NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Relacja: Wrota piekieł znajdują się we Francji – Hellfest 2012

Tak! Zdecydowanie warto było ruszyć swoje szanowne cztery litery do naszych francuskich braci w metalu, gdzie w przepięknej krainie Loary, niedaleko uroczego miasteczka o nazwie Clisson, każdego czerwca otwierają się wrota piekieł i odbywa jeden z największych festiwali metalowych w Europie – HELLFEST.

Ten stosunkowo młody festiwal rósł na naszych oczach w tempie huraganu. Prężna ekipa HellFest Productions bardzo dba, by z rocku na rock ich diabelskie dziecię się rozwijało, dostarczało coraz więcej wrażeń audio-wizualnych i ściągało do siebie coraz więcej wyznawców muzyki Szatana. Dość powiedzieć, że jeszcze 6 lat temu uczestniczyło w nim ok 22 tys. fanów… w 2012 roku było nas już 113 tys! Takiej liczby nie spodziewali się nawet sami organizatorzy.

Ubiegłoroczna, szósta edycja, była szczególna. Znany starym bywalcom teren imprezy nie tylko się rozszerzył, ale został też diametralnie „przemeblowany”. Do ostatniego dnia nie mogłam się do tego przyzwyczaić i dopadała mnie pewna dezorientacja gdy np. po zakończonym dniu trzeba było wrócić na pole namiotowe, gdyż nawet wejście/wyjście z terenu festiwalu znajduje się z zupełnie innej strony niż dotychczas. Sceny zmieniły swój układ, a ponadto zainwestowano w dwie dodatkowe (a jeszcze w zeszłym roku były „jedynie” cztery) co pozwoliło zaprosić jeszcze więcej zespołów… w sumie ponad 150… na 6 scenach…. może powtórzę: ponad 150 zespołów na 6 scenach! Z czego koncerty odbywały się zawsze synchronicznie na trzech. Dlatego codziennie mordowały człowieka dylematy: czy pójść na HEAVEN SHALL BURN, BRUJERIA czy ORANGE GOBLIN, który odbywa się w tym samym czasie, albo SACRED REICH, NECROPHAGIA czy UFOMAMMUT? Nic, tylko usiąść pośrodku i płakać… jak tu się rozdwoić, roztroić żeby zobaczyć wszystko, co by się chciało… prawie bez szans i trzeba się z tym od razu pogodzić albo w ogóle tu nie przyjeżdżać. A mówią, że od przybytku głowa nie boli.

hellfest2W tych dylematach pomocnym okazał się ład jaki nasi francuscy przyjaciele zarządzili. Otóż sceny zostały niejako uporządkowane stylistycznie. Miłośnicy mocniejszych odmian metalu mogli spędzić większość czasu, kursując między Altar i Temple – były to dwie wielkie sceny umieszczone pod jednym, mega wielkim namiotem. Koncerty odbywały się tam naprzemiennie. Altar gromadził głównie miłośników death metalu tudzież „rzygulców” wszelkiej maści. Prezentowały się tam m.in. TREPALIUM, BENEDICTION, CANNIBAL CORPSE, OBITUARY, VOMITORY, NAPALM DEATH, BENIGHTED i wiele, wiele innych znakomitości. Na scenie obok, Temple, występowały zespoły nieco bardziej smoliste, czyli black metal i jemu podobnie. Smaczkiem był tam wielki, mieniący się światełkami krzyż, zawieszony nad sceną w jedynej słusznej konfiguracji, czyli odwróconej. Dodało to patosu występom takich zespołów jak SATYRICON, SHINING (niestety nie ten norweski), AMON AMARTH, SOLSTAFIR, IHSAHN, ENSLAVED czy nasz rodzimy BEHEMOTH.

Nieopodal znajdowała się scena Valley, która od razu została przechrzczona na „zielony namiot”. Ta nazwa absolutnie nie pochodziła od koloru zadaszenia, gdyż to było niebieskie, a od tego, że grały tam kapele głównie stonerowe lub podobnie pokręcone, a większość słuchaczy natychmiast po wejściu nastrajała się na odbiór przez palenie różnych specyfików. Cóż, HANKA 3 czy SUNNO))) nie da się słuchać inaczej. W tych oparach absurdu można było pokołysać się do YOB, SAINT VITUS czy PENTAGRAM.

Na drugim końcu terenu festiwalowego, ukryta między drzewami, dziwnymi metalowymi rzeźbami ukrzyżowanych kobiet czy innych potworów, znajdowała się scena WARZONE. Skupiła ona całą resztę gdzie indziej niesklasyfikowanych zespołów takich jak DOG EAT DOG, TRAGEDY, MADBALL czy BIOHAZARD.
No i oczywiście dwie sceny główne, gdzie grały, wiadomo, gwiazdy festiwalu: STEEL PANTHER, DEATH ANGEL, SACRED REICH, URIAH HEEP, EXODUS, SEBASTIAN BACH, MACHINE HEAD, MEGADETH, LYNYRD SKYNYRD… długo by wymieniać, w każdym razie, nie licząc WITHIN TEMPTATION, to same dobrocie.
Było tego naprawdę sporo! Z całego jednak szumu doskonałych koncertów napomknę jedynie o tych, które dla mnie były najbardziej znaczące.hellfest3

KING DIAMOND – jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałam w życiu! Ciężko uwierzyć, że Król niedawno zakończył rehabilitację po operacji serca (wstawieniu bypassów). Rzucenie palenia, zdrowy tryb życia i zgolenie wąsa wyniosła jego falsetto i kondycję na wyżyny! Do tego wspaniała, teatralna wręcz oprawa koncertu! Hellfestowa scena zamieniła się w fragment starego, nawiedzonego domu, po oby stronach wysokie schody a nad nimi, w oknach, dwa odwrócone krzyże, pośrodku natomiast świecący pentagram. Setlista była bardzo przekrojowa. Zaczęli od The Candle, potem na scenę wjechała na swym wózku inwalidzki Grandma by okładać laską muzyków podczas nieśmiertelnego Welcome Home. Następnie wspaniałe solo na perkusji (uwielbiam) aby potem przeszły ciarki po plecach przy Voodoo z tancerką transowo wyginającą się w tle. Dalej cmentarne lamenty przy At The Graves i wskrzeszanie umarłych w Up From The Graves. Dreams, Sleepless Nights i gitarowe solo Andy La Rocque. Shapes of Black, jeden cover Mercyful Fate (Come to the Sabbath) i Eye of The Witch. Były też bisy: The Famili Ghost I Halloween. Generalnie: czapki z głów!

Ciekawie wypadło zestawienie dwóch koncertów: otóż jednego dnia grał na głównej scenie GUNS’n’ROSES a drugiego SLASH z Kennedym. Było to niczym starcie po latach, lecz walka to była nierówna, gdyż obecna forma Axla, który ciałem i kondycją jest dużo starszy niż jego metryka wskazuje, sprawia, że jego smutne wygibasy i zupełnie już stracony głos (większość partii wyciągali jego gitarzyści) były po prostu żenujące. Repertuar obydwu zespołów w sporej części się pokrywał, jednak dopiero wykonanie Mr. Brownstone, Sweet child o’ mine i Paradise city zagrane przez zespół Slasha z Kennedym na wokalu pozwoliło poczuć to czego nie pozwoliło poczuć wcześniejsze wykonanie tych utworów przez cover band Axla – radość i żywe wspomnienie szalonych, młodzieńczych imprez, kiedy katowało się do wyrzygania Appetite for Destruction.

SLASH udzielał się również grając w deszczu u boku OZZY OSBOURNEA. Sam Ozzy był jednak widokiem nieco smutnym. Dreptał geriatrycznie to w jedną to w drugą stronę, podskakiwał i klaskał niczym pogodny staruszek. Ciągle dziwak lecz już nie szaleniec. Może dobrze, że nie widziałam go pod logiem Black Sabbath.
Za to ENTOMBED! Przedoskonałość! Panie i Panowie, na tym koncercie miała miejsce rzecz przedziwna – Petrov był trzeźwy! Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, żeby Petrov odstawił koncert bez zataczania się, rzygania i bawienia własnymi gilami, a jednak! I wiecie co? Było zajebiście! Serpent Saints, I for an Eye, When in Sodom, Wolverine Blues czy Left Hand Path nigdy nie prezentowały się tak dobrze!

Bardzo przyjemną niespodziankę zrobił SUFFOCATION: podczas hellfestowego koncertu w szeregach amerykańskich deathmetalowców znów mogliśmy zobaczyć Franka Mullena! Jego „siekierki” to absolutny kult, którego nam nie oszczędzał i machał jak szalony przez cały koncert. Brakowało mi co prawda czarnego Mike’a za garami ale rudy Dave Culross też miażdżył jak trzeba.

Grający na głównej scenie MOTLEY CRUE, okazał się dużo bardziej pudlowaty niż mogłam przypuszczać, panowie mocno wypacykowani a wokalista brzmiał jakby był cały czas świeżo po zaciągnięciu helu. Coś tylko dla prawdziwych pudlowych smakoszy, nie dla zwykłych ot metaluchów jak ja. Natomiast występujący wcześniej pan SEBASTIAN BACH to i owszem! „I remember you” czy „Youth gone wild” sprawiły, że zakręciła mi się łezka w oku.

hellfest4SUNNO))): w końcu udało mi się zobaczyć ten kultowy w wielu kręgach zespół… i nigdy więcej! Nie jestem takim koneserem, tudzież nie biorę takich narkotyków, żeby przez godzinę wsłuchiwać się w jedno i to samo buczenie! Do tej pory nie mogę uwierzyć w zachwyty ludzi, którzy wytrwali do końca tego występu.
VICTIMS: moja nowa miłość. Panowie świętowali właśnie swoją 15tą rocznicą założenia. Było grane „In control” z nowej płyty, „This is the end” i oczywiście „Killing” – w końcu wiem, że ten skrzypcowy dźwięk który się pojawia w utworze to nie są skrzypce a gitara na efekcie. Nie mogło też zabraknąć „In Blood” a na koniec „Scars”. Tak się to robi!

NASUM: Dla większości robienie tej pożegnalnej trasy po latach (przypomnę, że Talarczyk zginął w 2004) to po prostu zryw na kasę. Osobiście jednak bardzo się cieszę, że mogłam zobaczyć Nasum na żywo. Wyłączając przynudne intro ze ślubną parą w maskach gazowych, zupełnie jak z okładki Inhale/Exhale, która słała na scenie jak kołki, a po intro po prostu z niej zeszła (nie wiem po co to było), to cały koncert był po prostu miazgą! Wspaniałe, piękne, brutality! Mass Hypnosis, This is, Masked face, Scoop, Inhale/Exhale… co prawda nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia, ale i tak, moc i Szatan!

Prócz przedobroci muzycznej Hellfest odznacza się wspaniałą otoczką wizualną i zdecydowanie wyróżnia się tym spośród innych europejskich festiwali. Na wejściu wita nas wielka brama, zbudowana z metalowych rusztowań, na której rozciągnięte są zdjęcia ikon rocka i metalu oraz logo festiwalu. Niczym bramy piekieł, z których za dnia spoglądają na nas nasi idole i które w nocy ożywają i zieją ogniem. Dalej jest jeszcze lepiej. Mijamy skupisko gigantycznych, kilkumetrowych lampek biurkowych pod którymi można usiąść i wypić piwko. Stoiska z merchem ozdobione mrocznymi malowidłami. Wszędzie metalowe rzeźby przypominające smoki, potwory. A między tym wszystkim, odziane jedynie w skórzaną bieliznę z ćwiekami lub gorsety, krążą na szczudłach drapieżne panie. Niejeden też koncert uświetniły inne skąpo ubrane niewiasty, które tańczyły w czymś na kształt otwartego kontenera bez jednej ściany, zawieszonego przy głównych scenach.

Każdej nocy natomiast, po zakończonych koncertach, można było jak zawsze ogrzać się przy ognisku, zawieszonym nad ziemią w siatkowym czworościanie, do którego dorzuca niezmiennie od lat ten sam strażnik ognia.

Jeśli w piekle jest tak fajnie, jak na Hellfeście, to ja poproszę!

Autorka: Eliza Starczewska
Zdjęcia: Paweł Migal