NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Recenzja: Inverted Mind – Nothing But Suffering

2013, nakład własny

Nie znałem ich do tej pory. Lustrując okładkę „Nothing but Suffering” obawiałem się, że może to być jakiś emo potworek albo trzecioligowy melodyjny metalcore. Figa. INVERTED MIND to zdecydowanie męskie granie. Młody krakowski band swoje trufle wywąchuje na plantacjach uprawianych w okolicach Nowego Orleanu.

„Nothing But Suffering” to siedem utworów, plus intro i outro (zbędne), około 40 minut. Sludge z dark hardcore`owym sznytem, potęgowanym głównie wrzaskliwą manierą wokalisty. Duży ciężar, wolne, grubo krzesane riffy. INVERTED MIND wśród inspiracji wymienia m.in. Superjoint Ritual, Crowbar, Down – i to słychać. Dodałbym do tego jeszcze trochę core`owych wibracji, gdzieś z okolic Coliseum. Podstawową bazą jest jednak ciężki riff. Pochwały dla gitarzysty, który wykonał swoją robotę naprawdę dobrze, przygotowując zestaw może nie odkrywczych, ale konkretnych i niezamulających tematów gitarowych, czasem dość melodyjnych (fragmenty „Questions without answers”, końcówka „Between life and death” z kapitalnymi bębnami). Na koncertach powinni zbierać adekwatne żniwo. Gdybym miał coś suflować kapeli, odradzałbym czyste wokale (kalają niepotrzebnie np. „The last step before the abyss” czy „Bad and worse”). Rozmywają, zupełnie niepotrzebnie, dość wyrazisty i ciężki przekaz muzyczny. Odpuść Janek, nie warto, nie idźcie tą drogą. Fajnie się za to robi, gdy IM wrzuca drugi bieg i wbija na szybsze rejestry (gwałtowniejsze motywy „Deaf mute crowd” czy fragmentaryczny napierdol w „Rejection”). Chętnie posłuchałbym IM w takiej właśnie szybszej proweniencji. Może to jest pomysł na siebie i kierunek warty rozpatrzenia w przyszłości?

„Nothing but suffering” to obiecujący, równy materiał. Zborny, nieprzeszarżowany i bezpretensjonalny. Dobry debiut.

Ocena: 6/10
Autor: Sławek Łużny