NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Parricide: bez niedosytu

Ćwierć wieku w służbie brutalnego death metalu. Parricide obchodzą w tym roku srebrne gody. Jest nowa płyta, żywo potwierdzająca, że w kraju w podobnej stylistycznej niszy mało kto tej zasłużonej ekipie potrafi dorównać. Jest także na bliskim horyzoncie łakomie zapowiadający się koncert jubileuszowy. Jest w końcu co wspominać. Piotr, gitarowa podpora Parricide, znalazł czas by podzielić się wiedzą, doświadczeniem i godnymi uwagi przemyśleniami.

„I jeszcze jeden, i jeszcze raz …” – ale nim przejdziemy do spraw jubileuszowych i teraźniejszych, wróćmy do trasy po Rosji i Ukrainie w ramach promocji „Just Five”. Pamiętam że pysznie, a czasem straszno, czytało się na Masterfulu wasz tour report z Mental Demise. Jak ocenisz Just Tour 2012, jak ta trasa zapisała się w twoich wspomnieniach? Dużo zdrowia kosztowała?

 

Piotr Sabarański: Trasa po Rosji i Ukrainie w 2012 roku była inna od tej z Mental Demise w 2004. Ta pierwsza była przygotowana przez Edka z Ukragh Prods. i podróżowaliśmy jednym busem w dwie kapele, frekwencja na koncertach była przeogromna, była to niekończąca się zabawa, przerywana tylko z rzadka koncertami. Nic poza naszymi wątrobami i koncertami nie zaprzątało naszej uwagi. Natomiast trasa po Rosji to już nie były galaretki. Przygotował ją Andrii z Biker Booking Agency ale jechaliśmy sami, czyli w jedną kapelę, jechaliśmy busem na polskich tablicach, sami też byliśmy kierowcami, a odległości jakie pokonywaliśmy pomiędzy koncertami i jakość dróg nie pozwoliły na spokój umysłu i wyluzowanie takie, jakie było na opisywanej wyżej trasie. Frekwencja jak wszędzie, nie powalała ale też nie było źle. Średnio mieliśmy stówę na każdym z koncertów, mieliśmy awarię busa w środku niczego, podróż na lawecie, oczywiście wydymali nas w warsztacie na tysiąc złotych, ale nie daliśmy żadnej łapówki nigdy i nikomu, choć zatrzymywali nas dość często, rekord to trzy razy w okresie 20 minut i palenie głupa na posterunku. Dziś się z tego śmieję. Zagraliśmy też jeden z naszych najlepszych koncertów w naszej 25-letniej działalności w mieścinie obok Wołgogradu (onegdaj Stalingrad). Osada nazywa się Wołżski, koncert odbywał się w niewykończonym domu na glebie, graliśmy tylko my nasze 27 minut, a potem była dyskoteka. Przyszło jakieś 70-80 osób, co i tak wypełniło dość szczelnie pomieszczenie, ale co oni tam nam zrobili to masakra i mimo, że widziałem ludzi filmujących i trzaskających foty, nie ma szans, by gdzieś to dorwać. Jakkolwiek ludzie prali się krzesłami ogrodowymi po plecach i głowach, nasz Kuba (wokal) też dostał krzesłem po plerach, lanie wody na beton i jechanie po tym gołymi klatami i apogeum, kiedy rzucili kolesiem w przody które zawaliły się na mój kabel, który natychmiast przestał działać. 27 minut takiej masakry, a potem disco i zmiana klimatu. Mało miejsca na to wszystko, ale dodam tylko że w drodze powrotnej graliśmy w Doniecku na Ukrainie, gdzie odwiedzili nas kumple z Mental Demise i Epicrise, którzy pochodzą z okolic Lugańska, a więc z terenów objętych od ponad roku wojną. Mam nadzieję, że przeżyli, i że wszystko tam wróci do normy i ludzie zaczną spokojnie żyć.

 

 

Za wschodnią granicą wciąż panuje głód brutalnej muzyki i undergroundowych koncertów? Jest to twoim zdaniem podobny i porównywalny dla grania brutal death grind „rynek” do czeskiego?

 

Na pewno głód jest większy niż w Polsce, ale już nie ma szału jak 10 lat temu, gdzie np. w Lugańsku przyszło1000 osób na koncert i ochrona przestała wpuszczać. Ale nadal na podziemne zespoły ludzie walą dość tłumnie. Nie chcę nikogo krzywdzić, ale kapel na przyzwoitym poziomie nie ma zbyt wiele na wschodzie i nieważne czy jest to Ukraina, Rosja czy Białoruś. Dlatego nijak nie można porównać tych scen ze sceną czeską, która jest dla nich poza zasięgiem. Śmiem twierdzić, że być może Czesi nie mają wiele dobrych kapel death metalowych, natomiast w grindzie stoją bardzo mocno, stara gwardia trzyma się dobrze, a wciąż powstają nowe wybijające się kapele.  

 

 11156361_814055431982825_3081333859038722830_n

Gitary i perkusję naSometimes It’s Better To Be Blind And Deaf” mieliście zarejestrowane w 2012 roku. Już wtedy zakładaliście, że album zostanie wypuszczony dopiero na 25-lecie czy doszło do tradycyjnej obsuwy?

 

Nie, nie, nic nie zakładaliśmy. Myśleliśmy, że jak zwykle – płyta z pół roku po nagraniu czyli w połowie 2013 roku, ale jakoś po prostu się nie złożyło, czyli obsuwa była tradycyjna choć pierwszy raz z naszej winy. Jakoś po prostu nie udało nam się zebrać, dochodzi jeszcze wypadek Vizuna (perkusja) i proza życia. Ale nie był to czas zmarnowany, graliśmy koncerty, wychodziły splity, więc w sumie wyszło dobrze. Mamy szósty duży album i 25 lat istnienia.

 

 

Jesteś autorem tekstów. Sugerowałeś bądź sugerujesz krzykaczom Parricide jak mają aranżować wokale czy to była i jest ich pełna autorska robota?

 

Kiedyś, gdy mieliśmy regularne próby i utwory powstawały sukcesywnie oraz systematycznie na tychże próbach, równolegle wokalista budował linię wokalną przy sugestiach reszty zespołu lub sam, jeśli była ona dobra i podobała się wszystkim. Sam dbał o teksty lub korzystał z tekstów powierzonych nam na ten cel od zaprzyjaźnionego poety, jak to miało miejsce przy płytach „Kingdom Of Downfall” i „Patogen”. Jednak od niemal 10 lat nie mamy regularnych prób. Utwory na album powstają w domu, robię riffy i zarysy np. trzech, czterech lub pięciu piosenek i jadę do Vizuna (perka), w ciągu kilku godzin sklejamy te pomysły w piosenki, rejestrujemy je i odkładamy do archiwum. Kilka takich zjazdów i mamy gotowy materiał. Piszę teksty, które dostaje wokalista, a on aranżuje je sam. Pewnego dnia dzwoni Vizun, że nagrał gary i wysyła mi je w plikach bezstratnych. Wtedy ja siadam w domu i ćwiczę materiał do jego garów, nagrywam gitary w studiu i efekt dostaje wokalista i basista. Bas Popiół ostatnio nagrał w domu, a Kuba zaprezentował jak zaaranżował teksty po prostu pokrzyczał do nagranego uprzednio podkładu, coś tam mu pozmienialiśmy z Popiołem ale w 90 % trafił w sedno. Zrobiliśmy jeszcze kilka zmian podczas nagrywania wokali. Taki mamy system pracy, nie lepszy i nie gorszy ale jakoś sobie radzimy.

 

 

Przykładasz wagę do tego, aby słuchacz przykładał wagę do twoich tekstów?

 

Jak jestem pewien, że teksty są dobre to tak. Ostatnio jednak tej pewności nie mam, nie umieściliśmy ich też na wkładce do ostatniego albumu. Chcieliśmy by był jak najbardziej ascetycznie wydany, ale też wokalista nie chciał by je zamieścić. Poza tym nie niesiemy przesłania, teksty są opisem pewnych sytuacji, które są moim zdaniem interesujące lub chore, lub niewłaściwe, lub są hołdem dla kogoś lub czegoś i to tyle. Ale jednak lubię jak słuchacz drąży temat, chce się dowiedzieć jak najwięcej. Znaczy to że popełniliśmy coś, co zmusza niejako by zatrzymać się na tym na dłużej niż jedno przesłuchanie.

 

 

„Sometimes …” z tym stłumionym i zbasowanym brzmieniem – dość odległym od „Patogen” iKingdom of Downfall” – to inna jakość i inny rodzaj ciężaru w Parricide. Dobrze kminię? Jak to z twojej perspektywy wygląda?

 

Na „Kingdom…” szukaliśmy w studiu jak najbardziej brutalnego, skomasowanego brzmienia, na „Patogen” eksperymentowaliśmy i np. gitary nagraliśmy na basowej głowie i paczce gitarowej. Po drodze wydaliśmy jeszcze kilka splitów i album „Just Five”, który z założenia miał być bardzo surowy. Natomiast na ostatni album chcieliśmy nagrać wszystko tak, by było ciemniej niż zwykle, brudniej i ciężej oraz niekoniecznie selektywnie, ale jednocześnie by było tak, jak brzmimy na koncertach czyli z takim charakterystycznym dla nas drewnem. Namordował się Przemek Bojar, czyli człowiek odpowiedzialny za miksy, ale efekt satysfakcjonuje nas w 100 procentach. Nie pilnowaliśmy jakoś specjalnie tego, ale uważam że całość jest idealnie wyważona: ciężar, szybkość, melodia, chwytliwość, brud, brutalność, jakaś tam słyszalność czy selektywność oraz istota death metalu, ale też i grind core’a, a nawet czas trwania płyty. Nie będę mówił, że to nasz najlepszy materiał, bo nie mam jeszcze dystansu do niego i każda nasza płyta jest zupełnie różna, choć posiada też wspólne elementy. Jednak uważam, że inne brzmienie nie pasowałoby do tych numerów dokładnie w tym czasie i miejscu w jakim zespół obecnie się znajduje.

 

 

A zgodzisz się z taką tezą, że od „Patogen” Parricide na pełnych albumach, nie tracąc siary, pędu ani animuszu, staje się jednak coraz przystępniejszy, coraz więcej u was umownego „grind’n’rolla”?

 

Jasne, mogę się zgodzić, ale to tylko w niektórych elementach w naszej muzyce, wciąż jest to death metal z elementami grind core. Od „Patogen” zmienił się skład, nie mamy też regularnych prób, no i postawiliśmy też na koncertowość naszej muzyki, uzupełniając całość punkową rytmiką. W każdym numerze staramy się zawrzeć coś, co przykuwa uwagę, sprawia że noga tupie mocniej lub da się zanucić. To daje muzykę przystępniejszą, czy tego chcemy czy nie. Ale w naszym przypadku tego właśnie chcemy. Jednak wszystko dalej ma posiadać ciężar, brutalność i brud. Nie znoszę grzecznych, wychuchanych produkcji, wyczyszczonych do bólu, sterylnych gitar, klangów i klekoczącego basu. Ale odbiegam od tematu.

 

 

Wiem, że nie darzysz przesadnym uczuciem tego albumu a dla wielu jest to szczytowe wasze osiągnięcie. Co dla ciebie z „Patogen” nie tak? Najmocniej chyba słyszalna jak dotąd u was grindowa proweniencja tego materiału ma tu jakieś znaczenie?

 

Heh, tak, spotykam „patogenowców”, którzy uważają, że wciąż powinniśmy się poruszać w podobnych klimatach. W takich sytuacjach może zbyt dobitnie manifestuję swoją niechęć do tej płyty, ale to tylko mechanizm obronny, hahahah. Oczywiście jestem dumny z tej płyty, jest całkiem niezła, jednak minęło 10 lat od jej nagrania, potem popełniliśmy sporo nagrań, zmienił się skład i proces powstawania muzyki, Nie zgodzę się też, że posiada jak do tej pory najwięcej elementów grind core, bo na „Just Five” jest ich dużo więcej, podobnie jak na splitach. Jednak oczywiście każdy ma prawo do własnej oceny i cieszy mnie fakt, że komuś chce się takie rzeczy analizować.   

 

 

Jest ćwiarteczka Piotrze, nie uciekniemy więc od podsumowań i drobnych wiwisekcji. Które wydarzenie bądź fakt uważasz za najistotniejsze w dotychczasowym żywocie Parricide? W którym momencie było najciężej?

 

Chyba nie było takiego wielkiego faktu czy wydarzenia, które zmieniłoby bieg historii zespołu lub popchnęło na jakieś zajebiste tory. Było natomiast wiele solidnych faktów sporej wagi, jak choćby znalezienie ludzi i sali na próby w 1998 roku lub podpisanie kwitów na debiutancką płytę z japońskim labelem Jackhammer Music, znalezienie się każdego kolejnego wydawcy, koncerty, trasy, Metalmania 2003 jako jedyny zespół bez pleców. Wszystkie te fakty były tak samo ważne i składały się na budowanie pozycji zespołu, która jakaś zajebista nie jest ale mimo wszystko pchała całą maszynę do przodu. Najciężej nie było wtedy, gdy sypał się skład, sprzęt, busy na trasach, tylko wtedy, gdy atmosfera w kapeli była napięta, gdy przyjaźnie były wystawiane na próbę, gdy na trasach byliśmy sobą zmęczeni i wyładowywaliśmy stres na sobie nawzajem, a osobiście wtedy gdy posypało mi się życie prywatne. Nic nie jest tego warte, a jak wiadomo zespół nie przyczynia się do tego, by życie rodzinne kwitło, jest zupełnie odwrotnie.

 

 

Co spowodowało że zainteresowałeś się akurat bardzo brutalną odmianą metalu? Jakieś konkretne płyty, „formujące” koncerty, inne zdarzenia? Lokis i Kreuzer, czyli kapele na bazie (osobowej) których powstał Parricide chyba nie grały brutalnego death metalu ani gniotącego gc…

 

Odrobiłeś lekcje, hehehe. Masz rację, grając w tych kapelach w młodzieńczym okresie nie miałem pojęcia o undergroundzie, brutalnych odmianach metalu i grind core’a, a szkoda, bo może wcześniej byśmy się parali taką muzą. Dostęp do muzy był bardzo ograniczony, przed Muzyką Młodych w radiu ciężko było o cokolwiek. Ale kumpel miał brata marynarza, który przywoził mu ciekawostki na taśmach, a właściwie szpulach, bo on miał szpulaka nie wiedząc co to za zespół, co to za płyta czy utwór. Ale od zawsze wiedziałem, że chcę grać mocno, z czasem odkrywałem mocniejsze rzeczy i przekładało się to na to co graliśmy, czyli coraz mocniej. Jednak w tym młodzieńczym okresie największe spustoszenie w mózgu zrobiły mi trzy zespoły, które to zainfekowały masy takich młodzieńców jak my, czyli Metallica, Slayer i Kreator. Na początku lat 80-tych to był wykładnik brutalności, szybkości i ogólnie czegoś nowego.

 

 

Nadal muzyczne zainteresowania najmocniej lokujesz w undergroundzie? Śledzisz na bieżąco co się dzieje?

 

Nie, nie śledzę, choć jak najbardziej dalej szanuję i czuje się częścią undergroundu, choć nie jest to już ten sam underground. Nie rozpamiętuję tego jednak, nie krytykuję młodzieży. Niektóre rzeczy zmieniły się na lepsze, niektóre na gorsze, ale tak ma być. Najważniejsza jest współpraca, wsparcie i przyjaźń między ludźmi. Śmieszą mnie oczywiście niektóre rzeczy jak zespoły w Zaiksie, weekendowe koncerty nazywane trasami czy epki na CDR lub zaobserwowany ostatnio fakt, że ten kto organizuje koncert jest z automatu headlinerem imprezy, bo to on ma wpływ na druk plakatów i ogólnie na ustawianie kapel, choć muzę, staż i osiągnięcia ma żadne, natomiast ego nadymane na maksa. Nie jest tak, że nie wiem zupełnie co się w underku dzieje, mam fejsa hahahahaha. Wiem,  ale nie jest to na taką skalę jak 15 lat temu, że znałem wszystkie distros, labels, zines i rip offs i tape traderów i nosiłem na pocztę naręcza kaset do wysyłki. Starość ma swoje prawa i po prostu nie mam na to czasu, chęci, no i spadło mi ciśnienie.

 

 

W death metalu i grindcore da się jeszcze odkryć jakieś dodatkowe pokłady brutalności i ekstremy czy to już tylko kwestia reinterpretacji i umiejętnego cytowania tego co już zostało nagrane? 

 

Da się. W każdej dziedzinie twórczej zawsze pojawi się coś, co jest świeże i z mety zawładnie masami. Czasem jest to coś na bazie czegoś co już było, czasem coś co jest mega oryginalne, ale zupełnie niestrawne dla odbiorców. Miazgę kilka lat temu zrobił Insect Warfare z USA, który podał grind w ultra brutalnej formie, który na pozór miał death metalowy kręgosłup, ale tak było to zrobione, że uczuleni na death metal grinderzy, punki, crusty łyknęli to bez popity. Świetny zespół, szkoda że nie istnieje. Inny przykład to Gutalax z Czech, który w trzy lata zrobił taki postęp, że ma w połowie roku zabukowane wszystkie koncerty na rok następny. Znaleźli pomysł na muzę, jak i na „gównianą” otoczkę i image. Nie ma tego dużo oraz nic nie trwa wiecznie, ale zdarza się i zdarzać się będzie.

 

 

Czy kiedykolwiek w swej karierze myśleliście w takich kategoriach by być najbardziej brutalnym death metalowym aktem nad Wisłą, przekraczać w tej materii jakieś granice?

 

Nie mieliśmy nigdy takich założeń, nie chcieliśmy zdobywać jakichś sprawności czy pozycji w rankingach, robiliśmy po prostu swoje. Nagraliśmy na przykład płytę „Kingdom of Downfall” i mam świadomość, że jest bardzo brutalną płytą i nawet teraz niezbyt przychodzi mi do głowy jakiś krajowy band, który byłby podobnie brutalny. Może wczesny Damnable, dobry był to band jak zaczynali lub death grindowy Reinfection również z wczesnego okresu; obie kapele z małej Przysuchy – rewela. Nomad z pierwszego demo lub Putridity, to były brutalne akty. Oczywiście mówię tu o brutal death metalowych bandach, a nie stricte grindowych.

 

 

Na dystrybucję „Ill-treat” na świat miałeś podpisaną umowę z Empire Records. Był jakiś odzew? Jak wspominasz współpracę z Imperium Mariusza?

 

Krótka była to współpraca, album „Ill-treat” spodobał się Mariuszowi na tyle, że postanowił wykupić prawa od Surgical Diathesis Records i wydać ten CD ponownie przy współpracy z Plastic Head na Europę i WWIII na Amerykę. Na Polskę płytę miał dystrybuować nadal Krzysiek i jego Surgical Diathesis Records. I tu kończy się moja wiedza na ten temat. Wprawdzie Mario był zainteresowany kolejną płytą, ale przed podpisaniem kwitów rozmyślił się, a gdy „Kingdom of Downfall” była już dostępna dzięki Mad Lion Records, znów się odezwał ale my mieliśmy z Mad Lion podpisany kontrakt na dwie płyty, więc grzecznie odmówiliśmy. Jednak Mariusz wspierał Parricide na łamach Thrash’em All; ukazywały się wywiady i bardzo pozytywne recenzje. Wracając do „Ill-treat” to płyta wciąż jest dostępna w Surgical Diathesis, ale też można ją trafić w Media Markt (wersja Empire/Plastic Head). Nie wiem jakim cudem, bo przecież to wersja na Europę poza Polską, ale taka jest prawda.

 

 

Na przestrzeni lat Parricide nie omijały personalne rotacje, tylko ty i Albert trwacie od początku na posterunku. Zdradź jakimi przymiotami musi wykazywać się potencjalny aspirant do szeregów Parricide.

 

Heh, ciekawostką jest, że nigdy nikt nie został z Parricide wyrzucony i z większością byłych członków jesteśmy w dobrych stosunkach i kontakcie, poza jedną osobą na jej wyraźną prośbę. Ale to stare dzieje. W sumie by grać w Parricide nie trzeba mieć jakichś kosmicznych umiejętności czy predyspozycji, czy mieć nie wiadomo jakie zajebiste graty. Trzeba być po prostu spoko gościem, takim, który jest miły i nie wprowadza fermentu w kapeli, który jest pomocny i gra do tej samej bramki. Chodzi mi o to, że skoro jest nowy to musiałby się po prostu dostosować do ustalonych czy wypracowanych przez lata charakterystycznych dla kapeli zasad, ale nie chodzi też o to, by się bał odezwać. Dobre pomysły są zawsze mile widziane. Jednak najważniejsze to to, by był dobrym, sympatycznym człowiekiem, nigdy megalomanem, czy innym gwiazdorem z przerośniętym ego.

 

 

Jesteś Piotrze opoką Parricide. Nadal koncerty, próby, babranie się z nagrywaniem sprawia ci równą przyjemność co np. 10 – 15 lat temu? Może jednak zauważasz u siebie jakieś zmiany z tym związane?

 

Jasne, że zauważam. 15 lat temu byłem typowym maniakiem, tape traderem, po prostu tym żyłem, byłem dumy z miliona kontaktów na całym świecie, poza tym zbierałem płyty, ulotki, ziny. Byłem mocno w to zaangażowany. Prawdę mówiąc nie wiem kiedy mnie ten zapał opuścił, może zbyt intensywnie działo się kapeli i nie miałem już czasu na taką aktywność, a może po prostu się zestarzałem i najzwyczajniej w świecie przestało mnie to jarać. Ogólnie jestem już stary, znudzony, chyba też zrzędliwy niestety, czepialski i strasznie wybredny, okrutnie wybredny, jeśli chodzi o muzykę, zwłaszcza jakichś nowych kapel; jestem niesamowicie sceptyczny i … i znudzony. To chyba starość. Z drugiej strony tak niewiele mi do szczęścia brakuje, jak na koncercie obejrzę sobie jakiś band, który zagra 3 riffy na krzyż ale tak, że noga zaczyna sama tupać. To nieszczęście dzisiejszych czasów: każdy umie grać, wszędzie jest dostęp do dobrego sprzętu, można w domu nagrać porządnie materiał. I niestety mało kto rozumie, że można coś zrobić nie napychając w utwór miliona riffów i karkołomnych (palcołomnych) solówek, miliona temp i niekoniecznie pod metronom. Że nie trzeba mieć ogromnej podłogi z efektami i siedemnastu racków, gdzie miga milion światełek. To takie moje sprzeczności, wynikające chyba właśnie z mojego wieku i lat poświęconych muzyce.   

 

pawel wygoda

Wiele trzeba poświęcać czasu prywatnego, by utrzymywać kapelę formatu Parricide przy życiu? Z biegiem lat jest łatwiej, bo doświadczenie i znajomość realiów większa czy jednak ciężej bo obowiązków takich owakich bądź kompromisów do podejmowania coraz więcej?

 

Ogólnie chyba się nieco zatraciłem w tym graniu. Otrzeźwiałem dopiero jak mój uporządkowany świat zaczął się walić. Przez lata okradałem rodzinę z czasu, wszystkie plany były podporządkowane naszym koncertom, sesjom, próbom. Nie poświęciłem tyle czasu dziecku ile powinienem poświęcić. Teraz nadrabiam ale nagle mi synek wydoroślał i woli spędzać czas gdzie indziej. Ciężko jest pogodzić obie rzeczy tak, by obie dobrze funkcjonowały, a być może jest to nawet niemożliwe. Od dawna zespół traktuję ze sporym dystansem, gramy tylko tam, gdzie nas chcą, nigdzie się nie pchamy, nie mamy ciśnienia na jakieś konkursy kapel by gdzieś tam zagrać i prosić o lajki, kliki czy inne głosowania. Nie mamy prób, nie gramy też super popularnej muzy więc nie ma tych wyjazdów zbyt wiele. Kiedyś pewnie bym rozważał co wybrać – rodzinę czy zespół, teraz wiem na pewno, że bez wahania opuściłbym zespół, by za wszelką cenę zachować rodzinę, jest dla mnie najważniejsza.

 

 

Z takich realnych spraw, będących w zasięgu możliwości – co jeszcze nie udało ci się osiągnąć z kapelą a chciałbyś?

 

Z jednej strony zawsze jest coś do osiągnięcia, a z drugiej nie bardzo wiem co chciałbym jeszcze mieć. Nie mamy na przykład wszystkich pozycji wydanych ponownie na winylu, nigdy nie graliśmy poza Europą, nigdy nie graliśmy trasy jeżdżąc nightlinerem, nigdy nie dzieliliśmy się kasą po koncercie hehehe, mógłbym sporo jeszcze wymieniać, ale nie jestem pewien czy zależy mi na tym wszystkim. Na pewno nie chciałbym być zawodowcem w tej muzyce, bo wtedy zupełnie by mnie nie było w domu.

 

 

Pytanie które zadałem Andy Bowelowi przy okazji wywiadu po Grindcoholism, powtarzam bo ciekaw jestem twojej opinii: jak to jest że u nas na grindowe sztuki (jeśli się w ogóle trafiają), przychodzi raptem kilkunastu maniaków, a tuż za winklem Curby robi fest szeroko znany w skali co najmniej europejskiej, ma frekwencję, świetną atmosferę, publikę z różnych stron świata, itd. Dlaczego u nas nie idzie zorganizować choćby namiastki Obscene Extreme? Twoja diagnoza?

 

To prawda, straszna nisza się zrobiła, chociaż coś się powoli w Polsce rusza, widać to po tym, że ostatnio graliśmy sporo w kraju, podobnie jak inne zespoły na przykład Squash Bowels. Chwała Andy’emu że reaktywował Grind Tour de Pologne. Były lata, gdzie graliśmy głównie za granicą. Dobre czasy dla grind core’a wrócą, a potem znów miną, jak ze wszystkim, jednak nawet w szczytowej popularności zawsze będzie to nisza. Co do Curby’ego, należy pamiętać, że na swój sukces pracował przez lata, a pierwsze edycje były bardzo skromne i miały małą frekwencję. Poza tym Curby jest spoko gościem, jak większość Czechów parających się graniem, organizacją festów, posiadających labele i ziny. Nawet oficjalni zawodowcy są spoko i są silnie związani z undergroundem. Można w Czechach zagrać na dużym oficjalnym festiwalu bez poparcia wytwórni i bez płacenia pod stołem, wystarczy grać dobrą muzykę, stąd na przykład Spasm i Gutalax na Brutal Assault. W Polsce tak nie jest i zapewne nigdy nie będzie. Taką mamy mentalność. Następna sprawa: jakby ktoś zrobił w Polsce taki fest, gdzie przyjechałaby masa takich cudaków jak tam i z założenia robiliby te wszystkie obsceniczne rzeczy z hellshow i freakshow na czele, zapewne byłyby moherowe protesty a śmiałek organizator miałby pewnie proces za obrazę uczuć religijnych i moralnych. Nie liczę już pewnie inwigilowanych czy internowanych fanów złapanych na oddawaniu moczu na ulicy lub leżących w okolicy festu, czy rozbijających namioty na stacjach benzynowych, co w Czechach jest najzwyczajniej i z uśmiechem tolerowane, bo przecież jest festiwal i można. Jednak jest i w Polsce sporo letnich festiwali, co dobrze rokuje na przyszłość, bo może doczekamy się też stricte grindowego, kto wie.

 

Marcin Studziński

Parricide chyba zawsze jak wydawał pełne materiały to w zanadrzu już miał przygotowane co nieco na przyszłość. Jak jest teraz?

 

Tak, czekamy na 7ep split z ukraińskim Epicrise dla Rewolucja/Douchebag/Toilet Entertainment/Jerk Off oraz Nuclear Vault nieżyjącego Piotrka Kota (spoczywaj w pokoju miły panie). Czekamy też na reedycję naszej pierwszej płyty „Crude”, która już wkrótce dzięki Defense/Mythrone/Rotten Music oraz na wydawnictwo którego formatu jeszcze nie znam, ale zapewne będzie to jakiś winyl, może split lub może jakiś picture disc – najprawdopodobniej dla Deformeathing. Wciąż nie mamy winylowych wersji naszych pełnych albumów, może znajdzie się jakiś śmiałek i na to hehehe. Tak to wygląda w skrócie.  

 

 

20 czerwca miasto Chełm nie zaśnie. Czy będzie przez Parricide emitowany tego dnia „Foxtrot Uniform Charlie Kilo”? Przez wzgląd na niecodzienne okoliczności odkurzycie „… but sick”? 

 

Yyyyy, nie wiem hahahahah. Coś na pewno trzeba nam będzie odkurzyć, choć nie planowaliśmy specjalnego koncertu czy specjalnych atrakcji ale kto wie? Jak przygotujemy festiwal od technicznej strony to pomyślimy nad muzyczną i może coś tam wykminimy, będziemy mieli na to jedno krótkie spotkanie dzień przed imprezą, więc nie spodziewaj się zbyt wiele. Ale ogólnie najbardziej mi zależy na tym, by zapędzić jak największą ilość znajomków w jedno miejsce i ich najnormalniej w świecie upić.

 

 

25 lat. Jest pełna satysfakcja czy jednak jakiś promil niedosytu istnieje? Szczerze proszę.

 

Jasne, wszystkie moje odpowiedzi były szczere, to czas trochę pościemniać, hehehe. Jednak prawda jest taka, że tego nie rozkminiam, nie analizuję i nie robię jakichś rozrachunków z minionym czasem. Nie odczuwam satysfakcji, jak też nie odczuwam niedosytu. Jak powiedziałem wcześniej, mam spory dystans do tego i poza tym ja byłem przeciwny robieniu koncertu urodzinowego, ale mnie zakrzyczeli, więc siedzę i robię. Poza tym jak na 25 lat grania, to osiągnięcia mamy delikatnie mówiąc skromne. Tak to widzę.

 

 

I na koniec – na co czasami lepiej być ślepym i głuchym?

 

Ano czasem ma się ochotę wszystko pieprznąć i odejść lub zasnąć. W takim byłem nastroju jak wymyślałem tytuł do płyty. Płyta nie jest konceptem i nie ma piosenki, która reprezentowałaby całość. Ale opisujemy na płycie debili w pogoni za taniochą w supermarketach, kolesia który pożyczył wiertarkę i nie oddał, internetowych wojowników ukrywających się pod groźnymi pseudonimami, durne laski z fajami w zębach, które bez bluzgu zdania nie potrafią sklecić, wytatuowanych hipsterów w jakieś malutkie rysuneczki, polską pokrzywioną rzeczywistość, „prawdziwych” patriotów i tylko jedna piosenka jest hołdem dla naszych zmarłych kumpli i jedna jest poświęcona jednemu z najstarszych przemytników z Chełma. Na to wszystko wymienione wcześniej miałem ochotę być ślepym i głuchym.

Dziękuję za mega fajną pogawędkę i wsparcie, duży rośnij.   

 

Rozmawiał: Sławek Łużny

Fotografie: Marcin Studziński, Paweł Wygoda, slippyinc.com

https://pl-pl.facebook.com/Parricidepl