NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Procession – ponadczasowe przesłanie

Gdy byłem nastolatkiem, krajem rządził reżim, nie znałem angielskiego, nie potrafiłem grać na basie i nie miałem pieniędzy, by kupić instrument… A prawie dwie dekady później znalazłem się w zespole, który miał szczęście zagrać w Szwecji koncert, w trakcie którego na scenie pojawił się Messiah Marcolin… Takiej magicznej nocy rzeczywistość solidnie kopie cię w tyłek.

Ruszyła już doom metalowa trasa roku, „European Dissonance Tour”. Lada dzień biorące w niej udział zespoły ESOTERIC, PROCESSION oraz ISOLE unieszczęśliwią – bo czegóż spodziewać się po doomowcach – swoich fanów w Szczecinie, Wrocławiu i Warszawie, gdzie dotrze ta ponura procesja. O swoich wspomnieniach związanych z Polską, magicznych chwilach, podboju Europy i kilku innych sprawach opowiedział nam tuż przed ruszeniem w drogę basista PROCESSION, Claudio Botarro Neira.

W najbliszy poniedziałek zawitacie do Polski już po raz trzeci w swojej historii. Jak wspominasz dwie poprzednie wizyty w naszym kraju, a konkretnie zachodniopomorskim Goleniowie, gdzie daliście znakomite koncerty? Czego możemy się spodziewać po gigach z ESOTERIC i ISOLE?

– Za pierwszym razem, o ile dobrze pamiętam, nie mieliśmy bladego pojęcia, czego możemy się spodziewać. Była sroga zima, do Polski jechaliśmy całą noc osobowym, rozklekotanym volvo i wiedzieliśmy tyle, że mamy zagrać w klubie “Rampa”, gdzieś przy torach kolejowych, pod lasem, pośrodku niczego… Zdaje się dotarliśmy na miejsce w niedzielę rano, a na ulicach nie było widać dosłownie nikogo. Zostaliśmy też poproszeni o to, żeby w jednym z kawałków wystąpił z nami na scenie “uzdolniony dzieciak”, grający na gitarze, więc wychodziłem z założenia, że to będzie “jeden z tych koncertów”.

Zajebiście się myliłem, bo było niesamowicie.

Po spotkaniu z organizatorami zostaliśmy ugoszczeni porządnym obiadem i drinkami, próba dźwięku poszła świetnie, a w końcu spotkaliśmy “małego wirtuoza”, czyli Igora Gwaderę, który później skopał nasze stare tyłki na scenie i okazał się jedną z największych nadziei sceny metalowej. Lokalne supporty były świetne, a publiczność… wow! Klub był pełen, a ludzie bawili się tak energicznie! Koncert trwał dość długo, ale nikt nie wychodził; a po gigu wiele osób podchodziło pogadać, zrobić sobie z nami fotkę, wypić piwo… Nie miało żadnego znaczenia to, że następnego dnia wypadał poniedziałek, po prostu zabawa trwała nadal… W pewnym momencie zostaliśmy nawet „poproszeni” przez kierowcę, żeby wreszcie wyjść, bo inaczej byśmy się spóźnili na prom. Mamy z tej imprezy wspaniałe wspomnienia!

Za drugim razem już wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać (choć wiemy, że każdy koncert jest inny i nie powinno się mieć żadnych oczekiwań), bo też wiedzieliśmy, jacy są polscy maniacy. No i wyszło to tak, jakbyśmy grali tydzień po pierwszym gigu: mnóstwo „bangerów”, mnóstwo piwa, mnóstwo śmiechu i starych przyjaciów. No i METAL. To była wspaniała METALOWA noc!

Czego możecie się spodziewać teraz? My damy z siebie wszystko na scenie, by koncert wypadł świetnie, a nasz DOOM dotarł do ludzi. A my od Polaków oczekujemy tego, by byli taką publicznością, jaką znamy: energiczną, oddaną i lojalną. To będzie znakomity koncert w wykonaniu PROCESSION oraz doomowych tytanów z ESOTERIC i ISOLE.

Scenicznie, mam wrażenie, stale się rozwijacie. Kilka lat temu jeździliście w tym rozkletoanym volvo po małych klubach, ale już w ubiegłym roku zaliczyliście sceny na tak dużych festiwalach jak Party.San i Hellfest. Którą „scenografię” wolicie?

– Uważam, że tak naprawdę ważne jest to, by scena była dopasowana do publiczności. Chodzi mi o to, że gramy DOOM metal i tak naprawdę oczekujemy od ludzi po drugiej stronie, by byli poruszeni istotą tej muzyki. W dużych klubach i na festiwalach, oczywista sprawa, zespół usłyszy więcej osób, ale nie każdy jest w stanie odebrać twoje przesłanie ze względu na wiele zewnętrznych bodźców: a to jest schlany, a to bardziej zainteresowany innymi zespołami/scenami, a to znowu zajmuje się „festiwalowym życiem”. Na małej scenie kontakt z publicznością jest bardziej intymny. To bardziej bezpośrednie przeżycie i nawet jeśli w koncercie nie uczestniczy tak wiele osób, jak na festiwalu, to i tak możesz z niego wynieść większe korzyści.

Reasumując, mogę powiedzieć tyle, że tak długo jak są ludzie zainteresowani naszym przesłaniem, tak my, bez względu na rozmiar sceny, będziemy zainteresowani graniem dla nich.

Pamiętasz jakieś wyjątkowe historie z dotychczas zagranych koncertów? Podejrzewam, że gitarowy pojedynek ze wspomnianym już Igorem Gwaderą do takich należy?

– Ha! Jak już powiedziałem, dzieciak skopał nasze stare dupska. Bez kitu.

Wciąż pamiętam tę próbę. Młody (13? 14 lat?) dzieciak, który wyglądał trochę jak dziewczyna (sorry Igor! Nie miałeś wtedy nawet zarostu na twarzy, bracie!) z długimi włosami i za dużą kataną z naszywkami miał z nami zagrać cover jednego z utworów CANDLEMASS (chodzi o „Solitude” – przyp. red.). Po kilku riffach stwierdziliśmy „Ok, dzieciak potrafi grać”… Ale gdy doszło do sołowek, byliśmy rozwaleni. Potem, już w trakcie gigu, przedstawiliśmy go jako mistrza, a po skończeniu utworu Candlemass Felipe z Igorem rozpoczęli pojedynek na solówki. W pewnym momencie z Felipe spojrzeliśmy na siebie, wzięliśmy po piwie, siedliśmy na scenie i patrzeliśmy tylko, jak Igor wycina na gitarze, a publiczność szaleje. Szkoda tylko, że nikt tego nie uwiecznił, przynajmniej na YouTube nic nie widziałem. Jeśli ktoś to ma, niech udostępni w sieci! To był jeden z najwspanialszych momentów w historii PROCESSION!

Innym świetnym przeżyciem (wliczając w to całą historię wydarzenia) był koncert, na którym zagraliśmy „Solitude” CANDLEMASS z gościnnym występem samego Messiaha Marcolina. Nie powiem nawet, że to było spełnienie marzeń, bo jak do cholery miałby Chilijczyk wywodzący się z klasy robotniczej marzyć o takiej chwili? Gdy byłem nastolatkiem, krajem rządził reżim, nie znałem angielskiego, nie potrafiłem grać na basie i nie miałem pieniędzy, by kupić instrument… A prawie dwie dekady później znalazłem się w zespole, który miał szczęście zagrać w Szwecji koncert, w trakcie którego na scenie pojawił się Messiah… Takiej magicznej nocy rzeczywistość solidnie kopie cię w tyłek.

Najnowsza płyta PROCESSION, „To Reap Heavens Apart”, wydaje się być bardzo intymną, wsobną rzeczą. Tytuł pewnie po części wyjaśnia pomysł na nią, ale mam wrażenie, że nie tylko o niebo w ujęciu religijnym chodzi, ale też różne, bardzo prywatne „nieba”, które każdy sobie tworzy.

– Zgadza się. Album jest rzeczywiście bardzo osobisty. I nawet jeśli znam jego głównego twórcę Felipe od wielu, wielu lat i jesteśmy jak bracia, mogę jedynie mówić o swoim odbiorze tego, co na ten temat mi mówił bądź pisał. Według mnie owe „nieba” to zwykła codzienność, od sfer, w których próbujemy się wygodnie urządzić (praca, rodzina, społeczeństwo), przez instytucje (religijne i polityczne), po intelektualne i duchowe paradygmaty. Zestawienie „rip” – „reap” nie jest w tym przypadku tylko grą słów; ma to głębsze znaczenie, związane z niszczeniem przestarzałych, frustrujących i paraliżujących struktur, które nie ulegają wewnętrznemu wzrostowi i rozwojowi. Z potrzebą zabijania. Z potrzebą zakończenia wszystkiego, co istniało wcześniej. Tego, co zostało stworzone i ukształtowane przez innych.
No i ze żniwem. Z zebraniem wybranych fragmentów i obecnością wewnętrznej siły, ukierunkowywującą spójny wysiłek na stworzenie nowej struktury/sytuacji/jaźni z rozkładu, z prochu. Z wolą do samopoświęcenia.

W talii kart tarota, ten album to XIII.
W jednej sentencji, Solve et Coagula („dziel i łącz”).

Był jakiś plan, który Wam przyświecał podczas nagrywania albumu?

– Planu jako takiego nie było, raczej „miejsce” z określonymi granicami. Można sobie wyobrazić PROCESSION jako małą wyspę z własnym kształtem, własnym językiem, własnymi tradycjami, mitami i bóstwami. Idąc tropem tej metafory, korzystamy z obcych wpływów, gdy uważamy, że to istotne i pomaga w naszym rozwoju (a gdy „obcy” próbują odebrać nam to, co nasze, lub najechać naszą wyspę, będziemy walczyć zębami i pazurami, ha!).

Nasz bóstwa to Candlemass, Solitude Aeturnus, Scald, Sorcerer, Solstice, Iron Maiden, Judas Priest, Mercyful Fate/King Diamond i wiele innych zespołów, grających DOOM/heavy metal. A „obce wpływy” to – przynajmniej jeśli o mnie chodzi – prog rockowy zespół z chilijskich Andów LOS JAIVAS, polski mistrz Zbigniew Preisner (słyszeliście intro na naszych koncertach?) oraz trochę thrash i death metalowych zespołów, z których muzyką dorastałem.

Album brzmi potężnie, ale też bardzo organicznie. Mieliście chyba trochę czasu, żeby nad nim popracować?

– Z myślą o nagraniu albumu wybraliśmy się we czterech na ponad miesiąc do chałupy w Hofors na północy Szwecji. Zamieniliśmy ją w studio nagraniowe, w którym zarejstrowaliśmy wszystko, prócz bębnów (te zostały położone w Uppsali). Przede wszystkim jednak próbowaliśmy uchwycić właściwy klimat, bo wychodziliśmy z założenia, że będzie to ponadczasowe DOOM przesłanie. Zapalaliśmy świece, często nagrywaliśmy w nocy, tworzyliśmy muzykę ad-hoc w czasie, gdy nie była ona rejestrowana. Oczywiście, by utrzymać morale, opróżnialiśmy też sporo puszek piwa. Ostatecznie doliczyliśmy się ponad trzystu, ale jak podzielisz na czterech w przeciągu miesiąca, to nie wychodzi zbyt dużo, nie sądzisz. Koniec końców było to wszystko PRO-SESSION.

Ciężko było pracować nad utworami w sytuacji, gdy Ty wciąż żyjesz w Chile, Felipe i Uno w Szwecji, a Jonas jest Duńczykiem?

– Cóż, na przekór „Killing Technology” VoiVod, komunikacja przy użyciu nowoczesnych środków dobrze nam się przysłużyła. Pewnie Felipe i Uno łatwiej się dogadać, bo mieszkają w tym samym domu. „Puk, puk: hej, mam pomysł, chcesz posłuchać?” Ale z internetem, udostępnianiem plików, rozmowach na skype i tak dalej można wszystko załatwić bez większego problemu. Wiem, że to nie to samo, co spotkanie w sali prób, ale jednak się sprawdza.

Jeśli chodzi o sam proces powstawania utworów, to obecnie wolę najpierw posłuchać tego, co skomponował Felipe i dostosować do tego swoje linie basu. Następnie wysyłam mu ścieżki mailem, by mógł się na ich temat wypowiedzieć, bądź je zaakceptować. Jeśli chodzi o komponowanie, zdecydowanie wolę granie na żywo w sali prób. Ale że obecnie nie jest to możliwe, wolę się skupić na detalach związanych z aranżacjami basu.

Do utworu „The Death Minstrel” udało Wam się namówić Alana z PRIMORDIAL. Dlaczego właśnie on?

– Nie jestem w 100 procentach pewien. Zdaje się, że Felipe odezwał się do niego, bo tekst utworu oparty jest na starym angielskim wierszu, potrzebny więc był ktoś z odpowiednim akcentem. Alan był pierwszą opcją i całe szczęście nie odmówił, a Jonas zajął się zarejestrowaniem jego wokali. Wydaje mi się, że udział Alana bardziej wynika z wiary w jego talent i tego, że są z Felipe „metalowymi” kompanami, niż z tego, że jest wokalistą PRIMORDIAL.

Postrzegasz nową płytę, szczególnie w zestawieniu z debiutanckim „Destroyers Of The Faith”, jako kolejny krok w muzycznym rozwoju PROCESSION?

– Tak. Myślę, że pojawienie się w składzie drugiej gitary dobrze wpłynęło na kompozycje, podejście do nich, ale też na koncerty. Po prostu lepiej brzmimy, zarówno w studiu, jak i na żywo. To, że mamy dwóch gitarzystów oznacza też, że mamy świeżą/odnowioną wizję naszej muzyki i dużo więcej riffów do wyboru.

Mam wrażenie, że w doom metalowym środowisku dawno przestaliście być postrzegani jako undergroundowa chilijska załoga, która pojawiła się nie wiadomo skąd i nagrywa fajne rzeczy. Po wydaniu „To Reap Heavens Apart” jesteście, mówiąc wprost, jednym z najbardziej szanowanych zespołów w tej muzycznej niszy.

– Oddźwięk na płytę jest póki co doskonały! Jesteśmy naprawdę dumni z tego albumu, szczególnie biorąc pod uwagę, że wiele mu poświęciliśmy. Co mogę powiedzieć… Cóż, jestem po prostu szczęściarzem. Kiedyś nawet nie marzyłem o tym, że będę grał w zespole, który nagrywa płyty, jeździ w trasy i ma fanów na całym świecie. Wiesz, chilijska scena zawsze była zdominowana przez kapele grając black/death metal w południowoamerykańskim stylu, a my, ze swoim DOOM metalem dosłownie płynęliśmy pod prąd, bez praktycznie żadnego wsparcia. Szanse, że zaistniejemy tutaj, były praktycznie żadne, a jedyną możliwością dotarcia z naszym przesłaniem do słuchacza było wyruszenie na podbój Europy. Taka była wizja Felipe i przyznam, że miał cholerną rację.

Wiem, że po wyjeździe do Szwecji czasem tęskni za Chile, rodziną i przyjaciółmi, ale nie wydaje mi się, by kiedykolwiek utracił chilijskiego ducha. Ofiary dla sprawy trzeba ponosić. DOOM metal JEST ofiarą.

W tamtym roku zrobiliśmy z PROCESSION krótką trasę po Chile, było świetnie. W Santiago spotkaliśmy wielu przyjaciół i kumpli z innych zespołów (m.in. Slaugthbbatth, Atomic Aggressor, Attacker Bloody Axe i Wrathprayer). Zabawne w sumie było to, że „doom metalowa publiczność” składała się głównie ze znajomych z zespołów, grających zupełnie inną muzykę.

No i dziwaczna sprawa, że był to pierwszy i ostatni gig w miejscu, w którym wystąpiliśmy. Zostało ono otwarte tydzień wcześniej, a dzień po koncercie spłonęło doszczętnie w „niewyjaśnionych” okolicznościach.

Wraz z Felipe stworzyłeś inny muzyczny projekt – CAPILLA ARDIENTE. Czym się on różni od „macierzystego” zespołu?

– Historia CAPILLA ARDIENTE sięga, o ile pamiętam, 2002 roku. Grałem wówczas w moim pierwszym zespole POEMA ARCANVS, którego Felipe był technicznym. No i wyszło tak, że za każdym razem, gdy graliśmy gdzieś w kraju, siadaliśmy razem, piliśmy i słuchaliśmy starych, nieznanych, ale też nowych i przede wszystkim świetnych heavy/DOOM metalowych zespołów. No i wreszcie (było to podczas przejazdu przez pustynię na północy Chile, gdy popijaliśmy rum, mamy nawet fotografię uwieczniającą tę chwilę) stwierdziliśmy, że trzeba założyć zespół grający w tym stylu. BAM! To był początek CAPILLA ARDIENTE, jeszcze zanim powstało PROCESSION. Pierwotnie nazwaliśmy ten projekt „Roble del Tormento” (Dąb męczarni), mieliśmy logo i cały koncept, ale niedługo później REVEREND BIZARRE wydało epkę „Thulsa Doom”, na której znalazł się utwór „The Tree of Suffering”, więc uznaliśmy, że możemy być posądzeni o naśladownictwo. No i zmieniliśmy nazwę na obecną, dosłownie znaczącą „płonąca kaplica”. W Ameryce Południowej to miejsce ostatniego pożeganania ze zmarłymi (kościół, teatr, dom etc.), a mówi się tak na nie, bo zazwyczaj ustawia się w nim płonące świece. Dużo świec. Uznaliśmy, że śmierć, pożegnanie, smutek, cierpienie i dwuznaczny wydźwięk nazwy (kaplica w ogniu) są dla nas wystarczająco doomowe.

Najważniejsza różnica pomiędzy zespołami jest taka, że w PROCESSION muzykę tworzy przede wszystkim Felipe, a gitarowe melodie i linie wokalne powstają w tym samym czasie, a ja mam pełną wolność jeśli chodzi o partie basu. W CAPILLA ARDIENTE jest na odwrót, ja tworzę muzykę, a Felipe układa do nich wokalizy. Inną różnicą jest to, że CA z założenia miało być zespołem grającym na dwie gitary, a utwory są znacznie dłuższe niż w przypadku PROCESSION.
Debiutancki album CA „Bravery, Truth and the Endless Darkness” ukaże się 6 czerwca na winylu i kompakcie nakładem High Roller Records. Planujemy wiosną lub latem przyszłego roku ruszyć w trasę po Europie, więc BĄDŹCIE GOTOWI!

Najświeższe wieści dotyczące CA są takie, że na przełomie sierpnia i września ukaże się 12″ split z naszym polskimi braćmi z EVANGELIST, na którym znajdzie się nasza doomowa wersja „Waltz the night” ANGEL WITCH.

Jest jakaś przyszłość dla epic/heavy/doom metalowej sceny?

– Zawsze były zespoły niosące doomowy kaganek, przekazując ogień kolejnym pokoleniom. Czy to wielka scena? Zdecydowanie NIE. Czy pełna prawdziwych maniaków? TAK. Nie widzę szans na to, żeby takie zespoły jak Cirith Ungol,Brocas Helm, Sorcerer i Solitude Aeturnus zostały docenione poza undergroundowym światkiem. I na tym, uważam, „epickość” polega: walcz do ostatniego tchu, nawet jeśli wiesz, że zostaniesz pobity i polegniesz wraz z nielicznymi, ale lojalnymi braćmi u boku. Ale zostawisz po sobie ponadczasowe przesłanie, które przeżyje twoją śmierć, inspirując kolejne generacje do walki. Jeśli jesteś w tym dla pieniędzy, sławy czy innych błahych powodów, zalecam zmianę nastawienia i skupienie się na bardziej popularnych stylach z chwytliwymi melodiami i łatwymi tekstami.

ONLY THE STRONG!

Autor: Paweł Palica