NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Recenzja: Rise And Shine – Empty Hand

2011, I Hate Records

Koło muzycznej historii po raz kolejny się obróciło i do łask zdecydowanie wracają brzmienia, za sprawą których ukształtowała się kilkadziesiąt lat temu nisza zwana hard rockiem, a później cała ciężka muzyka, jaką znamy dzisiaj. Na tej fali właśnie płynie szwedzka formacja Rise And Shine, której płytę „Empty Hand” wydali jej krajanie z I Hate Records.

Furory, przynajmniej w moim odtwarzaczu, kapela nie zrobi. Podobno określa swój styl mianem „flower power metal” i, trzeba jej to oddać, trafia w punkt. Płyta brzmi dokładnie tak, jakby była wydana na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, pełno tu mniej lub bardziej dosłownych cytatów z Jimiego Hendrixa, Led Zeppelin i innego Free, a wokalistka o wdzięcznym imieniu Josabeth momentami, takie przynajmniej mam wrażenie, wręcz stara się brzmieć jak Janis Joplin. Właśnie partie wokalne wydają się tu być najsłabszym elementem, znacznie lepiej wypada sekcja rytmiczna, a przede wszystkim gitarzyści, którzy potrafią wykrzesać z siebie zgrabne melodie. Efekt – tak czy owak – piorunujący nie jest. Przykładając miarę już nawet tylko do zespołów, w których za mikrofonem pojawia się przedstawicielka tak zwanej płci pięknej, to ani nie ma w sobie Rise And Shine ognia znanego z płyt i koncertów Jex Thoth, ani ezoterycznej aury Blood Ceremony, a do pełnych już całkowicie szowinistycznych męskich świń Witchcraft i Orchid startu zwyczajnie nie ma żadnego.

Przyjemna płyta, której posłuchać można. I niewiele więcej. Znacznie większe wrażenie robi na mnie mało znana duńska Fuzz Manta.

Ocena: 6/10
Autor: Paweł Palica