NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




EveryDayHate Records – Nie ma miejsca na kalkulacje

„Wierzę w każdy zespół, który wydaję i nie ma tu miejsca na żadne kalkulacje” – deklaruje Andy, stojący od kilkunastu lat za zasłużonym krakowskim labelem EveryDayHate Records. I żadne to pustosłowie ani okazjonalna formułka, bo za słowami stoją namacalne czyny i niekwestionowany mir jakim EDH cieszy się w krajowym i zagranicznym undergroundzie. Andrzej opowiedział o grind to the roll oraz grindcore label and distribution. Wspomniał też coś o snowboardzie. I zakonnicach. Zapraszamy.

Jak zaczęło się Twoje, takie faktyczne, zaangażowanie w underground? Od fanzina czy jeszcze wcześniej? Opowiedz coś o nim samym i początkach udawania się na ekstremalną stronę muzycznej mocy.

Andy (EveryDayHate Records): Byłem pod dobrą opieką od samego początku. Wszystko ruszyło na przełomie 1992/1993 roku, kilku kumpli z podstawówki się do tego przyczyniło (Bartek S. RIP Bother), a następnie siostra zabrała mnie na dwudniowy przegląd zespołów studenckich, który odbywał się w jednym z klubów Politechniki Lubelskiej, nie do końca jestem pewien czy już wtedy nazywał się Kazik. „Headlinerem” jednego dnia był Rotting Head a drugiego Yattering. Na koncercie zaopatrzyłem się w Purgatory i Infernal Death zine oraz kilka kaset na stoisku Vox Mortis. Byłem pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyłem, co przeczytałem we wspomnianych zinach i zacząłem pisać z ludźmi, bo wszędzie każdy podawał swój adres, dorwałem stosy ulotek. Następnie narodził się pomysł aby zrobić fanzine. Nazwę wymyśliła siostra, jak później się okazało wzięła do ręki słownik łacińsko polski i przeglądając go od początku trafiła na hasło: Accusabilis. W pierwszym numerze pojawiły się wywiady z Vader, Trauma, Lux Occulta, Demise… głównie polska scena. Każdy kolejny numer (a było ich 5) był bardziej ekstremalny i ukierunkowany na grindcore. Oczywiście wszystko było robione metodą DIY, xero, nożyczki i zabawa w wyklejanki, w ostatnim numerze zrobiłem wywiady m.in. z Regurgitate, Last Days Of Humanity, Infected Pussy. W międzyczasie pod tą samą nazwą wydałem kilkanaście kaset, zespołom z całego świata tak naprawdę. Co ciekawe współpraca z ludźmi z zagranicy przebiegała gładko i efektownie, natomiast polska scena zawsze dawała mi do zrozumienia, że nie ma tu dla mnie miejsca. Na przełomie 2001/2002 roku byłem zainteresowany praktycznie tylko sceną grindcore i wtedy podjąłem decyzję aby poprzeć swoje działania nazwą, która będzie bardziej odzwierciedlać to czym się zajmuję. Przeglądając jakiś wywiad w amerykańskim Mental Funeral zine trafiłem na wypowiedź w której przewinęło się „every day hate”, utkwiło mi to w pamięci i kilka dni później narodził się nowy undergroundowy label.

W grindcore jak wszedłeś? Było coś a’la iluminacyjne wydarzenie? Pierwsza wizyta na Play Fast Or Don’t, Obscene Extreme bądź którymś etapie Grind Tour De Pologne? Pierwszy konfrontacja ze „Scum” może? Coś innego?

Imprezy które wymieniłeś były znacznie później, wszystko zaczęło się od kaset z black i death metalem, słuchałem wszystkiego co było ekstremalne po prostu, a gdy napotkałem takie perełki jak Terrorizer („Word Downfall” jest i będzie dla mnie jednym z najważniejszych albumów ever), Napalm Death („Harmony Corruption” usłyszałem pierwsze, a później poszło z górki), Obituary, Morbid Angel, Cannibal Corpse, Carcass, Vader, Gorefest, Slayer – mój apetyt rósł. W latach 90-tych dostęp do pirackich kaset np. Takt-u był łatwy. Na każdym bazarze obok Roxette i Top One można było trafić naprawdę dobry tytuł. Dokładając do tego wsparcie kumpli z wioski którzy mieli starszych braci znających już doskonale temat i posiadających setki taśm (od Pantery, Fear Factory, Prong, Godflesh, Sepultura przez Soundgarden, Tiamat, Black Sabbath po Morbid Angel, Cannibal Corpse, Napalm Death). Okazało się, że było mi wciąż mało, zainteresowałem się polską sceną undergroundową, zacząłem wymieniać kasety i pisać z ludźmi ze sceny, dzięki czemu trafiłem na Yattering, Nomad, Grossmember (Jerzy RIP Brother), Rotting Head, Reinfection, Epitome, Damnable,  Enfeeblement, Psychoneurosis, Selfhate, Pignation, Rzeźnia, Dead Infection, Squash Bowels, Neuropathia, Incarnated… Jak sam wiesz granica pomiędzy death metalem a grindcore w wielu przypadkach jest bardzo cienka. Nagle okazało się, że siedzę w grindcore głębiej niż mogłoby się wydawać, ja tego w żaden sposób nie kontrolowałem ani nie planowałem, po prostu stało się. Zapewne też moja wycieczka na OEF w 2000 roku (jak i każdego kolejnego lata po dziś dzień), mając zaledwie 16 lat, miała również na to wszystko wielki wpływ.

Co Cię fascynuje akuratnie w tej muzyce?

666BPM! Niezależność, kreatywność i swego rodzaju wyjątkowość.

Zespoły z którymi chcesz współpracować sam wyszukujesz czy wybierasz z katalogu ofert które napływają na maila czy adres EveryDayHate?

Różnie z tym bywa. Zazwyczaj współpracuje z zespołami, które znam osobiście i na pewnym etapie naszej znajomości dochodzi do współpracy na linii wytwórnia – zespół. Czasami oferta którą dostaje na e-mail jest tak kusząca, że nie mogę się oprzeć. Tak było np. w przypadku ostatniej płyty Mindflair – „Scourge Of Mankind”. Kieruje się jednym kryterium, którym jest mój gust, coś mi się podoba lub nie.

11569_1033087496716752_2306846534241489832_n

Jakieś inne czynniki poza gustem własnym są przy wydawaniu brane pod uwagę? Jeśli kapela chciałaby być u Ciebie, jakieś jeszcze pozamuzyczne kryteria musi spełnić?

Oczywiście, nie współpracuje z zespołami które nawołują do rasizmu, homofobii, nacjonalizmu. Nigdy nie dostałem żadnej takiej oferty, co mnie nie dziwi, bo profil mojej wytwórni jest dość klarowny a w duszy gra mi Nazi Punks Fuck Off.

Mając na uwadze, że grindcore to absolutny underground po obydwu – wydawniczej i odbiorców – stronie barykady: wydałeś bądź wydawałbyś coś, co osobiście może i nie do końca Cię rajcuje, ale masz przekonanie że może się to spodobać fanom tej stylistyki?

Ciężko byłoby mi promować coś, co mnie nie rajcuje. Wytwórnia jest moim oczkiem w głowie i nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. Jak sam zauważyłeś – grindcore to absolutny underground, poza kilkoma wyjątkami i nie sądzę aby to się zmieniło, bynajmniej ja nie chce tego zmieniać. Jeżeli kiedyś nadejdzie dzień w którym wydam coś tylko po to aby poprawić statystyki sprzedaży, będzie to prawdopodobnie ostatnia pozycja w katalogu EveryDayHate.

Na tle Selfmadegod czy Mad Lion Twój katalog jest sprofilowany raczej tylko na grindcore i najbliższe pochodne. Myślałeś kiedykolwiek o nieco większym synkretyzmie wydawniczym – jakiś szybki i niemelodyjny hardcore, podziemny dm, sludge, etc.?

Słuchałeś Nice Idiot – „This Is No Party” (projekt Johana Norsebäck z Massgrav, Joacima Carlsson z General Surgery, Ove Wiksten z Sayaddina)? Haemophagus / Subjugation split 7”EP? W moim katalogu już są pozycje hardcore’owe czy death metalowe i w przyszłości zapewne pojawią się kolejne, ponieważ granica pomiędzy tymi gatunkami jest cienka. Od początku istnienia EveryDayHate było grindcore label and distribution i temu gatunkowi pozostanę wierny. Wspomniane przez ciebie wytwórnie mają obecnie inny profil, inną politykę, Karol i Przemek zaczynali również jako wytwórnie grindcore’owe, które ewoluowały i obecnie są wytwórniami wydającymi muzykę ekstremalną, co w wielu przypadkach jest naturalną koleją rzeczy (spójrzmy na Earache, Relapse które zaczynały w latach 80-tych jako grindowe labele). Na dzień dzisiejszy nie widzę się w szeregu obok nich, mam zupełnie inną wizję i inne cele. Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję pogadać o tym np. za 10 lat. Jestem ciekaw na jakim etapie wtedy będę, zanosi się na to, że pozostanę przy swoim.

Grindcore amerykański, brytyjski czy skandynawski – któryś szczególnie mocno Ci leży? Z doświadczenia i własnej perspektywy widzisz, biorąc pod uwagę geograficzno – terytorialny kontekst, jakieś różnice w tworzeniu i podejściu do tego grania?

Nie bez kozery mówi się o Napalm Death „ojcowie grindcore”. Wszystko zaczęło się w 81′ roku właśnie w Anglii, ich wpływ na tworzenie się sceny był ogromny. Nie wypada pominąć Death, Extreme Noise Terror, Siege, Celtic Frost, Heresy, Repulsion, Morbid Angel, Terrorizer czy Possessed, które również były inspiracją dla siebie nawzajem a także dla późniejszej fali grindcore’owego hałasu. Obecnie grindcore ewoluował, faktycznie różnice ze względu na geograficzno – terytorialne położenie łatwo wychwycić. Doskonałym przykładem jest Nasum, który chwycił za jaja światową scenę wydając „Inhale/Exhale” i położył potężne fundamenty dla skandynawskiego undergroundu. Kto wie jakby wszystko potoczyło się bez nich? Dzięki nim skandynawska scena była najważniejsza przez pewien czas, nie tylko dla mnie. Obecnie nie ograniczałbym podziału grindcore na wspomniane przez ciebie regiony, nie śmiałbym pominąć azjatyckiej (głównie Japonia), australijskiej, południowo czy północno amerykańskiej sceny (Kanada, Brazylia, Stany). O sam proces tworzenia proponowałbym zapytać zespoły, bo w samym podejściu do grania różnic nie widzę. Ostatnio scena australijska jest moim numerem jeden, a zespoły, które uważam za godne sprawdzenia – jeżeli ktoś jeszcze nie zna – to The Kill, Internal Rot, Coffin Birth, Captain Cleanoff i oczywiście mało aktywny ostatnio Blood Duster oraz nieistniejący już Warsore.

Wszystkie swoje pozycje z katalogu miłujesz jednakowo i zadowolony z nich jesteś po równo czy jednak dasz radę wymienić pięć najlepszych materiałów wydanych pod szyldem czaszki i inskrypcji „Grind To The Roll”?

Nie oszukujmy się – na mojej liście wydawnictw jest już ponad 70 tytułów i jest to obraz tego jak moje gusta muzyczne się rozwijały przez ostatnie 13 lat. Gdybym miał wybrać 5 tytułów do których chętnie i regularnie wracam, są to na pewno te pozycje: Neuropathia – „Satan owns your stereo”, Saywhy?/ Bastardass (split 7”EP), Nice Idiot – „This is no party”, Sakatat – „Bir Devrin Sonu”, Hutt – „Sessão Descarrego”. Wybierałem z pierwszej czterdziestki, ponieważ późniejsze rzeczy są zbyt świeże.

okladki

Których odbiorców produktów marki EDH jest więcej: krajowych czy zagranicznych? Zauważasz u siebie w labelu coś takiego co ma miejsce np. u części odbiorców muzyki od Instant Classic, Anteny Krzyku czy Biedoty, że klienci kupują w ciemno ich płyty, raz – dla wsparcia undergroundu i idei D.I.Y., ale równocześnie dlatego, że muzyka od nich, i nierzadko szata graficzna wydania, to jednocześnie synonim jakości?

Ostatnimi czasy odnotowałem wzrost zainteresowania wytwórnią w kraju, co mnie bardzo cieszy. Jednak to nie zmienia faktu, że wysyłam głównie za granicę. Podobna sytuacja ma miejsce i w moim przypadku. Mam grono klientów, którzy z czasem stali się wręcz kumplami, którzy każdorazowo z wielkim entuzjazmem czekają na kolejne wydawnictwa EDH, wspierając w ten sposób nie tylko mnie, ale i zespoły, scenę gc. Taka sytuacja ma miejsce tylko i wyłącznie na scenie undergroundowej. Nieważne czy mówimy o punkowej, metalowej czy grindowej, underground rządzi się swoimi prawami.

EveryDayHate to faktyczny one man label i sam zajmujesz się wszystkim tym co sygnujesz tym logiem czy ktoś z Tobą pracuje bądź Ci pomaga?

EDH to jednoosobowy twór, który stworzyłem i tworzę od początku sam. Obecnie nie planuję żadnych zmian z tym związanych.

Wydajesz też materiały w kolaboracjach z innymi oficynami. Co tutaj jest podstawowym kryterium? To kto współpracuje przy wydaniu czy jednak przede wszystkim to kto i jakościowo jakie dźwięki proponuje?

W przypadku kolaboracji jest dokładnie tak samo jak w przypadku wydawnictw, które wydaje sam. Najważniejszym kryterium jest to co znajdzie się na płycie CD lub winylu. Kto bierze udział w kolaboracji też jest ważne, ale nie przywiązuję do tego aż takiej uwagi.

Byłeś zaskoczony bardzo ciepłym przyjęciem „Kill Them… All” The Kill? Co sądzisz o „Apex Predator Easy Meat”?

Nie zdziwiło mnie jakoś bardzo ciepłe przyjęcie nowej płyty The Kill. Ten krążek wystarczy odpalić i wszystko staje się oczywiste. Robbie, Jay i Nik to starzy wyjadacze, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Po ich zeszłorocznej europejskiej trasie i kilku doskonałych koncertach, które widziałem a nawet jeden organizowałem, byłem przekonany, że nowy album osiągnie sukces. Wznieśli grindcore na inny level, więc pozostaje mi czekać na więcej. Ojcowie grindcore po raz kolejny udowodnili, że są w doskonałej formie. Ich piętnasty album jest agresywną pełną blastów, bardzo zróżnicowaną płytą.

Decydując się na wydanie czegoś, finansowo kalkulujesz? Oczywiście nie mam na myśli wirtualnego obliczania ile to sosu można wycisnąć z tego czy owego potencjalnego numeru w katalogu. Raczej chodzi o sytuację. gdy kalkulujesz że wydanie kapeli A pokryje koszt i wygeneruje środki, które powinny pozwolić pokryć wydanie materiału kapeli B. Jest miejsce w EDH na takie myślenie czy nie ma na nie miejsca?

Sam tego nie robię, zatrudniam firmę zewnętrzną aby obliczyła co się może sprzedać i na podstawie tych danych biorę się za wydawanie, ahahahahhah. A tak naprawdę: wierzę w każdy zespół, który wydaję i nie ma tu miejsca na żadne kalkulacje, sam je przecież wybieram. EDH to swego rodzaju perpetuum mobile składające się z trzech elementów: fani – EDH – zespół. Do momentu w którym maniacy oraz zespoły będę obdarzać mnie swoim zaufaniem i wsparciem, będę wydawał dalej. Jak jednego z trzech elementów zabraknie – przestanę „istnieć” jako wytwórnia.

EveryDayHate label and distro da radę jeszcze jakoś rozwinąć? Jeśli tak to na jakim polu chciałbyś to uczynić?

Cały czas się rozwijam, ten wywiad jest swego rodzaju dowodem na to. Ruszyłem z blogiem EDH (zainteresowanych zapraszam do lektury na: http://edhgrind.blogspot.com/) w którym zacząłem przeprowadzać wywiady. Chciałbym wrócić do robienia zine’a i właśnie się do tego przygotowuję. Nie będzie to kolorowa gazetka dla każdego, zaopatrzyłem się już w nożyczki, klej i tony papieru. Ostatnio otworzyłem pierwszy oficjalny sklep EveryDayHate. Jak sam widzisz, nie próżnuję.

Dzisiejszy, darmowy, nieoficjalny, „przedpremierowy” dostęp do muzyki w internecie odbija się negatywnie na takich niszowych oficynach jak Twoja czy aż tak głęboko to jednak nie sięga?

Praktycznie wszystkie moje wydawnictwa możesz odsłuchać darmowo na bandcampie EDH (a niektóre nawet za darmo ściągnąć). Nie ograniczam dostępu do hałasu, który wydaję. Jeżeli ktoś z czytelników Musick ściąga moje płyty darmowo to jestem mu za to bardzo wdzięczny. To oznacza, że wykonałem swoja pracę i dotarłem tam gdzie chciałem, do słuchacza. Ja nie mam nic przeciwko darmowemu udostępnianiu muzyki, nie zamierzam nawet tego sprawdzać czy próbować kontrolować, bo po co? Dostęp do muzyki powinien być darmowy, a osoby zainteresowane posiadaniem czegoś więcej niż mp3 mają możliwość zakupienia EP, LP czy CD.

10457789_967717986587037_2089101412345088307_n

Podzielisz pogląd, że w znacznym stopniu te osoby które ściągają undergroundową muzykę z np. blogów, paradoksalnie najczęściej też najwięcej w nią inwestują – kupując jednak merch, bilety na koncerty czy nawet, po zapoznaniu się, samą muzykę na fizycznych nośnikach? Czy też, w ostateczności w końcu, przyczyniając się w jakiś sposób do promowania kapel?

Sam często po przesłuchaniu albumu na youtube czy bandcamp przy nadarzającej się okazji kupuję wersje winylową. Podobnie robi wielu ludzi, których znam i nie widzę w tym nic niewłaściwego. Obecnie dostęp do grindcore jest prosty, łatwy i szybki. każdy zespół, wytwórnia ma bandcamp czy soundcloud. Łatwiej jest zweryfikować co chcesz zobaczyć w swojej kolekcji. Jżeli kogoś nie stać na kupno płyty CD za 25zł. albo winyla za 45zł. to czy to oznacza, że on nie ma prawa posłuchać płyty X? Nie chciałbym aby taka sytuacja miała miejsce w przypadku moich wydawnictw. Nie zamierzam nikomu zainteresowanemu tym co wydaję utrudniać przesłuchania płyty X, ściągniętej z bloga czy zripowanej z oryginału. W zamian za to możesz kupić płytę jeżeli cię stać i chcesz mieć oryginał, możesz zgrać materiały i wysłać koledze e-mailem w formacie mp3, możesz wpaść na koncert, możesz nawet komuś powiedzieć: „stary słuchałeś tego zespołu X? powinieneś sprawdzić”. Mnie usatysfakcjonuje każda aktywność wokół tego co robię. A wsparcie fanów na koncertach jest nieocenione, zazwyczaj wtedy zaopatrują się w merch zespołów i ich wydawnictwa i jest to naturalna kolej rzeczy, swego rodzaju podziękowanie za dobry koncert. Jak sam widzisz podzielam, twój pogląd na ten temat.

EveryDayHate prowadzisz od trzynastu lat. Poza tym, że nadal i w sposób ciągły funkcjonujesz pod tym szyldem – co uznasz na dziś dzień za największy sukces związany z tą działalnością?

Sukcesem jest to, że 13 lat jestem na scenie, wydałem ponad 70 rewelacyjnych pozycji i nie zanosi się na to abym na tym poprzestał.

Jak jest dzisiaj Andy w Polsce z grindem i ludźmi zaangażowanymi w niego w stosunku do tego co działo się z dekadę temu? Nie chodzi mi nawet o analizę porównawczą w odbiorze; raczej o podobieństwa i różnice.

Polska scena grindcore’owa jest od jakiegoś czasu w comie, czekam na jej wybudzenie bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już wkrótce to nastąpi. Nie wiem co jest tego powodem, ale odnotowałem znaczny spadek aktywności koncertowej i wydawniczej praktycznie wszystkich polskich zespołów, no może poza Antigamą, Dead Infection i Suffering Mind (żaden polski zespół gc nie może pochwalić się taką ilością wydawnictw jak oni). Niestety, wiele zespołów przestało po prostu istnieć, mam na myśli Third Degree, Reinfection, Damnable, Neuropathia, Psychoneurosis, Rotting Head, Grossmember, H-incident. Typowo grindcore’owe wytwórnie stały się bardziej metalowe, wspomniane Selfmadegod czy Mad Lion znacznie rozszerzyli wachlarz zespołów, które wydają i dystrybuują. Grindcore został wykastrowany, wrzucony do jednego wora z zespołami death metalowymi, hardcore’owymi czy punkowymi. Scena o którą pytasz obecnie nie ma nic wspólnego z tą sprzed dekady, oczywiście mam na myśli sytuację w Polsce.

EveryDayGrind to kontynuacja Mosh It Up czy są to dwie odrębne idee koncertowe? Planujesz już ósmą odsłonę EDG?

To są dwie zupełnie różne imprezy. Genezą Mosh It Up Festiwal było zapraszanie do naszego kraju zespołów grindcore’owych, które dotychczas tu nie grały i muszę z dumą przyznać, że całkiem nieźle mi to wyszło. Natomiast EDG to po prostu nazwa koncertów, które robię od czasu do czasu, zazwyczaj zaprzyjaźnionym zespołom podczas ich europejskich tras. Ta impreza nie jest festiwalem. Ósmej edycji jeszcze nie planuję, zobaczymy kogo złapię na trasie.

Gdyby zgłosił się do Ciebie jakiś pasjonat takiej bądź innej ekstremalnej muzyki, chcący działać tak jak Ty, z prośbą o poradę jak zastartować i na co zwracać uwagę – co byś mu doradził w pierwszym rzędzie?

Złotego środka nie znam, ale słyszałem od kilku osób, że regularne uczestniczenie w mszy świętej oraz wieczorne odmawianie paciorka mogą przyczynić się do sukcesu, czynność tą należy wykonywać co najmniej przez 333 dni pańskie. Niestety, aby wytwórnia działała prężnie należy wszystko przypieczętować rytuałem polegającym na wypiciu świeżej krewi menstruacyjnej najstarszej dziewicy zakonnicy z pobliskiego klasztoru i oddaniu się aktowi cielesnemu krzycząc Hail Satan, True Lord of This Word, Hail Satan, Fuck You, Hail Satan, Fuck You, Hail Satan.

Musielibyśmy mieć jakoś genetycznie kodowany luz i pogląd na świat podobny Czechom, by zorganizować – choćby w formie mikrej namiastki – coś na kształt Obscene Extreme czy w nadwiślańskim kraju jest to rzecz niemożliwa do udanego organizacyjno-frekwencyjnego ogarnięcia i ewaluowania?

W Polsce mieliśmy już kilka bardzo dobrych grindowych festiwali, HellFest w Lesznie, Gore Galore w Poznaniu / Wrocławiu, Napalm Over Warsaw czy wspomniany wcześniej Mosh It Up. I nie była to nawet mikro namiastka OEF, ponieważ headlinerów mieliśmy tych samych. Jednak problem nie dotyczy tylko sceny grindcore, jest on znacznie większy. W Polsce poza Woodstockiem i Open’erem nic nie wychodzi. Próbowało wielu jak sam wiesz, niektórzy kończyli wręcz w spektakularny sposób, inni radzili sobie doskonale do samego końca, ale wszystkich łączy jedno: każdy się poddał. Chyba trzeba zastosować ten numer z zakonnicą i w tym przypadku może by wszystko poszło gładko, bo na dzień dzisiejszy niestety jakoś tego nie widzę.

Na tyle na ile Cię znam Andy, jawisz mi się pogodnym i wyluzowanym typem, zdecydowanie bliższym Jeffreya Lebowskiego niż Złego Porucznika. Skąd zatem taka radykalna nazwa twojego labelu? Kryje się za nim jakaś historia?

Hahahahaha, może gdy już zajmę się zakonnicą z sąsiedniego klasztoru zmienisz zdanie, ahahahha. Jak już wspominałem wcześniej, chciałem po latach funkcjonowania pod nic nie mówiącą nazwą zajmującą się wszystkim i niczym ukierunkować swoje działania. Do tego potrzebowałem nazwy z którą mógłbym się utożsamiać. Jako zarozumiały smarkacz uznałem, że EveryDayHate pasuje do mnie idealnie. Nienawidziłem wszystkiego i wszystkich, spowodowane to było wieloma sytuacjami z jakimi borykałem się jako zbuntowany nastolatek. Przez 13 lat wiele się zmieniło w moim postrzeganiu rzeczywistości i świata. Dziś ta nazwa znaczy dla mnie więcej niż kiedykolwiek.

Nie ciągnie Cię by wskoczyć na scenę i powydawać odgłosów jak to drzewiej w People Hate bywało?

To jest już zamknięty rozdział, który wspominam z uśmiechem. Obecnie nic nie ciągnie mnie na scenę.

Ile czasu średnio dziennie poświęcasz sprawom związanym z EDH?

Wbrew pozorom jest to bardzo trudne pytanie, ponieważ są dni czy tygodnie kiedy po 12 godzin dziennie działam, a są momenty, że po 3 godzinach robię sobie wolne. Mój dzień wygląda dość prosto. Wstaje w okolicach 8 rano, idę do kibla oddać urynę, parzę La mejor (bynajmniej tą pijam ostatnio), odpalam PC, odpalam jakąś 12 calówkę co by nie odwracać strony za 7 minut i zaczynam dzień od sprawdzenia newsów, przejrzenia prasy muzycznej online, przeczytaniu wypocin tego i tamtego na blogu… EDH to moje dziecko, któremu tak naprawdę poświęcam 24h na dobę. Czasami nawet sobie nie zdaję z tego sprawy.

Dobrze potwierdzone i zweryfikowane źródła donoszą, że Andrzej D. to Lord of the Board jest nie byle jaki. Na bok chowając niepotrzebną skromność – potwierdzasz? Preferujesz tylko zjazdy czy również jakieś akrobacje?

Powiedz mi jeszcze, że i ciebie można spotkać na stoku? Na snowboardzie nie jeżdżę długo. Jest to moje hobby, sprawia mi dużo przyjemności, ale i bólu ahahahah. Jak na trzy sezony na desce uważam, że udało mi się osiągnąć dość dobry poziom, oczywiście nie jest to tylko moja zasługa, ale także ekipy, z którą jeżdżę i która jakby nie patrzeć bardzo mnie motywuje. Podsumowując swoje snowboardowe sukcesy mogę się pochwalić takimi trickami jak fifty fifty na zwykłym railu a nawet łamanym kinku, boardslide na railu, lipslide hard in na railu. Na skocznie trafiłem ostatnio, poza klasycznym lotem na ogóra, 180, nie dokręconym 360 zakończonym każdorazowo glebą, pussy grabami – nie próbowałem zbyt wiele, oswajam się z prędkością i wysokością. Do tego jazda na krawędzi, bustery. Czekam na kolejny sezon, mam kilka rzeczy do zrobienia.

Maćka z Instant Classic o to kiedyś pytałem, podpytam i Ciebie na koniec. Mianowicie: „W kwaterze głównej EveryDayHate dzwoni telefon. Sekretarka odbiera, przekierowuje do Ciebie, mówiąc: Panie Prezesie, jakiś muzyk do Pana. W sprawie podpisania kontraktu. Podnosisz słuchawkę i słyszysz w niej głos …”. No właśnie, czyj chciałbyś usłyszeć?

Dave Witte, z informacją, że nagrali nową płytę Discordance Axis i trzeba zrobić dla nich dobrą robotę! Dziękuję każdemu kto dotrwał do końca, tobie Sławku w szczególności. Grindcore propaganda!

 

Autor: Sławek Łużny

Fotografie: archiwum EDH Records

 

www.everydayhate.pl

www.facebook.com/everydayhate