NOWY NUMER!

Dostępny jest już nowy, osiemnasty, numer Musick Magazine!

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Wywiad: Dira Mortis – wszystko ma śmierdzieć trupem, cmentarzem i piwnicą

Wolimy być lojalnie traktowani poprzez mniejszą firmę, niż być setną kapelką w większej wytwórni. Co z tego, że wydadzą materiał, skoro i tak promocja będzie napędzana tylko na te najbardziej chodliwe zespoły. Wychodzę z tego założenia – jeżeli muzyka jest dobra i szczera, to się obroni, nieważne czy zespół jest z Polski, Anglii, Niemiec, Malezji czy Chile.

O tym, że zespół nie chce babrać się w gównie i innych zagadnieniach z muzycznej otchłani opowiada Łukasz, czyli pierwszy głos death metalowego DIRA MORTIS. I nie była to rozmowa wyłącznie o ostatniej płycie.

Death metal z zasady śmierdzi trupem i to jest fakt oczywisty. Dira Mortis nie odstaje od reszty – jad sączy się zarówno z tekstów, jak i oprawy graficznej. Przeglądając materiały, taka mnie naszła myśl: właściwie skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia tego typu tekstów? Miałeś kiedyś do czynienia ze śmiercią oko w oko? Czym jest dla ciebie śmierć?

Z zasady tak ustaliliśmy zawczasu, że wszystko ma śmierdzieć trupem, cmentarzem i piwnicą, więc dla mnie oczywistą sprawą było to, iż teksty będą oscylować tylko w tym klimacie. Tym bardziej podszedłem do tego z radością oraz zaangażowaniem, gdyż właśnie taka tematyka najbardziej mi leży. Szczerze powiedziawszy, nie zawsze było dla niej miejsce w innych zespołach, w których się udzielałem bądź udzielam. Inspiracje do tego typu tekstów czerpię ze swojej wyobraźni, często chorej i pokręconej. Ponadto, podchodząc do warstwy lirycznej w ten właśnie sposób, chciałem oddać mój osobisty hołd dla takich zasłużonych weteranów jak chociażby Autopsy, Sadistic Intent, Grave czy Cannibal Corpse, którego to pierwsze cztery albumy mają dla mnie wartość monumentalną. Co do śmierci, to wydaje mi się, że każdy się o nią poniekąd ociera – chcąc nie chcąc. Taka jest po prostu nasza egzystencja i tyle. Mnie niejednokrotnie konkretnie zakotłowało się w serduchu, ale póki co stąpam jeszcze po tym globie. A czym jest śmierć? Hmmm… Nieodzownym elementem życia każdego człowieka. Prędzej czy później każdego bez wyjątku to czeka. Nie wierzę w biblijne pierdoły, ale być może jest ona początkiem jakiegoś etapu, ciężko powiedzieć. Jednego, czego mogę być pewien, to tego, że śmierć bankowo na mnie oczekuje, he, he…

Ona na ciebie albo ty na nią, he, he… Swoją drogą – wierzysz w te różne e-kalkulatory śmierci, za pomocą których podobno możemy wyliczyć dzień, w którym zejdziemy? Słyszałam, iż takie rzeczy są wykorzystywane w ubezpieczeniach na życie…
Ale wróćmy do tematu.
Mówisz, że jest to osobisty hołd dla weteranów. Tak się składa, że wiele recenzji „Euphoric Convulsions” kończy się właśnie na porównaniach do Grave, Asphyx czy Incantation. Dla mnie bomba, bo sama uwielbiam te nazwy. Ale czy jest w tym materiale coś niepowtarzalnego? Coś, co sprawi, że Dira Mortis będzie rozpoznawalne?

Wszystkie te śmieszne e-kalkulatory, aplikacje czy inne jakieś wróżki to jak dla mnie jeden stek bzdur, w które każdy chociaż odrobinę logicznie myślący człowiek nie ma absolutnie prawa uwierzyć. Zgadza się, bardzo często w recenzjach pojawiają się porównania do trzech wielkich bandów wymienionych przez ciebie. Pragnę tylko zaznaczyć, iż efekt zamierzony został osiągnięty i jesteśmy cholernie zadowoleni z takich porównań. Tym bardziej, że gdyby nie te zespoły, zapewne Dira Mortis nie brzmiałaby tak, jak brzmi, he, he… Ciężko mi powiedzieć, cóż takiego posiadamy niepowtarzalnego, rozpoznawalnego. Większość osób w pierwszym momencie wskazuje na cholernie wgniatające brzmienie. Trudno się z tym nie zgodzić. Nagrywając „Euphoric Convulsions”, jak i poprzedni materiał, toczyliśmy swoistą batalię z realizatorem o efekt końcowy brzmienia, idąc na przekór jego wskazówkom oraz insynuacjom odnośnie tego, jak powinno się dzisiaj nagrywać materiał. Postawiliśmy do końca na swoim i po upływie kilku miesięcy Krzysztof – realizator przyznał, że dopiero teraz zrozumiał nasz koncept. Już po wydaniu „The Cult of the Dead” i recenzjach odnośnie tej EPki, ludzie wskazywali właśnie na ten sound, więc wydaje mi się, że Dira Mortis dorobiła się jakiegoś tam znaku rozpoznawalnego. Wskazywałbym tutaj na kopiące w ryj brzmienie, a dodając do tego długość utworów znajdujących się na „Euphoric Convulsions” mamy kolejny znak rozpoznawalny, he, he. Co więcej, nowe utwory – których szkice już powstały – jeszcze dalej idą w tym temacie, więc ludzie także mogą nas z tym kojarzyć w niedalekiej przyszłości.

To prawda, brzmienie jest świetne. Dla mnie to swoisty powrót do poprzedniego wieku. Osobiście ubolewam nad tym, że tak mało kapel na rynku gra obecnie w ten sposób. No właśnie: widuję często niezbyt pochlebne wypowiedzi z waszej strony na temat tego, jak wygląda dzisiejsze granie i ten cały pseudo-marketing, który mu towarzyszy. Skąd ta niechęć oraz nienawiść do triggerów?

Dira Mortis jest zespołem, który z góry ma ustaloną drogę, jaką będzie podążać. Ma to być death metal, który święcił triumfy dwie dekady temu i to na pewno w naszym przypadku nie ulegnie zmianie. Nie bardzo interesuje nas dzisiejsze granie oraz – jak to ładnie nazwałaś – cały ten pseudo-marketing, który temu graniu towarzyszy. Nie chcemy się babrać w tym gównie. Paradoksalnie to działa tylko i wyłącznie na nasz plus. Popatrz na te wszystkie wychodzące dzisiaj płyty. Dzisiejsze zespoły prześcigają się w tym, jak to ma być wszystko ładnie podane, tracąc jednocześnie pierwotnego ducha muzyki. Ogromny procent dzisiejszych zespołów triggeruje bębny jak się tylko da. To dla mnie, delikatnie mówiąc, totalne nieporozumienie. Wszystkie te płyty brzmią jak kolejne klony i do tego to plastikowe brzmienie, od którego aż mdli, a przecież nie o to w tym chodzi. Co najgorsze, takich płyt są miliony i już powoli sama nie wiesz, czego tak naprawdę słuchasz. Zaraz, zaraz, przecież to brzmi jak… Rozumiesz, o co mi chodzi? Stąd właśnie w nas ta niechęć, nie chcemy być kolejnym bandem z Polski, który wyda bezpłciowy materiał brzmiący jak sto innych płyt wychodzących codziennie na świecie. Przecież to bez sensu.

Jasne, że rozumiem. Tego typu zagrywki spowodowały, iż obecnie sięgam bardzo wybiórczo po nowe pozycje. Spotkałam się też z debilizmem w postaci bardzo prężnie działającej strony kapeli, która nie miała zrobionej nawet minuty materiału. Ale domyślam się, że są jakieś wyjątki. Polecisz mi jakieś nazwy z rodzimego podwórka? Również Dira Mortis obecnie pracuje nad nową płytą. Na jakim jesteście etapie i czego możemy się spodziewać po nowym krążku?

Właśnie, więc wiesz doskonale, o czym mówię. Jest taki natłok bezwartościowego grania, że ręce opadają i trudno się tu dziwić ludziom, którzy nie chcą kupować płyt, skoro obawiają się dostania jakiegoś wtórnego plastiku, a szumnie było zapowiadane nie wiadomo jak mocne uderzenie. Parę wyjątków oczywiście się zdarza, ale to naprawdę niewielki procent tego wszystkiego, czym faszeruje nas oficjalna scena.
Nazwy? Proszę bardzo: Ebola – „Hell`s Death Metal”, Kill –„Murder Rips Its Path”, Embrional – “Absolutely Anti-Human Behaviors”, Amorphous – “A Perfect Evil”, Ulcer – “Grant Us Death”. Tyle mi teraz do głowy przychodzi. Ciekaw też jestem, co spłodzą chłopcy z Neolith, Exmortum, Offence i Depopulate, bo to również zespoły, które dysponują ogromnym potencjałem. Co do nowego materiału Dira Mortis to zdecydowanie jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Jak wspomniałem już wcześniej – jest na razie zarys nowych bodajże 4 utworów, ale to jeszcze może zupełnie inaczej wyglądać. Po majowych koncertach będziemy brać się ostro do pracy i w drugiej połowie tego roku zarejestrujemy materiał. Chcemy go wydać najpóźniej na początku przyszłego roku, ale jak to się wszystko poukłada czas pokaże. Czego można się spodziewać? Będzie to na pewno Dira Mortis znana z dwóch ostatnich materiałów, kawałki może będą jeszcze ciut dłuższe i oczywiście postaramy się czymś zaskoczyć.

Cóż, dobry gust masz, zacne nazwy. Wróćmy zatem do „Euphoric Convulsions”. Płyta pojawiła się po dość długiej przerwie (pomijając „The Cult of the Death”). Problemy ze składem, problemy z czasem… Czy obecny skład według ciebie jest już stabilny? Jak patrzę na te ciągłe zmiany w wielu kapelach, to zaczynam się zastanawiać, o co tak naprawdę chodzi… Swoją drogą, ciekawa jestem, jaki system prób preferujecie? Pięć dni w tygodniu czy raz w miesiącu? Myślisz, że częstotliwość oglądania tych samych gęb może mieć wpływ na znudzenie takim czy innym zajęciem?

Po wydaniu „Architecture Of Mind” w 2004 roku Leszek chciał iść za ciosem i kombinował coś tam z nowym materiałem, ale niestety zaczęły pojawiać się coraz to większe problemy ze składem. Zespół praktycznie na 4 lata przestał istnieć. Po wskrzeszeniu Dira Mortis z martwych chłopaki zabrali się za rejestrację nowego materiału, ale niestety okazało się, że ówcześni kompani Lecha po prostu nie byli sobie w stanie z nagraniem poradzić. Chcąc nie chcąc, zespół znowu zapadł w letarg. Jednak determinacja i upór, a także trochę kontaktów pozwoliło trzy lata temu na skompletowanie składu, który trzyma się do dzisiaj. Patrząc na to, co się działo wcześniej w zespole, mogę z pełną świadomością stwierdzić – tak, zgadza się, obecna załoga jest jak najbardziej stabilna i powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Każdy z nas wkłada cząstkę siebie w ten zespół, więc poprzednie problemy teraz po prostu nie mają miejsca. Co do reszty twojego pytania, hmmm… Jak zapewne wiesz, każdy z nas praktycznie egzystuje w innej części kraju: Lechu mieszka w Gorlicach, Krzychu i Piotr w Lublinie, a ja w Sosnowcu, więc co do preferencji systemu prób to raczej obstajemy przy tym drugim, czyli niezwykle rzadko. Tak poważnie to spotykamy się w Lublinie co jakiś czas, zazwyczaj przed jakąś sztuką do zagrania czy przed wejściem do studia. Robimy swoje. A ponieważ jesteśmy głodni tej muzyki oraz każdy doskonale zna swoje zadanie, to tak niewielka ilość prób wpływa na zespół in plus. Zgodzę się więc z tobą, że częste oglądanie tych samych gęb może z czasem stać się nużące, gdyż znam to z autopsji, ale w przypadku Dira Mortis nie mamy tego problemu. Taki system pracy, powiem szczerze, ma swój unikalny klimat. Jeździmy pół Polski po to, aby spotkać się z chłopakami, zagrać, poimprezować, wracać, a później znowu usychać z tęsknoty, he, he.

Czyli jednak można. A znam takich, którzy twierdzą, że bez prób po cztery razy w tygodniu ludzie nigdy się nie zgrają, a już bankowo nie zagrają razem dobrej sztuki.
Co do koncertów – ostatnio pokazaliście się w kilku klubach. No i oczywiście ostry wjazd z premierą płyty jako suport Immolation. Prawda to, że rozdawaliście darmowe płyty przed koncertem? Jakie wrażenia po spotkaniu z kapelami tej rangi? Jak wygląda terminarz koncertowy na resztę roku? Małe kluby czy duże sceny?

Wszystko się da, tylko muszą być odpowiedni ludzie i odpowiednie nastawienie. Z tym rozdawaniem płyt to było tak, że Piotr z Defense, który wydał „The Cult of the Dead”, zaproponował, iż 50 płytek może puścić dla pierwszych 50 osób jako załącznik do biletu. Nie mieliśmy nic przeciwko, tym bardziej, że graliśmy o wczesnej porze i przyciągnęło to parę osób więcej na nasz set. Zabieg promocyjny zdał więc swój egzamin. Nie da się ukryć – koncert u boku Immolation to było ogromne wydarzenie dla nas, a ponieważ to był nasz debiut w tym składzie, to możesz sobie wyobrazić, jak byliśmy zestresowani. Poprzeczka na starcie została zawieszona bardzo wysoko, ale myślę, że udało nam się wyjść z tego obronną ręką. Jakie wrażenia? Biorąc pod uwagę fakt, iż Dira Mortis nie istniała przez kilka lat i to był, jak wspomniałem wcześniej, pierwszy koncert w tym składzie, to każdemu na starcie życzyłbym takich wrażeń i takiej sztuki. A widzieć przy scenie bacznie przyglądającego się i zadowolonego Rossa Dolana – naprawdę bezcenne. Jacy są goście z Immolation każdy chyba wie. Absolutnie zero gwiazdorki, zadufania w sobie. Normalni ludzie, z którymi można porozmawiać, napić się piwa, pośmiać etc. Bezapelacyjnie numer 1 jeżeli chodzi o nastawienie i lojalność wobec fanów. Naprawdę kolosalna ilość „wielkich” zespołów powinna się od nich uczyć podejścia do tematu. Odnośnie planów koncertowych na resztę roku to bardzo ciężko dzisiaj cokolwiek powiedzieć. Na pewno w maju planujemy u nas w kraju 2-3 sztuki i może ze 2 gdzieś za granicą. Niestety poprzez odległości, które nas dzielą, bardzo ciężko zaplanować cokolwiek z większym wyprzedzeniem. Pod koniec roku też coś się szykuje, może i nawet większego, ale nie będę zapeszał.

No właśnie. A jak wygląda sprawa promocji ostatniej płyty poza granicami naszego kraju? Coś się dzieje ciekawego w tym temacie? Może są jakieś plany z tym związane?

Na razie bardzo ciężko powiedzieć cokolwiek odnośnie promocji, gdyż – jak zapewne się orientujesz – „Euphoric Convulsions” ujrzało światło dzienne w połowie października ubiegłego roku. Minęło naprawdę niewiele czasu od premiery tego krążka. Na razie napływają recenzje z naszego kraju, jak i z zagranicy, więc na tę chwilę można powiedzieć, że Let It Bleed jakoś stara się wywiązywać ze swoich obietnic. Nie ukrywam, że po koncertach zagranych w grudniu, jak i tych, które mamy zagrać w maju w naszym kraju, Let It Bleed  okaże się bardzo pomocne, aby dotrzeć z kilkoma sztukami poza granice Polski. Przynajmniej na tę chwilę mamy zapewnienia, że dojdzie to do skutku. Jesteśmy więc dobrej myśli i zobaczymy, co przyniesie czas oraz jak współpraca się rozwinie.

Let It Bleed to dość młoda wytwórnia, zaledwie dwa lata działająca na rynku. Mogę wiedzieć, jak do niej trafiliście? Nie wydaje ci się, że kapele, które współpracują i wydają płyty we współpracy z zagranicznymi wytwórniami mają jednak lepszy start w resztę świata? Już nie mówiąc o tym, iż kilka polskich bandów odrzuconych w rodzimych wytwórniach robi niezłe zamieszanie poza Polską. Paradoksalnie u nas są to kompletnie nieznane nazwy.

Zgadza się, Let It Bleed to stosunkowo młoda wytwórnia na naszym rynku, ale ludzie stojący za tym szyldem raczej młokosami nie są, a i doświadczenie również posiadają niemałe. Sprawa wyglądała tak, że usłyszeli nasz nieskończony materiał i z góry zaproponowali, iż może warto byłoby coś razem spróbować. Nie chcieliśmy na siłę szukać jakiejś stajni z większym stażem czy marką na rynku. Młoda wytwórnia niekoniecznie musi przecież oznaczać kiepską. Fakt, firmy z zagranicy dysponują nieporównywalnie większym kapitałem, ale w życiu przeważnie bywa tak, że gdzie są większe pieniądze, tam są i większe problemy. Nie ukrywam, zależało nam także na czasie, aby w miarę szybko pójść za ciosem po wydaniu „The Cult of the Dead”. A ponieważ Let It Bleed zaproponował na starcie w miarę dobre warunki, więc czemu nie mielibyśmy spróbować. Przecież nie mamy nic do stracenia. Bardzo chciałbym, by Let It Bleed wywiązało się z obietnic oraz oby współpraca przebiegała bez zbędnych spięć. Nie zgodzę się z Tobą, że wytwórnia z zagranicy musi być koniecznie lepsza od tych naszych krajowych, i że zespół startujący w obcym labelu jest na uprzywilejowanej pozycji. Fakt, część polskich zespołów wydawanych za granicą święci triumfy, a u nas o nich cicho, ale jest też ogromne grono, które powydawały swoje materiały na zachodzie, a potem przepadły bez echa w całym tym natłoku. W naszym wypadku wolimy być lojalnie traktowani poprzez mniejszą firmę, niż być setną kapelką w większej wytwórni. Co z tego, że wydadzą materiał, skoro i tak promocja będzie napędzana tylko na te najbardziej chodliwe zespoły. Wychodzę z tego założenia – jeżeli muzyka jest dobra i szczera, to się obroni, nieważne czy zespół jest z Polski, Anglii, Niemiec, Malezji czy Chile. A co do naszych krajowych zespołów, święcących triumfy na Zachodzie. Mówisz, że u nas w kraju o nich cicho. A jak ma być głośno, skoro cała koniunktura jest napędzana raptem na 3-4 firmy? Dzisiaj w dobie Internetu dzieciakom nie chce się włożyć najmniejszego nawet wysiłku w znalezienie czegoś wartościowego, więc czemu się dziwić, iż ludzie po prostu tych zespołów nie znają, skoro nie są one podane na tacy.

Z innej beczki, ale pozostając przy temacie płyty. Interesuje mnie to, na którym miejscu stawiasz pierwsze wrażenie wizualne po zetknięciu z krążkiem. Dla mnie okładka jest całkiem całkiem, ale powiem szczerze, że ostatnie podziękowania są już lekko nieczytelne. Kto wykonywał dla was grafikę? Czy tekst pod płytą autorstwa Leszka jest tylko jego stanowiskiem czy raczej mentalnie podpisuje się pod nim cały skład?

Uważam, że pierwsze wrażenie wizualne po zetknięciu z krążkiem jest bardzo ważne. Oczywiście muzyka w tym wszystkim stanowi najważniejszą wartość, ale gdy trzymasz w łapach dobry materiał świetnie wydany lub – jak to nazwałaś – całkiem całkiem, to, moim zdaniem, album jest wtedy bardziej zgraną całością. Wiesz, sam zbieram krążki i nie powiem, kolekcja jest niemała. Serducho się raduję, gdy biorę w łapy płytę, którą bardzo szanuję pod względem wartości muzycznej, a do tego – powiedzmy – jest w miarę starannie wydana. Myślę, że wiesz, o co mi chodzi. Wszystko powinno się jakoś uzupełniać, współgrać. Stąd też właśnie nasza współpraca z Łukaszem Jaszakiem, który jest autorem całej grafiki do naszych dwóch ostatnich materiałów. Wykonał on zajebistą robotę, przynajmniej my jesteśmy bardzo zadowoleni. Współpracował wcześniej z takimi zespołami jak chociażby Blood Red Throne czy The Vision Bleak. Do tego zajmuje się profesjonalnie fotografią, więc doświadczenie w temacie posiada chłop niemałe. Dostał od nas muzykę, zrobił to tak, jak widział, i bardzo nam się spodobała ta jego wizja. Co do nieczytelności ostatnich podziękowań. Myślę, że są czytelne, tylko problem tkwi w tym, iż przesadziłem – jak to chłopacy stwierdzili – z listą podziękowań. Następnym razem postaram się trochę ją ograniczyć. Z tekstem Leszka utożsamiamy się w zespole wszyscy, bo co tu spekulować – najszczerszą prawdę ujął wręcz idealnie i tyle.

Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać, ha, ha. Ponieważ dziś zostałam zalana tym tematem ze wszystkich środków przekazu, chciałabym ci zadać bardzo poważne pytanie. Otóż – jaki wpływ na twoje życie miała abdykacja papieża? Ha, ha!

Dlatego właśnie staram się oglądać jak najmniej takich środków, he, he. Abdykacja papy nie wpłynie na moje życie w żaden sposób, choć pewnie temat będzie się przewijał na posiadówach. Przywódca największej mafii na świecie popełnił ostatnimi czasy trochę pomyłek i musi zostać odsunięty od władzy. Nie wierzę, że kwestie zdrowotne tylko wchodzą tu w grę. Poprzedni u schyłku życia wyglądał o wiele gorzej, ale był bardziej ogarnięty w temacie, więc trzymali go do końca. Każdy wie, w jakim żyjemy kraju i że przez najbliższy miesiąc ludzie będą tym faszerowani. A co jest najlepsze – sami tego chcą. Skoro u nas w kraju jeden z wysoko postawionych uważa pedofilię za namiętność i nikt absolutnie nie wyciągnął z tego konsekwencji, a przywódca kościoła ją potępił i leci ze stołka, to o czym tu mówić… Z drugiej strony, gościu po prostu nie dawał rady oraz nie umywał się do swojego poprzednika. Przynajmniej u nas totalnie to widać. Jednak Polak potrafi… Pozostaje tylko mieć nadzieję, że powoli katolstwo, które jest największą zarazą tej ziemi, coraz bardziej zacznie tracić swoją pozycję. Reasumując, nie tykajmy gówna, bo prędzej czy później i tak wypłynie na wierzch.

Kończmy zatem, a Ciebie proszę o ostatnie słowo.

Dziękuję bardzo za ciekawą rozmowę i możliwość zaprezentowania się na łamach Musick Magazine. Wszystkich chętnych, których nie znudziła ta rozmowa, zapraszam do zapoznania się z materiałami Dira Mortis, a na pewno nie będziecie żałować! Mam nadzieję, że zobaczymy się na koncertach. Wspierajcie prawdziwy death metal. ONLY DEATH IS REAL!

Autorka: Margit Małgorzata Bilicka