NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Drown My Day – rośniemy w siłę

Wprawdzie odżegnujemy się od zinstytucjonalizowanej religii, tradycyjnej wiary i moherów, ale nie rozkopujemy grobów, nie chodzimy na rytualne orgie i nie wieszamy kotów na drzewach.

Mogłoby się wydawać, że krakowskiego DROWN MY DAY nie trzeba już nikomu przedstawiać. A jednak – są jeszcze niewierni, którzy nie wiedzą, że zespół dorobił się kilku epek, długograja oraz festiwalu sygnowanego własną nazwą, którego trzecia edycja odbędzie się jeszcze w tym roku. Postanowiliśmy zrobić podsumowanie ścieżki, którą podąża DROWN MY DAY. Na pytania odpowiadają: wokalista Groov i gitarzysta Sławek.

8 lat na scenie to dużo czy mało?

Groov: Obserwując polską scenę z łatwością można zauważyć, że większa część bandów odpuszcza granie po kilku latach lub po wydaniu pierwszego, mniejszego wydawnictwa. Rezygnują wtedy, kiedy dochodzi masa nowych obowiązków – studia, praca, a może nawet żona i dzieci. Myślę, że 8 lat to nie jest dużo, ale wystarczająco. Sporo udało nam się  przez ten czas osiągnąć. Wydaliśmy kilka demówek, epek i jeden longplay. Zagraliśmy ponad 200 koncertów, z czego spora część odbyła się poza granicami naszego kraju. Kiedy zaczynaliśmy grać to chyba żaden z nas nie sądził, że nadejdzie taki moment, kiedy przyjdzie nam dzielić scenę z kapelami, których sami słuchamy na co dzień. Dążymy do tego, żeby w miarę możliwości grać jeszcze częściej i na lepszych koncertach. Ciągle rośniemy w siłę.

Romansujecie z deathcore`em i death metalem. Do którego gatunku jest Wam bliżej? Jeśli spojrzeć na historię koncertową DROWN MY DAY, to – takie odnoszę wrażenie – lepiej dogadujecie się z przedstawicielami tego pierwszego nurtu aniżeli z reprezentantami śmiercionośnego metalu. Będziecie ładować się w gigi, podczas których staniecie na jednej scenie z bezkompromisowymi death metalowymi ekipami? Czasami niewielki kontrast jest ciekawym uzupełnieniem może się sprawdzić.

Groov: Zawsze uważałem i nadal uważam, że DROWN MY DAY to metalowy band, ale z hardcore`ową duszą i pasją. W tym, co robimy, jest bardzo dużo elementów DIY, co oczywiście jest bliższe scenie HC. Faktem jest, że jakoś bardziej wyrośliśmy na tym core`owym podwórku. Niemniej jednak to nie znaczy, że gorzej czy lepiej gra się nam w towarzystwie kapel stricte metalowych czy też konkretnie death metalowych. Wydaję mi się też, że coraz bardziej przesiąkamy w to środowisko i udaje się nam zdobyć przychylność dość sceptycznie podchodzących do czegokolwiek z końcówką -core metalowców. Bardzo lubię czytać opinie, kiedy ktoś wywodzący się z death metalowego środowiska napisze, że „deathcore`u nie słucha, ale DROWN MY DAY jest naprawdę w porządku”. Oczywiście nie dbam i nie zabiegam o przychylność kogokolwiek… Jednak nie zamierzam ukrywać, że takie słowa po prostu miło się czyta.

Ogólny odzew Waszego pierwszego długograja pt. „Confessions” był pozytywny. Nazwa zespołu pojawiała się w różnych rocznych podsumowaniach. Apetyt wzrasta?

Sławek: Bylibyśmy rozczarowani, gdyby było inaczej, więc śmiało można powiedzieć, że tak – spodziewaliśmy się, że płyta dobrze się przyjmie. Apetyt wzrasta i w przyszłym roku startujemy do Eurowizji. Nagrody i wyróżnienia są miłe, ale liczy się przede wszystkim to, ile ludzi chodzi na nasze koncerty. To daje nam największą motywację do tworzenia.

Wszyscy pracujecie na wyrobienie marki DROWN MY DAY. Autorem muzyki nie jest u Was tylko jedna osoba – nie ma więc tutaj pozycji „lidera”. To samo tyczy się tekstów. Mimo to udało się wypracować spójność w brzmieniu. Słuchając utworów z „Confessions” nie odnosi się wrażenia, że każdy z nich jest z innej bajki. Jednakże – z perspektywy czasu – jakie zmiany wprowadzilibyście na „Confessions”? Jak ewoluuje muzyka DROWN MY DAY? I kiedy pochwalicie się czymś nowym?

Groov: Materiał wydaje mi się być lekko niedopracowany w fazie samej produkcji płyty. Podejrzewam, że gdyby czas nas tak bardzo nie gonił (jak to było w przypadku „Confessions”), nagralibyśmy te same numery, ale po prostu lepiej. To według mnie naprawdę dobra płyta, ale gdzieniegdzie brakuje tam jakichś smaczków. Drugi album będzie zdecydowanie bardziej przemyślany i dopracowany. Oczywiście mam nadzieję, że ludziom znacznie bardziej się spodoba. Tworzymy dla siebie, ale nie ukrywajmy – to słuchacze powodują, że zespół istnieje i ciągle się rozwija.

Sławek: Myślę, że przyszły rok to całkiem realny termin na kolejny album. A czy w międzyczasie  wypuścimy coś mniejszego…? To się okaże. Na razie sami niewiele wiemy.

Skoro już o ewolucji mowa… Jak zapatrujecie się na przemianę IN TWILIGHT`S EMBRACE? Kiedyś kojarzyli się raczej z metalcore`em, dziś grają death metal… Na dobre im to wyszło?

Groov: Znając chłopaków z IN TWILIGHT`S EMBRACE mogę śmiało stwierdzić, że po prostu zaczęli grać swoje – to, w czym czują się najlepiej. Kiedy metalcore (ten, który znamy w obecnej formie) zaczął wchodzić do Europy, to IN TWILIGHT`S EMBRACE stanowili jedną z pierwszych ekip tworzących coś podobnego w naszym kraju. Do debiutu chłopaków zawsze powracam z uśmiechem na twarzy, ale nie będę kłamać – to co zaczęli tworzyć w późniejszym okresie, zdecydowanie lepiej mi leży. Niecierpliwie czekam na coś dłuższego od nich.

Czy jeszcze jakiś zespół zaskoczył Cię pozytywnie/nagrał coś odkrywczego? A może jakieś świeże mięso na arenie?

Groov: Z tą „odkrywczością” – niestety – ostatnimi czasy jest naprawdę kiepsko. Zauważyłem jednak pewną tendencję do odświeżania wypracowanego stylu przez zasłużone grupy. Wystarczy spojrzeć chociażby na BEHEMOTH. Nagrali nieco inną płytę – rozbieżną z wymaganiami fanów grupy. Szczerze mówiąc jakoś specjalnie nie ubolewam nad tym, że nie mam czego nowego obecnie słuchać. Ciągle męczę klasyki z lat 80-tych czy 90-tych. I to w sumie jest bodaj jedna z najpiękniejszych rzeczy w muzyce. Dobre płyty zawsze będą dobre.

Powróćmy jednak do DROWN MY DAY. Postać Hoichi`ego, który stał się bohaterem jednego z Waszych utworów [„Hoichi the Earless”], pochodzi z japońskiej mitologii. Co jeszcze stanowi dla Was inspiracje do napisania tekstu piosenki?

Groov: Cała ta zajawka z japońskim klimatem to w zasadzie tylko moja sprawka (śmiech). Jestem wielkim wielbicielem japońskiego kina grozy, stąd też na płycie pojawił się numer „F.O.F.A.B.”. Pełne rozwinięcie skrótu to „Flowers Of Flesh And Blood” – tytuł drugiej części kultowego filmu gore Guinea Pig. Samo kino grozy stanowi dla mnie  obszerne pole inspiracji przy okazji pisania tekstów na płytę, a postać Hoichi`ego to wg mnie jedna z ciekawszych historii. Nie dość, że gość kompletnie ślepy, to jeszcze na końcu zostają mu odcięte uszy (śmiech)! Na szczęście cała historia kończy się bardzo pozytywnie. Zainteresowanych odsyłam do ekranizacji Kobayashiego w zbiorze „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Czasami wydaje mi się, że nasz zespół jest trochę jak ten Hoichi – ludzie często rzucają nam kłody pod nogi, ale my się nie dajemy. Robimy swoje i chcemy pokazać, że stać nas na naprawdę dużo.

Wielokrotnie w wywiadach z Wami pojawiało się określenie „ideologia odwróconego krzyża”. Jak dla mnie brzmi to trochę sztucznie i kojarzy się z sektą. Naprawdę jest to Wam potrzebne? „Ideologia” nie stanowi tutaj zbyt mocnego określenia?

Sławek: Nie chodziło o ideologię, ale o przesłanie – „przesłanie odwróconego krzyża”. Każdy, kto wie, o co chodzi w muzyce metalowej, zdaje sobie też sprawę, że tego typu akcenty są z przymrużeniem oka. Wprawdzie odżegnujemy się od zinstytucjonalizowanej religii, tradycyjnej wiary i moherów, ale nie rozkopujemy grobów, nie chodzimy na rytualne orgie i nie wieszamy kotów na drzewach. Po prostu musi być na luzie.

Udzielacie się w innych projektach czy koncentrujecie się na DROWN MY DAY? Jak Wam idzie rozkręcanie pozostałych bandów?

Groov: W chwili obecnej, kiedy staramy się łączyć codzienne obowiązki z graniem w DROWN MY DAY, to czasu na poboczne projekty pozostaje naprawdę niewiele. Sławek miał swoje DIRTRED, w którym grał dźwięki zdecydowanie bardziej nowocześniejsze i skoczniejsze od tych, które prezentujemy w zespole. Zespół niestety (z różnych powodów) rozsypał się śmiercią naturalną, ale chłopaki planują jeszcze wydać pożegnalnego singla, do którego również dorzucę swoje trzy grosze. Adam pogrywa od czasu do czasu ze swoim zespołem SYNDROME, ale szczerze powiedziawszy – nie mam pojęcia czy ten zespół dalej funkcjonuje (śmiech). Sergiusz natomiast pogrywa na hip-hopowych imprezach w Dębicy, a także  – choć sporadycznie – udziela się w industrialnym projekcie QWERT.

Nazwą zespołu sygnujecie jeden z krakowskich festiwali. Jak moglibyście podsumować drugą edycję DrownFest do pierwszej?

Groov: Było naprawdę dobrze! Choć według zapowiedzi liczyliśmy na nieco większą frekwencję, to wyszło dość zacnie. Udało nam się zgromadzić około 200 osób w małym klubie, co stanowi solidny wynik jak na (bądź-co-bądź) koncert w undergroundowym klimacie. Wszystkie kapele były zadowolone. Udało się też wszystko zorganizować bez żadnej obsuwy. Liczymy, że trzecia edycja przebije pierwsze dwie i będzie tą najbardziej udaną.

Też na niej zagracie? Byłby to Wasz trzeci tegoroczny gig w Krakowie, bo 2-ego lipca zagracie przed EMMURE i WE CAME AS ROMANS. Nie mają Was już tam dość?

Groov: Tak, zagramy na trzeciej edycji DrownFest. Wiesz co… a propos tego częstego grania w naszym mieście, to staramy się nie przekraczać bariery dwóch sztuk na rok. Oczywiście są wyjątki i takim jest chociażby wspomniany koncert przed EMMURE. Z pewnością pojawi się tam masa ludzi. Możliwe, że ktoś z nich jeszcze nas nie widział na żywo. Otrzyma taką możliwość przy okazji oglądania amerykańskich kapel. To świetna forma dodatkowej promocji i jestem bardzo wdzięczny organizatorom koncertu, że zaprosili nas do zagrania przed tymi kapelami.

Sami trzymacie rękę na pulsie organizacyjnym festiwalu czy korzystacie z pomocy jakiejś agencji? Gdyby coś poszło nie tak, to ludzie mogliby na Was psioczyć, bo przecież DROWN MY DAY to zorganizował…

Groov: Całość organizacji DrownFest spoczywa na moich barkach. Akurat przy okazji pierwszej edycji mieliśmy sytuację, w której chłopaki z FINAL SACRIFICE poinformowali nas na tydzień przed imprezą, że nie będą w stanie na niej zagrać. Szybko udało się znaleźć godne zastępstwo, więc raczej nikt nie płakał. Zdaję sobie sprawę z tego, że zmiana w składzie to zawsze jakiś powód do psioczenia, ale – żeby być w stu procentach fair – zawsze w takich sytuacjach informuję ludzi, że jak najbardziej istnieje możliwość zwrotu biletu, jeśli faktycznie był zainteresowany tą jedną, konkretną kapelą. Zwrotów przy okazji pierwszej edycji DrownFest w ogóle nie było.

Jak wyglądają pozostałe plany koncertowe zespołu?

Groov: Wszystko jest już ustalone do końca roku i jeśli wypali tak jak trzeba, to we wrześniu pojedziemy na dwutygodniowy euro-tour, w listopadzie zahaczymy o cztery koncerty w okolicach Belgii i Luksemburgu, a pod koniec roku pojawimy się na sześciu wspólnych sztukach u boku naszych przyjaciół z zespołu MATERIA. Druga połowa roku będzie zdecydowanie intensywniejsza jeśli chodzi o koncerty niż ta pierwsza.

Często wyjeżdżacie na „weekendówki”. Nie lepiej byłoby ogarnąć większą trasę?

Sławek: Oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Weekendery są o tyle dobre, że gra się w dni, kiedy chodzi się na imprezy, tj. piątki i soboty. Dłuższe trasy zawierają dni w środku tygodnia, które nie gwarantują dobrej frekwencji, ale za to jesteśmy w stanie dotrzeć do bardziej odległych miejsc. W myśl idei złotego środka staramy się grać i trasy, i weekendery – weekendery na terenie Polski, a trasy poza jej granicami.

Jak jesteście odbierani na zagranicznych koncertach? Jest szał?

Groov: Nie ma reguły na szał (śmiech). Osobiście najfajniej wspominam koncerty w takich krajach jak Słowacja, Węgry czy Niemcy. Zdarza się, że w jakimś kraju ludzie odbierają nas jako niemalże gwiazdę światowego formatu, co oczywiście jest bardzo miłe. Niemniej jednak równie często gramy w takich miejscach, gdzie pojawia się jedynie garstka metal-maniaków.

Wzbogacacie swoje sety o jakieś nowe, niezarejestrowane jeszcze utwory? Czy skupiacie się raczej na dobrze ogranych utworach z „Confessions”?

Sławek: Póki co nie. Nie ma sensu zresztą prezentowania niedopracowanego do końca utworu, a ostatnie szlify mają miejsce właśnie w studiu. Za to niedawno zaczęliśmy grać na koncertach tytułowy utwór albumu, który nie był do tej pory prezentowany na żywo.

Na sam koniec chciałabym jeszcze zapytać o Wasz marcowy wrocławski koncert. Gwiazdą wieczoru miał być wtedy NONE. Praktycznie w ostatniej chwili sytuacja uległa zmianie i to DROWN MY DAY jako ostatni wszedł na scenę. Dlaczego?

Sławek: Nie była to nasza decyzja i gdy dowiedzieliśmy się o tej zamianie,  to miny trochę nam zrzedły. Baliśmy się, że po występie NONE ludzie pójdą już do domu, ale ostatecznie wyszło na dobre. Mieliśmy porządnie rozgrzaną publiczność, która nie musiała już na nic więcej oszczędzać sił.

Najbliższe koncerty DROWN MY DAY:
02.07.2014 – Kraków (PL) @ Fabryka
04.07.2014 – Złotów (PL) @ Generator
05.07.2014 – Wągrowiec (PL) @ RockNoc Fest
23.08.2014 – Szczecinek (PL) @ Materia Fest
30.08.2014 – Bielsko-Biała (PL) @ RudeBoy
05.09.2014 – Leipzig (GER) @ TBA
01.11.2014 – Berlin (GER) @ Magnet Club

Autor: Zuza Stecka