NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Joe Duplantier (Gojira) – wywiad archiwalny z 2014 roku

Dla takich chwil naprawdę warto żyć! Pierwszego lipca, w klubie Progresja Music Zone, przy okazji koncertu zespołu Gojira, dostaliśmy niemały przywilej spotkania się twarzą w twarz z ich założycielem, wokalistą i gitarzystą w jednym – Joe Duplantier’em. Człowiekiem o czarującym uśmiechu i niezliczonych talentach. I chociaż pozwolił sobie przy nas na drobne narzekania to wierzcie mi, jest to człowiek o niekończących się pokładach pozytywnej energii, którą hojnie obdziela wszystkich dokoła.

 

Wywiad pochodzi z #3/2014 Musick Magazine – do nabycia tutaj: www.musickmagazine.8merch.com

 

Czy nadszedł właściwy czas aby zapytać o nowy album?

Nie bardzo. Właściwie to zupełnie nie. Kompletnie nie mam nic do powiedzenia w kwestii czegoś co nie jest jeszcze skończone. Nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi do nowego albumu. Wystarczająco trudne jest rozmawianie o istniejącym albumie, bo jest to muzyka, coś czego nie da się do końca opisać, trzeba tego doświadczyć. Więc skoro nowy album nie jest jeszcze gotowy to tym bardziej nie da się o nim mówić.

Ale podobno macie już masę muzyki na nowy album?

To prawda, ale wiesz, mieliśmy jakiś miesiąc temu w Szwecji wywiad i tam dziennikarz też zapytał o nowy album. Próbowałem mu to jakoś opisać i w pewnym momencie powiedziałem zdanie „mamy niektóre riffy w stylu Pantery”. A on wziął to zdanie i zrobił z tego duży nagłówek „Następna płyta Gojira będzie brzmieć jak Pantera” i w świat poszła taka informacja, a fani na to reagowali i burzyli się lub cieszyli. Zdałem sobie wtedy sprawę, że w ogóle nie powinienem rozmawiać o nowej płycie przed jej powstaniem. Bo to jak zapytać kobietę w ciąży, przed USG, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka, a ona przecież tego nie wie. Trochę tak jest z rozmawianiem o płycie przed jej nagraniem. To co się teraz dzieje to burza inspiracji, wszystko jest to w ciągłym ruchu i kiedy wydaje się nam, że nowy album będzie właśnie tak wyglądał to za chwilę idzie to w zupełnie innym kierunku. To co mogę teraz powiedzieć, to że czujemy się naprawdę świetnie jako zespół, jest między nami świetna chemia i dynamika. Za każdym razem jak gramy masa fajnych rzeczy się dzieje, jesteśmy bardzo zainspirowani. Osobiście natomiast, staram się wcielić w życie i zebrać do kupy moje myśli i pomysły, przetworzyć moje doświadczenia z ostatnich 2-3 lat i stworzyć interesujące teksty piosenek. Czasem naprawdę nie mam ochoty o niczym rozmawiać, a wynika to z tego, że nie umiem w samym sobie poukładać pewnych rzeczy i znaleźć sposób aby o nich mówić.

W ciągu tych ostatnich 2-3 lat dużo rzeczy się u Was zmieniło. Dorobiliście się profesjonalnego managementu, zmieniliście wytwórnię (z Listenable na Roadrunner), stronę internetową itd. Zrobiliście rewolucję i wszystko zmienialiście w jednym czasie. To musiało być cholernie trudne. Opłaciło się?

Opłaciło. Było ciężko, to prawda, bo była to duża zmiana na każdym polu. Ale jesteśmy podekscytowani mając jeden z największych obecnie managementów w świecie metalu.

Jak trafiliście do RSE (The Rick Sales Entertainment Group)?

Przez naszego przyjaciela, który jest producentem muzycznym w Los Angeles. Był akurat wtedy okres, kiedy otrzymywałem dużo maili od różnych managementów. Prowadziłem zespół sam, ale nie mogłem już więcej tego robić. Nawet proste sprawy zaczęły mnie przerastać. Więc naprawdę chciałem znaleźć kogoś solidnego, kto mógłby otworzyć dla nas większe drzwi. Pojechałem wtedy do Los Angeles w innych sprawach, miałem spotkania z markami gitar i inne takie….

Sygnujesz nawet jeden model gitary, prawda?

Tak, związałem się z Charvel i sygnuję jeden model, będzie zrealizowany już niedługo i jest to dla mnie duża sprawa. W każdym razie byłem wtedy w Los Angeles, zatrzymałem się w domu mojego dobrego przyjaciela, który jest producentem muzycznym, nazywa się Lucas Banker, jest bardzo aktywny w muzyce popowej, metalowej i masie innych rodzajów. Lucas powiedział, że przyjaźni się z Rickiem Salesem, który manageruje takie zespoły jak Slayer i Mastodon, i czy chcę z nim porozmawiać. Odpowiedziałem, że pewnie, choć prawdopodobnie jest dla nas za duży i zbyt zajęty, ale że jasne, chciałbym z nim porozmawiać. Lucas zadzwonił więc do niego i powiedział „Wiesz, właśnie siedzę z Joe z Gojira, czy chcesz się z nim spotkać?”, a on odpowiedział „Super, zjedzmy razem jutro lunch”. No więc poznałem tego kolesia i jego wspólnika, Nicka, który finalnie został naszym managerem, i poszło świetnie. Powiedziałem im, że jesteśmy w 100% poświęceni naszemu zespołowi i jeśli to możliwe, to chcemy stać się więksi bez wchodzenia w żadne kompromisy. Chcemy być sobą, ale chcemy też się rozwijać, mieć więcej okazji, więcej festiwali itd. I on powiedział, że OK, że mu się podoba i zapytał, „Jesteście z kimś związani, macie żony lub dziewczyny?”, odpowiedziałem że tak. A on, że „cholera, niedobrze”.

Dlaczego miałby go interesować czy macie żony i dziewczyny?!

Bo czasami jest lepiej mieć grupę facetów, którzy nie są do niczego przywiązani i wtedy w każdej chwili możesz im powiedzieć, że jadą za tydzień na świetną trasę na dwa miesiące i nie ma problemu. A u nas, chociaż naszym jedynym zobowiązaniem jest zespół, to my jednak chcemy być bardziej w domu. Musimy też iść na kompromisy z naszymi drugimi połówkami, choć muszę dodać, że mamy żony i dziewczyny które są bardzo wyrozumiałe, wspierają nas i nie robią problemów. No więc zawarliśmy umowę z RSE i jesteśmy bardzo tym ciągle podekscytowani. Ale uwierz mi, że negocjowaliśmy bardzo mocno aby zachować naszą wolność tworzenia i mieć we wszystkim, co chcemy zrobić, wolną rękę. Udało się. To jest dla nas nowy świat, obecny management ma biuro w Los Angeles, pracuje tam masa ludzi, są też oczywiście bardzo drodzy. Przydzielili nam business managera, a on zaangażował nam nowego agenta, który jest też agentem koncertowym takich zespołów jak Metallica, Iron Maiden i Mastodon. Pracujemy więc otoczeni największymi ludźmi na tej planecie! Jest tam inne podejście, jest profesjonalizm, bardziej ma to strukturę biznesu i to jest dla nas dobre, nie ma chaosu. Mamy już pod czterdziestkę, poświęciliśmy muzyce całe nasze życie i zawsze trzymaliśmy wszystko w swoich rękach, wszystko robiliśmy sami, a teraz mamy wsparcie.

Doszliście do etapu kiedy jeździcie w trasy z zespołami takimi jak Slayer i Metallica, gracie na największych festiwalach jako headlinerzy. Biorąc pod uwagę te osiągnięcia czy masz jeszcze jakieś marzenia jako Gojira?

W sumie to ja jestem w marzeniu i jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy. Mogę spokojnie powiedzieć, że jestem spełnionym człowiekiem. Może nie jesteśmy bogaci, ale jesteśmy super szczęśliwi, bo możemy spędzać czas z tymi wszystkimi zespołami, grać muzykę, którą kochamy, mamy uznanie i szacunek od fanów. To wszystko jest ciągle dla nas takie niesamowite! Nawet jeśli czasem bywa trudno… bo wiele ludzi zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jak trudne to bywa. Ludzie wyobrażają sobie, że jesteśmy w studio, świetnie się bawimy, tworzymy, a potem wsiadamy w samolot, lecimy i gramy naszą muzykę i jest wspaniale. A tak naprawdę to zawsze wiąże się np. z małą ilością snu, czasem bardzo dużymi lukami w spaniu, bo jesteśmy ciągle w drodze, w autobusach, śmierdzących autobusach, to czasem koszmar. Na przykład ten, który mamy teraz, był najtańszym jaki udało nam się znaleźć, bo skończył nam się budżet, wykończyły nas bardzo drogie loty. Ten autobus czeka na nas w Amsterdamie. Do Polski przylecieliśmy z Francji samolotem i potem mamy lot do Holandii i tam on na nas czeka. Ale naprawdę ten autobus śmierdzi jak kibel, jak siki, jest okropny. Wentylacja jest fatalna, więc spędzamy bardzo dużą część naszego czasu w bardzo niefajnych warunkach. Codziennie rano budzimy się w innym miejscu, czasem tracimy rozeznanie gdzie w ogóle jesteśmy i szukamy miejsca gdzie możemy się wymyć lub odświeżyć. Ludziom wydaje się to takie wspaniałe, takie podróżowanie, ale rzeczywistość wygląda tak, że budzimy się i tylko chcemy znaleźć przyzwoitą łazienkę, kawę, potem wracamy do śmierdzącego autobusu, gdzie nie ma powietrza i właściwie sporą część tych wszystkich krajów oglądamy zza szyby.

Co Ty w ogóle lubisz w jeżdżeniu w trasy, bo na razie tylko narzekasz.

To nie tak, że narzekam. Chciałem tylko powiedzieć o drugiej stronie tego medalu, że bycie w trasie nie jest takie różowe jak większość sobie to wyobraża. Ale mimo tych wszelkich niedogodności, jestem naprawdę super szczęśliwy, że to robię. To, co lubię w byciu w trasie to to, że czyni mnie to silniejszym, pozwala cieszyć się bardziej życiem, doceniać je, spotykam masę fantastycznych ludzi, czuję się przez to bogatszy. Nie boję się trudności, jet laga, niedogodności, radzenia sobie ze stresem. Wiesz, relacja z muzyką przez te wszystkie lata się zmienia. Najpierw jest bardzo łatwo, grasz próby z przyjaciółmi, grasz koncert i jesteś tym mega podekscytowany. Ale potem jak robisz 60 koncertów w trasie, to jest to już coś innego i wiąże się z innymi rzeczami. Musisz radzić sobie z energią, którą wkładasz w granie koncertów każdej nocy, w bycie w ciągłym ruchu i przemieszczanie się na duże dystanse, to wszystko męczy. Ale lubię to, czuję się bardziej bogaty wewnętrznie dzięki wszystkim doświadczeniom jakie nas spotykają.

Zdarzają Wam się jakieś nieprzyjemne sytuacje w trasie? Zagubiony bagaż na lotnisku?

To jest nasze codzienne życie, hehe. Nawet w drodze tutaj zginął nam bagaż na lotnisku, to zdarza się ciągle. O moje gitary to się prawie modlę, aby dojechały, i to w jednym kawałku. Zdarza się, że instrumenty zostają połamane bo ludzie na lotnisku nimi brutalnie nimi rzucają. Nie ma szansy tego kontrolować. Inwestujemy w porządne futerały, naklejamy naklejki, żeby nie rzucać, bo delikatne, ale to nic nie daje. Oni ciągle rzucają naszymi instrumentami, które kochamy tak bardzo i z których żyjemy, o które musimy się troszczyć. Niestety nie możemy zabrać ich do samolotu, bo musielibyśmy wykupić dodatkowe siedzenie, co jest często niemożliwe. Więc musimy je oddawać z bagażami. Masakra.

Pamiętasz jakie mieliście marzenia, te 18 lat temu, zakładając zespół?

Chyba marzyliśmy o tym co dzieje się wokół nas teraz. Choć nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak codzienne życie będzie tak naprawdę wyglądać. Nawet nie myśleliśmy o tych trudnych częściach tej pracy. Ale jak jeszcze ćwiczyliśmy w domu moich rodziców, gdzieś na wsi, w piwnicy, to nieśmiało marzyliśmy, żeby pewnego dnia zagrać z Metalliką. A dzisiaj jesteśmy z Metalliką kumplami!

Jak Metallica zetknęła się z Waszą muzyką? Może ściągnęła ją z internetu?

Hehe, nie wiem, ale to byłoby zabawne, hehe. Wiesz oni, są bardzo świadomi nowych zespołów. Na przykład zespół Ghost – byli fanami Ghost długo przed tym jak się przebił i stał się znany. Oni już wtedy znali Ghosta, brali go na trasy, tak samo jak nas. Mastodon też uwielbiali od lat, a nie od tego momentu, jak Mastodon stał się znany. Metallica ma naprawdę uszy otwarte na cały underground, nasłuchują, są bardzo świadomi. Moje pierwsze spotkanie z nimi było niesamowite. Pewnego dnia grali w Paryżu i poszedłem zobaczyć show. Znałem promotora, więc zapytałem wcześniej czy może mi dać jakąś wejściówkę. Powiedział, że żaden problem, więc zjawiłem się na koncercie, a on powiedział „Słuchaj, nie uwierzysz. Widziałem się z Metalliką i powiedziałem, że wokalista Gojiry przyjdzie na koncert i oni wszyscy zwariowali. Robert Trujillo chce się z Tobą koniecznie zobaczyć po koncercie. Kazał mi się upewnić, że na pewno zostaniesz”. Kompletnie nie wiedziałem co się dzieje, a on dał mi wejściówkę na backstage i jeszcze raz się upewnił, że na pewno zostanę po show, bo oni do mnie przyjdą. Powiedziałem że OK, choć dziwnie to wszystko brzmiało. Oglądałem show, widziałem ich na scenie i myślałem – ci kolesie chcą ze mną porozmawiać? Co się dzieje? Po show poszedłem na backstage, tam była masa ludzi, może 50-60 osób czekających, prasa, przyjaciele, VIPy. Pobyłem tam z pół godziny, i pomyślałem, że pewnie nic z tego nie będzie i miałem już iść do domu. Ale pojawił Robert, wziął prysznic i przyszedł do nas, witał się z ludźmi i nagle zobaczył mnie, przeprosił ten cały tłum, odepchnął go i złożył przede mną pokłon, z rękami wyciągniętymi do przodu. Ja stoję z tym swoim piwem, Robert z Metalliki przede mną klęczy i bije pokłony, nie wiem co się dzieje, hehehe.

Wariat, co?

To taki przesympatyczny człowiek! I przedstawił się, że jest Robert Trujillo, ja że wiem, to było niesamowite. I on mówi „Gościu, uwielbiam wasz album” i zaczął udawać, że gra riffy z jednej piosenki. A mi odebrało mowę. Jestem wielkim fanem Metalliki od czasu kiedy byłem dzieciakiem, więc możesz sobie wyobrazić czym było dla mnie to spotkanie. Robert mówi dalej „Chcę Cię przedstawić Jamesowi, on miał dzisiaj zły występ bo zrobił sobie tatuaż na szyi i jego energia została zakłócona, ale chcę abyś go poznał, więc pozostań w pobliżu”. Ja, że jasne, że zostanę, że to zaszczyt. Robert poszedł, ja czekałem następne pół godziny, ale w końcu stwierdziłem, że to wszystko jest już wystarczająco nieprawdopodobne jak na jeden dzień i że idę do domu. Więc opuściłem to miejsce i wtedy promotor zadzwonił „gdzie Ty do cholery jesteś, czekają na Ciebie” więc wróciłem, Robert mnie zobaczył, zabrał do części backstage’u gdzie nikt nie mógł wejść. Reszta Metalliki akurat rozmawiała z Machine Head, bo Machine Head ich wtedy supportowało. Poznałem cały zespół. To było niesamowite, James Hetfield miał na mnie największy wpływ jako na muzyka, zawsze chciałem być nim, jeszcze jako dzieciak. I nagle z nim rozmawiam, a on jest taaaki wysoki. James powiedział, że uwielbia piosenkę Flying Whales i że cały album, jest niesamowity i zapytał co robimy we wrześniu. Ja, że nic. A on że „Metallica ma trasę po Stanach, jedźcie z nami. Dacie radę?” Kompletnie odleciałem taka to historia.

Od razu zadzwoniłeś do pozostałych chłopaków z Gojira?

Od razu! Trząsłem się jak galareta, zadzwoniłem do nich i mówię „nigdy nie uwierzycie co się stało!” i opowiedziałem im całą historię z całymi moimi emocjami. To było niesamowite!

Gojira jest obecnie całkiem sporą machiną. Za tym stoi nie tylko muzyka, ale i promocja, kontakty z fanami, aktywność w social media. Ty i Mario zajmujecie się kontaktami z prasą. Co właściwie robi reszta zespołu kiedy Ty ze mną tu siedzisz i rozmawiasz? Wyobrażam sobie, że macie obowiązki i role w zespole jakoś przypisane, żeby to wszystko udźwignąć. Kto robi co w Gojira?

Wiesz, byłoby cudownie gdyby to było możliwe, tak jak powiedziałaś, że te role i obowiązki są jakoś równomiernie porozkładane. Ale musimy tu brać pod uwagę energię jaką dysponują poszczególni członkowie, ich możliwości. Christian i Jean-Michel robią swoją robotę kiedy jadą w trasę i grają, ale nie bardzo chcą słyszeć o czymkolwiek innym. Gdyby robili za dużo wywiadów albo zaczęli pracować nad nową muzyką, to było by dla nich za dużo, przestali by być zainspirowani i czyści w tym co robią. Ale nie zrozum mnie źle, jesteśmy bardzo zgrani. Christian bardzo dużo pracował przy promocji zespołu, kiedy robiliśmy wszystko sami. Wysyłał nasze albumy do prasy itd. ale potem wkręcił się w szkolenie na księgowego i jakoś to się rozeszło. Obecnie to ja i Mario robimy większość, komponujemy albumy, wizualizacje, bo to po prostu od nas wychodzi i jest to dla nas naturalne. Ale cały czas podkreślam, jesteśmy prawdziwym zespołem. Gojira to nie tylko Mario i ja, to my wszyscy razem. I jeśli jest zysk, są pieniądze to dzielimy je na równe 4 części. Każdy wkłada siebie w ten zespół.

Mario jest znany również z tego że maluje, miał nawet ostatnio wystawę przy okazji Inferno Festival. Ale niektórzy mogą nie wiedzieć, że Ty też malujesz i że to właśnie Twoje dzieła widnieją na Waszych okładkach.

Tak, wszystkie okładki są mojego dzieła, od samego początku… no prócz pierwszego albumu bo jest to zdjęcie. Ale byłem przy tym zdjęciu, trzymałem światła i mówiłem jak ma być itd. Generalnie robiłem wszystkie okładki, w większości łącznie z wkładkami, układałem graficznie teksty itd.

Robisz te okładki na komputerze?

Jestem starej daty, więc to są zawsze najpierw obrazy malowane ręcznie, a potem dopiero je skanuję i obrabiam lekko na komputerze, kontrastuję, ale to pierwotnie prawdziwe obrazy. Ołówek, atrament, farby. Zrobiłem też logo zespołu, wszystkie płachty na scenę, zaprojektowałem też prawie wszystkie koszulki jakie mamy do tej pory. Mój styl może nie jest bardzo chwytliwy, jest prosty i symboliczny, więc nasze koszulki są nieco minimalistyczne.

Bardzo podoba mi się jedna z ostatnich, sama czaszka z logiem Gojira zamiast zębów

Jest fajna. Uwielbiam projektować koszulki. Zrobiłem jakieś 15 projektów koszulek przed trasą z Mastodonem, aby mieć coś nowego na tę trasę. W większości robię to zupełnie za darmo dla zespołu, nie obciążam nikogo za tę pracę. Robię to, bo jest to moja misja, to moje życie. A podczas tej trasy z Mastodonem Mario zajmował się kręceniem krótkich filmików video. Musimy być aktywni w obecnych czasach, struktura mediów, cały internet, Facebook itd. wymusza to na nas. Jeśli nie uaktualniasz swojego profilu co chwila, co godzinę, to jest to katastrofa i management zaczyna się złościć, czemu tego nie robimy.

W tych wszystkich swoich obowiązkach dbacie jeszcze o aktualność Waszych profili na Facebooku czy Instagramie, którego niedawno założyliście?

Tak. Chociaż od niedawna mamy na szczęście kogoś, naszego webmastera, który nam w tym bardzo pomaga. Ale i tak to wszystko przez nas przechodzi, musimy to zobaczyć i zaakceptować przed publikacją. Nie daliśmy mu wolnej ręki i wszystko dokładnie przeglądamy, poprawiamy i akceptujemy.

A jak projektujesz okładkę na album, to przedstawiasz swoje projekty zespołowi i wybieracie razem najlepszy? Czy raczej sam decydujesz i pokazujesz im finalną wersję?

Właściwie to robię to sam. Przedstawiam im gotową okładkę i tyle. Choć przy ostatniej było trochę inaczej. Ale czasami jest tak jak np. From Mars to Sirius, zrobiłem tylko jeden rysunek, pokazałem go potem chłopakom, tę białą okładkę z planetą i waleniem, i bardzo im się spodobała. Więc z tamtą poszło gładko. Za to wybór okładki do L’Enfant Sauvage bardziej przypominał tradycyjny proces, zrobiłem w sumie 3-4 różne projekty i zdecydowaliśmy się na jeden. Przesyłałem to do Mario, konsultowałem.

Do tej ostatniej płyty macie również analogiczną scenografię, Głowę z tej okładki, którą podświetlacie na różne sposoby, rzucacie na nią wizualizacje. Przywieźliście ją na dzisiejszy koncert?

Tym razem nie. Musieliśmy tu przylecieć samolotem, więc nie było jak jej zapakować, bo to drewniana konstrukcja. Tak naprawdę nie zabraliśmy jej w ogóle na tę trasę. Przed każdą trasą musimy najpierw skalkulować budżet. Sprawdzamy ile zarobimy na każdym koncercie i ile musimy wydać, ile na wynajem autobusu, bilety lotnicze, zatrudnienie ludzi itd. Często ten budżet się ledwo dopina. Zabranie tej głowy ze sobą wymagałoby większej przyczepy, albo ciężarówki, no i się nie udało – głowa się nie zmieściła tym razem w budżecie. Dziś będzie dlatego bardzo prosto, mamy jedynie olbrzymią płachtę z naszym logo. Może któregoś dnia będziemy mieli do dyspozycji większe pieniądze i będziemy mogli zrobić jakąś niesamowitą dekorację na scenie. Liczę na to.

Podróżujecie teraz po najprzeróżniejszych, fantastycznych festiwalach. Który uważacie za najlepszy ze względu na organizację i backstage.

Ciężko wybrać, bo jest kilka, które naprawdę lubię. Jednym z nich jest na pewno Hellfest we Francji. Ale to nie dlatego, że jestem jakimś francuskim patriotą, moja mama urodziła się w Stanach, sam mieszkam w Nowym Jorku już od trzech lat, mój tata jest Francuzem, więc jestem raczej mixem. Ale Hellfest we Francji jest naprawdę niesamowitym festiwalem, jest bardzo zróżnicowany muzycznie, jest tam po trochu każdego rodzaju ciężkiej muzyki, ściągają na niego metalowi maniacy z całego świata. A cały backstage wygląda jak mała wioska, możesz nawet tam uświadczyć masaży za darmo, są ognie, zajebiste żarcie. Graliśmy na tym feście jeszcze kiedy Hellfest był małym festiwalem. Poznaliśmy organizatorów, którzy są grupą kompletnych zapaleńców, to ciągle są ci sami ludzie. Na początku było trochę bałaganu, ale uczyli się i z roku na rok festiwal rósł i się doskonalił i jest teraz zajebiście.

Mam nadzieję, że to nie jest zbyt prywatne pytanie, ale masz sporą bliznę nad górną wargą, co Ci się stało?

Hehe, nikt mnie wcześniej o to nie pytał. To od talerza od perkusji. To zdarzyło się na początku działalności zespołu, kiedy wciąż mieszkaliśmy z rodzicami, miałem pewnie z 17-18 lat. Robiliśmy sobie salę prób w piwnicy i wykładaliśmy ją wytłaczankami po jajkach. Mario akurat brzdąkał sobie na mojej gitarze, a ja stałem na jego taborecie perkusyjnym i przybijałem gwoździami do sufitu te wytłaczanki. Nagle zobaczyłem jak jeden talerz z jego zestawu perkusyjnego upada, a to pieniądze, więc rzuciłem się by go ratować. Niestety z rozpędem nadepnąłem na statyw na którym był ten talerz i on odbił się i walnął mnie prosto w górną wargę, przecinając mi ją i robiąc dziurę, kompletna masakra. W szpitalu założyli mi masę szwów na zewnątrz i wewnątrz wargi. Stąd ta blizna.

Musimy już niestety kończyć, więc tradycyjnie przekaż proszę ostatnie słowo do Waszych fanów w Polsce.

Z Polską czujemy bardzo specjalną więź od czasu naszego pierwszego występu tutaj, w klubie Stodoła w 2010. Byliśmy na początku zszokowani wielkością klubu i myśleliśmy, że to za duże miejsce jak na pierwszy koncert w danym kraju. Ale jeszcze bardziej byliśmy zszokowani, jak okazało się że cały klub się wypełnił. Przy pierwszym występie w Polsce nie oczekiwaliśmy czegoś takiego. To był bardzo szczególny występ i od tamtego czasu zawsze przypominamy naszemu agentowi, że przy organizacji trasy musi uwzględnić Polskę. Dziękujemy za Wasze wsparcie i za to, że jesteście tak odjechani na punkcie metalu!

rozmawiała Eliza Starczewska