NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Relacja: Mayhem, Merrimack, Voidhanger – 29.05.2014, Warszawa – Proxima

Synoptycy o tym nie wspominali. Tyle co przekroczyłem próg domu ruszając w kierunku stolicy, niebo zasnuła mgła, konsystencji szarej, w funeralny nastrój wprawiająca. Utrzymywała się aż do miejsca docelowego na całej długości.

Zaskoczenie w Proximie już na początek. Klubowy koncert rozpoczyna się przed czasem. Voidhanger zastartował z 10 minut przed godziną awizowaną na rozpisce. Siarczysta i żwawa bm/thrashowa hulanka, kraszona gdzieniegdzie melodyjnymi zagrywkami. Muzyka Voidhanger, konstrukcja tych utworów i feeling, obligatoryjnie wręcz wypycha zespół na sceniczne deski. Początek jak na ostatniej płycie: „No Ground To Hold” przechodzące w tytułowe „Working Class Misanthropy”. Świetnie wypada ten kawałek na żywo. Rusza powoli, by w pewnym momencie totalnie przyspieszyć i na koniec zwolnić, krzyżując ciężkim riffem. Pod sceną od razu zakotłowało. Siarczysty, ale klarowny sound, podbity czytelnym i dobrze nagłośnionym wokalem Warcrimera dopełniał bardzo dobre odczucia. Ludzie od początku domagali się „Dni Szarańczy” i otrzymali je w drugiej części seta. Voidhanger zahaczył o całą dyskografię. Był m.in. „Feed Them to the Pigs” z epki, „Wrathprayers” i „Skin the Lambs” z debiutu. Krótko, konkretnie, na temat, jak należy. „Ile tych uderzeń było? To się nigdy nie liczy, to jest… ręka – (głowa, noga) – sama chodzi”.

Z dwojga warszawskich supportów legendarnych Norwegów, zdecydowanie lepiej wypadł nasz rodzimy. Merrimack trochę zmulił. Może i zgłaszający jakieś awangardowe pretensje black metal, ale przynajmniej na żywo dość standardowo wypadający, gdzieś na przecięciu dróg deptanych przez Marduk, Watain sprzed kilku lat czy Enthroned. Nie w tym rzecz, że coś z Merrimack było nie tak. Było w porządku, technicznie i brzmieniowo bez zarzutu, tyle że jednorodnie i nade wszystko – za długo. Przy pierwszych 2-3 kawałkach Francuzi jeszcze przykuwali uwagę. Im dalej w las, robiło się powtarzalniej. Wizualnie uwagę przykuwał wokalista Vestal, zatopiony w jakimś swoim własnym świecie. Dobry, wyrazisty frontman. Autoagresywny. W trakcie koncertu mikrofonu i statywu używał też do samobiczowania. Kilkadziesiąt nacięć, ran, pęcherzy, sińców i strupów na jego korpusie oraz przedramionach świadczyć może, że nie szanuje swego ciała i umartwia je tęgo.

Bezzasadne po raz n-ty podkreślać kultowy status Mayhem, przypominać o Jego wkładzie w black metal czy cytować historyczne a dramatyczne wydarzenia, jakie były udziałem kapeli. W trzydziestym roku działalności, w dwudziestolecie opublikowania„De Mysteriis Dom Sathanas”, parę chwil przed premierą nowego albumu, ruszyli w trasę której jednym z przystanków była stolica. Błędem byłoby marnować taką okazję. Mimo że koncert wypadł w czwartek, Proxima była pełna.

Nie było tajemnicą co grali na tej trasie. Dobry, przekrojowy set. Doboszowaty „Silvester Anfang” zawezwał wszystkich rozproszonych po klubie pod scenę. No i poleciało, począwszy od „Pagan Fears”. Przetoczyli się przez całą dyskografię z najistotniejszym, jubileuszowym uwzględnieniem kanonicznego debiutu. Na żywo, jak idzie o stronę wykonawczą, swój kultowy status i dorobek, mimo trzeciego krzyżyka, dźwigają mocno i zdecydowanie. Czas się ich mało ima, klimat starych hymnów potrafią nadal uchwycić i odtworzyć na scenie. Robią to przekonująco, a Attila swoim znakomitym wokalem, odzieniem własnym i rekwizytami oraz odgrywanym turpistyczno – wisielczym teatrem, dodatkowo uwzniośla przekaz i stronę wizualną koncertów (podbija i obudowuje przekaz, zaznaczmy, ale nie przykrywa i nie kradnie, bo rządzi muzyka). Mimo braku Blasphemera, nikt nie może zarzucić im, że nie są w formie (Necrobutcher na początku, wizualnie, wydawał się trochę nie w formie. Swoje partie basu trzymał jednak w ryzach, a z czasem – dzięki dużemu zaangażowaniu – „nieforma” i trawiony na bieżąco alkohol wyparowały z niego). Mają jednego z najlepszych metalowych perkusistów w ogóle (w Warszawie praktycznie niewidocznego zza wielkiego zestawu i kłębów dymu oraz świateł; był tam jednak, bo jako pierwszy wkroczył na scenę, kłaniając się w pas publice). I co w tym wszystkim najistotniejsze: rzadko bo rzadko, ale nadal nagrywają odważne, ambitne materiały. Taki też jest „Esoteric Warfare”.

„Jaki tam k…a Chopin! To „De Mysteriis Dom Sathanas” powinien zabrać Endeavour w kosmos.” – zawyrokował głośno po wybrzmieniu granego pod koniec „Freezing Moon”, stojący obok siwawy starszy pan w czarnej koszulce z wizerunkiem gotyckiej katedry z Trondheim.

Autor: Sławek Łużny
Fotografie: Sławek Łużny