NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Relacja: Impact Fest 2013

Po trzech edycjach festiwalu Sonisphere marka ta została zlikwidowana, głównie za sprawą spektakularnej wtopy i odwołania ubiegłorocznej angielskiej edycji. Fani tzw. „cięższych brzmień” zostali więc dosztukowani do nastawionego bardziej na współczesną komercyjną muzykę rockową festiwalu Impact Fest. Nieortodoksyjny, około-rockowo-metalowy skład pierwszego dnia, i nastawiony na młodzieżowych, komercyjnych i gwarantujących dobrą frekwencję wykonawców dzień drugi. Ponieważ postanowiłem bojkotować nędzne 3% piwo, poniżej relacja z pierwszego dnia imprezy.

Na teren festiwalu dotarłem po 15.00, by zdążyć na anonsowany na godzinę 16 występ Mastodon. Nie było problemów z wejściem, ochrona uprzejma, i o dziwo, nie przeszukująca uczestników. Organizacyjnie raczej w porządku, główna uwaga to rozmiar drugiej, zbyt małej sceny, i zdecydowanie znaczny niedobór toitoi. Mastodon rozpoczął występ dla nielicznej jeszcze publiki. Brzmiało to przyzwoicie, zespół z entuzjazmem i zaangażowaniem odgrywał kolejne utwory, gdy zaczęło padać. Lać. Napierdalać deszczem. Po 20 minutach całkiem udany występ Amerykanów przerwał zapewne bardzo ważny przedstawiciel organizatora. Nie dziwię mu się, scenę dość mocno zalało. Na pożegnanie publika zaskoczyła muzyków gromkim gdzie jest krzyż.

Szczęśliwie przed Ghost przestało padać i techniczni mieli czas na dosuszenie scen. Gdy na dużej scenie instalowano scenografię do występu Behemoth, na scenie Eventim (takiego patrona miała mała scena, skomercjalizowano każdą dostępną przestrzeń) odbyło się rockowo-metalowe misterium. Zakapturzeni muzycy i Mistrz Ceremonii – Papa Emeritus (według niepotwierdzonych nigdy oficjalnie informacji to Tobias Forge aka Mary Goore z Repugnant) porwali obłędem licznie zgromadzoną publikę. Mieli pod sceną wielu Wyznawców znających teksty, ale i sporo osób sprawiało wrażenie zaskoczonych ich performance. Papa ubrany jak przystało na anty-papieża, czarne ornat, stuła i tiara z odwróconymi krzyżami i logo zespołu czy  też Zgromadzenia. Godzina melodyjnych, momentami cukierkowych, porywających utworów mogących przywodzić ducha occult rocka czy Mercufyl Fate. Misterium psuły mi nastolatki, które niezależnie od muzyki, nawet przy lajtowych w sumie utworach Ghost (co dawało swoją droga nader komiczny efekt), uskuteczniali zabawy typu ściana śmierci czy circle pit. Winę za to ponoszą moim zdaniem Przystanek Woodstock i zespół Frontside, propagujący intensywnie te zabawy ;) Papa ogłosił dziś, iż dzieci Ghost w Polsce wywarły na jego trupie wrażenie i że szybko wrócą do naszego kraju. Trzymam za słowo!

Behemoth przypadła rola pierwszej (po przerwanym występie Mastodont) gwiazdy głównej sceny. Publika odbiła sobie deszcz i ochoczo rzuciła się w wir zabawy. Tymczasem Behemoth, czy to się komuś podoba czy nie, zasłużył na swoją godzinę i pełną sceniczną i dźwiękową oprawę. Pełen profesjonalizm. Początkowo nie zauważyłem braku Interna. Tak, Inferno według słów Nergala przeszedł niedawno nieplanowaną operację, do końca czerwcowych koncertów zastępuje go więc znany z występów w Decapitated Austriak Kerim „Krimh” Fechner. Było to godne, profesjonalne zastępstwo. Behemoth dowodzony przez Nergala porwał tłum. Osobiście raził mnie pewien dysonans w konferansjerce Nergala. Co prawda pozbył się tej amerykańskiej bucówy, niemniej zbitka „nie ma boga” i chwilę później „dziękujemy serdecznie” jakoś mi nie pasowała, podobnie jak „spaniale jest żyć, niech żyje wolność, hail satan”. Jednak wiadomo – Licencia poetica. Publiczność była zachwycona. Proces z Ryszardem Nowakiem skwitowany został lapidarną zapowiedzią Christians to the Lion „miało być coś o pewnej książce ale szkoda na to czasu”. Świetne, masywne brzmienie, dobra oprawa- statywy, wielka flaga, buchające płomienie – to wszystko robi wrażenie. Największe jednak zrobili dla mnie grając ostatni tego wieczoru numer, Lucyfer. Na tle białego dymu w powietrze wystrzeliła masa czarnego konfetti. Wyglądało to niczym nadciągająca plaga szarańczy.

Na małą scenę nadciągnął tym czasem rock`n`roll z Australii. Airbourne porwał tłum prostym, nieskomplikowanym, zabawowym rockiem w stylu AC/DC. Czysta radość z grania i świetne wykonanie zyskały uznanie publiki.

SLAYER. Czekałem na ten, w końcu pierwszy po śmierci Jeffa, koncert. Problemy z brzmieniem, dźwięk ginął i wracał. To nie ich wina, wiatr wiał, padał deszcz, niestety często wiatr skutecznie uciszał instrumenty. Wykonawczo, Kerry, Tom i Gary Holt bez zarzutu. Natomiast Paul Bostaph nie powinien zaliczyć tego występu do udanych. Można mu to wybaczyć, dopiero się zgrywają (choć np. zastępujący Inferno Krimh zagrał bezbłędnie). Setlista nie zaskakiwała. Przez cały koncert jedynym nawiązaniem do śmierci Hannemana była koszulka Gary Holta, Fuck the Westboro Baptist Church (to kościół urządzający pikiety na pogrzebach marines, ostatnio planowali pojawić się z pikietą na pogrzebie Jeffa). Ponoć na scenie stała gitara Hannemana- ja jej jednak nie zauważyłem. Na dwa ostatnie utwory kolorowa flaga z tyłu sceny zjechała na bok, została szara flaga z wielkim, klasycznym logo Slayer z orłem i sztyletami złożonymi w pentagram, zero słów, South of Heaven i Angel of Death. Po występie Araya w końcu mówi: there are two cycles of life, life and death. Today happens to be Kerry`s birthday. Gdy publika zaczyna śpiewać sto lat, Kerry dodaje „and I hope you all remeber Jeff”. Na ile to godne wspomnienie zmarłego członka zespołu, niech każdy interpretuje sam.

Występy Korn i Rammstein zapewnie nie zainteresują czytelników równie co Slayer. Z dziennikarskiego obowiązku napiszę więc, iż dla Korn mała scena była zdecydowanie za mała, publika była nimi zachwycona, wierni fani przygotowali ogromną flagę Polski, którą rozciągnęli pod sceną na początku ich koncertu. Brzmienie jak na innych koncertach – w zależności od wiatru.

Rammstein to niekwestionowana gwiazda Niesamowita oprawa, światła, scenografia, lasery, wybuchy, oczywiście najgłośniej, co nie znaczy, że bez dźwięku ginącego przy podmuchach wiatru. I zachwycona publika. Śpiewająca teksty, tańcząca, przyjmująca ten show na granicy dobrego smaku z zachwytem. Było ostro, seksualnie perwersyjnie. Kopulacja, wytryski, dominacja. S/M for the masses?

Autor: Krzysiek Grzebyk