NOWY NUMER!

Musick Magazine 3/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Dopelord – nie ma co na siłę starać się odkrywać czegoś nowego

Wiesz, są ludzie, którzy lubią podać bonga dalej w tłumie, a są tacy którzy wolą w domowym zaciszu zakurzyć lolka. Gramy i dla tych, i dla tych.

Nowym materiałem okadzają od niedawna DOPELORD – okultystyczni czciciele zawiesistego riffu z lubelskich katakumb. „Black Arts, Riff Worship & Weed Cult” daje radość. Na pytania odpowiedzieli Miodek (wokal, gitara), Klusek (bas) i Blondyna (perkusja).

Dopelord powstał w 2010r. To, że gracie takie dźwięki, jest przedłużeniem osobistych muzycznych fascynacji czy jest inny „powód”, że eksplorujecie taką stylistykę? Stoner i doom wybrał was czy odwrotnie?

Miodek: To był rok dobrych albumów: Electric Wizard wypuścili „Black Masses”, Cough „Ritual Abuse”, Bongripper „Satan Worshipping Doom”, Stonehelm „S/T”. Pełno było dobrej muzy wokoło. Spore wrażenie na mnie zrobiła wtedy demówka Windhand i to ona sprawiła, że złapałem za wiosło i napisałem kilka wolniejszych niż zwykle riffów. Tak powstał „Lucifer`s Son”. Nagrałem go na jednej z prób jeszcze z perkusistą Solarbabes. Któregoś wieczora pokazałem nagranie Kluskowi z zapytaniem, czy nie chciałby pograć trochę smolistych riffów. Wiedziałem, że od dawna jara się ekipą z Dorset. Po kilku dniach graliśmy już w składzie, który uzupełnili Mroku i Arek.

Klusek: Tak więc zdecydowanie, powstanie zespołu było wynikiem fascynacji gatunkiem. Dopelord z początku miał być pobocznym projektem, ale bardzo szybko zeżarł projekty główne. Bez jeńców i bez żalu.

Debiutanckie „Magick Rites” sprzed dwóch lat to jednoznacznie dobry materiał. Spełnił w waszej opinii zadania jakie sobie i jemu stawialiście? Zainteresowanie płytą pokrywało się z waszymi oczekiwaniami?  

Miodek: Zanim materiał został wydany, ogrywaliśmy go już na koncertach. Spotykał się z raczej z pozytywnym odbiorem. Wiedzieliśmy, że jest kilka osób w kraju, które na pewno zagustują w magicznych rytuałach. Zagraniczne zainteresowanie było miłym zaskoczeniem.

Klusek: Nie stawialiśmy przed tym materiałem żadnych zadań. Mnie osobiście zainteresowanie albumem bardzo zaskoczyło, może dlatego, że trudno było mi wówczas obiektywnie spojrzeć na te kawałki.

Teraz jest czas „Black Arts, Riff Worship & Weed Cult”. Jakbyście go w krótkich słowach zarekomendowali laikowi?

Miodek: „Inhale/Hold it in your lungs/Exhale”.

Klusek: Tytuł tego albumu mówi o nim praktycznie wszystko.

Janek Galbas to już taki trochę Kurt Ballou krajowego doom/stoner rocka. Miks i master płyty, generalnie jej brzmienie zadowala was, rozumiem, po całości?

Miodek: Dziablas odwalił kawał dobrej roboty. Praca w studio z człowiekiem, który wie o co chodzi w tej muzie, to naprawdę spore ułatwienie. Poza tym namówił Kluska do śpiewania, czego nie udało się nam zrobić wcześniej.

Klusek: Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów współpracy z Dziablasem. Od początku miał swoją wizję brzmienia tego albumu, która ładnie przecięła się z naszymi oczekiwaniami. W pełni wykorzystał potencjał miejsca, w którym nagrywaliśmy i fajnie uchwycił jego przestrzeń.

Mam wrażenie, że na nowej płycie jest więcej psychodelii i lotów, nawet w twoich wokalach Miodek, dużo różnorodniej prowadzonych niż na „Magick Rites”. Był podczas komponowania wyznacznik, by zwrócić na takie odjazdy większy nacisk, czy to słaby trop z mojej strony?

Miodek: Część odjazdów powstała dopiero w studio. Chodzi mi o solówki i smaczki. Linie wokalne powstają zwykle w trakcie ogrywania samych riffów i stanowią ich nadbudowę. Nowe numery są bardziej złożone, to i wokale jakoś naturalnie takie wyszły.

Klusek: Nie staraliśmy się z góry zakładać, że album będzie bardziej psychodeliczny. Jeśli gdzieś pasował kosmiczny odlot na gitarze – to go wstawialiśmy. Z drugiej strony, kosmiczny odlot na wieśle wszędzie pasuje.

Żwawy „Green Plague” żre jak fiks. Opowiedzcie coś o tym utworze. Kto jest jego autorem? Jest w secie koncertowym i grany już był? Metale pogują?

Miodek: Haha… Pogują, a jak! Klusek i ja jesteśmy fanami punkowego wpierdolu. Już jakiś czas nosiliśmy się z zamiarem zrobienia szybkiego numeru. Przyniosłem na próbę praktycznie gotowy numer. Klusek zmienił nieco riff otwierający, potem coś jeszcze pomieszaliśmy i oto mamy ziołowy mix kopa w ryj i transowego lotu.

Klusek: Miodek może nie pamiętać, ale ostatnio w warszawskich „Chmurach” kończyny fruwały opętańczo. Zniszczenie etanolowe o tej porze było wśród publiki spore, więc wyglądało to wszystko jak zgraja zombie podłączonych pod 40 tysięcy voltów.

Spring Rites III trwa. Jak sytuacja po dotychczasowych gigach? Austriackie czy słowackie browary smakowo porównywalne z klasyczną Perłą? Może lepsze?

Miodek: Nie ma nic ponad Perłę, haha! Dotychczasowe gigi bardzo dobrze. Chociaż pojechałem z zapaleniem gardła i pod koniec wyjazdu prawie nie mówiłem. Na szczęście wokoło było wielu miłośników ziołowego okadzania. Kurowałem się na bieżąco.

Klusek: Organizacyjnie, koncerty zagraniczne zawsze są fajerwerkami. Takimi, które śnią się potem w te noce, gdy skulony nie dosypiasz gdzieś na karimacie. A raczono nas przeróżnymi browarami, niektóre z nich szybko zyskały nowe miana, np. „Pissinger” lub „Uriner”, ale i tak wszystko nam pasowało. Czasem zapasy gospodarza stanowiły duże wyzwanie, które dzielnie podejmowaliśmy.

Tegoroczną majówkę spędzicie na Heavy Days in Doom Town III w Kopenhadze. Konkretny line up. Jak tam wbiliście? Jakieś ponadstandardowe oczekiwania w związku z tym koncertem?

Klusek: Dostaliśmy zaproszenie od organizatora. Okazuje się, że w naszej niszy dobrze działa instytucja poczty pantoflowej. Trzeba grać dobre koncerty, wtedy wieści się rozchodzą i pojawiają się ciekawe propozycje.

Miodek: Co do oczekiwań. Będzie dobra impreza. Cztery dni srogiego riffu, ciężkiego dymu i kosmicznych odlotów.

Co jest esencją, ekstraktem Dopelord – koncerty, feeling i magia riffu uskuteczniana na żywca, czy jednak klimat i okultystyczne diabelstwo sączące się z płyt?

Miodek: Wiesz, są ludzie, którzy lubią podać bonga dalej w tłumie, a są tacy którzy wolą w domowym zaciszu zakurzyć lolka. Gramy i dla tych, i dla tych.

Klusek: Pewnie, że tak, ale moim zdaniem klimat i okultystyczne diabelstwo są obecne na naszych koncertach, dlatego by mieć w miarę pełny obraz, trzeba zobaczyć nas na żywo.

Miodek, kiedy powstają liryki? Teksty masz gotowe jeszcze przed dźwiękami czy formułujesz je dopiero na ich bazie?

Miodek: Różnie to z tym bywa. Często refreny bądź fragmenty zwrotek wychodzą naturalnie przy ogrywaniu riffów. Tak było w przypadku „Addicted to Black Magick”, czy „Preacher Electrick”. Zwykle jednak piszę je z Kluskiem do gotowych kompozycji.

Nie mieliście jakichś problemów ze względu na werbalny przekaz Dopelord? Jestem pewien, że nie brakuje w naszej ojczyźnie takich, którzy pewne wasze treści gotowi byliby potraktować dosłownie, bezpośrednio i ze śmiertelną powagą.

Miodek: Nie zarejestrowałem takich problemów.

Klusek: Widocznie nie umieją po angielsku.

W stylistyce stoner/doom jest jeszcze miejsce na odkrywanie jakichś nowych przestrzeni czy wszystko jest kwestią odpowiedniej i umiejętnej reinterpretacji patentów wymyślonych już lata temu?

Miodek: Panuje taka obiegowa opinia, że cokolwiek nie wymyślisz, to znajdzie się jakaś kapela z lat 60/70, która już to zrobiła. Myślę, że nie ma co na siłę starać się odkrywać czegoś nowego… niektórzy niestety tylko na tym stracili.

Klusek: Doom okazał się dość pojemnym pojęciem. Wiele rzeczy można odkrywać na nowo, a granice gatunku czasem dziwnie fluktuują.

Blondyna: Moim zdaniem taka przestrzeń istnieje. Należy robić to jednak umiejętnie i ze spokojem. Mam jednak wrażenie, że ciężko to przychodzi w tym środowisku.

Podobno po „Magick Rites” były plany na winylowy split z jakąś amerykańską załogą. Rozwiniecie temat czy sprawa nieaktualna?

Miodek: Plany nadal aktualne. Podczas sesji „Black Arts, Riff Worship & Weed Cult” zarejestrowaliśmy jeden dodatkowy numer. Najpierw jednak musimy się zająć naszym nowym tworem.

Klusek: Amerykańską załogą jest zespół Traitors Return To Earth, split wydamy pewnie pod koniec tego albo na początku przyszłego roku. Będzie to siedmiocalowy winyl.

Jak myślicie – która z naszych telewizyjnych celebrytek ma zadatki na wiedźmę?

Miodek: Hahaha, nie mam telewizora. Chociaż pewnie Beata Tyszkiewicz w piwnicy coś tam pichci.

Klusek: Polskie celebrytki nadają się do płonięcia na stosach, ale to jeszcze nie czyni z nich wiedźm.

Blondyna: Pieńkowska!

Miodek, gdybyś był reżyserem niskobudżetowego horroru, akcję musiał osadzić w stolicy przy Wiejskiej – jak wyglądałaby oś scenariusza i kto mógłby liczyć na główne role?

Miodek: Już mi ktoś ukradł pomysł z przeróbką „Mgły” Carpentera. Ale Grodzka odstawiająca taniec Buffalo Billa na sali sejmowej, tego by nikt nie przeżył.

Klusek: Ja chyba już nie przeżyłem.

Pozwólcie, że na koniec zrzucę na was rolę recenzentów. Co panowie sądzą o „Doom Machine” Majora?

Miodek: Na żywo ten materiał spuszcza niemiłosierny wpierdol.

Blondyna: Zgadzam się z przedmówcą, Majory na żywo potrafią groović i lać po mordzie.

Klusek: To bardzo dobry materiał. Na koncertach straciłem przez niego kilka żyć.

Domel, gdy z nim robiłem wywiad niedawno, pytany o jakieś ciekawe i warte uwagi kapele z Lubelszczyzny poza wami i Major Kong mówił, że nie, nie ma nic ciekawego. Potwierdzacie?

Miodek: W klimatach stoner/doom nic mi nie przychodzi do głowy.

Klusek: Nie mieszkam w Lublinie już jakiś czas, więc nie trzymam ręki na pulsie, ale wydaje mi się, że gdyby coś stoner/doomowego cudownie tam bulgotało, to bym wiedział. Ale może się nie znam.

http://dopelord.bandcamp.com

Autor: Sławek Łużny