NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Minetaur: skibidibi to synonim zabawy

Motto tych warszawiaków brzmi: „Brzuch, broda, jaja ogolone” (choć akurat perkusistka cieszy się dyspensą od reguły), a muzyka to treściwy mariaż potężnego groove’u z deathmetalowym tupnięciem, doprawiony melasą sludge’u i crustową posypką. Grają energetyczne sztuki, szykują materiał na pierwszego longa i pielęgnują swoje skibidibi. Przed wami wywiad z gitarowym Minetaura, Piotrkiem „Piotrazem” Karwowskim.

 

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy nie pękaliście przy robocie. Dostrzegasz już plony wykonanej pracy?

Zdecydowanie. Choćby przez aktywność na profilach FB, YT itd., popyt na merch i frekwencję na koncertach (choć na to wciąż biadolimy). Dostajemy sporo propozycji na granie, pojawiły się opcje na deale na sprzęt, no i choćby ten wywiad jest widocznym dowodem. Trzeba orać, stary. Kapeli naszego pokroju wystarczy miesiąc bez aktywności, by ludzie o niej zapomnieli. No, może wystarczyłoby nam fejmu na dwa miesiące, hahaha.

Wtajemniczeni powiadają jednak, że zdążyło wam przejeść się brzmienie southern / groove. Prawda to?

Groove to życie i taniec, groove odróżnia rzekę od jeziora, bez groove’u Minetaur nie miałby sensu – to podstawa naszej muzy, niezależnie jaki klimat i stylistyka jest na nim zbudowana. Ale co do southern, to przyznam rację. Zaczynałem grać w zespołach w okresie największej podjary Down i COC w Polsce i być może po prostu mi się to przejadło. Uważam, że naprawdę ciężko zagrać jeszcze coś ciekawego w tej niszy. Bluesowe zamiłowanie w kościach na pewno zostanie i będzie u nas słyszalne, ale na schematyczne tu-dudu-dudu po pentatonice durowej osobiście rzygam. Poza tym mamy tyle nowych muzycznych ciągot, że odsouthernianie nie jest niczym dziwnym. No sprzedaliśmy się po prostu!

Właściwie już na „We Take It Seriously” nie było znowuż tak wiele tego Południa. Całkiem rozstrzelona stylistycznie to płytka…

Jak sam słyszysz. Większość tych kompozycji powstała jeszcze za „starego” Minetaura przed dojściem Aleksandry, ale z pewnością „Human Error” jest kawałkiem wytyczającym najbardziej aktualny prąd napędzający zespół. Trochę deathu, trochę sludge, kapinę matematyki (na ile liczenie do 10 pozwala), tu mi się przypomni soundtrack z Fallouta i masz efekt. Jeszcze nie wiemy czy to dobrze. Bierzemy sobie jednak do serca słowa Karla Sandersa z Nile: „Jebać to, mam kapelę metalową, więc mogę robić co mi się podoba”.

foto Jacek Woźniak 1 (1)

Zdążyliście też zjeździć kawałek kraju z koncertami. Jakieś sztuki wyróżniały się szczególnie na plus lub na minus?

Bozia musi nad nami czuwa, bo nie mieliśmy ani jednej opcji pt. więcej liter w nazwach kapel niż publiki. Było kilka miejsc, które oczarowały nas samym gigiem lub wszystkim poza gigiem. Warto wspomnieć 5Sztuk w Siedlcach, klub Tiger Riders FG Chorzów, nasze urodziny w 2Kołach w Warszawie, jak zawsze niezawodny Mińsk i Dujer czy nową miłość, a więc Gdynię (plaża, rybka, Dalmor!). Na wypominanie minusów szkoda nam zdrowia.

Szczególnie często pojawiacie się „w terenie” w towarzystwie grup Cerber i Spirit. To wasze najbliższe muzyczne ziomki?

Na to by wychodziło. Po pierwsze idealnie kumamy swój humor, co jest istotne, gdy przychodzi spędzić kolejne cztery dni praktycznie nierozłącznie. Po drugie – podzielają nasze podejście do muzyki, rozwoju, tego jak „gnieść to ciasto” i jaka kokaina jest lepsza. Po trzecie… Podobnie jak nam, ciężko znaleźć pasujące do nich kapele. Zarówno my, Spirit jak i Cerber mamy stylistycznie taki sajgon, że ani na stonery ani na deathmetale nas nie wrzucisz! Eklektyzm to się nazywa chyba. Zatem kolejny wspólny mianownik. No i przede wszystkim – prywatnie jesteśmy oddanymi fanami obu kapel. Duma znać takich zdolnych skurwysynów.

Pewien kolega ukuł hasło „syndrom warszawski” dla casusu stołecznych zespołów, które rozpadają się zazwyczaj po nagraniu jednego mateksu. Wy mam nadzieję jesteście na to odporni?

Coś w tym jest. Bez obaw jednak – jestem zbyt upartym łajzą, żeby do tego doszło. Od planów nam kajet pęka! No chyba, że ktoś z zespołu postanowi zrobić mi żarcik-kosmonaucik i odejść. Przykra sprawa z Minetaurem jest taka, że każda osoba w nim jest nie do zastąpienia – takie moje zdanie, nie wyobrażam sobie robienia tego zespołu z kimkolwiek innym.

Podobno jednak różni biurokraci i inni tacy nie lubią waszej perkusistki. Nie grozi jej wysłanie do Putinlandii?

A weź… Pracuje dziewczyna sumiennie, płaci polskie podatki na polskiej umowie o pracę, a ciągle trzeba pilnować, by łaskawie jej nie wykopali. Przekonaliśmy się, że Polska to piekło dla obcokrajowców. Na razie jednak sytuacja się coraz bardziej stabilizuje. Tylko ja ją straszę, że jak nie zagra tego riffu tak jak ładnie proszę, to dzwonię po imigracyjny, w siatkę i na Syberię, hahaha.foto Marcin Pawłowski 1

Nad czym aktualnie pracujecie? Mowa była o singlu…

Rzeźbimy świeży materiał. Wiesz jak to jest, robisz nowe numery, stylistyka się rozwija i jak najszybciej chcesz to pokazać światu. Do longplaya jeszcze trochę czasu minie, ale chyba uraczymy singlem-wideoklipem przed tym. Ludzie lubią obrazki, a my chcemy ich zachęcić. Czy będzie nagrany tylko jeden kawałek? Zobaczymy.

Możesz zdradzić w jakim kierunku zmierza teraz wasza muzyka?

Mogę zdradzić, że mnóstwo ostatnio słucham Job for a Cowboy, Torche, Fórn, Furii, Yob, Napalm Death, Zozobry…

Wiadomo skądinąd, że jesteś wielkim fanem owczarków niemieckich. Od dziecka chciałeś mieć własnego Szarika lub Cywila?

Ha! Przez to pytanie rozumiem, że na wywiad mamy pięć stron? Od dziewiątego roku życia miałem ONka (psofilski skrót od „Owczarek Niemiecki”) i jak sięgam pamięcią byłem zboczony na punkcie tej rasy. Taki, wiesz, pozytywnie zakręcony wariacik :))). Kiedy w grudniu znalazłem grupę zrzeszającą właścicieli owczarków z mojego miasta, nie wierzyłem, że to wciąż życie. Od kiedy kapela przestała być moim hobby, musiałem sobie znaleźć nowe, prawda? Ogólnie kocham psy. Są lepsze od ludzi, ale to każdy wie. Zresztą dwukrotnie już zbieraliśmy podczas naszych urodzin kasę na schronisko i zamierzamy to kultywować. A z owczarkami mam jak z gitarami… Wszystkie są super, ale chcę grać tylko na Washburnie. Rasizm, panie!

I ostatnia rzecz… O co chodzi ze „skibidibi”, które to hasło obnosisz nawet z dumą na torsie? Wiesz, że przylgnęło ono do polskich bandów heavy i thrashmetalowych, zwłaszcza tych zapodających swoje granie „z humorkiem”?

Dementi, kurwa! Skibidibi to synonim zabawy. Każdy może interpretować ową zabawę na swój sposób, dla nas to granie koncertów i hengin ałt z koleżkami z zespołów, z którymi zaczynaliśmy koncertowanie i jesteśmy wierni ideologii, że szczanie na dywan to jest to (© pewien anonimowy gitarzysta anonimowego wrocławskiego zespołu związanego z Eyehategod). Samo hasło ukuli goście z kapeli Everyday Frustrations, nieaktywnej już niestety. A może stety, bo wszyscy musielibyśmy porozwiązywać zespoły, jeśli te leniwe stuleje wzięłyby się w obroty. Pojęcia nie mam, jak to przylgnęło do polskich piweczkujących śmieszkotraszyków.

rozmawiał Sebastian Rerak