NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Podsumowanie 2014 roku cz. 3: Hardcore – autor: Tomasz „Ryłkołak” Ryłko

Przez cały zeszły rok grzebałem w sieci, jak w gigantycznym koszu na śmieci. Portale i blogi muzyczne pękają w szwach od setek wydawnictw tygodniowo, które mają tam swoją premierę czy prapremierę. Wysoki poziom techniki rejestracji dźwięku oraz oprogramowania pozwala wielu ludziom ominąć typową procedurę rejestracji dźwięku i zrobić to samemu, w piwnicy czy w garażu. Z jednej strony owocuje to ogromną ilością nieprofesjonalnej muzyki, jednak z drugiej – daje szansę ludziom utalentowanym, kórych oryginalne produkcje mogą – ominąwszy typowy proces wydawniczy – bardzo szybko i tanio trafić na rynek i w dodatku do odpowiedniej grupy odbiorców.

Przez te ostatnie 12 miesięcy przesłuchałem setki materiałów, które mieściły się w mojej kategorii – muzyki ekstremalnej. Większość po kilku przesłuchaniach odrzuciłem, resztę zostawiłem, by się nią napawać, słuchając ze sprzętu audio. Wtedy kolejna część również odpadła, ale wiele fonogramów pozostało. Pomyśłałem więc sobie, że skoro wzbudzają one we mnie tyle emocji, to głupio by było nie podzielić się nimi z Wami. Stąd pomysł szczegółowego Podsumowania 2014 mojego autorstwa.

Podzieliłem je na dwie kategorie: METAL+ oraz HARDCORE+. Dodatkowo dokonałem jeszcze podziału na nośniki: na duży format (LP+), mały (7″EP+) oraz Demo. Mimo wysoko ustawionej poprzeczki wyszły mi i tak 63 wydawnictwa warte wyróżnienia. Czyli ponad dwie i pół godziny muzyki w formacie mp3.

Kategoria METAL+ jest już na stronie od kilkunastu dni, czas więc najwyższy na tę drugą, nieco bogatszą w treści. Tryłkołak

Kategoria II:

HARDCORE+

(punk, crust, blackened crust, fastcore, grindcore, deathgrind, powerviolence…)

 

A) Duży format
(LP, 12”EP, CD, eCD, MC…):

Absolut - Punk Survival 12EPABSOLUT (CAN) – Punk Survival LP

Pochodzenie: Kanada/ Toronto

Skład: kwartet/ Joel Fisher (g.), Chris (voc.), Rich (b.), Vassil (dr.)

Dyskografia: Demo 1, Demo „Insane Power”

W skrócie: Moją rozprawę z muzyką hardcorową rozpocznę od kolejnego muzycznego projektu, w którego szeregach znalazł się Joe Fisher. Dla wielu jest undergroundową legendą, profesjonalnym gitarzystą i bębniarzem, który w brzmieniach punk, hardcore, crust, thrash, death czy black metal czuje się, jak ryba w wodzie. Żeby nie być gołosłownym wymienię kilka najważniejszych nazw kapel, które istniały lub nadal istnieją, a w których Joe grał/gra ważną rolę: Hated, Left For Dead, Legion 666, Midnight, Rammer, Slaughter Strike, a teraz również i ABSOLUT. Ta nazwa z miejsca kojarzy się z tytułem płyty szwedzkiego demona crustu – Anti-Cimex – i rzeczywiście ma z jej twórczością wiele wspólnego, choć ten gatunek, z charakterystycznym bębnowym d-beatciem, miał również swoich (twórców) i genialnych reprezentantów w Wielkiej Brytanii i USA. Przez lata 90. i pierwszą dekadę tego wieku crust przechodził różne fazy zboczenia, jednak sam kanon nigdy nie uległ zmianie.

I właśnie w przypadku „Punk Survival” mamy do czynienia z albumem, który sięga do źródeł, czyli wspaniałych muzycznie lat 80.Absolut foto - Joel Fischer

Cała jazda rozpoczyna się obowiązkową przygrywką, po której – z rykiem gitary – rusza całe instrumentarium, łącznie z wrzeszczącym wokalem. Obowiązkowo choć jeden numer musi wpasować się w czadowy schemat z wytchnieniem w środku kawałka, a potem solówką. No i oczywiście trzeba też znaleźć miejsce na ciężki, utrzymany w średnim tempie, numer (jak „Your Fraud”, „Tiring Planet” czy „Loveless Noise”), przy którego bujanym rytmie – ze szczególnym naciskiem na refren – trudno utrzymać głowę na wodzy. A skoro o głowie mowa to chciałem pochwalić bend za użycie efektu na wokalu, który bardzo poszerza jego agresywne spektrum i w dodatku drażni, co poprawia percepcję odbiorcy i uwrażliwia go na dźwięki reszty instrumentarium.

W całości płyta ma bardzo klarowne i przyjazne brzmienie, w którym dociekliwi maniacy odnajdą także i momenty, które przywodzą na myśl patenty stosowane przez Motörhead czy Venom.
Natomiast przeróbką „No Limbs” legendarnego Crucifix muzycy oddali hołd amerykańskiej scenie crust połowy lat 80.

Gatunek: Crust

Reszta: 9 numerów/ 16 minut; produkcja: bardzo dobra

Boston Strangler - Fire LPTHE BOSTON STRANGLER (US) – Fire LP

Pochodzenie: USA/ Boston, Massachusetts

Skład: kwintet/ Ban Reilly (voc.), Cliff DeMedeiros (g.), Dan Abramovich (b.), Dave Sheehan (g.), Justin DeTore (dr.)

Dyskografia: „Outcast”MC, Promo 2011, „Primitive”12”EP, „Jokes on You” promo 2013 MC

W skrócie: To kapela złożona ze starych wyjadaczy, dla których dniem powszednim jest niemal jednoczesne granie w kilku kapelach hardcore punk. Stworzona przez Justina i Bana prawie 8 lat temu przez długi czas była duetem, stąd większość utworów – umieszczonych potem – na debiutanckim „Primitive” powstała bez udziału osób trzecich. Kiedy ci dwaj kumple nagrali demo to szybko okazało się, że cieszy się ono tak dużą popularnością i pożądliwością dzieciaków, że nie było wyjścia, trzeba było stworzyć bend z prawdziwego zdarzenia i wejść do studia. W lutym 2011 r. płyta była już zarejestrowana, ale późniejsze problemy wydawnicze, w tym przepychanki z tłocznią, spowodowały, że ten debiutancki krążek pojawił się na rynku prawie rok później. Szczęśliwie okazał się być doskonałym niemal w każdym calu. Poprzeczkę więc chłopaki ustawili sobie wysoko.

Zastanawiałem się, czy nowy album zdoła dorównać tamtemu oryginalnością i melodyjnością, produkcją i brzmieniem? I… zdołał!Boston Strangler foto

Zarejestrowany latem 2013 roku zawiera 13 kompozycji, choć ten pierwszy numer (zapalenie zapałki) należałoby uważać raczej za intro, po którym cała ta podminowana atmosfera – którą napakowany jest ten krążek – wybucha melodią i rozbłyska wyścigiem temp, przypadając w całości do mojego gustu już po pierwszym przesłuchaniu. Ulegam nostalgii, przed moimi oczami przesuwają się obrazy i dźwięczą brzmienia z przeszłości, charakterystyczne dla bostońskiej sceny hardcore i brytyjskiej sceny punk I poł. lat 80. Kiedy stronę A krążka kończy wspaniała ballada „Call to Arms” odlatuję, ale tylko na niecałe 4 minuty, bo rytmiczny i żądny przytupu „The Truth” ściąga mnie na ziemię, odkrywając po kolei kolejne muzyczne karty, pełne porywającego rytmu, zróżnicowanych temp i gwałtownych wokalnych erupcji. A na końcu płyty czeka nas jeszcze 30-sekundowe fortepianowe outro.

Gatunek: Punk + hardcore

Reszta: 13 numerów/ 27 minut; produkcja: dobra

Cad - Certova Kovadlina CDLPČAD (SK) – Čertova Kovadlina CD

Pochodzenie: Słowacja/ Svätý Jur

Skład: tercet/ Štefan „Pišta” Chrappa (g., voc.), Basia Noiseovna (b.), Jano Valér Tornád (dr.)

Dyskografia: „Na odstrel”CD, Split w/ Ahumado Granujo EP, „Deadnation”CD, Split w/ Butt Spencer CD, Split w/ Dischord EP, Split w/ Entrails Massacre EP, Split w/ Grossmember EP, Split w/ Unholy Grave EP, Split w/ Rabies EP, Split w/ Vandali EP, „Psia krv”CD, Split w/ Beton LP, „Súkromná Vojna”CD, „Ťažký Kov”CD, split w/ Abortion CD

W skrócie: Można by ich nazwać hardcorową wizytówką Słowacji.

Powstali – jako tercet Pišta, Kostička, Tichonov – w 1994 roku, próbując przez następne 4 lata swoich sił w grindcorze. Kiedy w 1998 r. odszedł Tichonov basistą została siostra Pišty – Basia – a kapela usunęła ze swojego brzmienia wszelkie grindcorowe i death metalowe naleciałości, pozostawiając tylko hardcore punk. Pierwsze dwa albumy nie były jeszcze tym, czego można było oczekiwać, jednak zespół był już rozpoznawalny i to nie tylko w rodzinnych stronach. W 2003 roku Tichonov nagle zapragnął wyjechać, pozostawiając rodzeństwo na lodzie. Szczęśliwie dość szybko znalazł się jego następca, z którym kapela gra do dzisiaj. I wtedy właśnie rozpoczął się niemal nieustanny ciąg koncertów, rejestracji i publikacji nowych utworów. Pierwsza płyta tego składu – „Psia krv” (2006) – jest wspaniała i bije na głowę większość tego typu produkcji na świecie. Słucham jej do dzisiaj z niekłamanym zachwytem i rozwartą gębą. Potem przyszły kolejne albumy – rozdzielane licznymi splitami – równie genialna „Súkromná Vojna” (2009) oraz bardzo dobry „Ťažký Kov” (2011). Z zapartym tchem czekałem więc na kolejny.

Cad foto 1Czasy jednak się zmieniają, możliwości rejestracji jest o wiele więcej, a kanony zapisu nie są już takie same, jak 10 lat temu. Kapela, co prawda, od 2009 r. nagrywa swoje materiały w morawskim studiu Shaark, jednak już od 2011 wysyła zgranie do zmiksowania i zmasterowania za Ocean do Mana Recording Studios na Florydzie (z którego usług korzystał już m.in. Cannibal Corpse, Malevolent Creation, Nile, Hate Eternal, Belphegor czy Morbid Angel). Ich „ingerencja” w poprzedni album nie była jednak tak znacząca, jak w przypadku longa „Čertova Kovadlina”. Napisałem „ingerencja”, bo przy pierwszym przesłuchaniu bardzo zwracałem uwagę na to pełne, przebogate i „tłuste” brzmienie całego materiału, które nie bardzo pasuje do twórczości hardcore punk, a raczej deathcore, metalcore czy nu metal. Fakt, w samych tekstach wymyślanych i wykrzykiwanych przez Pištę – od czasów płyty „Súkromná Vojna” – także zaszła spora zmiana, bowiem więcej w nich Szatana, piekła, demonów i walki dobra ze Złem niż tematyki polityczno-społeczno- historyczno- obyczajowej. Trudno więc się dziwić, że ten najnowszy album ma produkcyjnie więcej w sobie elementów metalowych niż hardcore punkowych. Szczęśliwie, po drugim i trzecim przesłuchaniu cały ten mój wywód traci sens, bowiem niezależnie od miksu i masteringu, cała płyta jest doskonała. Czuć w niej nadal undergroundowy, hardcorowy spiryt, który napędza wszystkie trzy instrumenty, pozwalając im czasem nieco zboczyć z obranej wcześniej drogi i lewą ścieżką wpuścić się w maliny. Album zaczyna się intrem, w którym w szatańskiej kuźni dźwięczy piekielne kowadło, na którym po kolei wykuwane są nowiutkie, szybkie i średnie tempa, świeże melodyjne rytmy i przesmaczne aranżacje, z których zostanie ułożonych 10 wspaniałych kompozycji. Ma się wrażenie, że każdy poprzedni kawałek popędza następny, a ten z kolei wyrywa się percepcji, jakby za chwilę jakiś bies miał je ugryźć w tyłek. Po kilku przesłuchaniach ma się już swoich faworytów, ale po kilkunastu – cała płyta staje się faworytem.

Szkoda tylko, że zespół zdecydował się na dołączenie bonusów i przeróbek do podstawowego układu nagrań. Co do przeróbek (Testimony i Hex), no to jeszcze – od biedy – mogę je zaakceptować, bo wykonane są co najmniej poprawnie i mają tłumaczony tekst, a to zawsze coś. Natomiast nie akceptuję dwóch bonusów, różnych jakościowo i tematycznie od reszty albumu.

Szkoda mi też okładki, która zbyt jednoznacznie pachnie metalem i odbiega od poprzednich (niemetalowych), z których tę użytą na albumie „Ťažký Kov” uważam za najlepszą w historii wydawnictw tego tercetu.

Jednak te dwa minusy nie mają większego wpływu na ocenę, jaką postawiłbym kapeli, gdybym był ich belfrem, a byłaby to najwyższa nota!

Gatunek: Hardcore + punk + metal

Reszta: 15(11) numerów/ 43(31) minuty; produkcja: dobra

Derbe Lebowski - Broken Glass 12EPDERBE LEBOWSKI (GER) – Broken Glass 12”EP

Pochodzenie: Niemcy/ Berlin

Skład: kwartet/ Damon (voc.), Kurt Alder (b.), Nils Diels (dr.), Marvin (g.)

Dyskografia: „Remove your Mask”MC, Split „Punch in the Face”EP

W skrócie: Niewiele kapel z zachodniej Europy było w stanie mnie – w zeszłym roku – zauroczyć swoją twórczą ekstremą. Jednym z wyjątków był ten niemiecki kwartet, istniejący na scenie powerviolence od 2011 roku. Swój debiut sceniczny mieli już w lutym następnego roku w rodzimym Berlinie, a od czerwca (do dzisiaj) właściwie, co tydzień, grają gdzieś w Niemczech jakiś koncert.
W grudniu 2012 r. zadebiutowali kasetą demo, zawierającą 18 niesamowicie energetycznych i tryskających powerviolencową agresją, w której ulewie dźwięków dało się rozpoznać także i spore krople grindcora, speedcora i hardcore punka. Szkoda, że produkcja tego materiału nie była najlepsza, bo nie wszystkie instrumenty były w miarę czytelne, a niemuzyczne intra były z kolei ciut za głośne w stosunku do reszty.

Derbe Lebowski fotoW sierpniu 2013 roku chłopaki zarejestrowali dwa nowe numery, z myślą o splicie, który jednak do dzisiaj nie został wydany. Szczęśliwie te dwa kawałki znalazły się potem – w nowych wersjach – wśród innych, zarejestrowanych „na żywca” – 21-ego kwietnia 2014 r. – w sali prób niemieckiego kwartetu.

To właśnie tych 18 bombowych kompozycji stworzyło debiutancką 12”EP-kę „Broken Glass”. Krążek rozpoczyna intro z obowiązkowo pękającą flaszką, po której w trans wprowadza mnie długa przygrywka, rozbijana dwoma wybuchami wściekłych nut. Ten najdłuższy z numerów na płycie trwa aż 2 minuty, ale potem już nigdzie nie przyjdzie mi tak się długo bujać i „nudzić”. Atmosfera wokół mnie zaczyna bowiem wrzeć od coraz bardziej morderczych temp, od coraz dotkliwiej poszarpanej i poranionej melodyki oraz od coraz bardziej porąbanych aranżacji. W tej wersji berlińskiego powerviolence jest więcej elementów hardcora i grindcora, które pozbawione są chaosu i niedociągnięć produkcyjnych poprzednika. Często z tego ekstremalnego, muzycznego kotła udaje mi się wyciągnąć i uchwycić momenty, które wpadają w ucho na dłużej, dzięki czemu o tej płycie myśli się już wkrótce po jej zatrzymaniu.

Z odsłuchu na odsłuch odkrywa się w niej coraz więcej smaczków, oryginalnych aranżacji, w których zderzenie bądź rozerwanie temp, a nawet stylów, dodaje niesamowitego kolorytu całemu brzmieniu.

Produkcja jest czytelna, nie przeładowana niskimi tonami i dobrze oddająca agresję, jaką wyzwalają kolejne utwory.

Do tych najciekawszych zaliczam te nieco dłuższe od standardu pv, czyli „Metamorphosis”, „Forsaken”, „Mankind equals Germs” oraz „Rotting Remains”.

Gatunek: Powerviolence

Reszta: 18 numerów/ 17 minut; produkcja: dobra

Doperunner - xDoperunnerx LPDOPERUNNER (US) – xDoperunnerx MC/LP

Pochodzenie: USA/ Denver, Kolorado

Skład: kwartet/ Jeff Malpezzi (dr.), Keith Sanchez (g.), Alton Aberrant (voc.), Bryan Wendzel (b.)

Dyskografia: „Smut Peddler” Demo aka „xDemoRunnerx”

W skrócie: Oto kolejny ekstremalny twór, stworzony przez starych wyjadaczy sceny grindcorowej, którzy potrzebowali zmiany partnerów, by dzięki współżyciu z nimi – na innych zasadach niż dotąd – dostąpić wrażeń i doświadczeń im nieznanych lub pozostających poza zasięgiem marzeń. No i oczywiście podzielić się nimi ze wszystkimi, którym wydawane przez nich dźwięki nie tylko nie przeszkadzają, ale pozwalają nawet przeżyć orgazm.

Za tę całą perwersję odpowiada para Alton i Jeff – którzy razem, od niedawna, grają w formacji Aberrant – oraz Keith, były wioślarz legendarnego Catheter.

Doperunner fotoSpiknęli się w 2013 roku i po włączeniu do składu Bryana już w październiku zarejestrowali na żywo 4 kawałki, które stworzyły debiutanckie demo. Promując je koncertami dotrwali tak do początków lutego – i choć z forsą było krucho – kiedy przyszedł czas, by sprawdzić więzy, jakie ich łączą, i dać czadu w garażowym studiu Firestorm Jeffa Alexisa.

Wszystko trwało niewiele ponad 18 godzin i – poza wokalami – było rejestrowane „na setkę”. Wynik tej orgii przeszedł oczekiwania twórców i ich najbliższych, a w czerwcu 2014 r. także i inni mogli go poznać dzięki płycie CD, prezentującej – w całości i bez cenzorskich wybiegów – pełny obraz tego wybuchowego związku czterech facetów.

Krążek zawiera 14 relacji – przepełnionych niesamowitą wściekłością i agresją, na przemian z melodyjnością – które zostały rozdzielone, gdzieś tak w połowie, najdłuższym i najcięższym numerem na płycie – „Specific Gravity”.

Jednak i w jednej i w drugiej części dzieje się równie dużo, szybko, co intrygująco. Każda zbudowana tu aranżacja potrafi mnie czymś zaskoczyć i zafascynować. A to niecodzienną zmianą tempa, a to genialnym przejściem czy akcentem na bębnach, a to pasażami gitary czy nawet – nie bojącym się wychylać z szeregu – basem.

Nakręcane tempa są różne i nie trwają cały utwór, ale dozowane są ze smakiem i w różnych miejscach i długościach, od eksplozji na samym początku, przez wybuch decybeli w refrenach, po maniakalnie rozbrykaną końcówkę.

Tym wszystkim muzycznym fajerwerkom towarzyszą wokale i chórki, których barwa również zmienia się, pływa i dryfuje od wrzasku, przez ryk, po growling.

Szkoda tylko, że ta produkcja nie jest lepsza, a tego spodziewał bym się po muzykach, którzy amatorstwem nie śmierdzą już od wielu lat.

Wierzę, że się poprawią, co sprawdzę już na dwóch splitach, które zapowiadają od października zeszłego roku.

Gatunek: Hardcore + grindcore + fastcore + thrash metal

Reszta: 14 numerów/ 23 minuty; produkcja: średnia

Failures - Decline and fall 12EPFAILURES (US) – Decline and Fall 12”EP

Pochodzenie: USA/ Western Massachusetts

Skład: kwartet/ Mark McCoy (voc.), William Killingsworth (g.), Andrew Jackmauh (b.), Ryan Abbott (dr.)

Dyskografia: „Failures”LP, „Failures”EP

W skrócie: Oto kolejna supergrupa, jeśli tak można nazwać kapelę, stworzoną przez muzyków, którym za ciasno było nie tylko w ich rodzimych kapelach, ale i w tych, które stworzyli potem, bo było im za ciasno. Jej liderem można bez wątpienia określić Marka – twórcę wydawnictwa Youth Attack, które specjalizuje się w realizacji wydawnictw właśnie takich, często krótkotrwałych, projektów – członka legendarnej formacji Charles Bronson i wielu innych, grających hardcore punk. Inni również z niejednego pieca hamburgera żarli, więc dajmy sobie spokój z listą band, w których mieszali, bo jest ich wiele.

Najważniejsze jest bowiem to, co związane jest z FAILURES.

Failures foto 2Powstało prawdopodobnie krótko przed 2008 rokiem, bowiem na ten rok przypada rejestracja i premiera ich debiutanckiego albumu, zaś rok później – EP-ki. Potem były koncerty i okresy stagnacji. Latem 2011 roku nowy album już się powoli tworzył, jednak jego rejestracja musiała poczekać jeszcze dwa lata, a potem jeszcze kilka miesięcy, by objawić się światu – w postaci krążka „Decline and Fall” – w czerwcu 2014 roku.

Ten niesamowicie jadowity i agresywny album muzycznie jest przebogatym rozwinięciem tego, co było na debiucie. Zarówno pod względem technicznym, producenckim, jak i brzmieniowym. Co do techniki gry, to nie dziwi mnie takie jej poprawienie, bo minęło już 6 lat od debiutu, a w życiu muzyków było w tym czasie też kilka innych projektów. W dodatku tutaj kto inny gra na perkusji. Adryan robi to zdecydowanie pewniej, nie bojąc się przełamywać i rozbijać tych szalonych temp oraz akcentować wszelkich zmian bębnami i blachami.

Brzmienie gitary pozostaje nadal mało przesterowane, jednak jej dźwięk, ostry i drażniący, doskonale zaostrza smak każdemu kolejnemu daniu z zamówienia „Decline and Fall”. Słuchając tej płyty często przychodzi mi na myśl porównanie twórczości FAILURES z – istniejącym w latach 80. – Die Kreuzen i jego debiutem. Obie grupy nadają na podobnych falach, używając do ich emisji podobnie nastrojonych źródeł. I choć większość numerów nie trwa minuty, a tylko pięć ją przekracza, to w ich aranżacjach tak się gotuje od pomysłów, że za pierwszym przesłuchaniem nie ma mowy, by je wszystkie wychwycić i się nimi należycie zachwycić. Cała sesję realizował William i zrobił to dobrze, dając swojej gitarze pierwszeństwo przed resztą instrumentów, pozwalając jedynie wychylać się wokalowi. Pozostawił surowość i trochę brudu, elementy, które pozwalają odróżnić takie produkcje od tych komercyjnych oraz przywrócić im blask minionej epoki lat 80.

Gatunek: Hardcore + punk

Reszta: 14 numerów/ 14 minut; produkcja: dobra

Get The Shot - No Peace in Hell LPGET THE SHOT (CAN) – No Peace in Hell CD

Pochodzenie: Kanada/ Quebec City, Quebec

Skład: kwintet/ J-P (voc.), Guy-Pierre (g.), Dany Boozer (b.), Tom Gun (g.), David (dr.)

Dyskografia: „In Fear we stand”EP, „Perdition”LP/CD

W skrócie: Kanadyjczycy zawsze mają gorzej, bo amerykańskie bendy zwyczajowo wcześniej odkrywają jakieś brzmienie, którym potem zalewają świat. Tak też jest w przypadku tego kwintetu – powstałego w 2009 roku na gruzach lokalnych band Bridge Too Far oraz Not 4 Pigs – którego obecny napęd stanowi nowojorskie brzmienie hardcore przełomu lat 80/90., wzbogacone wtedy dość pokaźnie metalem.

Jednak nie było tak od początku istnienia GET THE SHOT, co dokumentuje debiutancka EP-ka, wydana jeszcze w grudniu tego samego roku, a zawierająca 5 średnio-szybkich kompozycji utrzymanych w melodyjnych (a nawet nieco emo-cjonalnych) klimatach, którym daleko było do nowojorskich.

Get The Shot fotoW następnych miesiącach kapela zaczyna krzepnąć i dojrzewać, co krystalizuje się w jej nowym brzmieniu. Niestety te zmiany nie odpowiadają dotychczasowemu, drugiemu gitarzyście, Sammowi Haterowi, więc odchodzi latem 2010 r., robiąc miejsce dla Guy-Pierra. Od tego momentu wszystko toczy się z większym animuszem i zaangażowaniem niż dotychczas, co owocuje coraz bardziej widowiskowymi koncertami, większą aktywnością muzyków podczas prób i nowymi pomysłami. Stąd już pod koniec następnego roku kwintet jest gotów do rejestracji swojego pełnego debiutu, który trafia na rynek w kwietniu 2012. Jest podany w doskonałej graficznej oprawie, zaś sam krążek przynosi wreszcie ogromną dawkę wściekłego i agresywnego nyhc, w którym da się zauważyć także i elementy brzmień thrash metal oraz sludge.

W maju GET THE SHOT wyruszyło na pierwsze europejskie tournee, obejmujące miasta Francji i Niemczech, z którego powraca niemal w glorii, więc rzuca się w wir kolejnych koncertów, które nie przeszkadzają jednak muzykom w przygotowaniach do rejestracji nowego, drugiego albumu.

„No Peace In Hell” został nagrany na początku 2014 r. nim zespół wyruszył na drugie europejskie tournee. Jego premiera miała miejsce na obu kontynentach w czerwcu.
Płyta ma znowu doskonałą, nieco komiksową, okładkę – będącą dziełem rodzimego tatuażysty Vinca Genoisa – natomiast jej zawartość słowno-muzyczna po prostu rozwala, poniewiera i rozkłada na łopatki.

Rusza ciężko, jak walec, z miejsca rozgniatając i usuwając wszelkie cienie wątpliwości, jakie mi pozostały po „Perdition”, a następnie rozpoczyna nieco szybszy pochód, pełny mocnych i wyraźnych gitarowych riffów, które tworzą podstawę obecnego brzmienia Kanadyjczyków. Częste zwolnienia i wyciszenia tempa, obwarowane z każdej strony mocnymi akcentami instrumentów, wspaniale ubarwiają każdy z 11-tu kawałków, składających się na ten kapitalny album. A krzykliwy i przejmujący wokal doskonale panuje nad całością każdej kompozycji, regulując barwą i gwałtownością stopień jej agresji. Natomiast dwie gitary zapewniają ciągły ruch nut na pięciolinii, a szczególnie, kiedy jedna nieco odpoczywa, dając drugiej możliwość przewodzenia i brylowania w towarzystwie basu i bębnów. Perkusja nie jest w tym gatunku hardcora (NYHC) jedynym motorem napędowym, dlatego jej bicie jest nieskomplikowane, natomiast bardzo czytelne, dosadne i należycie okraszone cięciami blach. A uniwersalną cechą tego brzmienia jest melodyjność, a szczególnie refreny, w których wokal wzmocniony chórkami, pobudza do wspólnego skandowania, tworząc w ten sposób niewidzialne zręby wspólnoty – wśród fanów bendu – na całym świecie.

Gatunek: NYHC + hardcore

Reszta: 12 numerów/ 34 minuty; produkcja: bardzo dobra

IxHxJxLx - Pet hates eCDIxHxJxL [I HATE JOANNA LUMLEY] (UK) – Pet hates eCD

Pochodzenie: Wielka Brytania/ Brighton

Skład: tercet/ Jamesy Joanna (voc., synth.), Lukey Lumley (b., g., voc.), Donald Swiven (dr.)

W skrócie: Coraz trudniej – z roku na rok – trafić mi na płytę, której zawartość w całości odpowiadałaby moim gustom, fascynacjom i oczekiwaniom. Której tempo, brzmienie, intra oraz poziom ekstremy i humoru, byłoby mi najbliższe.

A tak jest w przypadku debiutu brytyjskiego tercetu, którego twórcami i filarami są dwaj muzycy black/ thrash metalowej grupy Wyrdforge – James Walsh i Luke Powell.

IxHxJxL logoJednak jeśli ktoś upatrywałby w tym ubocznym projekcie realizacji ich kolejnych metalowych fascynacji, jest w ogromnym błędzie. Bo IxHxJxL mieści się jedynie w kategorii powerviolence i hardcore, choć jego debiutanckie dzieło zostało zarejestrowane w studiu The Playroom, gdzie nagrywa swoje dość tradycyjne wyziewy wspomniany metalowy kwintet.

Rejestracja „Pet hates” zawiera 17 doskonale zaaranżowanych i zrealizowanych pomysłów, w których obraźliwość, śmiech, wulgarność i nierealne postacie filmowe i rysunkowe, są głównym składnikiem jego treści. Natomiast muzyka – zmieniając swoje tempo, rytm, nastrój, a nawet gatunek – dotrzymuje jej kroku, nie ustępując ani na nutę w genialności i pomysłowości. Tutaj, jak w ogromnym kotle, gotuje się wiele różnych brzmień, do których połączenia nie potrzeba używać żadnych sztucznych i cyfrowych emulgatorów. Dlatego to jest takie niesamowicie i absolutnie fantastyczne! Można więc w tej podróży powerviolencowym busem ścigać się z grindcorem, przepychać na drodze z hardcorem, powgniatać dach uderzeniami tradycyjnego hard rocka, a nawet przytrzeć boki nowoczesnym popem. Dlatego trzeba odetchnąć w połowie sesji i zregenerować siły – przez minutę wypełniając ciszę glamaniem banana – a na koniec spietrać się, posypać głowę popiołem z fajki i przeprosić – głosem sfatygowanym płaczliwym, popowym efektem – za zmarnowany słuchaczowi czas. Takie poczucie humoru to skarb u muzyka, mam więc nadzieję, że na tym krążku nie skończy się współpraca tych trzech brytyjskich talentów.

Że też nikt nie podjął się dotąd wydania go w formie fizycznej, czyżby użycie wizerunku Joanny Lumley wstrzymywało potencjalnych wydawców od tego kroku?

Ten long zdaje się być czymś w rodzaju pastiszu koncept-albumu, bo choć cały czas przyświeca jego twórcom ten sam cel – wyśmianie, wnerwienie i obrażenie – to dążą do niego różnymi, czasem dziwacznymi, drogami, wykorzystując przy tym, z niesamowitym wyczuciem i znawstwem, różne środki i instrumenty.

Jego zawartość można by określić mianem dźwiękowej wersji amerykańskiego telewizyjnego programu „Wonder Showzen”, zresztą przeróbka jednej z piosenek („Slaves”) z tego odlotowego „serialu” również znalazła swoje miejsce na tym albumie. Drugim kowerem jest „Things we say”, pochodzący z repertuaru legendarnego hardcoro-thrashowego Gorilla Buiscuits.

Dlatego wcześniejsze moje założenia, które zrobiłem, nie wykluczają na tym albumie utworów, których literowe wnętrze pełne jest ostrych, trafnych i bezkompromisowych ataków w postawy – jak choćby te skrajnie prawicowe, epatujące rasizmem i nietolerancją – reprezentowane obecnie często przez dzieciaki i to nie tylko na Wyspach.

A tak na marginesie to ja nie czuję nienawiści do Joanny Lumley, cenię ją nawet za rolę Patsy w serialu „Absolutnie fantastyczne”, który trafnie wyśmiewa cały ten gówniany celebrytyzm, pokazując jego miałkość i marność.

Gatunek: Powerviolence + hardcore + grindcore

Reszta: 17 numerów/ 21 minut; produkcja: dobra

 Lionheart - Welcome to the West Coast 12epLIONHEART (US) – Welcome to the West Coast 12”EP/CD

Pochodzenie: USA/ Bay Area

Skład: kwintet/ Rob Watson (voc.), Nick Warner (g.), Evan Krejci (g.), Brandon Wells (b.), Jay Scott (dr.), Ricky (voc.+)

Dyskografia: „The Will to survive”CD, „Built on Struggle”CD, „Undisputed”CD

W skrócie: To drugi, po słowackim Čadie, najbardziej utytułowany uczestnik tej kategorii podsumowania. Choć powstały na Zachodnim Wybrzeżu USA to całkowicie oddany brzmieniu NYHC, stworzonemu na Wschodnim Wybrzeżu w poł. lat 80., a zmetalizowanemu na przełomie lat 80/90.

To późniejsze, rozwinięte, brzmienie różniło się od tradycyjnego hardcora tempem (bo było utrzymane głównie w średnich biegach), wagą (bo było o wiele cięższe) i treścią tekstów (które często miały zabarwienie prawicowe, często moralizowały, tyczyły wspólnoty stworzonej przez muzyków, ich fanów i przyjaciół; podkreślały swoją i ich wyjątkowość, a nawet elitarność).
Muzyka i historia LIONHEART ma w sobie te wszystkie wspomniane wyżej elementy, jednak, by ją opowiedzieć w skrócie wystarczy przetłumaczyć słowa utworu „LHHC”, pochodzącego z najnowszego krążka, gdzie Rob wykrzykuje ją w sposób charakterystyczny dla tego muzycznego nurtu. A więc…

Lionheart foto 2Kapela istnieje od 2004 roku. W 2006 zarejestrowała demo z przeznaczeniem na EP, ale ten krążek nie ujrzał światła dziennego aż do 2009, kiedy to stał się bonusem do drugiej, belgijskiej, wersji debiutanckiego CD, który oryginalnie trafił na rynek dwa lata wcześniej.

W składzie figurowali wtedy – oprócz Roba – Earl Pitts (g.), Jay Scott (dr.), Travis Pacheco (b.) oraz Rob McCarthy (g.).

W 2008 roku zespół odbył tournee – obok Skarhead i Bulldoze – i według słów Roba to oni wskazali mu i kapeli drogę, którą mają kroczyć w przyszłości oraz drogowskazy, jak „DMS (Doc Martens Skinheads) Crew”.

Kolejnym punktem na tej drodze był drugi album „Built to Struggle”, którego premiera miała miejsce w styczniu 2011 roku, a w którego czterech nagraniach wzięli gościnnie udział wokaliści grup Earth Crisis, Icepick, Bleeding Through, 100 Demonds oraz Dave Nassie (No Use For A Name, Bleeding Through), który odwalił gitarową solówkę w numerze „Brothers Keeper”. Natomiast, podczas całej sesji nagraniowej, Earla zastąpił Evan Krejci.

Od tego albumu zespół staje się coraz bardziej znany i popularny nie tylko w Kalifornii. W tym samym roku pokazuje swoje wybuchowe oblicze na kilku największych amerykańskich festiwalach, następnie szykuje nową płytę, choć atmosfera wokół nich gęstnieje.

Ten trzeci, z kolei, album zatytułowany „Undisputed” trafił na rynek w kwietniu 2012 roku, zbierając sporo pochwał, jednak pojawiły się i pierwsze głosy krytyki, które nie tyczyły muzyki, ale tekstów i postawy kultywowanej przez Roba i jego bend. Wtedy w składzie nie ma już Travisa, którego bas przejął Evan, oddając gitarę Earlowi.

Jednak nim dojdzie do rejestracji nowego albumu szeregi zespołu opuszczą wieloletni gitarzysta Rob oraz Earl. Evan znowu przejmie jego gitarę, a na reszcie opuszczonych pozycji pojawią się Brandon Wells i Nick Warner.

Jesienią 2013 r. LIONHEART wszedł po raz czwarty do studia, ale materiał, który tam powstał – choć wyjątkowo krótki, jak na dotychczasowe rejestracje bendu – przebija swoim brzmieniem na wylot wszystkie poprzednie płyty.

„Welcome to the West Coast” pojawił się na rynku w połowie stycznia i był pierwszym krążkiem winylowym w historii kapeli.
Zaczyna się obowiązkowo porywającą słowną introdukcją, w której tle słychać dźwięk syreny alarmowej, a potem narastające kroki całego, potężnego instrumentarium.

Machina rusza wiedziona głosem Roba, któremu częściej niż zwykle towarzyszą chórki; brzmienie jest mocarne, aż nogi same ruszają do przytupu, jednak nie cały czas, bo w każdym utworze jest miejsce na nieco lżejsze i szybsze tempo. Ale jest ono dość szybko zduszane i sprowadzane do parteru, gdzie należycie dociążone decybelami, rusza masywnie w dalszą drogę po pięciolinii.
Wszystko wokół drga rytmicznie od nakładających się na siebie fal – emitowanych przez bębny i struny wszystkich członków kapeli – dlatego trzeba mieć w sobie dużo nieśmiałości bądź arogancji, by nie rozpocząć szaleńczego tańca wokół pokoju, tupiąc i wrzeszcząc poszczególne refreny.

13 minut tego sześcioczęściowego gniewnego pochodu mija mi dość szybko, szkoda, że tak szybko. Ostatnim numerem na tym mini-albumie jest nowa wersja „Wasteland”, utworu znanego z debiutanckiego albumu kapeli.

Tyle że tutaj jest o wiele bardziej agresywna i zaczepna, jak granat. Wybucha refrenami, których wokale ranią boleśnie uszy odłamkami nut, zaś dźwięki dobywane przez gitary i bicie bębnów zgniatają zmysły podeszwami akordów i fraz.

Tak bowiem brzmi i takie wzbudza emocje jeden z najlepszych krążków zeszłego roku. Jedyne, co wprowadza pewien dysonans w jego odbiorze to teksty. Za dużo w nich gloryfikacji własnego ja, widzianej przez pryzmat codziennej walki (oczywiście zwycięskiej) z rzeczywistością i kłębiącymi się w niej przeciwnościami losu. Zbyt wiele w tym wszystkim także odwołań do siły wyższej i chrześcijańskich symboli, co jest dla mnie oznaką słabości.

Rob chyba zapomniał, że jest częścią wspólnoty, dzięki której osiągnął tak wiele i której winien jest szacunek. Jego oralne „oświadczenia” winny więc bardziej tyczyć codzienności życia na ich własnej ulicy, w dzielnicy i w mieście. Więcej o „nas”, a mniej o „sobie”. A tutaj tego jest zbyt mało…

Dobry jest tekst na początku, niezły jest „Rat”, a najlepszy „Wasteland”.

Reszta broni się doskonałą muzyką i chwytającą za gardło aranżacją.

Gatunek: NYHC

Reszta: 7 numerów/ 15 minut; produkcja: bardzo dobra

Ultra Negative - Ultra Negative MCULTRA//NEGATIVE (US) – Ultra//Negative MC

Pochodzenie: USA/ Portsmouth, New Hampshire

Skład: tercet/ Cody (voc.), Jan (g., b.), Tom (dr.)

Dyskografia: „Finally, I’m at Peace”MC, „Skin Marks”eEP, „Unreleased”e7”, split w/ Ira Graves EP

W skrócie: Historia tego bendu jest dość przejrzysta i krótka, jednak warta wspomnienia nim przejdę do opisu ich rewelacyjnego dzieła.

Kapele stworzył Cody w 2010 i jakiś czas sam coś kombinował, nim napatoczył się Jan, który grał w blackened crustowej grupie Ramlord. Ich kumplem był Dalton, więc posadzili go za bębnami, ale szybko okazał się najbardziej niepewnym i najmniej przewidywalnym trybikiem w tej całej maszynerii. Miał swoje sprawy, swoje projekty, więc z czasem, najpierw jego stolec przejął Tom – bębniący w powerviolencowym projekcie Robocop – a Dalton zaczął grać na basie, jednak to szybko mu się znudziło i odszedł (a teraz podobno siedzi w kiciu).

Z kolei Tom się uczy i mieszka daleko od reszty zespołu, więc od połowy marca 2013 r. tercet właściwie nie koncertuje. Dopiero w maju, a potem we wrześniu zeszłego roku, trafiła im się jakaś sztuka.

Mimo tych zawirowań album „Ultra//Negative” nie jest ich debiutem, bo była nim kaseta „Finally, I’m at Peace”, wydana w 2011 roku. Do numeru „Rebirth” zostało nawet zrobione, przez Jana, wideo utrzymane w klimacie horror/gore. W następnym roku tercet nagrał i udostępnił dwa elektroniczne wydawnictwa: singel oraz EP-kę, natomiast w 2013 – fizyczny split EP.
Słychać było, że kapela rozkręcała się, a jej kawałki są coraz bardziej dojrzałe w swej strukturze i mocno skoncentrowane w stopniu emisji agresji. Jednak nigdy nie wpadłoby mi do głowy, że w lutym zeszłego roku amerykański tercet zaanonsuje swój debiutancki, elektroniczny, album. Moje obawy były jednak, szczęśliwie, płonne.

Płyta zawiera 17 niebywale czadowych i energetycznych kawałków, w tym kilka starych – zapisanych na nowo – oraz przeróbkę „17 Years” z repertuaru brytyjskiego The Partisans, będącego częścią, niecałe trzydzieści lat temu, wspaniałego nurtu UK82.

Ultra Negative foto livePierwszym moim wrażeniem było zaskoczenie, przechodzące w podziw, objawiający się opadnięciem kopary, że te chłopaki, w tak krótkim czasie i tak szybko, osiągnęły tak wysoki poziom wykonawczy, do którego inni starają się dojść latami, często go nie osiągnąwszy.

Całość startuje instrumentalem, mogącym uchodzić za przygrywkę, nim cała pięciolinia wybuchnie dźwiękami, gęstymi od przesterów i napakowanymi decybelami, które – przez następne dziesiątki sekund – są genialnie i ze smakiem dawkowane. To zasługa Codyego i Jana, których fascynacja wieloma – nawet nierockowymi – gatunkami muzyki, połączona z nieodpartą chęcią i odwagą eksperymentowania, leży u podstaw tego, niesamowicie barwnego i zróżnicowanego aranżacyjnie, brzmienia.

W tej, stworzonej przez nich, linii melodycznej niemal co chwilę coś się dzieje, że nie można spuścić z ucha nagrania, by czegoś fajnego nie przegapić. Tam elementy hardcora zazębiają się z grindcorem, nie stroniąc od wchłaniania w swą masę krytycznych drobin punka czy metalu.

Te wszystkie składniki łączą swe cząstki melodii, agresji i czadu w niesłychanie wybuchowy powerviolence, którego przeżycie nieodmiennie kosztuje zdrowie psychiczne i blizny na głowie.
Nie chcę Wam więc psuć tej przyjemności i zmniejszać niebezpieczeństwo, opisując wrażenia, jakie przynoszą poszczególne utwory (choć to niełatwe), ograniczę się więc tylko do wskazania tych najlepszych z najlepszych szesnastu.

„Shiting and Eating for god” – rozpoczyna się 25-sekundową przygrywką (nasuwającą skojarzenia z twórczością Insanity Defense), po której wpada w szybki rytm rozbijany czadowymi akcentami. Wydawałoby się, że taka przepychanka będzie trwać dłużej, ale nic bardziej mylnego. Już po 12 sekundach czeka nas niebywale wściekłe nakręcanie jeszcze szybszego tempa, obstawione z każdej strony rozszalałym biciem bębnów. Potem część instrumentów na chwilę zamiera i wszystko wraca do początku, by po kolejnej dawce adrenaliny nagle popaść w ciężkie odrętwienie i po 25 sekundach wyzionąć ducha.

„Paranoid” – Zaczyna się ciężką, i pełną od akcentów na blachach, przygrywką, za którą czeka nas rozszalały bieg nut, utrzymany w dwóch tempach, nim trafimy na masywnej budowy refren, którego kolejne przemijające sekundy siłą spowalniają osiągnięte wcześniej tempo, przy okazji przyduszając i zgniatając muzyczną przestrzeń.

„Exclusion” – rusza gitarą, do której dołącza cała reszta, wokal też, atmosfera gęstnieje, aż serie bić na bębnach rozpoczną szarpaninę z narzuconym wszystkim czadowym tempem. Nagle – w 30-tej sekundzie – rozpycha wszystko refren, naładowany po sufit melodyjnym pasażem gitary (przywodzącym na myśl, w pewnym miejscu, twórczość Black Flag), jednak i jego za pół minuty wypchnie z ringu szalony wybuch emocji do spółki z karkołomnym wyścigiem decybeli.

„Wet Dream” – sprzężenie przechodzi w akcent i króciuteńką przygrywkę, po której zwala się na głowę i biegnie – na zmianę, w trzech tempach – sztafeta wściekłych dźwięków, nim w 36 sekundzie sztachnie się hardcorowym oparem, przynoszącym niesamowicie energetyczny refren, którego mięcho zostaje za moment oblane wrzącymi grindcorowymi akcentami, parzącymi zmysły i struny nie tylko wokalisty.

„Medicate to enslave” – sprzężenie eksploduje i piekło się rozwiera, atakując otoczenie samobójczym tempem i morderczym brzmieniem (rodem z twórczości Hellnation) instrumentów, które dzielą się wywartym wrażeniem, dostając skurczów rytmu i biorąc głębokie oddechy (na wzór bestii zwanej Napalm Death). Wokali już tu nie ma, bo padły wcześniej, więc końcówka tej rundy i zwycięstwo należy bezapelacyjnie do gitar i perkusji.

Coś na koniec?

Album – który, jak ostatnie wieści głoszą, ma już chętnych wydawców – ma też interesującą okładkę, która pasuje swoim charakterem do jej słowno-muzycznych wnętrzności.

Gatunek: Powerviolence + grindcore

Reszta: 17 numerów/ 19 minut; produkcja: dobra

B) Mały format (7”, EP, 12”EP, eEP, MC…):

908 - Nine zero eight EP908 (US) – Nine Zero Eight EP

Pochodzenie: USA/ Denver, Kolorado

Skład: kwartet/ Bryan Ostrow (voc.), Chris Cannell (g., voc.), Cassie Begay (b.), J.P. Damron (dr.)

W skrócie: Oto kapitalny, a w dodatku, debiutancki krążek amerykańskiego kwartetu udanie drążącego pokłady grindcora i hardcora. Cały ten urobek następnie mieszają ze sobą, trawiąc w swych trzewiach mózgowych, a następnie wydalają w kawałkach, których ciężki aromat rozchodzi się – pod postacią drgań i fal akustycznych – błyskawicznie, paraliżując zmysł słuchu i drażniąc poczucie bezpieczeństwa i komfortu.

Następnie poddają tę drgającą strukturę promieniowaniu, którego crustowe i death metalowe cząsteczki rozdymają to brzmienie do granic pięciolinii.

908 fotoA na poważnie, to ta mieszanina ekstremalnych gatunków ma, w przypadku kwartetu 908, tak doskonale dobrane proporcje poszczególnych składników, że taki pijak, jak ja bardzo szybko uzależnia się od niej, smakując ją potem godzinami. Weźmy te bardzo szybkie tempa, porozrywane zwolnieniami różnej długości, z których najbliższy hardcorowi jest ten w „The Waste”.
Zwróćmy uwagę na te ponad 2-minutowe utwory, rozpoczynające się dość długą i ciężką przygrywką („Decline”, „Incisions”), po której następuje kilkudziesięciosekundowy łomot, wyrównujący dotychczasowy dysonans rytmu.

Są też momenty wyraźnie wielogatunkowe, jak choćby w „We have fallen”, którego połowa kończyn tkwi w brzmieniu crust, a druga – w hardcorze.
Natomiast najciekawszym aranżacyjnie kawałkiem jest „Support your local Scene…”, pełnym zmian w tempie, podkreślanych akcentami na bębnach i rozmaitymi frazami gitary.
Nad tym wszystkich krążą, jak sępy, dwa wokale, których różne brzmienia – jeden jest wyższy, wrzeszczący, a drugi niższy, growlowaty – doskonale się uzupełniają, wspólnie wybierając ofiary, w których nutach przyjdzie im zatopić zęby.

Gatunek: Grindcore + hardcore + crust + death metal

Reszta: 7 numerów/ 12 minut; produkcja: dobra

Barking Orders - Scionade EPBARKING ORDERS (CAN) – Scionide EP

Pochodzenie: Kanada/ Newcastle, Ontario

Skład: one-man band/ Paul Pfeiffer

W skrócie: To już drugi, obok Sepik, projekt uboczny Paula Pfeiffera – multiinstrumentalisty i członka legendarnej formacji Wadge – w którym podąża ścieżką niezbadaną dotąd przez jego macierzystą formację. Co prawda tytułowy numer ma jeszcze sporo wspólnego z jej twórczością, bo jest oparty na schemacie wolno-szybko, przy czym to szybko ekstremalnie głośno i niemal irytująco podkreśla przede wszystkim automat perkusyjny.

Natomiast resztę kawałków od początku do końca charakteryzuje ekstremalnie szybkie tempo, również podkreślane szaleńczym biciem bębnów, jednak jest w tych aranżacjach prawdziwie grindcorowy duch, czyli naturalnie wściekle agresywny rytm. Najlepiej oddaje to druga kompozycja na krążku „Just leave me out of this” – czyli zlepek aż 8 numerów, serwowanych jako jedno, dwu i półminutowe danie, niesamowicie wielokolorowe i wielosmakowe.

Krążek zamyka kompozycja „The Screaming never stop”, która przepełniona elektronicznym hałasem i przesterami, przypomina niektórym, że inną fascynacją Paula jest brzmienie Noise.

Gatunek: Grindcore, Noise

Reszta: 5 numerów/ 6 minut; produkcja: bardzo dobra

Brainshit - Escape Reality EPBRAINSHIT (UK) – Escape Reality EP

Pochodzenie: Wielka Brytania/ Bedford

Skład: duet/ Al (g., voc.), Jon (dr., voc.)

Dyskografia: Demo 2014

W skrócie: Mówiąc szczerze dawno nie słyszałem już takiego brzmienia, jakie udało się uzyskać tym dwóm amerykańskim muzykom. Tak, to znowu ta nostalgia. Dawno bowiem przeminęły czasy, kiedy każdy utwór podpisany nazwą Pungent Stench wywoływał u mnie skurcz odbytu.

Więc kiedy wpadłem na demo BRAINSHIT, wiedziałem, że będę czekał z wywalonym ozorem na ich debiutancki materiał. I nie minęło pół roku… i jest!

Brzmi kapitalnie i tak, jak chciałem. Nie stracił wiele z surowości i brudu, jakimi emanowało demo, natomiast zyskał dodatkową czytelność i brutalność.

Nigdy bym nie pomyślał, że gitara, bębny i wokal, mogą tak zawrócić mi w głowie i przewrócić bebechy.

Brainshit fotoNie wstydzę się napisać, że to jest piękne, piękne w swej prostocie. Bo do tego nie trzeba super przesterów, efektów czy wymyślnych cyfrowych procedur. Czyste żywe mięcho! Posłuchajcie choćby w „Out of Sight” tego wstępu, tych naturalnie brzmiących bębnów i dźwięku przeraźliwie ostrej i brudnej gitary, które potem eksplodują.

Zwróćcie uwagę na aranżacje, bo wielu z Was się wydaje, że skoro kawałek nie trwa minuty, to wystarczą trzy akordy, by stworzyć utwór. A posłuchajcie „Flag Pride” czy „Trendwhores”. Kiedy ma się talent i pasję to nawet w najkrótszym czasie da się zmieścić oryginalność.

Krążek przynosi także jedną przeróbkę – „All gone away” – autorstwa nieistniejącego już amerykańskiego tercetu In Disgust.

Okładka EP-ki, podobnie jak demo, przedstawia górną część trupa, który gwałtownie wyzionął ducha. Szczęśliwie mnie to nie grozi.

A w kwestii statystyki to tylko dodam, że „Escape Reality” był jednym z sześciu najczęściej słuchanych przez mnie krążków jesienią 2014 r.

Gatunek: Grindviolence + powerviolence

Reszta: 9 numerów/ 6 minut; produkcja: dobra

Carried Off By Wolves - Swine Dealer EPCARRIED OFF BY WOLVES (CAN) – Swine Dealer EP

Pochodzenie: Kanada/ Kamloops, British Columbia

Skład: tercet/ Jon (g.), Sean (voc.), Jesse Taylor (dr.)

Dyskografia: Demo

W skrócie: Niesamowite, ile w ludziach jest twórczego talentu i ile wściekłości i determinacji, by tworzyć tak dojrzałe (w technice gry i produkcji) i oryginalne (pod względem aranżacji i całościowej koncepcji) projekty muzyczne.

Akurat ten jest dziełem Jona i datuje się niedokładnie na jesień roku 2012.

Wkrótce potem, razem z Jessem, rozpoczęli próby, a wiosną 2013 zaczęli dawać koncerty. Sprawy układały się po ich myśli, więc zaczęli się przygotowywać do pierwszych rejestracji. W kwietniu nagrali demo, a już od czerwca ruszyli z profesjonalną rejestracją bębnów, a potem gitary. Brakowało jeszcze wokalu, ale w tym przypadku nie można było już zdać tego na siebie, dlatego od lipca w szeregach bendu pojawił się Sean. Niestety, w październiku Jesse zdecydował się odejść i prace nad debiutanckim krążkiem nieco zamarły. Ruszyły ponownie na początku 2014 roku, zamykając szczęśliwie całą sesję w lutym.

W marcu krążek był gotowy do ściągnięcia i właśnie wtedy i ja miałem okazję poznać jego ogromne zalety.

Carried Off By Wolves fotoCałość jest krótka (5:30), jednak każdy z pięciu numerów jest tak niesamowicie atrakcyjnie skomponowany, że cały czas coś się w nich dzieje, coś przykuwa uwagę, więc nie ma chwili, by odetchnąć, a jeśli coś takiego ma już miejsce, to znak, że krążek właśnie się skończył.

Rejestracja nie jest zbyt gęsta, więc bardzo łatwo jest wtopić się w ten nieustanny grad dźwięków, bombardujący zmysły w iście grindcorowym tempie, co nie znaczy, że nie ma w nim momentów, kiedy ten rytm pulsuje i zmienia się, umiejętnie podkreślany fajnymi riffami i pasażami gitary.

Bębny nie spuszczają z oka wiosła nawet na moment, cały czas agresywnie i szybko bijąc w skóry, nie żałując także razów blachom, w tym czynelowi.

W tym kipiącym od dźwięków kotle, z wściekłością równą instrumentom, miesza wokal, naturalny i niewymuszony growl, osiągający czasem wrzaskliwe rejestry.

Ostatni numer na EP-ce jest najwolniejszy, najcięższy i najdłuższy (1:30), wgniata tak dokładnie w ziemię, że trudno jest się później wydostać spod tej sterty, drgających jeszcze po fakcie, fal.
Pod koniec lipca 2014 roku kanadyjski duet znowu rozpoczął koncerty, zaś wspomniana debiutancka EP-ka została opatrzona nową, bardzo fajną okładką.

Gatunek: Grindcore + deathgrind

Reszta: 5 numerów/ 4 minuty; produkcja: bardzo dobra

Choke - War of the Suburbs EPCHOKE (AUS) – War of the Streets EP

Pochodzenie: Australia/ Central Coast

Skład: kwintet/ Daniel Coy (voc.), Jarrod Birch (g.), Blake Ohlback (g.), Joshua Magony (b.), Nathan Byrnes (dr.)

Dyskografia: Demo 2013

W skrócie: Prawdziwy amerykański hardcore nigdy nie umrze, bo niemal każdego roku udaje się znaleźć – co najmniej – jedno takie wydawnictwo, którego twórcy kultywują (jeśli nie hołdują) tradycje szalonych prędkości, wściekłości wokalu i chórków oraz melodyjności reszty instrumentarium.

I nie dotyczy to tylko autochtonów tamtego kontynentu, czego dowodem jest ten kwartet, rodem z Antypodów, powstały po koniec 2012 roku.

Już w marcu 2013 roku rozpoczął nagrywanie swojego debiutanckiego demo, które wsparte koncertami było dostępne w połowie maja.

Niesamowite, jak ten gatunek muzyki jest ciągle popularny – bez względu na szerokość geograficzną czy kolor skóry – i nie mam tu na myśli muzyków, ale fanów, skoro do początków 2014 roku CHOKE nie narzekał na brak koncertów, a na jego coraz większą aktywność nie wpłynął nawet fakt, iż z szeregów kapeli wykruszył się i Dan i Lloyd i Alex.

Ponadto, już w połowie lutego, był nagrany debiutancki krążek, na który jednak trzeba było trochę poczekać, zresztą i dobrze, bo wokalista się ożenił, wyjechał do Stanów w podróż poślubną, więc CHOKE zawiesiło – do czerwca – aktywność koncertową. Wtedy to bowiem na rynku pojawiła się ich debiutancka EP-ka.

Choke fotoZawiera 5 niebywale energetycznych i agresywnych kawałków, trwających niecałe sześć minut. Wszystkie są wypełnione melodyjnym hardcorowym czadem po sufit, więc trudno w tym wyścigu dźwięków znaleźć miejsce, gdzie można by zwolnić czy wstrzymać konie. Ma to miejsce jedynie podczas refrenów, ale tylko przez parę chwil. Chociaż nie, w ostatnim kawałku, tym najdłuższym, udało się muzykom na dłuższy czas zrobić na pięciolinii miejsce, dławiąc i dusząc rozbrykane instrumentarium.

Dwie gitary wzniecają, w tych niecałych 6 minutach, tak niebywały tumult, że trudno nie dać się ponieść ich energii. Bas, jak to w hardcorze, nie jest tylko tłem, nie ma prawa być spychany w kąt, więc często fika i bryka, bodzie i pokazuje rogi. A bębny… Muszą się nieźle namachać, by dotrzymać kroku wiosłom, a jeszcze pamiętać o hi-hacie, częstym korzystaniu z blach i półkotów.

Całym tym rozentuzjazmowanym towarzystwem przewodzi Dcoy, krzycząc i wrzeszcząc na wszystko i wszystkich, którzy powodują mu skoczenie gula. Ciekawe, czy to nie nadmiar żółci spowodował, że jesienią odpadł ze składu, a na jego miejscu pojawił się Bruno. Życzę mu szybkiej aklimatyzacji i zdrowia, bo będzie mu potrzebne!

Do najbardziej porywających numerów z całej EP-ki zaliczam „Sinking”, którego tytuł jest paradoksalnie odmienny od wrażenia, jakie on robi. Zwarty, szybki i piekielnie dynamiczny, no i ma w to zabójcze tempo świetnie wpleciony refren, którego wokal w połączeniu z chórkiem – rozwala!

Gatunek: Hardcore + punk

Reszta: 5 numerów/ 5 minut; produkcja: bardzo

Civilized - Dust and Blood EPCIVILIZED (US) – Dust and Blood EP

Pochodzenie: USA/ Denver, Kolorado

Skład: kwartet/ Zach Reini (voc.), Geoff Diederich (b.), James Trejo (dr.), Michael Holroyd (g.)

Dyskografia: Demo „Negative Reflections”MC

W skrócie: Czasem zmiana nazwy i zboczenie z dotąd obranego kursu wszystkim – czyli muzykom i poszukiwaczom muzycznej ekstremy – wychodzi na lepsze. Tak też jest w przypadku tego kwintetu, który wcześniej nazywał się Ego Complex i grał hardcora. Kiedy doszło do zmian – na początku 2012 roku – to wyniki nie dały na siebie długo czekać.

Wiosną zostało zarejestrowane 5-cioutworowe demo – na którym znalazły się jeszcze dwie reminiscencje z poprzedniego wcielenia bendu – ale wszystko brzmiało na nim o wiele ciekawiej niż dotąd i to nie tylko w warstwie wokalu. Sierpień tego samego roku pozostawił po sobie kolejny ślad zmian, jakie zaszły w brzmieniu i układzie kompozycji CIVILIZED. Był to reh, na którym znalazły się 3 numery, z których dwa – w studyjnej wersji – trafią za kilkanaście miesięcy na debiutancką EP-kę. Fakt, trwało nim ten krążek został zarejestrowany i trafił – w czerwcu 2014 – na rynek, ale warto było czekać na niego tyle miesięcy.

Civilized fotoMoże nie ma najszczęśliwszej (dosłownie) okładki, ale za to jego zawartość ożywi nawet umarlaka. Ta energetyczna mieszanka tradycyjnego hardcora z nowojorskim brzmieniem, pozostawiona w dużym procencie w stanie surowości – a nie potraktowana nowoczesnymi i cyfrowymi spulchniaczami, wypełniaczami i kolorantami – zachowuje wyjątkową świeżość, dając niezapomniane przeżycia podczas jej konsumpcji. Całość rozpływa się w uszach, przywołując wspomnienie aromatycznych brzmień i smakowitych temp II poł. lat 80., a będących dziełem formacji Youth Of Today oraz Uniform Choice.

Każdy z ośmiu utworów na „Dust and Blood” ma swoją charakterystyczną aranżację, w której niemal stałym elementem gry jest przygrywka i para zszybszeń na zmianę ze zwolnieniami. Te wszystkie tempa tworzy niespokojna i wściekła gitara, którą nieustannie pogania bas, non-stop inwigilowany przez bębny. Jedynie najwięcej swobody z całej tej czwórki zachował – na tej nieustannie zmieniającej układ pięciolinii – wokal, którego przenikliwy, choć nieco matowy, tembr, przekonująco gada, wybierając sobie momenty, które chce mocniej zaakcentować.
Zdecydowanie jednym z najlepszych kawałków i tym, który mi się najbardziej podoba, jest (paradoksalnie) ten najdłuższy i najcięższy – „Crossed” – niosący w sobie taki ładunek emocji i energii, jaki był kiedyś wspólnym dziełem tych dwóch wspaniałych kapel wymienionych nieco wyżej.

Natomiast drugim w kolejce do nieustannego słuchania jest już ten najszybszy, „Wallflower”, nakręcony przygrywką, a potem refrenami, eksploduje przez 35 sekund i potem spala się wytracając osiągniętą prędkość.

Gatunek: Hardcore + nyhc

Reszta: 8 numerów/ 8 minut; produkcja: dobra

Dead Instrument - See through Negative EPDEAD INSTRUMENT (DEN) – See through Negative EP

Pochodzenie: Dania/ Kopenhaga

Skład: kwartet/ Emil (dr.), Jacob (voc.), Philip (g.), Sebastian (b.)

Dyskografia: „Maksimal Destruktion”EP, „Violent Death”LP, Split w/ P.L.F.

W skrócie: Świat poszukiwaczy ekstremalnych dźwięków i doznań – do którego należę – poczuł się oszukany, kiedy w 2009 roku kapela Insect Warfare kopnęła w kalendarz. Poczułem pustkę, bo wydawało mi się, że nikt nie zdoła zająć ich miejsca na piedestale, jaki sobie zbudowali z zachwytów i ochów setek fanów.

Tymczasem już wcześniej, na razie jeszcze w ich cieniu, w dodatku w kraju Egona Olsena, dojrzewało nowe, niebywale ekstremalne, grindcorowe monstrum – DEAD INSTRUMENT.

Powstało w 2007 roku, kiedy poprzednia bestia o imieniu Stalk Of Death wyzionęła ducha. Po włączeniu do jego składu Sebastiana, rozpoczęły się próby zakończone rejestracją 12-calowej EP-ki „Maksimal Destruktion” opublikowanej w grudniu 2008 roku. Kolejne wydawnictwo zostało zarejestrowane w 2010 roku, jednak nikt (sic!) nie czuł potrzeby jego wydania, póki nie pojawiło się zaprzyjaźnione Raw Birth Records, za którego sprawą pełnometrażowy album „Violent Death” trafił w końcu – w czerwcu 2013 r. – na rynek. Nieco wcześniej, bo wiosną 2013 roku, muzycy już zarejestrowali kolejne kompozycje, które finalnie trafią na arcyciekawą i najlepszą (przynajmniej w zeszłym roku) EP-kę w swoim gatunku – „See through Negative”.

Krążek trafił na rynek w styczniu 2014, niszcząc swoim skomasowanym i nieprzerwanym atakiem decybeli każdego, który stanie na drodze jego dźwiękom. Założyłem więc hełmofon i włączyłem odtwarzacz. Ocknąłem się niedługo potem na przeciwległej ścianie, z osłupieniem patrząc na resztki sprzętów i zwierząt domowych rozprasowanych wokół mnie.

Dead Instrument fotoTen niebezpieczny dla zdrowia tajfun akustycznego napalmu, wybucha już na samym początku krążka i rozlewa się po trzewiach mózgowych, oczyszczając je do gołej tkanki. Atakuje nieustannie ścianą decybeli, stworzoną przez średnio przesterowaną gitarę, zmetalizowany bas i szybkostrzelne bębny. Większość utworów rozpoczyna króciutka przygrywka, pozwalająca – dosadniej i dobitniej – uderzyć nutami w oszołomionego słuchacza, złamać jego wolę, pozbawić tchu, czyli sponiewierać.

To jednak wcale nie oznacza, że wspomniana ściana nie ma w sobie wyłomów i szpar, bo niemal w każdym numerze znajdzie się właśnie takie miejsce, które pozwoli na wzięcie oddechu czy nawet odetchnięcie.

Ponadto przez te całe 8 minut bombardowania falami towarzyszy mi melodia, tak, melodia! Są nawet 3 utwory, w których ta melodia – użyta w okolicy lub w centrum refrenu – niesamowicie podkręca (jeszcze) tempo tych kompozycji. Dla takich aranżacji i takiego ich wprowadzenia w drgania, przy pomocy instrumentarium, warto jest żyć.

Aaa, zapomniałbym o Jacobie, którego wokalna kanonada wrzasków i szczekań doskonale pasuje do tego całego, niemal kakofonicznego brzmienia instrumentarium, przy okazji drażniąc moje wrażliwe zmysły krótkimi opowieściami pełnymi polityczno-społeczno-ekonomicznych obrazów systemowej przemocy. Co ciekawe, to że ten jego narastający z sekundy na sekundę brutalny słowotok (od 0:11, a potem od 0:31) w „Descend by double Helix” przypomina mi trochę Glena Bentona w „Dead by Dawn” z debiutanckiego albumu Deicide, a może coś bredzę?

Gatunek: Grindcore

Reszta: 8 numerów/ 8 minut; produkcja: dobra

Demands - Self Inductance MCDEMANDS (US) – Self Inductance MC

Pochodzenie: USA/ Waszyngton, D.C.

Skład: kwartet/ Daniel Paulson (voc.), James Doubek (g., voc.), Brendan (b.), Augusto „Gu” Pagliarini (dr.)

Dyskografia: Demo „Piss on your Wounds”MC

W skrócie: Ta niesamowicie kapitalna hardcorowa kapela została stworzona przez Daniela latem 2011 roku, kiedy opuścił szeregi Skin Failure. Zaprosił do współpracy Jamesa, bo akurat jego bend The Guilt odwalił kitę, zaś resztę składu dopełnił Lennon (bębny) i Alex (bas).

Ich pierwszy wspólny koncert miał miejsce w marcu 2012, a w parę miesięcy później DEMANDS zarejestrowało demo. Wydaje mi się, że na perkusji grał wtedy jeszcze Lennon, bo jego stolec przejął Gu dopiero we wrześniu (a demo wyszło w sierpniu), zapewniając, że potrafi grać bardzo szybko, w dodatku często korzystając z d-beatcia.

Latem następnego roku kapela rejestruje swój nowy materiał, a wkrótce potem jej szeregi opuszcza Alex. Jego miejsce zajmuje Brendan, z którym chłopaki grają coraz więcej weekendowych sztuk, szlifując umiejętności i przygotowując się do promocji kasety.

Premiera „Self Inductance” ma miejsce w marcu 2014 roku, stając się z miejsca jedną z moich najlepszych i ulubionych wydawnictw zeszłego roku.

Od czego by tu więc zacząć?

Może od produkcji, która w tym przypadku w bardzo dużym procencie odpowiada za bardzo wysoką notę, jaką otrzymała ode mnie ta rejestracja. A podobno miała ona miejsce w kilku różnych piwnicach?

Demands foto 1Stoją za tym kumple muzyków – Lennon Luks i Carni Klirs – których zaangażowanie i wyczucie spowodowały, że wszystkie utwory brzmią klarownie, a instrumenty – czytelnie. Spośród nich wyciągnęli na przód gitarę, której nieirytujący przester wypełnia większość przestrzeni, w jakiej rozpychają się dźwięki, co nie oznacza, że reszta instrumentarium kisi się gdzieś zepchnięta w kąt. Nieco bombastyczny bas doskonale podbija brzmienie wiosła, jednocześnie samemu będąc czytelnym i znajdując miejsca, w których wychyla się na pierwszy plan. Podstawę tej całej strunowej nadbudowy stanowią bębny, których bardzo szybkie bicie od początku do końca nakręca to najszybsze, a moje ulubione, tempo.

A gdzie wokal? Jest, jest. Silny i wrzaskliwy, ale nie dominujący, zawsze ma swoje miejsce na froncie i swoją siłą określa nastrój słów, którymi wali po pyskach otoczenie.

Wszystkie utwory, poza ostatnim, nie dociągają do dwóch minut, więc jasne jest, że ich tempo jest szalone. Umiejętnie powtarzane motywy bardzo rzadko są rozbijane zwolnieniami („Oryx”), bo muzycy wolą raczej dodatkowo nakręcić tempo akcentami na bębnach i gitarze („Uprooted”) lub rozpędzić je gitarą przed samym końcem („No Lifebotas”). Jest nawet raz miejsce na dłuższą, bo półminutową, solówkę.

Ostatni numer „I wish I could help You” możnaby nazwać balladą, gdyby po 50 sekundach gitara nie dała takiego czadu, że mało mi kapcie nie spadły, a potem jeszcze ten gitarowy pasaż, dublowany po kolejnych 18-tu sekundach, a trwający bez przerwy do samego końca.

Okładka wydawnictwa jest nieco dziwaczna, ale cóż, przy tak wspaniałej słowno-muzycznej zawartości, takie artystyczne fanaberie można wybaczyć.

Aha, jeszcze coś (rany, ile można pisać o 8-iu minutach muzyki?), co mi się skojarzyło, słuchając utworu „Onyx”. Nie wiem, dla kogo będzie to pochwałą, ale główny muzyczny motyw tego numeru (znaczy nie refren) kojarzy mi się z naszym Proletaryatem i nagraniami z ich najlepszego „czerwonego” albumu (1991).

Gatunek: Hardcore

Reszta: 5 numerów/ 8 minut; produkcja: bardzo dobra

Dick Nixon And The Pentagrams - Rock and Roll MCDICK NIXON & THE PENTAGRAMS (US) – Rock and Roll MC

Pochodzenie: USA/ Crow Point, Indiana

Skład: tercet/ Miles Angerman (voc.), Noah Atkinson (dr.), Troy Atkinson (g.)

Dyskografia: „No more Bullshit”MC, Split w/ABC Gum

W skrócie: To kolejny bardzo interesujący bend, udanie łączący surowość z ekstremą. Powstał latem 2011 roku z inicjatywy braci Atkinson, którzy mniej więcej w tym samym czasie założyli również death metalowy Angel Grave.

Do braci dołączył Babe Woodwards, basista z grunge-punkowego Narcosis, oraz Miles.

W tym zestawieniu chłopaki zagrali 29-ego października swój pierwszy koncert, a wkrótce potem zaczęli systematycznie, acz powoli, rejestrować swoje pierwsze utwory, z których 6 stworzyło demo „No more Bullshit”, dostępne od połowy listopada 2012 r. na kasecie.

Dick Nixon And The Pentagrams fotoPotem musiał minąć kolejny rok – podczas którego bend zgubił basistę – by trzej muzycy byli gotowi do rejestracji nowego materiału. W ten sposób powstał rewelacyjny „Rock and Roll”, którego 6 kawałków było gotowych do ściągnięcia – a potem na kasecie do kupienia – od stycznia 2014 r.

Trzymając się hasła „Mniej techniki – więcej dynamiki” ten materiał brzmi surowo i przez to bardzo krwisto i mięsnie.

Wszystkie instrumenty są czytelne, choć wolałbym, by gitara była bardziej z przodu. Dzięki temu bębny stały się motorem napędowym całości, no i dobrze, bo Noah kapitalnie ich dosiada, podkreślając wysmakowane aranżacje, akcentując zmiany tempa, zwolnienia i czadowe partie.

Żaden numer nie jest tu zagrany prosto, w myśl innego hasła „3 akordy – darcie mordy”, bo w każdym coś się dzieje; fakt, nic mnie dokumentnie nie przygniata, nic mnie nie wgniata w podłogę, ale z kolei często oszołamia mnie niebywale agresywny zryw i wybuch dźwięków, których moc tym silniej się odczuwa im wolniejsze i bardziej klarowne jest brzmienie fraz i motywów tuż przed nim.
Po raz kolejny okazuje się, że mając talent, to ograniczoność środków i instrumentarium wcale nie przeszkadza i nie zuboża artystycznej twórczości, ale wyzwala jeszcze mocniejsze i intrygujące emocje, które układają się w niecodzienne i oryginalne treści. I tak jest w przypadku tego bendu.

Żadne brzmienie nie jest tu sztucznie nadmiernie przesterowane, w muzyce więc świetnie słychać naturalność bębnów, blach; gitara mieli po swojemu akordy nie irytując zniekształceniem, a wokal, prawie hardcorowy, pobudza swoim dość matowym i wrzaskliwym, ale naturalnym, tembrem.

Okładka – podobnie jak muzyka – również jest surowa, ale nie odbiega od kanonu, wypracowanego przez brzmienie pv.

Gatunek: Powerviolence

Reszta: 6 numerów/ 6 minut; produkcja: dobra

Gas Rag - Beats off 12EPGAS RAG (US) – Beats off 12”EP

Pochodzenie: USA/ Chicago, Illinois

Skład: kwartet/ Harry Gas (g.), Young August James (dr.), Corey (b.), Zach (voc.)

Dyskografia: Demo 2013, „Human Rights”EP, „On the Beach”EP

W skrócie: Jest wreszcie duży format, na którym można zobaczyć i usłyszeć – w pełnej krasie – ten utalentowany kwartet, kapitalnie łączący dwa z moich ulubionych gatunków: czadowy hardcore i crust. Duży format nie oznacza jednak – mimo 11 kompozycji – długiego formatu.

GAS RAG zostało założone w 2009 r. przez gitarzystę Harrego Gasa, znanego z formacji Poor Choice,, jednak przez długi czas pozostawało w fazie ubocznego projektu, w którego ramach uczestniczyli również Young i Corey. W 2011 roku pojawił się w ich szeregach Colin, jednak szybko zdezerterował, ustępując miejsca za mikrofonem Zachowi, członkowi kilku kapel, w tym Police Line, Nuclear Family i Acid Reflux.

Gas Rag fotoJesienią 2012 r. muzycy dokonali wreszcie pierwszej rejestracji, która stała się debiutanckim demo. Od tego momentu coś wstąpiło w muzyków, którzy – zdawało mi się – nie bardzo wiązali dotąd swe losy z GAS RAG. Coraz częstsze koncerty, nowe pomysły, nowe kompozycje i rejestracje.

Wszystkiego robiło się coraz więcej, dlatego na kolejne wydawnictwo nie trzeba było już zbyt długo czekać. I nim demo trafiło do obiegu w połowie lutego 2013, w grudniu poprzedniego roku został nagrany nowy materiał.

Jego premiera – „Human Rights”EP – miała miejsce w październiku 2013, kiedy już wcześniej (w sierpniu) była zarejestrowana kolejna porcja utworów.

Znowu w tej samej piwnicy Niko Zeglarasa, i dobrze, bo to zapewne dzięki atmosferze w niej panującej bend ma tak szalone, agresywne i surowawe brzmienie, którego w dodatku z wydawnictwa na wydawnictwo nie zmienia.

Wszystko na tym krążku rusza z miejsca natychmiast (on sam też, został bowiem wytłoczony na prędkość 45obr./min.), osiągając najwyższe rejestry i dotyczy to zarówno instrumentarium, jak i wokalu. Dźwięki wystrzeliwują jednocześnie, jak śrut z naboju, dotkliwie raniąc nie tylko mój własny tyłek, ale i zmysły. Aranżacje nie są bardzo skomplikowane, choć w tej ścianie akustycznych drgań, chłopaki zawsze znajdą miejsce, w którym można by coś przemycić, jakiś akcent na bębnach czy palcówkę na basie, a szczególnie solówkę. A trzeba to umieć zrobić perfekcyjnie szybko i ze smakiem, bo tempo cały czas jest czadowe. Tylko połączenie bębnowego d-beatcia z szaleńczym galopem hardcorowej gitary – której barwa nie została nazbyt mocno zniekształcona – może dać tak piorunująco ekstremalny efekt, jaki uzyskał ten amerykański kwartet.

Jakie to szczęście, że eksplozja punk rocka (w II poł. lat 70.) wykreowała kilka lat później takie bestie, jak Poison Idea i Discharge. Bez ich twórczości trudno byłoby stworzyć, po latach, tak zabijający koktajl, jaki jest dziełem GAS RAG.

Niemal wszystkie numery (poza ostatnim) trwają od 0:40 do 1:05, więc trzeba dużych umiejętności – a niekoniecznie tylko usunięcia przerw między utworami – by przykuć uwagę słuchacza i tak zawładnąć jego zmysłami, by po drugim, szóstym czy dziesiątym słuchaniu nie był w stanie wybrać najlepszej kompozycji spośród 11-tu, bo każda ciągle będzie tą najlepszą. Mnie do tej pory też nie udało się tego dokonać. Nawet ten „najwolniejszy” kawałek („Mass Grave”) kręci mnie w nosie i podbija puls.

Tymczasem los pokazał wszystkim palec i skazał GAS RAG na wypalenie się nim wszyscy zdążyli nacieszyć nim oczy i uszy. Bowiem jesienią 2014 r. kwartet rozpadł się, pozostawiając po sobie jeszcze kilka nagrań, które trafiły na pożegnalną EP-kę „On the Beach” dostępną w fizycznej formie od początku tego roku.

Tak kończą prawdziwi artyści, ich talent wybucha i wypala się nim zostanie należycie doceniony. A może to właśnie ten wzrost zainteresowania, rozmnażający liczbę fanów, rozdmuchiwany recenzjami w mediach, powoduje najszybsze wypalanie się geniuszu, którego nie potrafią dawkować światu po trochu, rozważnie…

Gatunek: Hardcore + crust

Reszta: 11 numerów/ 10 minut; produkcja: bardzo dobra

Higgs Boson - split w Lovgun EPHIGGS BOSON (NOR) – split w/ Lovgun EP

Pochodzenie: Norwegia/ Oslo

Skład: kwartet/ Kristian (g., voc.), Fredrik (dr.), Kaneyn (voc.), Kim Otto (b.)

Dyskografia: „Higgs Boson”eEP, „Unreleased” eCD

W skrócie: Brzmienie powerviolence staje się coraz bardziej dojrzałe i zróżnicowane, co oczywiście nie oznacza, że zmieni to jego podstawy, do których zaliczam dźwiękowy chaos, czadowe tempo, porąbane aranżacje, wokalowy wrzask i treściowy humor.

Dlatego następnym, wartym wyróżnienia, reprezentantem tej fali ekstremy jest norweski kwartet, założony w 2012 roku przez Kristiana, Fredrika, Kaneyna i Kima. Już w czerwcu 2013 r. zadebiutowali doskonałą EP-ką, by niecały rok później – w marcu 2014 – opublikować 10 nowych kawałków, najdojrzalszych ze wszystkich dotąd.

Higgs Boson fotoUnikam wyróżniania splitów, bo wtedy należałoby napisać o innych uczestnikach tego fonograficznego zbioru, a często sąsiedzi moich ulubieńców nie trafiają mi do gustu, jak oni. Ale tu muszę tak zrobić, bo nie można w zestawieniu pominąć tych norweskich badaczy cząsteczek ekstremalnej energii, jaką kreują swoją twórczą miazgą. Szczególnie, że opublikowany później zbiór „Unreleased” nie sięga splitowi nawet do slipek.

A że przy słuchaniu tych nowych kawałków nie tylko kopara opada, to fakt. Czad, jaki bucha z wnętrza kolumn, po włączeniu tego splitu ciągle przyprawia mnie o zawrót głowy. Oczywiście najpierw jest krótkie intro, co prawda krwawe i wulgarne, ale przecież to tylko intro, po którym jest miejsce na jeszcze krótszą autoprezentację… no i zaczyna się.

Pisałem krótki, krótszy, a żaden z utworów nie dociąga nawet do minuty. Więc kiedy wszystko wokół mnie rozpada się na cząsteczki, emanując pierońskim hałasem, nie jestem w stanie utrzymać zmysłów na wodzy i dostaję pierdolca. Młócka, to jedna wielka młócka, rzucam więc głową i członkami naokoło – starając się dogonić uciekający rytm – jakbym brał udział w mistrzostwach w tańcu świętego Wita.

Przygrywki, nakręcania i zgniatania tempa przewalają się, jak tornado, przez pięciolinię, uwalniając tumult radioaktywnego pyłu, powodującego kaszel i krótkie zatrzymanie akcji serca utworu. W tych pięciu minutach tyle się dzieje, ludzie, to niesamowite, do tego te kapitalne intra, pełne szpil i humoru drapieżne teksty, no i jeszcze te prześmieszne pseudonaukowe outro.

Żeby tak grać, żeby tak komponować, to trzeba mieć talent, którego ja nie mam, ale dzięki takim kapelom, dzięki takiej ich muzyce, czuję się trochę – puszczając ten split na okrągło – jakbym był jego częścią, jego współtwórcą.

Czego i Wam życzę!

Gatunek: Powerviolence + fastcore

Reszta: 10 numerów/ 5 minut; produkcja: średnia

Iron Reagan - Spoiled Identity EPIRON REAGAN (US) – Spoiled Identity flexi EP

Pochodzenie: USA/ Richmond, Virginia

Skład: kwintet/ Tony Foresta (voc.), Ryan Parrish (dr.), Landphill Hall (g.), Rob Skotis (b.), Mark Bronzino (g.)

Dyskografia: Demo 12”EP, „Worse than Dead”12”EP, Split w/ Exhumed 12”EP, „The Tyranny of Will”CD

W skrócie: I znowu się okazuje, że umiejętne łączenie różnych, ale szybkich w tempach, gatunków przynosi doskonałe rezultaty. A taką mieszankę na pewno tworzy thrash metal z hardcorem. Jednak nie mówię tu o crossover; tworze, który był czymś o wiele mniej energetycznym, niż to, co powinno z takiej fuzji wyjść. Ale do rzeczy…

Tego mariażu stylów próbował w połowie lat 80-ych Anthrax, Exodus i Nuclear Assault, ale nie bardzo lubili hardcora i nie udało się, natomiast kiedy zabrało się do tego nowojorskie S.O.D., to dopiero wtedy ten gatunkowy koktajl przypadł mi do smaku. Po latach tę recepturę odnalazł IRON REAGAN i zaczął pichcić.

Ten kwintet master szefów – założony w 2011 roku – utworzyli dwaj muzycy formacji Municipal Waste – Tony Foresta i Phil Hall – oraz dwaj byli członkowie kapeli Darkest Hour – Ryan Parrisha i Paul Burnette.

Iron Reagan fotoKilka miesięcy później, w styczniu 2012 roku, było już gotowe 4-utworowe demo, które w listopadzie pojawiło się na rynku w postaci jednostronnej płyty 12”EP. Format się przyjął, dlatego debiutancki album „Worse than Dead”, wydany w marcu 2013 r., trafił na rynek jako 12”EP. Jego recenzje były entuzjastyczne i na kapelę zwróciły się oczy tysięcy fanów metalu i hardcora. Od tego momentu datuje się również bliższa znajomość bendu z Decibel Magazinem, który potem będzie prezentował pojedyncze nagrania chłopaków, a nawet…

Koncertów zrobiło się dużo więcej, tak dużo, że ciągłość działania Municipal Waste stanęła pod znakiem zapytania. W szeregach bendu zrobiło się zamieszanie, trzeba było dokonać cięć i zmian. Wkrótce potem świat ujrzał Toniego w otoczeniu czterech muzyków, z których dwóch było zupełnie niepodobnych do Paula, którego już tam nie było.

Zarejestrowano nowe numery, które w styczniu 2014 r. trafiły na split, a kolejne stworzyły flexi EP „Spoiled Identity”, dodane do kwietniowego numeru Decibel Magazine.

Najdłuższym numerem (1:05) jest tytułowy, dzielący sesję w połowie. Ale zarówno pierwsza, jak i druga część przynosi taki sam – oszalały w prędkościach – wyścig różnorakich, ale doskonale zlepionych ze sobą, temp.

Całość, dzięki bardzo dobrej produkcji, jest przyjazna dla odbiorcy, przez co można jej słuchać na okrągło bez cienia irytacji. Zresztą, kogo można zirytować w ciągu 5 minut czasu, wypełnionego po brzegi świetnie zaaranżowanymi kawałkami, których tempa i rytmy zmieniają się, jak w kalejdoskopie.

Tylko idiota mógłby twierdzić, że w tej muzyce nie ma pasji, że w kilkadziesiąt sekund nie można jasno wyrazić wściekłości na otaczającą rzeczywistość, że nie da się tu znaleźć miejsca na standardową, prostą przygrywkę, rozbrykane rozwinięcie i huczne zakończenie.

Dwie gitary, z uczepionym u ich gryfów basem, nawijają niebywale sprawnie każdy wymyślony rytm, cały czas myśląc o tym, jakby tu jeszcze coś urozmaicić, zaskoczyć jakimś akordem czy riffem. Czasem odnoszę nawet wrażenie, że gitarzyści się przekomarzają, a basista przebiera palcami z otwartą gębą, spodziewając się zaraz jakiejś nieplanowej zagrywki.

Natomiast perkusję słyszę, jak sprawnie działający motor, którego cylindryczne bębny wchłaniają w siebie każdą ilość paliwa i, niezależnie od dawki, przekładają to na wielorakie, choć zawsze szybkie tempa.

Wiosła chcą czadu, to perkusja dodaje gazu, raz z wyczuciem i coraz szybszym suwem, a innym razem – pełną przepustnicą, dusząc pedał stopy na maksa.

Do tego wszystko spowijają coraz gęstsze kłęby spalinowych cięć blach i akcentów. Ale jazda, co?!

No, a gdzie kierowca? Jest, jest, cały czas kontroluje tę niebezpieczną jazdę, co rusz wychylając się przez okno i ubliżając i wygrażając słownie przebiegającej przed maską rzeczywistości.

Co prawda okładka tego krążka nie jest już tak rewelacyjna, jak poprzedniego albumu, choć nadal tchnie „miłością” do prezydenta Reagana i jego rządu, że o żonie nie wspomnę.

A jeśli ktoś myśli, że zapomniałem o najnowszym, pełnym albumie kapeli – „The Tyranny of Will” – to niech wstrzyma swojego konia, słyszałem go nie raz, ale moim zdaniem nie zasługuje na wyróżnienie, jak EP-ka „Spiled Identity”.

Gatunek: Hardcore + thrash metal + fastcore

Reszta: 13 numerów/ 5 minut; produkcja: dobra

LaResistencia - Sin Fronteras EPLARESISTENCIA (US) – Sin Fronteras EP

Pochodzenie: USA/ Los Angeles, Kalifornia

Skład: septet/ Luis (voc.), Jorge (g.), Claudio (sax), Jose (tro.), Eddie (tr.), Clemente (dr.), Miguel (g.)

Dyskografia: „Libertad de Expresion”LP

W skrócie: Zawsze pociągało mnie brzmienie ska, szczególnie ze względu na skoczny rytm i sekcję dętą, jednak zawsze – grzebiąc, z roku na rok, w muzycznych archiwach – szukałem jakiegoś wykonawcy, który by połączył te wymienione zalety z bardziej ekstremalnymi tonami i rytmami.

Stało się to w II połowie latach 90., kiedy pojawiło się brzmienie „crack rock steady”, świetnie łączące ska z hardcore punkiem, choć dodatek reggae w tej mieszance nie bardzo mnie cieszył.
Kiedy na początku tego wieku wydawało mi się, że coraz mniej się w tym gatunku dzieje, co by mnie interesowało, przestałem śledzić jego reprezentantów.

I tylko dzięki Internetowi udało mi się wpaść na ten bend, który podobno istnieje już od 2000 roku. Tyle że bardzo trudno dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Na stronach serwisów można znaleźć masę ich zdjęć z koncertów, które dają, ale niewiele ponad to. Wiadomo, że w 2011 r. wydali długogrającą płytę, ale większość faktów – jeśli jest – ginie gdzieś ukryta w mrokach. Czy wiąże się to z faktem, że używają niemal takiej samej nazwy, jaką nosi hiszpański, punkowy bend La Resistencia, istniejący od 1984 roku? W dodatku też śpiewający po hiszpańsku i używający dęciaków?
Może, eee, ale co tam.

LaResistencia foto 2Najważniejsze, że trafiłem na ich najnowszy krążek, którego zawartość bardzo mnie poruszyła. Każdy z umieszczonych tam utworów ma bowiem w sobie ogień, który szybko rozpala we mnie chęć pląsania i skakania po pokoju. Intrygujące aranżacje od razu rzucają się na uszy, zwracając uwagę szczególnie sekcją dętą, w tym saksofonem, puzonem i trąbką (a na koncertach chyba jest ich więcej), których brzmienie bardzo wysoko sobie cenię.

Połączenie punka czy nowej fali z saksofonem to normalka. Dołączenie saksofonu do grindcora (jak to uczyniło Naked City) to nowatorstwo, a włączenie brzmienia trąbki do hardcore punka to coś wspaniałego, więc kiedy usłyszałem tę kapelę, z miejsca oszalałem.

A co najdziwniejsze to, że ze wszystkich numerów najbardziej podoba mi się… instrumentalny „Ruido Callejero”. W tym utworze dęciaki po prostu prowadzą ze sobą akustyczną wojnę, ścigają się tempami, ścierają się nutami i wypychają z pięciolinii. Jakby to można było usłyszeć na żywca…

We wszystkich utworach przeważają szybkie tempa, smacznie rozdzielane zwolnieniami, a nawet pauzami. Najszybsze z nich to „Proteger y Reprimir” (choć tylko do połowy, bo potem pałeczkę dyrygenta w całości przejmuje ska) i „Contra Ataque”, w którym dęciaki cały czas towarzyszą reszcie instrumentów, próbując je buntować (od 1:06 i 1:32), co kończy się tylko płynnym i melodyjnym refrenem, jednak potem (od 2:00) o mało co nie dochodzi jednak do rewolucji. A w rozpoczynającym płytkę „Nadie Escucha” kapitalnie został rozwiązany… eee, przestań już ględzić, tego trzeba posłuchać!

No dobrze, dodam tylko jeszcze, że co do produkcji to nie jest ona jednorodna, bo pierwsze 3 numery brzmią pełniej niż następne dwa, a ostatni lepiej niż te poprzednie, ale to drobiazg.

Gatunek: Skacore + crack rock steady

Reszta: 6 numerów/ 22 minuty; produkcja: bardzo dobra/ dobra

Miserable Failure - Hope EPMISERABLE FAILURE (FRA) – Hope EP

Pochodzenie: Francja/ Marsylia

Skład: kwartet/ Bleu (voc.), Rom „Maldito” Sanchez (g., voc.), Mélanie Sugin (b.), Elvis Jagger Abdul Jabbar (dr.)

Dyskografia: Split „Miserable Fucking Society”CD, Split „Monsters! – Maintain the Quarantine”CD, Split w/ Atara CD

W skrócie: Francuska scena ekstremalna staje się z roku na rok coraz mocniejsza i coraz bardziej interesująca, na co dowodem niech będzie ten bend. Powstał w 2012 roku z inicjatywy wokalisty Bleua oraz multiinstrumentalisty Roma Sancheza.

Już w następnym roku pojawił się split „Miserable fucking Society”, na którym znalazło się 5 numerów, w których rejestracji wzięli udział: John Culbuto (bas) i Elvis Jaggar Abdul Jabbar (bębny).
Debiut Francuzów był tak mocny, że niemal cały europejski underground zatrząsł się, skupiając na nich zainteresowanie mediów i fanów. Nic więc dziwnego, że już w 2014 roku wszyscy fascynacji ekstremy czekali, przestępując z nogi na nogę, by nie przegapić momentu premiery ich kolejnego wydawnictwa. A zeszły rok okazał się być w te nowe krążki bardzo bogaty, i tak najpierw pojawił się 4-utworowy „Hope” (nagrany z udziałem basistki Melanie Sugin) oraz następnie dwa splity: album „Monsters!” (5 numerów zapisanych znowu z Johnem) oraz „Hang them”CD (8 kawałków zarejestrowanych ponownie z Melanie).

Choć wszystkie trzy są nieprawdopodobnie agresywne i brutalne, to przecież nie będę Wam pisał o wszystkich. Wspominałem, że unikam oceniania splitów, więc zajmę się EP-ką, ale wrażenia, jakie opiszę, możecie spokojnie odnieść również i do tamtych.

Miserable Failure foto 2Krążek rozpoczyna, przygrywka, po której – w przestrzeni pięciolinii – rozpętuje się muzyczne piekło, które pochłania i pożera – z utworu na utwór – coraz więcej powietrza, którym oddycham. Stosy ciężkich od złości i agresji nut zwalają się na mnie, odcinając możliwość ucieczki z pokoju.

Mimo że aranżacje nie są w całości napakowane ekstremalnie szybkimi tempami, to wcale nie znaczy, że sporadyczne wyhamowania pędu i króciutkie oddechy przynoszą ulgę. Czad bowiem unosi się cały czas na, coraz bardziej kurczącej się, przestrzeni, jaka mi jeszcze została.

Do tego jeszcze te refreny, kiedy wszystkie instrumenty – łącznie z wokalem – wdeptują gaz do dechy, rozwalając wszystko wokół swoją skomasowaną, energetyczną wściekłością.

Trzeba tu też koniecznie zwrócić uwagę na współpracę dwóch wokali, z których główny jest niebywale ostry, wrzaskliwy, a nawet czasem irytujący, kiedy drugi – w stylu growla – włącza się do gry rzadziej, ale wtedy doskonale uzupełnia i wzmacnia agresję tego pierwszego. Oba natomiast łączą swym rykiem wszystkie jadowite muzyczne smaki, tworzone przez instrumenty, niebywale podgrzewając – i tak już gotującą się od szalonego gniewu – atmosferę.

Dziennikarze często w wywiadach zarzucają kapeli szerzenie pesymizmu i nurzanie się w depresji – i nie chodzi tylko o samą nazwę grupy – jednak Rom i Bleu trafnie ripostują, że tak właśnie wygląda obecnie życie w tym „nowoczesnym” świecie i społeczeństwie. Pełne rozczarowań, pozbawione zwyczajnych, ludzkich odruchów i relacji, nastawione na ciągłą walkę, by wspiąć się wyżej za wszelką cenę, nawet po trupach. Więc, co pozostaje tym wrażliwym, skromnym, czyli słabszym… Spójrzcie na okładkę EP-ki. Jasne?

Gatunek: Grindcore

Reszta: 4 numery/ 4 minuty; produkcja: dobra

My Sweet Kalashnikov - All You can eat EPCDMY SWEET KALASHNIKOV (ITA) – All You can eat EPCD

Pochodzenie: Włochy/ Pesaro

Skład: one-man band/ Filippo Uguzzioni

Dyskografia: „Disco Rumore”EP, „Kamikaze Rock’n Roll Suicide”EP, „My two Cents”7”, „Leben und lügen für Satan”7”, „Schlagercore”7”, „My Remixes”CD, „The Worst of”CD

W skrócie: W połowie lat 90. marzyło mi się, żeby brytyjskie The Prodigy w swoich eksperymentach na brzmieniu breakbeat odkryło jego ekstremalne zakamarki, ale niestety, nie. Dopiero dzięki internetowi trafiłem – w zeszłym roku – na projekt, który ziścił te moje marzenia sprzed lat.

Stworzył go włoski kultywator śmierci i wielbiciel horroru i czarnego humoru – Filippo – na początku tego wieku. Od tamtego czasu wykreował wiele różnych prac – także pod nazwami Spectacular Optical, 16 Bit Kiss i Tammy Does Tokyo – wykorzystując do tego kolejne wcielenie breakbeatu – breakcore – któremu nadał dodatkowo jeszcze wiele ekstremalnych cech.
Najnowsza EP-ka jest tego dowodem i pokazuje, jak nieznanymi i pokrętnymi – dla mnie – drogami kieruje się geniusz tego artysty.

Każdy z pięciu numerów, które znalazły się na jego najnowszym krążku – rozpoczyna intro wzięte z horrorów i filmów sci-fi, przygotowując moje nadwerężone – death metalem, grindcorem i hardcorem – zmysły na nadejście czegoś równie potwornego, co niezbadanego.

My Sweet Kalashnikov foto wyseparowanyFilippo, jak obcy przybysz, wypala sonicznym laserem pięciolinię każdego z utworów, wypełniając to miejsce konglomeratem zapętlonych ekstremalnie brutalnych dźwięków, których częstotliwości bywają bardzo różne, nie do końca wychwytywane przez moje ucho. Szaleńcze tempa, jakich nadaje nowym dźwiękom, których przesadna ciężkość – w jednym miejscu – często kłóci się – w drugim – z ich przeraźliwą ostrością. Podobnie ma się sprawa z wokalami, których słyszę trzy rodzaje, niski i brutalny gulgot, średni growl oraz wyższy wrzask.

Aranżacja każdego z utworów wymyka się schematowi, jakie spotykam w innych gatunkach, dzięki czemu każda minuta – z tych dwunastu – nie dłuży się ani przez moment.

Tło w wielu miejscach wypełniają zapętlone głosy, szumy i kosmiczne dźwięki, potęgujące wrażenie bycia teleportowanym do świata przyszłości, równie brutalnego i okropnego, co dzisiejszy.
Natomiast okładka wydawnictwa, przeciwnie, ściąga zmysły na Ziemię, a nawet pod ziemię, skąd wydostają się w postaci zombiesów.

Gatunek: Breakcore + death metal + cybergore

Reszta: 5 numerów/ 12 minut; produkcja: bardzo dobra

Parasit - Bag of Enemies EPPARASIT (SWE) – Bag of Enemies EP

Pochodzenie: Szwecja/ Sztokholm, Avesta

Skład: sekstet/ Pjär Karlman (voc.), Lort-Simon Frid (voc.), Michael „Gunko” Gunnarsson (g., voc.), Kenneth „KK” Wiklund (g.), Rikard Olsson (b., voc.), Johan “Jonken”Jansson (dr.)

Dyskografia: „Välj din egen Bödel”LP

W skrócie: Szwedzi od dziesiątek lat potrafili grać crust, a nawet wydaje mi się, że robili to najlepiej ze wszystkich kapel na świecie.

Jednak, wraz z rozpadem grupy Uncurbed, przestałbym na to liczyć, gdyby nie PARASIT. Kiedy przekopałem się przez jego biografię, wszystko zrozumiałem, a potem się zasmuciłem. Ale po kolei…
Tę kapelę założyło – w grudniu 2010 roku – trzech byłych członków Uncurbed: Michael, Kenneth i Johan. Najbardziej utytułowany i doświadczony spośród nich jest Johan, który gra(ł) z wieloma bendami, głównie death metalowymi i grindowymi, żeby wymienić Regurgitate, Entombed A.D., Centinex czy Demonical.

Wkrótce potem – do wspomnianej trójki – dołączył basista i dwóch wokalistów, przy czym Simon cały czas był (i jest) frontmanem grindcorowego Infanticide. Już pod koniec 2011 roku muzycy zamierzali zarejestrować płytę, ale to nie wyszło. Dopiero w I poł. maja 2012 roku zespół wszedł do studia, w którym zapisał 20 kompozycji. Nim jednak doszło do wydania debiutanckiego longa, minął prawie rok, a pod koniec 2012 r. Kenneth musiał opuścić szeregi bendu, w skutek urazu dłoni i palców.

Parasit fotoJego miejsce zajął Rikard – przekazując bas Danielowi Sandelinowi – który jednak już październiku 2013 r. odszedł, bardziej zainteresowany współpracą z kapelą Gadget. Szczęśliwie Kenneth był już wtedy w dobrej formie i mógł wrócić do składu.

W marcu zeszłego roku na rynek trafiło drugie wydawnictwo kapeli, tym razem EP-ka. Zawiera pięć tradycyjnych crustowych kawałków, utrzymanych w szwedzkiej manierze, jednak oddalonej od twórczości Uncurbed.

I dobrze, bo najgorsze, co można zrobić, to grać dalej to samo, tylko pod nową nazwą.

W twórczości PARASIT znajdujemy więc obowiązkowe d-beatcie na bębnach, będące motorem napędowym każdego numeru. Jest czytelne i pełne akcentów i blastów blachami.
Wszystkie trzy gitary w locie nurkowym non-stop uwalniają wybuchowe ładunki decybeli, które po eksplozji pokrywają perkusyjny łomot dywanem wrzących od riffów i fraz dźwięków.
A ponad tym całym tumultem i zgiełkiem instrumentarium unoszą się odwieczne pretensje i celne zarzuty wykrzykiwane – na przemian – przez frontmanów.

Nie oszukujmy się, w tych nagraniach nie znajdziecie aranżacyjnych fajerwerków, ekstremalnych gitarowych przesterów i wściekłych wokali. To jest crust na wysokim poziomie, charakteryzujący się bardzo szybkim tempem, wpadającą w ucho melodią – nawet czasem jakąś solówką – oraz silnymi, czytelnymi, choć różnymi w tonacji, wokalami.

Dla niektórych to nic ciekawego, ale dla odwiecznego fana brzmienia crust – tak.

Wspominałem wcześniej o smutku, ano właśnie.

Okazuje się bowiem, że tych 5 kapitalnych nagrań, jakie znalazło się na tym nowym krążku pochodzi… z sesji na longplay z maja 2012 roku!

Wściekłem się i przesłuchałem jeszcze kilka razy album i ze zdziwieniem stwierdzam, że utwory na EP-ce nie mogą być odrzutami z tamtej sesji, bo są od nich lepsze!

Jednak to wstyd i oszukaństwo, promować krążek ze starymi kawałkami, jako nowy, więc jeśli się nie poprawią i zaraz nie wydadzą jakiegoś wydawnictwa z utworami nagranymi w tym roku, to sobie odmrożę uszy! Im na złość.

Gatunek: Crust

Reszta: 5 numerów/ 10 minut; produkcja: dobra

Paroxysmos - split w Doomed Again EPPAROXYSMOS (GRE) – split w/ Doomed Again EP

Pochodzenie: Grecja/ Ateny

Skład: one-man band/ Vangelis (voc., g., b., dr.)

Dyskografia: Demo „Χημικά Κατάλοιπα”, „Gods of Oblivion”EP

W skrótcie: Akurat dobrze, że ten grecki projekt wypadł w zestawieniu zaraz za Szwedami. Oba bendy przesycone są bowiem fascynacją brzmieniem crust, tyle że każdy z nich wyraża ją inaczej. Parasit kultywuje wieloletnie tradycje tego gatunku, zaś Vangelis wiąże go z innymi ekstremalnymi brzmieniami, jak thrash/ black/ speed metal lat 80., szukając w tej mieszance najbardziej brutalnego i agresywnego rozwiązania.

PAROXYSMOS było kontynuacją projektu Diseptic, który miał na swoim koncie split – wydany w 2008 roku – do spółki z singapurskim Wormrot (wtedy im się jeszcze nie śniło, że będą grindową, dalekowschodnią gwiazdą Earache Records). Parę lat później Vangelis zmienił nazwę projektu i nieco jego brzmienie, co słychać na demo z końca 2012 roku, którego zawartość muzyczna jest interesującym konglomeratem ekstremalnych tonów lat 80.: brytyjskiego crusta (choć pozbawionego d-beatcia) i black/ speed metalu oraz szwedzkiego crust metalu. Tych pięć kompozycji tworzących debiut – po latach – stało się kultowymi na greckiej scenie crust, co zostało należycie docenione w maju zeszłego roku, kiedy to „Χημικά Κατάλοιπα” zostało ponownie wydane – tym razem „na bogato”, w formacie LP – dodatkowo z sześcioma przeróbkami numerów różnych rodzimych formacji.

Paroxysmos logoKolejnym wydawnictwem Vangelisa była EP-ka, która pojawiła się na rynku we wrześniu 2013 roku. Brzmiała ciężko i brudno, ale miała w sobie jeszcze więcej agresji, a nawet brutalności, niż debiutanckie demo. Co prawda, tylko w „Lost in the Void” słychać d-beatcie, ale za to całość charakteryzują bardzo fajne aranżacje, w których znalazło się wreszcie miejsce na chórki i drugi wokal. Najbardziej ostrym i czadowym numerem jest „Religious Terrorism”, z którego melodyką trudno się rozstać, bo wpada w uchu i rozbija się jeszcze długo potem po mózgowej puszce odbiorcy.
Natomiast najbardziej znaczącym krokiem w rozwoju PAROXYSMOSa jest jego ostatnia sesja, która znalazła swoje miejsce – w maju 2014 r. – na splicie.

Te 3 utwory zostały wreszcie zarejestrowane i zagrane nie w pojedynkę, ale z Mariosem, który przejął od Vangelisa wszystkie wiosła.

Od razu słychać, że co cztery ręce to nie dwie. Obaj mogą skupić się na tych instrumentach i funkcjach, do których czują się stworzeni, co daje z miejsca co najmniej bardzo interesujący efekt.
2/3 numerów ma dzięki temu niesłyszane dotąd tempo i melodykę. Te dwa są bardzo szybkie w tempie, a przez nowoczesną aranżację, zgubiły sporo brzmienia lat 80., zastępując je szwedzkim crust metalem, a nawet jego wersją blackened crust.

Produkcja jest także zdecydowanie lepsza, czystsza, klarowniejsza, a przez to bardziej ekstremalna. D-beatcie stało się także obowiązkowe.

Refreny są mocno akcentowane blachami, a linie melodyczne pełne są różnorakich temp, z których te najszybsze szczególnie zwracają na siebie moją uwagę. Gitary nie przygniatają zbytnim przesterem, ale za to jest ich na pięciolinii pełno, nie stronią nawet od solówek.

Najlepszym kawałkiem z tej sesji pozostaje „Στον κόσμο της σιωπής”, bo jest najszybszy, najbardziej wyrazisty w brzmieniu i w tempie – a poza tym – bierze w nim udział Antonis – drugi wokalista.

Bardzo jestem ciekaw kolejnego wydawnictwa tego bendu, bo dotychczasowy jego rozwój wskazuje na to, że będę miał wkrótce do czynienia z jeszcze bardziej dojrzałymi i mocniejsze tworami autorstwa Vangelisa, Mariosa i… zobaczymy.

Gatunek: Crust + thrash/ black/ speed metal

Reszta: 3 numery/ 6 minut; produkcja: dobra

Race Riot 59 - Menace to Society EPRACE RIOT 59 (US) – Menace to Society EP

Pochodzenie: USA/ Youngstown, Ohio

Skład: kwintet/ Samoan Rob (voc.), Steve Assault (b.), Jon Rabid (g.), Pounds (g.), Dusty (dr.)

Dyskografia: „Crew Life (Demo)”eEP, Split w/ Violent Offence MC, „Smash Nazis”eEP, , „Police Threat”eEP

W skrócie: To kolejna amerykańska, świetna kapela, która głosi bezprecedensową i bezwzględną walkę ze znienawidzonymi elementami obecnego systemu kapitalistycznego, w tym także z rasizmem, narkotykami i policją. Do tego celu używa werbalnej przemocy, której pełne są teksty jej utworów, wzmocnione i spotęgowane brzmieniem hardcore punk.

Kapela została założona w 2009 r. przez Samoana Roba i Steva Assaulta, członków formacji Crowd Deterrent, o której mówi się i pisze legendy.

A to, że przez lata przez skład bendu przewinęły się dziesiątki, jeśli nie setki, muzyków. A to, że kapela odwołała – lub jej odwołali – więcej koncertów niż zagrała w swej dotychczasowej historii. Że wiele osób podczas ich koncertów odniosło rany i że miejsca, w których grali pozostawiali zdemolowane.

Co jednak wynika z tych opowieści to, że wspomniani dwaj muzycy nie wylali dotąd całej żółci, jaka nagromadziła się w ich trzewiach mózgowych. Zresztą, patrząc na świat XXI wieku nie trudno zgadnąć, że jej produkcja tylko wzroście i dlatego ci muzycy, te ludzkie bomby zegarowe, szukają dodatkowego ujścia dla swojej wściekłości i frustracji, a jest nim głównie właśnie RACE RIOT 59 (a także Violent Offense i Urban Grave).

Race Riot 59 fotoPrzez 5 lat istnienia – temu kwintetowi z Youngstown – udało się zarejestrować i opublikować więcej nagrań niż Crowd Deterrentowi przez siedemnaście. Debiutanckie pięciootworowe demo było już gotowe w październiku 2009 roku, jednak na prawdziwy debiut („Smash Nazis”eEP) trzeba było poczekać do marca 2013 roku, ale potem sprawy zaczęły biec coraz szybszym torem.
Kolejna eEP-ka była już gotowa do ściągnięcia w grudniu tamtego roku, natomiast w styczniu 2014 r. wszystkie trzy materiały zostały wydane – w postaci fizycznej – jako „Race Riot 59”LP.
W ramach promocji eEP-ek kapela przygotowała i zarejestrowała kilka bardzo agresywnych w obrazie wideoklipów, czym zdobywała sobie coraz większą rzeszę fanów. Koncertów również było coraz więcej, choć miały miejsce i sytuacje, kiedy ktoś je odwoływał. Najczęściej miało to związek z pogłoskami, które łatwiej trafiają do wyobraźni niż rzetelna informacja czy chęć zrozumienia artystycznej duszy i przesłania muzyków. No, bo ta ich nazwa…

Zastosowanie przez nich tej wyzywającej nazwy – przywodzącej na myśl zadźganie (przez gang białasów) stolarza w Kensal New Town, w maju 1959 r., będące następstwem wielodniowych zamieszek na tle rasowym, jakie miały miejsce, w londyńskiej dzielnicy Notting Hill, latem poprzedniego roku – przypomina początki brytyjskiego punk rocka, kiedy to bardziej wojowniczy artyści prowokowali otoczenie, używając symboliki charakterystycznej dla czasów hitlerowskich Niemiec. Ale jedźmy dalej.

W sierpniu zeszłego roku doszło do rejestracji nowego krążka, który był już gotowy do ściągnięcia 6-ego listopada.

Jest kontynuacją krucjaty, jaką zespół prowadzi od początku istnienia, w której nie ma miejsca na kompromisy ani układy. Dlatego teksty są nadal piekielnie ostre, niosąc w sobie ogromny ładunek buntu i chęci walki z systemem.

Jest w nich to, co widać i słychać na ulicach, alienacja, uzależnienie i przemoc; brak samokontroli, prowadzący do łamania prawa i konfliktów z policją.

Te wszystkie gorące kwestie doprowadza do wrzenia szybka i melodyjna muzyka, w której liczne refreny i chórki aż podrywają z miejsca i zmuszają do działania (myślenia). Szczególnie 2 pierwsze numery EP-ki „Menace to Society” mają w sobie tempo, rytm i niektóre elementy aranżacyjne, zbieżne z tymi, jakimi emanowały brytyjskie i niemieckie kapele punk w I poł. lat 80. Natomiast kolejne dwa są już bardziej amerykańskie, w których jest więcej elementów hardcora.

Całości słucha się z narastającą uwagą, muzyka bowiem z miejsca przypada do gustu, natomiast teksty – a szczególnie ich refreny – kołaczą się w głowie jeszcze długo, długo potem.

Gatunek: Punk + hardcore + oi!

Reszta: 4 numery/ 8 minut; produkcja: dobra

Stoic Violence - Chained 12EPSTOIC VIOLENCE (US) – Chained 12”EP

Pochodzenie: USA/ Long Beach, Los Angeles, Kalifornia

Skład: kwintet/ Branden Hutchins (voc.) + ???

Dyskografia: Demo 2012, „Stoic Violence”12”EP, „Stoic Violence”flexi 7”

W skrócie: Ten tajemniczy kwintet zawiązał się pod koniec 2011 roku i był prawdopodobnie kontynuacją działania bendu Video Disease.

Istniał nieco ponad dwa lata, nim rozpadł się pod koniec trasy koncertowej, jaką odbywał – po Wschodnim Wybrzeżu USA, w kwietniu i maju 2014 r. – z brytyjską formacją No. A wydawało się, że wszystko się tak dobrze układa…

Najpierw było 3-utworowe demo, co prawda nienajlepszej jakości, ale dawało nieźle do wiwatu. Jego charakterystyczne cechy to czad, mocno przesterowane gitary oraz ostry i agresywny wokal.
Wszystkie te kawałki pojawiły się w styczniu 2013 roku na debiutanckim 12”EP, i choć były już czytelne, to nic nie straciły ze swojej dzikości.

Najlepiej wypadł oczywiście „Gathering Dust”, z tym kapitalnym przyspieszeniem pod koniec. Obok wspomnianej trójki było 5 nowych numerów, równie szybkich i pełnych rozwścieczonych decybeli, z których koniecznie muszę wyróżnić, rozszalały w tempie, „Burning down”.

Tak powinien brzmieć nowoczesny, amerykański hardcore XXI wieku.

Stoic Violence foto 1W lecie tamtego roku STOIC VIOLENCE ruszyło w tournee, wioząc ze sobą flexi z dwoma nowymi utworami, które – choć nie były już tak szalone w tempie i miażdżące brzmieniem – to niosły ze sobą melodyjne i chwytliwe aranże. Oba numery znalazły się następnie – w nowszych wersjach – na dwunastocalówce „Chained”, wydanej w kwietniu 2014 roku. Następnie kapela wyruszyła na kolejne tournee, ale z niego już nie wróciła.

Tymczasem najnowsze wydawnictwo zbierało coraz lepsze opinie i recenzje.

Wszystkie numery rozpoczyna krótka przygrywka, nim cała maszyneria ruszy, osiągając najczęściej średnie tempo pracy, choć na krążku jest nadal miejsce na numery czadowe, jak tytułowy i „Abused”.

Cała rejestracja jest bardziej czytelna od debiutanckiej a brzmienie pełniejsze, dzięki temu nie doznaje się zbyt wielu obrażeń trzewi mózgowych z powodu dysonansu, w jaki może wepchnąć chęć porównywania dźwiękowych cech obu krążków. Tylko po co?

Przecież to, co bucha z głośników to nadal doskonały technicznie i aranżacyjnie hardcore, tyle że w niektórych miejscach przetkany punkiem.

Jednak to wszystko jest cały czas bardzo porywające i zajmujące uszy. A co jeszcze bardziej interesujące, to że na tym ostatnim krążku najbardziej przypadły mi do gustu najwolniejsze kawałki – kapitalny „No Escape” z miażdżącym brzmieniem i zabijającym refrenem oraz „Empty inside” z ciężką i bujającą zawartością i tym świetnym zakończeniem, gdzie z instrumentarium pozostaje tylko bas i powtarzający tytułowe słowa – jak w transie – wokal.

Co więc było powodem nagłego rozpadu STOIC VIOLENCE?

Nie domyślam się, ale wiem już, że część muzyków – z kumplami z grupy In Control – założyła Response i jeszcze w zeszłym roku zarejestrowała demo. Muszę go posłuchać, może tam znajdę wyjaśnienie i powód tego nieszczęśliwego rozpadu?

Gatunek: Hardcore + punk

Reszta: 7 numerów/ 10 minut; produkcja: bardzo dobra

C) Demo (MC, CDR, EP…):

Aladar - Demo #1 MCALADÁR (HUN) – Demo #1

Pochodzenie: Węgry/ Budapeszt

Skład: duet/ Speedy Gonzales (g., b., voc.), Fox Of Grind (dr., voc.)

Dyskografia: Demo #2

W skrócie: Niektórzy to mają niespożyte siły w wymyślaniu i tworzeniu, coraz to nowych, niesamowicie agresywnych i ekstremalnych kompozycji.
Taka persona jest Speedy, jeden z filarów węgierskiego bendu fastcore – Crippled Fox – coraz częściej ma zbyt wiele pomysłów, których nie może zrealizować w rodzimej bandzie. Tworzy więc projekty uboczne, gdzie może to zrobić, generując nowe pokłady decybelnego szaleństwa.

Jednym z takich pomysłów był FxAxSxT, kapela, której twórczość była bardziej ekstremalna, a tempo – szybsze od najszybszego spotykanego w ramach CxFx. Była moją ulubioną, jednak musiała przestać istnieć.

Aladar logo + fotoPodobnie jest z projektem ALADÁR, w którym bębiarzem jest Fox Of Grind, jeden z pierwszych pałkarzy CxFx, zaś resztę instrumentów dzierży Speedy.

Ten duet, istniejący przez kilka(naście) miesięcy zeszłego roku, pozostawił po sobie dwie taśmy demo. Pierwsza z nich jest najciekawsza, bo w niej fascynacja brzmieniem legendarnego Hellnation jest wyraźnie słyszalna oraz potwierdzona aż trzema przeróbkami z ich repertuaru.

Wszystkie kawałki – poza ostatnim – nie trwają nawet 50 sekund, jednak jest w nich często miejsce na krótką przygrywkę, rozwinięcie, refren i zakończenie. Każdy z nich jest niebywale mocno naładowany decybelami, których tempa gitar i bębnów sięgają prędkości dźwięku, zaś wokale plują fragmentami obrzydliwej rzeczywistości z siłą równą eksplozji bomby.

Życzyłbym sobie, by takich kapel, jak te, w których macza palce Speedy, pojawiało się na świecie coraz więcej.

Gatunek: Fastcore + powerviolence

Reszta: 11 numerów/ 7 minut; produkcja: dobra

Anxiety Hammer - Demo 2014 MCANXIETY HAMMER (US) – Demo 2014

Pochodzenie: USA/ Filadelfia, Pensylwania

Skład: kwartet/ Todd Hoffman (dr.), Matthew Adis (voc.), ???

W skrócie: Jedna z największych tajemnic i niespodzianek, z jakimi spotkałem się w zeszłym roku, przeszukując sieć.

Mimo moich usilnych starań nie udało mi się niczego dowiedzieć o tym amerykańskim kwartecie, debiutującym materiałem demo tak niebywale udanie.
Dotarłem jedynie do strzępków informacji, mówiących o tym, że członkami tej kapeli są obecni i byli członkowie hardcorowych band, jak Salvation, Society Nurse, Fighting Dogs, Beware i Perfume River.

Wydaje mi się, że udało mi się nawet rozpoznać dwóch muzyków (Todda i Matthewa) na kilku zdjęciach i rejestracjach wideo z koncertów, ale nie mieszkam w Filadelfii i nie mam możliwości potwierdzenia tych moich domysłów. Jednak mam nadzieję, że wspomniany debiut narobi takiego zamieszania w amerykańskim środowisku, że już wkrótce zrobi się pełno, w internecie, od wywiadów z członkami ANXIETY HAMMER, więc poznam wreszcie wszystkie personalia tych czterech niesamowicie utalentowanych muzyków oraz ich opinie na temat tego demo.
Bo moja opinia jest wręcz entuzjastyczna.

Naprawdę, już dawno nie słyszałem tak skoncentrowanej, hardcorowej agresji na przestrzeni zaledwie 10 minut materiału, który został, w dodatku, zarejestrowany na demo, a nie z myślą o krążku winylowym czy CD!

Anxiety Hammer fotoI żeby jeszcze bardziej namieszać Wam w głowach, to powiem, że ta sesja wcale nie eksploduje bardzo szybkimi tempami czy wyścigami gitar, których barwę podkreśla jeszcze szaleńcze walenie bębnów.

Zewnętrznie, każdy z 7-miu numerów trzyma się kurczowo średniego lub średnio-szybkiego tempa – które zostaje często przełamane zwolnieniami i oddechami – natomiast jego wnętrze wypełnia piekielnie energetyczny i huraganowy ogień decybeli, który jest dziełem wyciągniętej naprzód gitary, w której pasaże i akcenty, odpowiednio i silnie, wtapia się perkusja. W tej całej lawie dźwięków pływa wokal, którego krzyk, choć wcale nie oszalały z gniewu, przekazuje treści tak przenikliwie, że podbiją one puls każdemu wrażliwemu odbiorcy. A gdzie jest bas? Oczywiście że jest, czai się tylko i udaje onieśmielonego potężnymi i dominującymi tonami gitary, bo jego metaliczny chrobot nie daje się wypchnąć poza pięciolinię każdego z utworów.

Ze wszystkich numerów składających się na tę debiutancką perłę trudno mi wybrać ten najlepszy, zresztą nawet po dwudziestym przesłuchaniu nie byłem w stanie go wskazać. Bo jeśli nawet któryś z nich ma w swej – trwającej od 50 sekund po 2:13 – podróży jakiś mniej ekscytujący fragment, to reszta drogi pełna jest tylu innych akustycznych wspaniałości, że pozostawione przez nie wrażenie natychmiast usuwa tamto z pamięci.

Zastanawia mnie jedno, czy po tak fenomenalnym debiucie, ANXIETY HAMMER, będzie w stanie wymyślić, skomponować i zarejestrować coś jeszcze lepszego?

Gatunek: Hardcore

Reszta: 7 numerów/ 10 minut; produkcja: dobra

Creator Destroyer - Demo 2014 MCCREATOR|DESTROYER (US) – Demo 2014

Pochodzenie: USA/ Dallas, Teksas

Skład: kwintet/ Todd Thompson (b.), Parker Turney (g.), Dorian Rainwater (g.), Joseph Michaels (voc.), Jesus Fuentes (dr., voc.)

W skrócie: Równie niezwykłe, co rewelacyjne, jest debiutanckie demo kwintetu z Dallas. Tyle że tu mam do czynienia z gęstą ścianą dźwięku tworzoną przez dwie gitary i bas, z którymi siłują się – na poważnie – wspaniale prowadzone bębny, wspomagane przez dwa wokale. Po prostu miazga!

Nieustannie wierzgające dźwiękami instrumentarium nadaje każdej aranżacji oryginalnego i niecodziennego smaku, w którym można odnaleźć nieukrywane fascynacje różnymi ekstremalnymi brzmieniami.

Każdy z siedmiu numerów trwa nieco powyżej 2 minut, przez co wielokrotnie zmienia się jego tempo, a w aranżacji aż się gotuje od zszybszeń, zwolnień, a nawet zduszeń rozpędzonego biegu nut.
Melodyka jest w nich bardzo istotna, tworzy bowiem kanwę, na której rozwijane są kolejno, kolejne nowatorskie pomysły, w których w połowie lub pod koniec utworu zmysły znowu rozpoznają podstawowe cechy budowy utworu.

W tym, że każdy z numerów brzmi tak intrygująco, jest na pewno duża zasługa jednej z gitar, której brzmienie ma w sobie coś ze specyfiki tzw. steel guitar, wiosła używanego głównie przez wykonawców country.

Creator Destroyer fotoWszystkim tym charakterystycznym i oryginalnym elementom muzyki formacji CREATOR|DESTROYER towarzyszy, najczęściej, maniakalnie szybki rytm, nakręcany dodatkowo przez niebywale gwałtowne erupcje perkusyjnych bębnów i blach. W ich biciu nie ma miejsca na wyrównane i jednorodne pasaże, słychać, że adrenalina co chwilę wybucha w rękach i nogach pałkera, a wyzwolona z niej ogromna energia udziela się również innym członkom bendu, pobudzając do jeszcze większej drapieżności i gwałtowności.

Ta muzyka tak się rozpycha na pięciolinii, że podstawowemu wokaliście trudno jest się przepchnąć i przebić przez tę ścianę, dlatego potrzebuje do pomocy – czasem – drugiego głosu.

To niesamowite, ale wiele zespołów na tym padole komponuje i rejestruje swoje pomysły, ma nawet w dyskografii kilka fonogramów, a jednak żaden z nich nie ma w sobie takiej agresji i ognia, co to demo!

Weźmy choćby metalowego imiennika (Creator/Destroyer) z Wisconsin, który przyjął tę nazwę w 2013 roku, porzucając starą Breaking The Blade.

I żeby jeszcze bardziej zawstydzić te wszystkie kapele – które już teraz uważają się niemal za „starych wyjadaczy” – to powiem, że ta udostępniona – na stronie kapeli – rejestracja jest opisana lakonicznie, jako „unmixed demo”.

No, nie, no tego jest już za wiele, nawet jak dla mnie.

Bo co się stanie, kiedy Teksańczycy zarejestrują swój krążkowy debiut w profesjonalnych warunkach?

Gatunek: Hardcore + grindcore + blackened crust + thrash metal

Reszta: 7 numerów/ 17 minut; produkcja: dobra

Ernia - Ernia Demo 2014ËRNIA (ESP) – Demo 2014

Pochodzenie: Hiszpania/ Zarautz, Baskonia

Skład: kwartet/ Farri (g.,voc.), Abuelo (b.), Beloki (dr.), ?? (voc.)

W skrócie: W hiszpańskiej (póki co) Baskonii też grają dwie kapele o podobnych nazwach, w dodatku wyrażające swoje twórcze fascynacje tą samą muzyką hardcore. Jedna pochodzi z głębi kraju, z Logroño i nazywa się Ernia, zaś druga wyrosła nieopodal na wybrzeżu i nosi nazwę ËRNIA.

Działa tam, Zarautz – jako tercet – od ponad czterech lat, a w jego szeregach znaleźli swoje miejsce muzycy, którzy szlifowali swoje dotychczasowe umiejętności m.in. w grupach Metralleta, Diskoiraa, Txixaparrazta i Kamikaze. Czas płynął im dość leniwie. Próby i koncerty dawały możliwość korygowania pomysłów, których przybywało, jednak w ich realizacji ciągle czegoś brakowało. Widać to i słychać na zachowanych wideo rejestracjach koncertów, w których Farri dzielił funkcje gitarzysty i wokalisty, co nie wychodziło brzmieniu na najlepsze.

Dopiero w 2013 roku, kiedy za mikrofonem stanął ktoś czwarty, stało się jasne, że dopiero teraz ta muzyka wreszcie brzmi w pełnej krasie, zmieniając także i dotychczasowe – dość niepozorne i szarawe – oblicze kapeli.

Te wrażenia szybko dotarły również do samych muzyków, mobilizując ich wreszcie do rejestracji swoich pierwszych, dziewiczych, tworów.

W czerwcu 2014 roku zostały one udostępnione na stronie zespołu, zaś 8-ego października trafiły na rynek w postaci fizycznej EP-ki.

Niesamowite, jak wokal może wpłynąć na wzrost poziomu agresji całego brzmienia, że nie wspomnę o tempie poszczególnych numerów.

Ernia foto liveWyjaśnieniem tego faktu mogą być teksty, których treści prowadzą nieustanną walkę o niepodległość i wyzwolenie się spod hiszpańskiej tyranii, uderzają w niewolniczy kapitalizm, opluwają brutalność policji i nieludzki system sprawiedliwości i więziennictwa oraz rozprawiają się ze zwyrodnieniami ludzkiej natury. Przy czym są one w tak ekstremalnie wściekły sposób podane, że trudno się dziwić, że reszta instrumentarium, by dorównać im w sile i agresji, musi się wznieść na poziomy, które pozostawały dotąd w marzeniach muzyków.

Stąd te czadowe tempa, wybuchające – poza pierwszym i ostatnim kawałkiem – zaraz po krótkiej lub dłuższej przygrywce, a które w dalszym biegu pozwalają sobie, w środku, na wyrównanie oddechu, by zaraz potem ruszyć z kopyta, podgrzewając atmosferę, która zaraz potem eksploduje nutami podczas finalnego ataku.

Naprawdę, nie da się słuchać tego dema bez należytego skupienia. Będąc w drugim pokoju, czuję się zirytowany tym, że coś tam się dzieje ważnego, a mnie tam nie ma, a kiedy już jest się ucho-w-ucho z muzyką, trzeba się jej poddać, następnie wpuścić w żyły jej adrenalinę, by na końcu stać się samemu chodzącą bombą wściekłych emocji.

Podoba mi się także i okładka tego wydawnictwa, bo choć nie ma w niej tych ekstremalnych wrażeń, które budzi muzyka i teksty, to jest ona tym elementem irracjonalnym każdego artystycznego projektu, którego sensu i znaczenia nie sposób zrozumieć – tak do końca – swoimi zmysłami.

Gatunek: Hardcore + punk + powerviolence

Reszta: 7 numerów/ 15 minut; produkcja: dobra

Georgia O'Queef - Demo 2014 MCGEORGIA O’QUEEF (US) – Demo 2014

Pochodzenie: USA/ Chicago, Illinois

Skład: kwartet/ Scotty (g.), Chago (dr.), Erinn (voc.), Yle (voc.)

W skrócie: Ten kolejny, niezwykle interesujący i kipiący talentem, bend powstał – jako męski tercet – pod koniec 2012 roku. Przez kolejne miesiące muzycy oddawali się komponowaniu i graniu sporadycznych koncertów.

10-ego kwietnia zeszłego roku Yle przestał być frontmanem, choć nadal pozostał dyspozycyjny podczas rejestracji i koncertów kapeli. Na jego miejscu pojawiła się Erinn, zmieniając to dotychczasowe, męskie brzmienie, w kłębiący się, od emocji i namiętności, zbitek przepychających się nutami płci.

To ona stworzyła z Ylem doskonałą parę, niebywale emanującą brutalnością i wściekłością, której popisy stanowiły pożywkę dla bębnów i gitary, które oszalałe z zazdrości zdawały się robić wszystko, by ogłuszyć, oszołomić i wyrwać z transu wokalistów. Zresztą czasem wspomniane dwa instrumenty nie wstrzymują i do tej całej muzycznej kłótni dodają także i wokal swojego właściciela i użytkownika.

W wyniku tych niekontrolowanych emocji brzmienie kapeli wiele zyskało, w dodatku ciągle nie okrzepło, przez co można się spodziewać, że w przyszłości będzie ono jeszcze mnie zaskakiwać oryginalnością i różnorodnością, której próżno szukać wśród kapel, związanych kontraktem z dużymi, ale też i tymi niby niezależnymi – wytwórniami.
Bo takie jest zadanie prawdziwego brzmienia powerviolence.

Georgia O'Queef fotoKażdy z utworów na demo trwa dłużej niż minutę, ale nie przekracza dwóch. Nie ma wśród nich jednak dwóch podobnych, a każdy przyciąga uwagę intrygującą aranżacją oraz szerokim wachlarzem decybeli.

W tym wyścigu dźwięków ciągle coś się dzieje, co rusz jakiś instrument lub wokal wychodzi na czoło, by zaraz potem zostać ściągniętym i przywołanym do porządku przez resztę instrumentarium. Stąd ta ciągła, oryginalna przepychanka, której rezultatem są emocjonujące i nietuzinkowe rytmy i barwy.

Trudno jest wyróżnić któryś z utworów, ale jeśli ściśniecie mi imadłem jaja, to powiem, że do najbardziej pobudzających zmysły zaliczam „Routines” ze świetnie rozłożonym tempem i akcentem w środku, „Hot ‘n Ready” z kapitalnym refrenem, podkreślanym maniackim biciem bębnów oraz „I, for One” – w którym ciężkie i wolne fragmenty smakowicie rozbijają te szybkie i pełne furii.
W czerwcu zeszłego roku to debiutanckie demo pojawiło się w internecie w okrojonej wersji, prezentując jedynie 3 numery, ale już wtedy widziałem, że nie sposób się odczepić od brzmienia, jakim emanuje GEORGIA O’QUEEF. Szczęśliwie już w lipcu wszystkie siedem udostępniono publiczności, dzięki czemu tylko upewniłem się, co do decyzji, która wywindowała to demo na szczyty moich statystyk i podsumowań.

Gatunek: Powerviolence

Reszta: 7 numerów/ 10 minut; produkcja: dobra

No Witness - SevenSongDemo MCNO WITNESS (US) – Demo 2014

Pochodzenie: USA/ Hazard, Kentucky

Skład: duet/ Caleb Brian Johnson (dr., voc.), Tracy Gwin (g., voc.)

Dyskografia: Demo 2013

W skrócie: To zestawienie kończy bardzo udane, nowe demo w dyskografii amerykańskiego duetu, nurzającego swe członki i zmysły w najbardziej ekstremalnym nurcie muzycznym tego wieku – powerviolence.

Projekt powstał w I poł. 2013 roku, a już w sierpniu zaprezentował światu swoje debiutanckie demo, zawierające 15 kawałków, których budowa klasyfikowała je między hardcorem a grindcorem. Było dość surowe, podobnie, jak bębny, które często przypominały bardziej automat perkusyjny niż naturalne skóry. Produkcja mimo kilku niedociągnięć – brakowało w niej bowiem spójności i wyrównanych poziomów poszczególnych tracków – przyciągnęła moją uwagę, szczególnie wielością i różnorodnością pomysłów aranżacyjnych.
Dlatego – niezrażony pierwszym kotami rzuconymi na płoty – czekałem na kolejne wydawnictwo Caleba i Tracego, które pojawiło się w czerwcu zeszłego roku. Było, co prawda, o 2/3 krótsze, ale za to nie miało w sobie już śladu poprzednich błędów.

No Witness foto 2Brzmi tak niesamowicie ostro, że trzeba uważać na membrany własnych uszu, by ich sobie nie uszkodzić. Jest tak naładowane agresją, a jednocześnie tak zróżnicowane w tempach, że właściwie to dobrze, że trwa 6 minut, bo chyba 18-tu bym nie przeżył.

Nie licząc długiej przygrywki pierwszego kawałka oraz zakończenia ostatniego, to każde mięsne i żrące agresją wnętrze utworów oscyluje długością wokół minuty, a wszystkie elementy brzmienia NO WITNESS słychać miejscami aż za wyraźnie, co tylko potęguje wrażenie potwornie niszczącej siły całego, aczkolwiek niewielkiego przecież, instrumentarium.

Jak się tę całą potęgę decybeli ujmie jeszcze w karby intrygujących aranżacji, w których średnie partie, otoczone są przez wolne i szatańsko czadowe, to trudno nie czuć zadowolenia z efektu finalnego tych połączeń, jakie wylewają się wrzątkiem dźwięków z kolumn, dotkliwie parząc moje receptory i zmysły.

Ten niszczący spektakl działa jednak na mnie narkotyzująco, bowiem, kiedy się skończy, nie sposób nie przeżyć go ponownie.

Takie masochistyczne skłonności nie są chyba tylko moim dziwactwem, co? Mam nadzieję, że i Wy odkryjecie je w sobie, kiedy tylko spróbujecie się zmierzyć z tą bestią w samotności, bez świadków!

Gatunek: Powerviolence

Reszta: 7 numerów/ 6 minut; produkcja: dobra

Przy przeszukiwaniu I aktualizowaniu danych posiłkowałem się internetem, a w szczególności zawartością stron wuwuwu: the metal archives, discogs, bandcamp, facebook, reverbnation, tumblr, twitter, youtube.

Tryłkołak
[13.01.2015]