NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Analityczna mizantropia – wywiad z Pyorrhoea

Pyorrhoea z Warszawy konsekwentnie utrzymuje swoją pozycję na scenie brutalnego death/grindu. Ropotok ma się bardzo dobrze pomimo upływających lat i ostatnich zmian personalnych. Redakcja MM przepytała frontmana Pyorrhoea, A.D. Gore’a w kwestii ostatnich poczynań zespołu oraz w związku z kilkoma innymi wątkami okołomuzycznymi.

Od premiery „I am The War” miną za chwilę 2 lata. Zdecydowaliście się wydać tą płytę sami. Czy jesteś zadowolony z tego wyboru?

A.D. Gore: Cześć! Trudno porównywać obecne realia do tych z czasów, kiedy wydawaliśmy płyty za pośrednictwem wytwórni. Teraz cenimy sobie niezależność, to że mamy pełną kontrolę nad naszym materiałem. Mieliśmy możliwości i środki do wydania albumu samodzielnie, więc poszliśmy w tym kierunku. Jesteśmy zadowoleni z dystrybucji za pośrednictwem Wielkiej Płyty i Selfmadegod. Znakiem czasu jest też to, że przymierzamy się do formatów full cyfrowych, przez iTunes itp. Płyty sprzedają się świetnie podczas koncertów i to też jest wyznacznikiem tego, że podjęliśmy właściwą decyzję.

Odnoszę wrażenie, że promocja albumu była dość skąpa. Jak oceniasz odzew mediów i maniaków?

Pojawiło się kilka, może kilkanaście, dobrych wywiadów i masa pozytywnej krytyki ze strony odbiorców. Nie mamy ciśnienia by było nas dużo wszędzie, ci którzy są zainteresowani naszą twórczością wiedzą gdzie nas szukać. Najlepsza promocja to dla nas wciąż koncerty, których staramy się grać jak najwięcej, tam pokazujemy na co nas stać, mamy bezpośredni kontakt z ludźmi… Po „I Am The War” graliśmy całkiem sporo. W dzień wydania albumu rozpoczęliśmy trasę, niedługo potem zagraliśmy świetną sztukę przed Obituary, kilka innych bdb występów w Polsce. Nie było więc chyba tak znowu skąpo z tą promocją.

Ponownie dokonaliście małej wolty stylistycznej – „The Eleventh…” był najbardziej death metalowym spośród Waszych wydawnictw. „I am The War” to zdecydowany skręt w kierunku grindu a nawet crustu. Czy tylko ja mam wrażenie, że death metal w sterylnej amerykańskiej formule przejadł się Wam jak codzienna wizyta w McDonald’s zaprzyjaźnionemu wokaliście Conquest Icon (śmiech)? 

Nie lubimy się powtarzać, ale myślę że wypracowaliśmy swój bardzo ogólny styl komponowania, który jest słyszalny na każdej z płyt, począwszy od „Desire for Torment”. To jest określona intensywność, dość specyficzne mieszanie elementów death metalu z grindem… To że robimy na każdej płycie coś innego jest faktem, ale to naturalne, lubimy poszukiwać i odnajdywać nowe rzeczy. Mimo wszystko zawsze to ma jeden wspólny mianownik, mimo że czasem wydaje się on być ukryty dość głęboko. „I Am The War” jest dokładnie taki jak napisałeś, obskurny i grindujący. Potrzebowaliśmy większego pierwiastka chaosu i energii, taki mieliśmy czas i wiele wskazuje na to, że w tym kierunku pójdziemy w przyszłości. Mówi się, że trzecia płyta krystalizuje styl zespołu, myślę że w naszym przypadku może być to w dużej mierze prawdziwe, co nie oznacza, że już niczym nie zaskoczymy, bo na kolejny album mamy pomysły, które można uznać za co najmniej popieprzone…

Opowiedz pokrótce co w tym czasie działo się w zespole – doszło do kilku roszad. W jakich okolicznościach zdecydowałeś się zamienić gitarę na mikrofon? Czy brałeś pod uwagę wariant łączenia gry na wiośle i wydawania odgłosów otworem gębowym? 

Skład z Chryste i Amonem był przez wiele lat tym optymalnym i na początku nam ich brakowało. Jednak po jakimś czasie patrzę na to przez pryzmat rozwoju w innym, ciekawym kierunku. Chryste jest wymiataczem, więc długi czas szukaliśmy kogoś, kto pociągnąłby nasz materiał wokalnie. Na tyle długo i nieskutecznie, że w pewnym momencie wkurwiłem się i sam stanąłem za mikrofonem. Z punktu widzenia rozwoju muzycznego był to zajebisty ruch, bo pozwolił mi wprowadzić do Pyorrhoea wiele nowych pomysłów i do tego miał dla mnie osobiście znaczenie niemal terapeutyczne w dość trudnym i przełomowym okresie mojego życia  – wokal jest totalnie dziką i bezpośrednią formą wyrazu. Po raz pierwszy od długiego czasu znowu zacząłem traktować muzykę jako katharsis. Na razie gramy na jedną gitę i to też jest dodatkową wartością, dzięki temu muza nabiera więcej pierwotnej, bardzo prostej i dosadnej formy. Co do drugiej roszady – na miejsce Amona wszedł Domin, znany z Centurion czy niegdyś Devilyn i Nomad. Ci, którzy kojarzą te zespoły, wiedzą jakim jest perkusyjnym zabijaką.

Przejęcie funkcji wokalisty po Chryste wydawało się na początku skokiem na głęboką wodę. Jak oceniasz swoje postępy i w jaki sposób doskonalisz swój warsztat wokalny?

Początki były trudne, ale teraz, w nowej, bardziej grindowej konwencji to się sprawdza. Chryste był wirtuozem klasycznej death metalowej barwy, ja nie łudzę się, że kiedykolwiek go podrobię, dlatego idę bardziej w stronę żywiołu i pewnej różnorodności. Jako wokalista mam 2 lata stażu. To mało i wciąż mam ambicję na dużo więcej. Ostatnio postanowiłem nadrobić „stracone lata” i korzystam ze wsparcia Łukasza z Antigamy, który jest moim totalnym wokalnym guru i dzieli się swoimi patentami. Miałem niedawno przyjemność obserwować go przy nagrywaniu śladów na ich nowy LP. To co tam zrobił wykracza w ogóle poza ramy klasycznego myślenia o śpiewaniu w metalu. To dla mnie też duża inspiracja i przede wszystkim impuls do zmiany świadomości tego co można stworzyć za pomocą głosu.

Wiem, że zajmowałeś się pisaniem tekstów, zanim przejąłeś rolę wokalisty. Jak wyglądał ten proces z pozycji gitarzysty a jak postrzegasz go z punktu widzenia gardłowego?

Dla mnie zawsze pisanie było bardzo naturalnym procesem, od kilku lat zdarza mi się, że snuję się samotnie po barach i tam piszę, nie tylko liryki do Pyorrhoea. Inspiracja jest tutaj najważniejszym czynnikiem, umiejętność obserwacji świata i wprowadzenia się w odpowiedni stan by przerzucić myśli na papier. Zawsze też na poziomie aranżacji wokalu robiłem dużo. Spędzałem masę czasu w studio z Chryste w Pyo czy Ceasearem w Centurion. Nie mogę więc mówić o jakiejś diametralnej zmianie, zarówno jako wioślarz jak i gardłowy mam swój sprawdzony patent na pisanie i aranż. Natomiast fakt faktem, że najlepiej śpiewa mi się moje własne rzeczy.

Skoro jesteśmy przy stylistyce grindcore i pisaniu tekstów. Co sądzisz o zespołach, które hołdują tematyce społecznej? Nie tak dawno czytałem wypowiedź Barney’a z Napalm Death, nawołującego do wspierania adopcji przez pary homoseksualne. Czy nie uważasz, że ekstremalna muzyka nie powinna iść w parze z poprawnością polityczną?

Grind core od zawsze był jakoś zaangażowany społecznie, bo wyrósł prawie bezpośrednio z punka, a brytyjskie zespoły, może poza Carcass, przodowały pod tym względem, więc nie widzę tu nic niezwykłego. Osobiście lubię niektóre teksty Napalm Death, choć nie ze wszystkimi w 100% się zgadzam. Jeśli ktoś czuje w sobie potrzebę by realizować misję, naprawiać świat, to niech działa na zdrowie, ale to nie jest moja bajka. Ideologicznie przekaz Pyorrhoea określiłbym jako analityczną mizantropię. Patrzymy na świat i zastanawiamy się co się stało, że jest taki pojebany. Ale daleko nam do aktywistów. Nie próbujemy niczego naprawić, bo przecież i tak się nie da. Człowiek jako gatunek jest niedoskonały i trzeba się z tym pogodzić. Poprawność polityczna? A co to takiego? Słowa „poprawność” i „polityczna” wzajemnie się wykluczają. Świat był, jest i będzie bezlitosny. Żaden polityk nigdy nie będzie się kierował dobrem społeczeństwa, tylko wolą utrzymania władzy. Ktoś kiedyś sądził, że złe, ciemne wieki przemocy minęły? Niecałe 40 lat przed moim narodzeniem brygada Oskara Dirlewangera mordowała małe dzieci na warszawskiej Woli. Teraz od kilku miesięcy zastanawiam się, czy dożyję czterdziestki, bo na łeb może spaść mi bomba atomowa, grzebiąc razem ze mną miliony innych ludzi. Serio, ktoś uważa, że może zmienić ten świat na lepsze?

Jakimi płytami katowałeś swoje narządy słuchu w ostatnich miesiącach i na jakie materiały czekasz z wypiekami na mordzie?

Ostatnie albumy Blockheads i Napalm Death niszczą totalnie. Uwielbiam takie granie. Z rodzimych rzeczy ostatnio bardzo spodobał mi się nowy Embrional. Ale słucham też sporo rzeczy z drugiego bieguna muzyki np. Marka Dyjaka. Oczekiwania to przede wszystkim wspomniana wcześniej Antigama, no i Lock Up – jestem bardzo ciekawy co zrobią z Kevinem Sharpem na wokalu.

Promując „I am The War” zagraliście serię koncertów u boku Hate i Vedonist. Czy zaliczasz tą trasę do udanych?

Wyjąwszy koncert w Poznaniu, na którym byłem tak nawalony, że ledwo go pamiętam, była to seria bardzo udanych sztuk w bardzo sympatycznym towarzystwie – warto tu też wspomnieć o Gnidzie i Banisher, które były otwieraczami. Fajna trasa, dobrze zorganizowana, frekwencyjnie też w większości przypadków sukces. O przygodach nie będę opowiadał bo ktoś się może obrazić.

Ciekawym doświadczeniem był dla was niewątpliwie występ przed Order w ramach imprezy Norwegian Metal – in Concert, organizowanej przez Progresję i Ambasadę Norwegii. Jak przebiegła impreza i integracja po koncercie?

Wspaniali ludzie i bardzo ciekawe doświadczenie. To było dla mnie przeżycie – poznać gości, którzy tworzyli pierwsze nagrania Mayhem i Cadaver – czyli de facto muzykę, której słuchałem jako małolat i robiłem pod siebie z wrażenia. Integracja przebiegła bardzo sprawnie, wspólnie z Peterem z Vader uczyliśmy chłopaków pić polską wódkę, bliżej poznaliśmy się też z Per Ole Hagenem, który miał swój wernisaż w ramach imprezy. Cyknął nam zresztą kilka niezłych zdjęć… Jedyny bardzo smutny akcent, który miał miejsce kilka miesięcy później to śmierć basisty Order – Rene, który był przesympatycznym gościem. Jego odejście w momencie gdy po wielu latach wrócił na scenę było czymś tragicznym.

Poruszyłeś dość istotny temat, coraz częściej pojawiającej się śmierci wśród jakby nie było starzejącej się populacji społeczności metalowej. Coraz częściej wśród muzyków, którzy przekroczyli trzydziesty rok życia widać zainteresowanie różnymi formami aktywności fizycznej i malejącym spożyciem używek. Czy Ciebie też to dotyczy? Jeśli tak to w jaki sposób dbasz o formę?

Moje obecne życie towarzyskie jest teraz naprawdę bardzo skromne w porównaniu do tego jak wyglądało np. w 2002 roku, kiedy dołączyłem do Pyorrhoea. Po trzydziestce kończy się tryb nieśmiertelności. Dziecko, poważna praca, to wszystko siłą rzeczy wymusza na Tobie to, że musisz zacząć o siebie dbać. Czyjeś życie zależy od Ciebie, więc nie możesz szaleć non stop. Jako wokalista musiałem też założyć sobie kaganiec na alkohol przed koncertami – po prostu maszyneria przestaje działać jak należy, brakuje pary. Teraz nie wychodzę już poza symboliczną lampkę soku z ziemniaka. Co do aktywności fizycznej to najczęściej zdarza mi się pływać, ale czasem też gdzieś sobie pobiegnę albo coś wycisnę na ławce. Myślałem ostatnio o wspinaczce, może jeszcze nie jest za późno…

Mam wrażenie, że zmiana pokoleniowa wśród fanów metalu bardzo negatywnie wpływa na frekwencję na podziemnych koncertach. Dzieciarnia chodzi na zespoły modne i popularne a resztę czasu spędza przed komputerem, ignorując bardziej niszowe granie. 

Hmm… Możliwe, ale jest też masa młodszych ludzi, którzy sporo kumają i można się czasem pozytywnie zaskoczyć. Z drugiej strony tych zespołów niszowych jest całkiem sporo, organizacja koncertu to obecnie żaden problem, rynek jest nasycony, więc trudno się dziwić. Najgorsze, że w tej wielkiej masie giną wartościowe rzeczy, często ludzie po prostu nie mają szansy albo nie starają się ich poznać. Na naszych koncertach z frekwencją jest zazwyczaj nieźle, a nawet jeśli nie jest, to tych 15 osób pod sceną robi niezłe zamieszanie, a my i tak bawimy się świetnie.

Jakie macie plany na najbliższe miesiące? Czy powstają już nowe szkielety numerów? 

Przede wszystkim staramy się skupić teraz na nowym materiale. Szkielety powstają, ale dużo myślimy ogólnie o koncepcji, klamrze, która ma być kolejnym emocjonującym zwrotem akcji w naszej oszałamiającej karierze muzycznej hehehe… Na pewno chcemy też pochylić się nad wydaniem winyla oraz zrobieniem użytku z coverów, które zrejestrowaliśmy w czasie sesji „I Am The War”.

Czy w kwestii koncertów możemy liczyć na Waszą aktywność?

Zdecydowanie, ale oprócz Polski obszarem ekspansji są inne kraje. Czy się ten plan powiedzie – zobaczymy… Chcemy postawić na jakość, nie na ilość, więc w grę wchodzą raczej festiwale. Na pewno na wiosnę będziemy grać kilka sztuk po kraju, podobnie jesienią. Aktualnie wszyscy jesteśmy już dumnymi ojcami, a to zmienia perspektywę i przesuwa priorytety. Granie co weekend raczej odpada, sam rozumiesz to na pewno bardzo dobrze. Z drugiej strony jest tak, że każdą, absolutnie KAŻDĄ, propozycję koncertu traktujemy poważnie. Jeśli się ktoś do nas zgłasza z ofertą zagrania gigu to jednak w taki sposób staramy się poustawiać inne sprawy by zagrać, mamy w sobie wciąż duży głód występów na żywo bo to dla nas najlepsza zabawa.

Czy obserwujesz w miarę możliwości wirtualne poczynania sceny metalowej? Zmierzam do tego, że coraz więcej zespołów zarówno z bogatym dorobkiem wydawniczym (wspomniane przez Ciebie Obituary lub Brutality) jak i z potencjałem równym zero roszczeniowo wyciąga łapy po granty z portfeli fanów, znajomych i kogo tylko się da. Crowdfunding staje się powoli plagą. Gdzie Twoim zdaniem przebiega granica dobrego smaku pomiędzy wsparciem wartościowej inicjatywy a gdzie rozpoczynają się ordynarne żebry?

Muzyka ekstremalna ma swój specyficzny etos. Ludzie, którzy siedzą w grind core czy death metalu są bardzo wyczuleni na wszelkiego typu przejawy manipulowania rynkiem dla osiągnięcia prywatnych korzyści. Szczególnie ma to zastosowanie do zespołów,  które nie mają zbyt dużego dorobku lub reprezentują niski poziom. Ja przeważnie mam to w dupie i nie emocjonuję się, choć nie ukrywam, że czasami zjawisko to bywa żenujące nawet dla mnie. Sama idea crowdfoundingu czy crowdsourcingu nie jest zła, a przy aktualnych kosztach produkcji albumu jest jakąś tam alternatywą dla zespołu. Natomiast staje się ona groteskowa w momencie gdy fani dorzucają się do przedsięwzięcia, które w żaden sposób nie będzie odpowiadać ich oczekiwaniom. To w końcu duża odpowiedzialność przed ludźmi, którzy zainwestowali w twój materiał, to nie jest pisanie wierszy do szuflady. Wg mnie skoro w demokratyczny sposób zbiera się kasę, to w demokratyczny sposób trzeba rozliczać efekty, a tego elementu  brakuje. No i pytanie czy to z kolei nie zabija artystycznej niezależności. Trzeba być naprawdę wyjątkowym twórcą by pozwolić sobie na działanie w ten sposób. Do mnie przemawia jednak bardziej droga Trenta Reznora, który wrzucał swoje albumy do sieci za friko, a i tak fani NIN kupowali je na potęgę, bo były po prostu zajebiste.

Co słychać w Centurion, w którym szarpiesz 6 strun?

Z Centurion obecnie tworzymy nowy materiał, mamy już prawie gotowych 5 kompozycji, czyli niemal pół długograja. Pewnie zanim dorobimy i ogramy kolejnych 5 minie jeszcze kilka miesięcy, więc termin wejścia do studia wypadnie gdzieś jesienią. Ale być może, aby tradycji stało się zadość, wcześniej strzelimy sobie epkę. Na pewno się o tym dowiesz.

Dzięki za interesującą pogawędkę.  Kilka słów do ojca prowadzącego i czytelników Musick Magazine na koniec poproszę.

Dzięki za wywiad. Moje ogromne wyrazy szacunku dla wszystkich, którzy czytają jeszcze takie niszowe wywiady. Dzięki wam ta scena żyje.

Rozmawiał: Marcin Meyer