NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Dying Vision – uwalniać emocje

Tytuł płyty to połączenie dwóch słów – „Universe” i „Self”, a każdy tekst jest tak naprawdę osobną historią jednak poruszającą się w obrębie tematyki ludzkiego wnętrza, tajemniczych procesów w nim zachodzących, kosmosu i wzajemnych relacji między nimi.

Dying Vision to nowy i dość młody byt muzyczny, powołany do życia przez krajanów mieszkających w Londynie. Raptem kilka dni po premierze debiutanckiego albumu „Univerself” rozpytujemy wokalistę Viriana o sprawy związane z płytą i zespołem.

Dying Vision to nowa nazwa, ale niepodobna powiedzieć o Was „debiutanci”. Ty dołączyłeś, gdy zespół już istniał i rozstał się z pierwotnym wokalistą. Czym skusił bądź jaką wizję rozpostarł przed Tobą Starash, że postanowiłeś przystąpić do składu?

Virian: – Rozpostarł przede mną umierającą wizję rzecz jasna (śmiech). Mówiąc jednak poważnie to znałem Starasha jeszcze z czasów kiedy tworzył dźwięki pod banderą Devilish Impressions. Pochodzimy po prostu z jednej miejscowości. Już wtedy jako nastolatek byłem pod ogromnym wrażeniem tego co wraz z Quazarrem i Turquoissą powołali do życia, by uwalniać drzemiące w nich emocje. Zatem żadna dodatkowa rekomendacja nie była mi potrzebna. Kiedy usłyszałem kilka pierwszych utworów na debiut Dying Vision to od razu wiedziałem, że bardzo chciałbym partycypować w tym muzycznym przedsięwzięciu. Dodając do tego fakt, że przez kolejne trzy okresy wakacyjne latałem do Londynu w celach zarobkowych i pracowałem w firmie w której to perkusista Seeking również zarabiał na chleb to wydało się to zupełnie naturalną koleją rzeczy, bo bardzo dobrze się dogadywaliśmy, tak na płaszczyźnie muzycznej jak i prywatnej. „Tak właśnie musiało być…” (śmiech).

Sporym atutem „Univerself” są zapamiętywalne, nośne i różnorodne riffy. Pytanie to winno być adresowane do autora, ale może wiesz co nieco: na co Starash kładzie szczególny nacisk tworząc ścieżki gitar dla Dying Vision?

– Sporo rozmawiamy na temat różnych spraw dotyczących zespołu, a jako że tym razem tylko ja wypowiadam się w jego imieniu to postaram się wywiązać również z tego zadania. Starash największą wagę przykłada do tego, żeby utwory były jak najbardziej muzyczne, żeby dało się ich słuchać z przyjemnością, a nie z kalkulatorem w uchu wyliczającym ilość zagranych dźwięków na sekundę. Stara się zachować taką pierwotna ideę szeroko rozumianego rockowego utworu. Numer ma złapać słuchacza za serce, i zaskoczyć zarazem. Nie narzuca sobie żadnych ograniczeń. To co czuje przekłada na gryf. Nie jest niewolnikiem schematu utworów stricte death czy tylko black metalowych. Takie podejście jest mi bardzo bliskie. Przez to utwory są bardzo zróżnicowane, ciekawe i niebanalne.

„Univerself” nagrywany i obrabiany był u Arka w stargardzkim Monroe Studio. Materiał brzmi żywo i szeroko, ale np. zupełnie inaczej niż choćby Masachist, który również wyszedł z Monroe. Aro odcisnął jakieś piętno na brzmieniu materiału czy miał tylko do wykonania zadanie, ściśle przez Was nakreślone?

– Aro stara się do każdej produkcji podchodzić indywidualnie i z jak największym zaangażowaniem. Wolnomyśliciel nienawidzący schematów, któremu chwała za to. Wchodząc do studia Monroe (wybranego z premedytacją) wiedzieliśmy, że chcemy żeby nasz debiut zabrzmiał żywo i potężnie zarazem. Jak dokładnie – to już było w gestii Ara, by po zarejestrowaniu śladów wszystkich instrumentów i bazując na własnym doświadczeniu i guście, ukręcić jak najbardziej optymalne brzmienie pasujące do charakteru naszej muzyki. Naprawdę długo konsultowaliśmy rożne pomysły by w końcu wypracować takie brzmienie, które zadowoliło nas wszystkich w 100%. Zatem tak, Aro przyczynił się do efektu finalnego produkcji.

Virian, postawiliście sobie jakieś konkretne priorytety i cele, jakie trzeba bezwzględnie osiągnąć wraz z premierą „Univerself” i „startem” kapeli?

– Po prostu chcemy dotrzeć  do jak najszerszego grona potencjalnych odbiorców. Jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy ograniczeni przez to, że nie mamy wsparcia żadnej liczącej się wytwórni. Dlatego zrobimy wszystko co w naszej mocy by własnymi siłami rozesłać materiał na cztery strony świata, by przykuć uwagę osób gustujących w tej muzycznej estetyce. Być może też zainteresuje się nami jakąś stajnia. Zobaczymy. Nie nastawiamy się. Robimy swoje a na miłe zaskoczenie zawsze znajdzie się miejsce.

Stoisz za konceptem okładki. Powstała (powstawała) na bazie tekstów czy była gotowa wcześniej? Zależność między tytułem – okładką – tekstami wydaje się ewidentna. Wiem, słabo pytać malarza o wykładnię namalowanego obrazu czy pisarza o interpretowanie treści autorskiego dzieła, ale … zdradzisz co nieco?

– Teksty jak i pomysły na wizualną stronę albumu rodziły się w mojej głowie mniej więcej w tym samym czasie, co zaowocowało tym, że wszystkie elementy łączą się w całość przy zapoznaniu się z nimi. Nie zdradzam. Jestem wierny (śmiech).

Ania realizowała li Twoją wizję czy wspólnie pracowaliście nad pomysłem obrazu zdobiącego „Univerself”?

– Realizowała moją. Tutaj kompromisów nie było, chociaż jestem otwarty na wszelkie jej sugestie jako fachowca w swojej dziedzinie. Niemniej w tym wypadku dokładnie wiedziałem czego chcę. To jest bardzo komfortowa sytuacja kiedy pomysł, który zrodził się w mojej głowie zostaje zrealizowany za pomocą kogoś tak utalentowanego jak Ania i w 100% mnie zadowala. Zresztą pozostałych kolegów z zespołu również.

Wszystkie teksty na płycie spina jedna myśl przewodnia. Podrzucisz jakiś trop czy lepiej i warto samemu dociekać?

– Zawsze warto dociekać samemu, jednak w dzisiejszych czasach przesytu informacji i wszelakich treści wypada nakreślić nieco temat, by potencjalny odbiorca wiedział że jest tutaj drugie dno. Tytuł płyty to połączenie dwóch słów – Universe i Self a każdy tekst jest tak naprawdę osobną historią jednak poruszającą się w obrębie tematyki ludzkiego wnętrza, tajemniczych procesów w nim zachodzących, kosmosu i wzajemnych relacji między nimi. Być może to właśnie człowiek jest wnętrzem wszechświata, a on rozumie siebie przez nas. My jesteśmy nim a on jest nami. Byliśmy wcześniej, jesteśmy teraz i będziemy zawsze tylko w innych stanach skupienia…

Dwójka gości wspomaga Cię wokalnie w kilku fragmentach na albumie. Przedstawisz ich?

– Czyste partie nagrał Adam Kozłowski, wokalista bardzo dobrze zapowiadającej się awangardowo rockowej grupy Hell ov Heaven z Pomorza. Muzyka z założenia była tworzona z myślą o kilku smaczkach w postaci takich zaśpiewów. Tylko kwestią czasu było znalezienie odpowiedniej osoby która je przygotuje i nagra, gdyż moje umiejętności w tej dziedzinie nie nadają się do publicznego odsłuchu. Drugim gościem jest Madziara, życiowa partnerka perkusisty – Seekinga, która wypluła trochę jadu, by doprawić nieco nasze mięso (śmiech).

Jako źródło inspiracji wymieniasz pisarzy, m.in. Jerzego Kosińskiego. Co Cię u niego bardziej pociąga – jego nieoczywisty i mocno zamglony jak idzie o fakty życiorys czy treści książek?  Co sądzisz o „Good night Dżerzi” Głowackiego?

– Naturalnie treści książek. Jednak w przypadku takich pisarzy ich własne doświadczenia życiowe są często wplatane w opisywane historie. Akurat Kundera napisał kiedyś, że pisarz przede wszystkim ma żyć, i doświadczać jak najwięcej. Dopiero później może brać się za pióro. Dlatego poznając bohaterów książek Kosińskiego poniekąd poznaję się też jego samego. Zaiste – był bardzo złożoną, wrażliwą i inteligentną osobą, mającą wiele swoich zboczeń, co czyniło go ciekawym i kontrowersyjnym. O wspomnianej przez ciebie pozycji słyszałem, ale póki co nie miałem okazji się z nią zapoznać.

Na początku maja zagraliście w Londynie premierowy i przedpremierowy dla „Univerself” koncert. Podziel się wrażeniami.

– Ludziom tam zgromadzonym nasz występ bardzo się podobał. Sami byliśmy w szoku, jak bardzo pozytywnie publika reagowała. Z naszej strony też wszystko zadziałało jak trzeba. Kapela metalowa musi się sprawdzać w warunkach koncertowych. To jest jej naturalne środowisko. Jeśli tu byłaby lipa to nie bylibyśmy wiele warci.

To, że personalnie zespół ulokowany jest nad Tamizą a nie w Polsce daje Wam jakieś większe pole manewru lub możliwości szerszego zaistnienia? Jak sądzisz?

– Wszyscy członkowie poza mną faktycznie mieszkają na stałe w Londku. Są tego plusy i minusy. Na pewno jest to lepsza baza wypadowa na świat bo ludzie są bardziej otwarci i życzliwi a Londyn naprawdę daje duże możliwości manewru dla chcącego coś osiągnąć. Z drugiej strony jesteśmy trochę ograniczeni w dostępności, bo w przypadku podjęcia szybkiej decyzji odnośnie zagrania jakiegoś koncertu pojawia się problem z moją dostępnością, zabukowaniem samolotu, itd. Niemniej jakoś będziemy starali się to w przyszłości rozpracować.

Czepialski powie: po co temu Virianowi Dying Vision, skoro ma Lilla Veneda, gdzie gra dość podobne dźwięki? Skomentujesz? Twój udział w Dying Vision nie będzie miał negatywnego wpływu na działalność i żywotność Lilla?

– Dokładnie (śmiech). Wezmę rozwód z Lillą i ożenię się ponownie już z Dying. Jednak odpowiadając serio, to zazwyczaj jest tak, że mając dwa aktywne zespoły nie będzie się narażonym na stagnację, bo jeśli jeden koncertuje to drugi np. przygotowuje płytę a ty jako twórca ciągle się rozwijasz, co jest niezbędne w takiej profesji. Dokładnie tak jest u nas. Z Lilla Veneda w maju zagraliśmy trasę po Polsce w ramach Adventvs Tour z Devilish Impressions jako headlinerem, a z Dying Vision przygotowywaliśmy się do wydania debiutu. Ponadto póki mam wenę, pasję i czas to nie widzę powodu by tego nie robić. Poza tym każdy zespół złożony z innych ludzi nawet jeśli porusza się w obrębie podobnej estetyki, będzie się różnił, i wymagał ode mnie innych zachowań. To jest też taka estetyka którą najbardziej czuję i jeszcze w ogóle się w niej nie wyszalałem (śmiech).

Kończąc, spytam o koncerty w Polsce. Są jakieś realne widoki na nie?

– Jak najbardziej. Pierwsze przymiarki już były ale musiały zostać odłożone w czasie. Nie wiem czy w tym roku, ale będziemy się starali by do tego doprowadzić, i na pewno o tym fakcie poinformujemy.

Autor: Sławek Łużny