NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Incarnated – w prostocie siła

Incarnated to zespół, który już jakiś czas temu obrał sobie ścieżkę, którą podąża z mniejszymi lub większymi sukcesami. W składzie jest trzech dziarskich chłopaków, którzy mają odmienne wizje muzyki, wizerunku i klimatu. Każdy z nas to inna strona metalu. Najważniejsze, że to, co tworzymy jest akceptowane przez wszystkie strony.

Trwającą osiem lat studyjną przerwę zakończył niedawno Incarnated. Trzeci album to bezwzględnie najlepiej jak dotąd przygotowana porcja szwedzkiego mięsa przez białostoczan. Rozmawiamy z szefem kuchni Robertem Pierścińskim. 

Co Cię nie satysfakcjonowało w pierwszej realizacji „Try Before Die” z przed czterech lat, że wyrzuciłeś ją do kosza?

Pierścień: – Pierwsza wersja płyty była po prostu słaba jako całość. Materiał był za wolny i mało przekonujący mnie jako słuchacza i realizatora. Nie chciałbym słychać takiego materiału, na półce mógłbym mieć, ale nie w odtwarzaczu, dlatego zdecydowałem się na taki ruch.

Aktualnemu brzmieniu nowego albumu blisko jest już do tego idealnego, które chciałbyś wykręcić dla Incarnated?

– Oczywiście, że tak. To jest właśnie ten obrany kierunek, którym podążam, dlatego przy pierwszej wersji płyty miałem wrażenie, iż robimy krok do tyłu. Zespół jednak powinien się rozwijać i dążyć do tworzenia coraz to lepszych produkcji, co też staramy się robić i chyba jest to słyszalne na naszej najnowszej płycie.

Jakie wskazałbyś istotniejsze różnice między „Pleasure Of Consumption” a „Try Before Die”? Laik z gumowym uchem powie, że ten Incarnated to się nie zmienia, nie rozwija, okopany taki na skandynawskim death metalowym szańcu …

– Różnice są zasadnicze, chociażby w czytelności i produkcji samych płyt. „Pleasure..” jest płytą brudną, surową, bardzo poszarpaną i chaotyczną. Na „Try Before Die” skupiliśmy się na materiale jako całości. Płyta jest bardziej spójna, tworzy swego rodzaju monolit składający się z 9 części (utworów). Bardzo pilnowałem tempa utworów, które miały działać na słuchacza jak młot pneumatyczny, który jednostajnie wystukuje rytm. Dodatkowym atutem tej płyty jest bardziej przejrzysta i czysta produkcja, która nie straciła na swej sile. Jestem zadowolony z efektu końcowego w 100 procentach.

Mógłbyś tworzyć muzykę pod presją bądź według jakichś narzuconych, zewnętrznych kryteriów?

– Jak to mówią, człowiek nie zwierzę do wszystkiego się przyzwyczai (śmiech). Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Robię to co kocham, jak i kiedy chcę i nie wyobrażam sobie aby było inaczej. Nigdy nie miałem tzw. deadline, więc mam prawo nawet nie wiedzieć jak i z czym to się je. Incarnated to zespół niezależny i wydajemy płyty dla równie niezależnej wytwórni, która nie narzuca nam, co i kiedy mamy grać. Współpracę między Incarnated a  SELFMADEGOD bardzo cenię. Chyba właśnie o to chodzi w życiu, aby robić to, co się kocha…

Zespół Incarnated to mocny lider i dwóch muzyków czy „Drużyna Pierścienia”? Thomas i Bartosh odcisnęli jakieś piętno na aranżach i kawałkach z  „Try Before Die” czy wszystko tutaj jest Twoją domeną?

– Co by tutaj nie pisać to będzie krzywdzące dla wszystkich zainteresowanych stron. Incarnated to zespół który już jakiś czas temu obrał sobie ścieżkę którą podąża z mniejszymi lub większymi sukcesami. W składzie jest trzech dziarskich chłopaków, którzy mają odmienne wizje muzyki, wizerunku i klimatu. Każdy z nas to inna strona metalu. Najważniejsze, że to co tworzymy jest akceptowane przez wszystkie strony. Jeżeli czyjeś pomysły nie mieszczą się w sztywnych ramach Incarnated to po prostu ich nie ma. Odpowiedź jest prosta.

Nowa płyta, zachowując ortodoksyjną brutalność i stylistyczne konwenanse, jest jednocześnie najbardziej nośna, nieźle nasączona bujającymi riffami (choćby „Grave Is Where Your Heart Is”, „Madness”). Tak przynajmniej mi się wydaje. Komponując materiał zwracaliście większą uwagę na to, by nie tylko kroił i mielił, ale też lekko kołysał, „pompował” tu i ów?

– Bardzo miło mi słyszeć takie słowa (śmiech). Przyznam szczerze, że podczas pisania muzyki kieruję się jedną podstawową zasadą Incarnated: „materiał ma miażdżyć czy tylko zabijać?”. Reszta wychodzi w praniu (tzn. w produkcji). Tak jak wcześniej podkreślałem, tworzę muzykę, która mi się podoba i oceniam ją jako fan muzyki. Jeżeli chcę tego słuchać to jest to dobre i zostaje, jeżeli nie to, po co to tworzyć i wtedy OUT, do piekła.

Wiem, że Twoje zaangażowanie w Dead Infection nie ma żadnego wpływu ani nie koliduje technicznie czy organizacyjnie z działalnością Twojej kapeli. A czy gdybyś jednak nie grał z nimi, Incarnated byłby bardziej żywotny koncertowo bądź miał zasobniejszą dyskografię? Jak sądzisz?

– Ciężko jest tak „gdybać”. Już od dłuższego czasu działam na kilku frontach i nad tym się nie zastanawiałem w tych kategoriach. Wcześniej była Neuropathia i Squash Bowels teraz Dead Infection. W każdym z tych zespołów zbierałem i zbieram nowe doświadczenia. Incarnated to mój zespół i tak już jest. Wracając do pytania o koncerty i wydawnictwa można też zapytać, czy gdyby nie inne projekty to Incarnated przetrwałby aż tak długo. Jednak trochę koncertowaliśmy, coś tam nagraliśmy, ktoś nas słucha, ktoś nas lubi ktoś nie lubi, coś się jednak dzieje. Trochę ludzi przewinęło się przez zespół i obecnie żaden z byłych członków nie udziela się muzycznie. Moim zdaniem to właśnie byli członkowie przyczynili się do takiego stanu rzeczy. Trochę krwi musiało upłynąć, aby to wszystko się unormowało i w tej chwili jesteśmy na dobrej drodze.

Słaby jestem z anatomii a Incarnated jest dość konsekwentny, jak idzie o okładki swoich płyt. Zechcesz zdradzić, z czym tym razem mamy do czynienia?

– Jeżeli chodzi o ostatnią okładkę Incarnated, nie kombinowałem zbytnio. Jest bardzo prosta i konkretna w moim odczuciu i jak zwykle pozwala dostrzec to, co każdy chce tam zobaczyć. Takie własne wnętrze (śmiech). Idąc na skróty to po prostu mięso. Tradycyjnie realizację oprawy graficznej powierzyliśmy MentalPorn i jak zwykle efekt końcowy jest krwisty.

Pracujesz w Bloodline Studio. Często zespoły nagrywające u Ciebie korzystają z Twoich rad bądź sugestii? Zdarzyło Ci się np. zarejestrować zespół który do studia wchodził z zupełnie odmienną wizją soundu?

– Oczywiście, że tak. Nie narzucam niczego. Podstawą dobrej współpracy między realizatorem a zespołem jest porozumienie w kwestii efektu końcowego. Staram się zawsze podpowiedzieć, aby na swoją twórczość spojrzeć z punktu widzenia fana, a nie muzyka i wcale nie chodzi mi tutaj o podążanie za modą na dane brzmienie. Często zespoły gubią się zaraz na starcie przy realizacji śladów, że nie brzmią jak Metallica czy Blasphemy (śmiech). Zwracam też ogromną uwagę by nie kopiować innych. Można zapożyczyć pewne stylistyczne cechy, ale nie należy kopiować pełnych dokonań innych zespołów, ponieważ kopia zawsze zostanie tylko kopią choćby była najlepsza.

Jakim jesteś muzykiem i realizatorem? Chodzi mi o to, czy po jakimś czasie czujesz ochotę by przy nagranych materiałach jeszcze dłubać, poprawiać, zmieniać?

– Pewnie, a kto by nie chciał czegoś tam jeszcze ukręcić, zawsze można coś jeszcze zrobić gorzej niż jest (śmiech). Podczas pracy jako realizator robię co jakiś czas przerwy. W zależności od muzyki dzień lub kilka dni. Nie nagrywam wszystkiego jak leci, od początku aż po grób. Muszę zachować świeże spojrzenie na muzykę, z którą akurat pracuję. Oczywiście przez to czas pracy się wydłuża, ale pozwala mi to na jak najbardziej obiektywne podejście do sprawy. Póki co to się sprawdza i nie miałem jeszcze niezadowolonych klientów (śmiech).

W ogólnie pojętym szwedzkim death metalu wszystko już zostało powiedziane i zdefiniowane czy jest jeszcze miejsce na jakiś ciekawy eksperyment w tej formule? Coś nowego i fajnego ostatnio wpadło Ci w ucho?

– O jakie konkretnie eksperymenty pytasz? Bo jeśli chodzi o łamanie rytmów, wstawianie dżezowych zagrywek czy inne temu podobne pierdoły to jest to wszystko w tzw. amerykańskim metalu. Ja się w takie sprawy nie bawię. Po prostu to mnie nie kręci. Szwedzki Death Metal w dużym stopniu opiera się na melodii, więc nie ma tam miejsca na eksperymenty. Zwrotka, refren, solo, zwrotka, refren, refren, koniec. W prostocie siła. Tak też jest i w przypadku Incarnated.

Entombed A.D. i „Back To The Front” ponoć w sierpniu. Czekasz z neoficką niecierpliwością fana – nie czekasz? Jak jest?

– To już nie to samo co dwadzieścia parę lat temu ale oczywiście, to jest Entombed i trzeba się zapoznać z nowym materiałem.

A jak Ci leży taki zespół jak The Dead Goats? Jest jakaś niewidoczna, pozytywnie pojmowana muzyczna rywalizacja między braćmi Pierścińskimi?

– Bardzo przepraszam ale bez komentarza na zadane pytanie.

„Try Before Die” ma jakieś przesłanie, „funkcję pedagogiczną w warstwie lirycznej” czy nadal jedyna idea i cały przekaz zawiera się w formule „Gorephobic Slaughtering Metal”?

– Dokładnie tak. Incarnated nie jest zespołem ideologicznym. Teksty są dopełnieniem a zarazem nierozłączną częścią muzyki, którą kocham. Nie chcę nikogo uświadamiać czy też nawracać na „belzebubizm” lub prawosławie (śmiech).

Wzór na promocyjny t-shirt do nowego materiału wykonał Mark Riddick, mający na koncie współpracę m.in. z Suffocation, Grave czy Autopsy. Jak doszło do współpracy? To był Twój wybór czy robota Karola z SMG?

– Zdecydowanie mój wybór, jak większość rzeczy, które dotyczą zespołu. Nie ukrywam, gdyby nie Karol i SELFMADEGOD Records pewnie nie doszło by do współpracy z RIDDICK Art.

Kończąc, musisz wiedzieć Pierścień, że nic nie boli tak jak te długie przerwy między kolejnymi Waszymi albumami. Dasz słowo, że po „Try Before Die” ulegnie to zmianie lub nastąpi przynajmniej jakiś pozytywny progres w tej materii? Niech się darzy Incarnated.

– Tak czasami bywa, że nie można przeskoczyć pewnych rzeczy i wszystko musi mieć swój czas i swoje miejsce. W imieniu Incarnated mogę zagwarantować, że następny materiał ukarze się już w następnym roku szkolnym (śmiech). Dziękuję Ci za czas poświęcony Incarnated oraz mojej skromnej osobie. Wspierajcie podziemie i do zobaczenia na koncertach.

Autor: Sławek Łużny