnie, nie ma napięć i tarć interpersonalnych, etc.). Dajesz w to wszystko wiarę czy jednak czynnik merkantylny zagrał tu większą rolę? Bo przecież, sam to w książce klarujesz, muzyka Amerykanów, niebanalna muzyka, rodziła się z tych ich wzajemnych napięć, tarć i interakcji.

Daję wiarę o tyle, że oni raczej głodu nie cierpieli. Gould wszedł w rynek nieruchomości (fakt, ten się kilka lat temu załamał, but still), Bordin miał ciepłą posadkę u Ozzy’ego, z której – nota bene – zrezygnował po to właśnie, by zaktywizować FNM, a Patton, wiadomo, miał muzyczne ADHD. Deklaracje o zażegnaniu konfliktów paradoksalnie znajdują odzwierciedlenie w muzyce właśnie. O ile wcześniej to interpersonalne tarcia były ich twórczym krzesiwem, o tyle atmosfera pojednania zaowocowała bodaj najbardziej wyważoną i najmniej – excuse my French – rozjebaną stylistycznie płytą FNM. Przez co wielu słuchać jej nie jest w stanie. Czyli zgadza się. No i oni chyba rzeczywiście nie muszą tego robić. Od jesieni ubiegłego roku na przykład w ogóle nie koncertują.

Myślisz, że Jim Martin nie dołączył do reanimowanego zespołu, bo na przedstawionej mu umowie była zbyt blado wyglądająca kwota?

Tego zapewne nigdy się nie dowiemy, ale powiem ci, że ja – obawiam się linczu ortodoksów – nie płakałem po Martinie. Fakt, zagrał na wszystkich albumach z kanonu, ale najwięcej muzyki napisał na The Real Thing i Introduce Yourself. Na osławionym Angel Dust jego pomysłów jest już jak na lekarstwo, był już wtedy wyalienowanym wioślarzem i tak rozdygotanego składu.

Cytujesz w Królach Życia Kiedisa, który mówi że RHCP miał „przemożny wpływ” na Faith No More. Jako biograf, ergo badacz kapeli Goulda, Bottuma i Bordina podpisałbyś się pod tymi słowami – czy to bardziej przytyk wynikający z  jego animozji z Pattonem?

FNM na pewno znali dokonania RHCP, byli zresztą ich supportem na jednej ze swoich pierwszych tras, kiedy obu grupom było jeszcze daleko do gwiazdorskiego statusu. Wpływ być może był, ale na pewno nie przemożny. Jeśli był, to na wysokości The Real Thing, ale później? Angel Dust i Blood Sugar Sex Magik – albumy zbliżone w czasie – mają cechy wspólne? Że o rzewnych zawodzeniach z płyt od Californication wzwyż nie wspomnę.

Patton, jak wiadomo, wikłał i wikła się w mnóstwo kolaboracji. Zostawmy na boku Mr Bungle, zajmijmy się innymi. Które z nich najbardziej ci się podobają?

Pyszny jest Tomahawk, w szczególności ostatni, tytułowy Oddfellows i South Paw to piękne piosenki, które mogą zaskoczyć tych, którym wydaje się, że poza FNM Patton to tylko sapie i się krztusi. Swego czasu bardzo podobał mi się Peeping Tom, ale po latach ekscytacja nieco opadła, jakby Mike usiłował złapać zbyt wiele srok za ogon. Wymieniać można by długo, ale może wspomnę o płycie, która ukazała się już po premierze książki, więc nie miałem o niej okazji napomknąć na kartach: Bacteria Cult duetu Patton/Kaada, chociaż ten pierwszy wielkiego wkładu akurat nie miał. A jak ktoś ma zatwardzenie, to oczywiście polecam Adult Themes for Voice i Pranzo Oltranzista.

Wróżbito Macieju, jaka będzie przyszłość FNM? Będzie następca Sol Invictus?

Wierzę, że ta koncertowa posucha, o której wspominałem wyżej, oznacza zagęszczenie prac nad nową muzyką. Podobno przed Sol Invictus powstało więcej materiału, niż mógłby pomieścić jeden album, więc jestem dobrej myśli. Miałeś pojęcie, że czas realizacji usługi wróżbity Macieja wynosi do czterdziestu pięciu dni od dnia zaksięgowania pieniędzy na koncie? Jezu, a ja na etacie…

 197324

Nie ufam nikomu, kto nie lubi Slayera – przytaczasz znany cytat Pattona w książce, z którym to nie da się absolutnie nijak polemizować. Sam też jasno podkreślasz, że nikt w metalu nie wspiął się ponad Reign In Blood. Gdyby nie było na rynku Bez litości Jarka Szubrychta, brałbyś się za Slayer?

Oczywiście. Ciekawostka: na kilka miesięcy przed tym, jak gruchnęła wieść o Bez litości, napisałem skromną – ale jak na moje ówczesne możliwości to i tak tłustą – biografię Slayera: ponad sto tysięcy znaków, co przekłada się na prawie sześćdziesiąt stron ustandaryzowanego druku. Ukazało się to na łamach Mega Sin.

 

Bo to, że powstaną jeszcze książki o tematyce muzycznej, sygnowane nazwiskiem Maciej Krzywiński, to aksjomat, prawda?

Czasem milczenie rzeczywiście jest złotem.

A jeszcze na pulpicie komputera masz ponoć coś wcześniejszego, sprzed Królów Życia, napoczętego, pozamuzycznego. Zdradzisz co to?

Nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę. To jak ze zdjęciami z zarzyganej imprezy – technicznie nikt nie ma powodu, dla którego nie mógłby wrzucić ich na fejsową ściankę, ale jakoś nikt się nie kwapi. Jeśli kiedyś postarałbym się o publikację, to pod pseudonimem.

W ogóle to pisanie o muzyce – pamiętając że nie jest to źródło utrzymania – to u ciebie nadal tylko hobby czy już coś więcej? Nieodłączny element codzienności? A może uzależnienie?

Jeśli za hobby uznać czynność wykonywaną w czasie wolnym, to opis chyba nie jest trafiony, bo nie mam wolnego czasu. Uzależnienie trafia bliżej sedna. Idę się sztachnąć, trzymaj się.

 

***

 

Maciej Krzywiński. Wprawdzie młodszy od Faith No More, ale za to może się szczycić, że przyszedł na świat w roku płytowego debiutu Slayer. Choć formalną edukację zakończył rozprawą o kiczu w muzyce rockowej, to nie przeszkadza mu to od kilkunastu lat publikować teksty skoncentrowane głównie na tematyce rocka właśnie, nie tylko kiczowatego. Do tej pory ukazało się kilkaset jego recenzji płyt, książek i koncertów, a także felietonów. Przeprowadził ponadto wywiady z setkami muzyków – od Sasa do Lasa. Począwszy od Tercetu Egzotycznego, poprzez Peję, na Morbid Angel skończywszy. Współpracował bądź współpracuje – między innymi – z Independent.pl, Mega Sin, Kroniką Miasta Poznania, Metal Hammer oraz Musick Magazine.

 

Sławek Łużny

Fotografie: archiwum prywatne MK