NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Sunnata – tu chodzi o tripy, a więc dobro wyższe

Jako undergroundowy zespół mamy szczytną misję zawojowania świata i przekonania ludzi, że sludge jest dobry dla każdego – dziecka, studenta, niani, strażaka, a nawet księdza. A tak na poważnie to liczymy na to, że nowym materiałem przekonamy do siebie chociaż garstkę maniaków, którą ściana dźwięku skutecznie odizoluje od świata zewnętrznego i da wejść we właściwy stan emocjonalny.

I tych cytowanych powyżej tripów jest w muzycznym biurze podróży Sunnata dużo. Wypuścili niedawno swój pierwszy materiał – „Climbing the Collosus”. Na pytania odpowiadali Michał (bas) oraz Robert (perkusja).

Był Satellite Beaver, jest Sunnata. Dlaczego? Dotychczasowa nazwa była dla was jakoś ograniczająca, obciążająca?

Michał: Może nie tyle co ograniczająca, ale raczej nieadekwatna do tego, czym się obecnie inspirujemy i co nam wychodzi przy wspólnym jammowaniu. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji tego stwierdzenia – mogą się zaraz pojawić głosy typu „To co będzie jeśli zaczniecie grać znowu co innego, też zmienicie nazwę?”. Szczerze mówiąc – nie wiem. Liczy się teraźniejszość. Stwierdziliśmy, że to słowo pochodzące z buddyzmu oznaczające pustkę, niebyt, przestrzeń i odnoszące się również do stanu umysłu dobrze odwzorowuje nasze poszukiwania muzyczne.

Robert: Z mojego punktu widzenia stara nazwa była pewnym obciążeniem, ponieważ ile można przekonywać promotorów, że nie jesteśmy coverbandem Kyuss i nie gramy licealnego, okrągłego stonera?

Rozglądaliście się za jakimś wydawcą dla materiału czy założenie było że wypuszczacie „Climbing the Collosus” sami?

R: DIY. Od początku było jasne, że „Climbing the Colossus” nagramy i wydamy własnym sumptem w wersji CD. Taki model może i wymaga od nas ekonomicznej ascezy, ale daje też gwarancję najszybszego zwrotu poniesionych kosztów, co bez opieki wytwórni jest kluczowe do dalszego funkcjonowania zespołu. Co do dalszych ruchów – czas pokaże.

Materiał jeszcze ciepły i trudno pewnie snuć już jakieś wnioski, ale jakie cele chcielibyście z nim osiągnąć, ewentualnie jakie przyczółki zdobyć?

M: Jako undergroundowy zespół mamy szczytną misję zawojowania świata i przekonania ludzi, że sludge jest dobry dla każdego – dziecka, studenta, niani, strażaka, a nawet księdza. A tak na poważnie to liczymy na to, że nowym materiałem przekonamy do siebie chociaż garstkę maniaków, którą ściana dźwięku skutecznie odizoluje od świata zewnętrznego i da wejść we właściwy stan emocjonalny. Osobiście mam takie oderwanie w trakcie grania koncertów czy jammowania w sali prób. Ta płyta jest próbą przekazania tego specyficznego stanu oczyszczenia umysłu innym.

Dobrą robotę dla promocji materiału zrobił pewnie jego stream na Terrorizer Magazine. Jak do tego doszło? Maczaliście w tym palce? Są już jakieś zauważalne efekty takiej formy promocji Sunnata?

R: Najlepszą odpowiedzią będzie „po prostu”. Chciałbym móc przytoczyć tutaj jakąś fascynującą anegdotę, ale nic takiego za tą akcją nie stoi. Wysyłaliśmy nasz materiał do różnych ludzi jeszcze przed premierą i pewnego dnia po prostu dostaliśmy maila z Terrorizer z zapytaniem, czy nie dalibyśmy im albumu w streamie na wyłączność na tydzień przed wypuszczeniem płyty. Efekty? Lajki na fejsie rosną, koledzy z branży poklepują po plecach, a dziennikarze muzyczni pytają w wywiadach. Ta sytuacja jest dla nas bardzo nobilitująca, a przy okazji wzbudziła dokładnie takie zainteresowanie nami, jakiego w tamtym momencie potrzebowaliśmy.

Gdzieś w sieci trafiłem na uwagę, że Sunnata wypełnia pustkę po Vagitarians. Zostawiając na boku porównania muzyczne – zgadzacie się z takim spojrzeniem?

M: Myślę, że nie. Na miejsce Vagitarians wkroczył Spirit. A skoro jest w nim 3/5 składu „wagin”, to chyba bardziej on wypełnia tą pustkę.

R: Tym bardziej, że muzycznie z Vagitarians nigdy nie było nam po drodze, zawsze graliśmy odmienne gatunkowo rzeczy, a nasza zmiana nazwy oraz powstanie Spirit i wszystko co za tym idzie, chyba najlepiej te różnice podkreśla.

Ufomammut czy Kylesa? Który band jest wam bliższy? Moim zdaniem wibracje obydwu z nich można swobodnie poczuć na „Climbing the Collosus”.

M: Kylesa. Lubię oba, a Kylesę wręcz kocham i to nie tylko za sprawą Laury. Czasem, zupełnie naturalnie, rzeczy które wychodzą nam spod palców okazują się być stylistycznie zbliżone do tych dwóch składów właśnie. Moim zdaniem świadczy to o tym, że…

R: … nie potrafimy wymyślić nic własnego (śmiech).

M: …że kierowały ich najwyraźniej podobne emocje. Przez to łatwo mi z nimi utożsamiać.

R: Tak się składa, że akurat będziemy supportować Kylesę na ich gigu w Warszawie, 7 lipca, wybrani tam wolą ludu, więc najwidoczniej nie tylko my twierdzimy, że ten skład jest nam bliski. Gdybym miał wybierać, wybrałbym jednak Ufomammut. Kylesę szanuję za to, że cały czas poszukują i eksperymentują, ale to Ufomammut dostarcza tripów i psychodeli dokładnie takich jak lubię – niepokojących, rozedrganych i ociężale kroczących przed siebie. Poza tym to bardzo fajna i zdystansowana załoga.

Czy ze względu na nową nazwę i przeorientowaną stylistykę zmieniło się u was coś od strony kompozycyjnej? Kto jest tutaj szefem i jak powstają te astralne dźwięki?

M: Szefa nie ma i nie będzie go w ogóle.

R: Kropka.

M: Komponowanie wygląda u nas dość standardowo – ktoś przynosi riff, ogrywamy go, improwizujemy, a potem ewentualnie porządkujemy i powoli robimy z tego utwór. Przywiązujemy dużą wagę do improwizacji – nagrywamy niemal wszystkie, z czego te krótsze mają w okolicach 15-minut, więc nigdzie się nie spieszymy. Co do nazwy to tak, jak już wspominałem – ten nowy proces kompozycyjny zaczął się już dużo wcześniej, tylko ona teraz lepiej to określa.

R: Wszystkie próby staramy się nagrywać, potem wybieramy jammy warte uwagi, a z nich fragmenty, które z naszego punktu widzenia mają potencjał. Między próbami osłuchujemy się z nimi, każdy ma też w głowie swoje pomysły którymi na bieżąco się dzieli. Ja na ten przykład robię częsty użytek z dyktafonu w telefonie i rejestruję – znaczy, wyśpiewuję lub opisuję słowami – każdy aranż-pomysł, który wpadnie mi do głowy. Ludzie reagują na to różnie (śmiech), ale tu chodzi o tripy, a więc dobro wyższe.

Inhalacje i dym to mus jak Sunnata próbuje i komponuje?

M: Co najwyżej stęchlizna pochodząca z dywanów na ścianach naszej DIY salki (śmiech).

R: Preferujemy półmrok, (względnie) dobre piwo i dużo czasu. Nie inhalujemy się, wystarczy że bez dodatków z głów wychodzą nam różne, popaprane obrazy.

Płyta ma bardzo bezpośredni sound. Jesteście z niego zadowoleni? Dziablas przy miksach sumiennie realizował waszą wizję czy miał też wpływ na brzmienie?

M: Dziablas był bardzo konsekwentny i sumienny. Pojawiło się też trochę przeszkód na drodze – które konsekwentnie pokonywaliśmy – związanych z detalami brzmieniowymi. Zaskutkowało to mocnym, surowym, wręcz garażowym soundem. Jestem bardzo zadowolony z efektu naszej współpracy.

R: Mimo, że z Dziablasem znamy się już długi czas, minęła chwila nim przekonał nas do swojej wizji brzmienia oraz do obdarzenia go właściwym poziomem zaufania. Trochę za bardzo chcieliśmy mieć pod kontrolą każdą pierdołę, zamiast skupiać się na całościowym efekcie. Praca z nim to zawsze przyjemność, jestem zadowolony.

Fajnego sznytu materiałowi nadają bujająco prowadzone, dość niekonwencjonalne wokale SZY w choćby „Stalagmites” i „Fomalhaut”. Sam on układa linie melodyczne czy wspólnie nad tym pracujecie, coś konsultujecie, etc.?

M: Gdy już wszystko nagramy, to Szymon (gitara, wokal) zamyka się sam w salce i puszcza swoje wodze fantazji. To co wymyśli, skrupulatnie nagrywa i wysyła nam do oceny. W końcu demokratycznie lub nie (śmiech) wybieramy ostateczne wersje, najczęściej złożone z paru różnych jego propozycji.

R: Szymon ma świetne pomysły wokalne, jestem jego wielkim fanem. Do tej pory podczas tworzenia materiału za bardzo skupialiśmy się na instrumentalnej części, przez co zdarzało się, że na wokale nie było już miejsca. O ile nie ma w tym generalnie nic złego, o tyle mamy plan aby zostawić wokalom więcej przestrzeni lub nawet zacząć komponowanie utworu od linii wokalnych właśnie. Chcemy zbalansować proces tworzenia i nie dominować go tylko jednym podejściem.

Warszawa to ewidentny krajowy lider jak idzie o dźwięki stoner/sludge/doom i pokrewne. Czym jest powodowane waszym zdaniem, że właśnie w stolicy są one tak mocno zaszczepione i tu najfajniej kiełkują?

R: Ktoś-kiedyś określił, że dodają pewnie czegoś do wody (śmiech). Wydaje mi się, że ma to związek z tym że od samego początku ludzie własnymi siłami ściągali tutaj kapele tych nurtów, ponieważ nikt wówczas nie był nimi na poważnie zainteresowany, co było siłą zapalną do dalszego działania. Ludzie chcieli słuchać takiej muzyki, siłą rzeczy chcieli też ją grać, chcieli organizować takie koncerty i to wszystko po prostu się stało. Piękna rzecz.
Z innego punktu widzenia, wzmożony ruch to chyba naturalna cecha miast stołecznych, a ja mimo wszystko nie wiem, czy Warszawa jest aż tak silnym „liderem” sceny. Ogromny potencjał ma przecież też scena trójmiejska, czy wrocławska.

Jakie najbliższe działania są wpisane w grafik Sunnata? Na fb piszecie że gig w ramach release party „to prawdopodobnie jeden z ostatnich lokalnych koncertów na przestrzeni najbliższych miesięcy”. Dlaczego, kurde?! Nie zamierzacie szerzej koncertować?

R: Krótką trasę promującą album mieliśmy jeszcze przed jego wydaniem. Mamy spore plany koncertowe na drugą połowę roku, teraz wolimy się dobrze do tego przygotować. Stąd ograniczamy się do końca wakacji do koncertów festiwalowych i je okalających. Gig lokalny będzie 07.07 w Progresji z Kylesa i Lazer Wulf. Od jesieni zaczynamy intensywnie koncertować i promować, w międzyczasie może pociągniemy temat winyla, kasety, etc. Powoli, do przodu.

SUNNATA na Bandcamp

Autor: Sławek Łużny