NOWY NUMER!

Musick Magazine 2/2017

Kup w naszym Sklepie lub na Allegro!

Newsletter




Przybij piątkę / ROGI – rytuał w zatęchłej piwnicy

ROGI to twór nieokreślony, można patrzeć nań z fascynacją lub przymrużeniem oka. W krótkiej rozmowie z Musick Magazine, Bartek Rogalewicz wyjaśnia, że jego projekt to nie tylko walenie na oślep we wszystkie instrumenty naraz. Przede wszystkim jest to przemyślany i dopracowany koncept muzyczno-artystyczny i podobnych zdarza się w Polsce niewiele. Let The World Doom!

Do rozpoczęcia Dziczy dwa tygodnie. Jakie masz oczekiwania związane z koncertami? Nie obawiasz się jechać w trasę z tymi wszystkimi bluźnierczymi black i death metalowcami?

Bluźniercze są przede wszystkim wszelkie szufladki. To, co mnie bardzo odpowiada w takim składzie trasy, to odwaga w wyznaczaniu własnej drogi przez każdy z zespołów. Dzicz to genialny wspólny mianownik – podążanie za własnym instynktem, naturą, bez oglądania się na innych. Przez ostatnie 2 lata, od kiedy zacząłem regularnie funkcjonować koncertowo, brałem udział w bardzo różnych imprezach – od takich gdzie publiczność stała z kieliszkiem wina, po Black Metalową Noc Kupały z Non Opus Dei i Khors czy XXV-lecie Perunwit i im mniej mój hałas pasował, tym ciekawiej. Ludzie chętnie oglądają świrów, a nie wiem czy ktoś już grał w taki sposób tak ciężką i atawistyczną muzykę.

Martwc to niecałe 11 minut dźwięków. Zaprezentujesz także coś dodatkowego? Koncert ROGI bazował będzie tylko na muzyce czy wprowadzisz też jakieś wizualne formy?

Martwc, o którego pytasz, to poboczny eksperyment, nie jest regularnym wydawnictwem. To efekt improwizowanej sesji, która odbędzie się również w tym roku – również w Dniu Trupa. Tym razem będzie to najpierw regularny koncert jako rozgrzewka przed trasą, a następnie, o 21:37 improwizowana sesja z Filipem Szyszkowskim (unquietrecords.bandcamp.com/album/mother-of-ants), być może kilkoma gośćmi, oraz przede wszystkim publicznością, która otrzyma różne nietypowe instrumenty. Sesja będzie zarejestrowana i ukaże się jako kolejny, limitowany Martwc. Czarna Chata zmaterializuje się 1 listopada w Lesie w Poznaniu – szczegóły i adres pojawią się na facebooku.

W regularnym materiale koncertowym są tylko 2 utwory z tej EP-ki – Martwc i Że nikt tam nie był. Pozostałe ponad 20 minut z 30, które zagram na trasie to w miarę stała setlista, ale również podróż w nieznane. Nie zabraknie The Entrance, do którego klip jest dostępny m.in. na youtube, a którego refren Gość w dom / Bóg won często wywołuje spore szaleństwo.

Jak doszło do współpracy z Billy Andersonem? To Twój znajomy czy mastering Martwc zrobił jako standardowe zlecenie? Na marginesie – słyszałeś nowy Eyehategod? Co sądzisz?

Eyehategod to jeden z moich muzycznych fundamentów. Prawie 20 lat temu otwarli mi uszy i oczy, że ekstrema to przede wszystkim emocje, a technika? To tło. Zdecydowanie wolę Take As Needed For Pain lub Dopesick. Kluczem jest tutaj spontan, improwizacja, brud – na nowej płycie trochę tego brakuje, jest dość… poprawna.

Wspólnym mianownikiem brzmienia wielu z ważnych dla mnie płyt jest właśnie Billy Anderson – Sleep Dopesmoker, Eyehategod, OM, High On Fire, Melvins Houdini, Teeth of Lions Rule Divine, wczesne płyty Neurosis, Blood Ceremony, Pallbearer.

Kilka lat temu Billy skontaktował się przez MySpace z propozycją współpracy przy moim ówczesnym projekcie Deadbambi, który współtworzyłem z Henry Todem oraz Docentem. Nic z tego wówczas nie wyszło z uwagi na śmierć Doca (są jednak zarejestrowane z nim 2 utwory i będą kiedyś wydane), a później wyjazd Henrego z Polski. Ale to ziarenko gdzieś tam cały czas kiełkowało. Kiedy nagrałem Martwca, tak po prostu dla siebie, wiedziałem gdzie zapukam i udało się. W dzień Anderson nagrywał nową płytę Leviathan, a w nocy zajmował się Rogami.

I tu wracamy do sensu dziczy – jeśli posiadasz kreatywną wolność, możesz nagrać swoją muzykę nawet telefonem komórkowym, bo tak właśnie został zarejestrowany mój materiał. To brzmienie i wkład Billy’ego żeby zrobić z tego Coś sprawiły, że postanowiłem wydać ten materiał jako fizyczną EP-kę.

Prócz muzyki zajmujesz się właśnie także m.in. grafiką, multimediami i fotografią. Bartek, tak strzeliście teraz polećmy: czy akt twórczy w tych wszystkich dziedzinach sztuki wywołuje u Ciebie porównywalne i podobne emocje?

Akt twórczy to fenomen, bo przykładowo będąc osobą nieśmiała i często wycofaną muszę wyjść na scenę i starać się ją spalić na oczach wszystkich. Po zagraniu koncertu psychicznie czuję się tak, jak prawdopodobnie solidnie zmęczony egzorcysta.

Kiedyś bardziej oddzielałem od siebie muzykę, design, teraz po raz pierwszy udało mi się to wszystko połączyć w spójną całość. Rogi to muzyka, oprawa wizualna, scenografia na koncertach – również na trasie scena zamieni się w Black Lodge. Stałą częścią zestawu perkusyjnego są też rogi jelenia, te same, które użyte zostały w logo. To wszystko ma spore znaczenie i z założenia jest wizją i tworem jednej osoby – do it yourself. Dopiero w przypadku Rogi mogę realizować swoje pomysły w pełni, bez ograniczeń narzucanych przez np. wytwórnie płytowe – pokazuje to chociażby okładka i sposób wydania Martwca.

4592158468

Rogi urosną, znaczy się – można oczekiwać, a może spodziewać się, jeszcze jakichś studyjnych pociągnięć tego projektu?

Rogi to nie zabawa, brama została otwarta i nigdzie się nie wybieram.

Jeśli pozwoli czas być może uda mi się wydać specjalny singiel/EP-kę na nadchodzącą trasę, gdyż staram się nagrywać pomiędzy przygotowaniami do trasy. W grudniu zamykam się w studio i nagrywam pełen, tym razem z założenia jak najbardziej dopracowany brzmieniowo materiał – analogowe preampy, mikrofony wstęgowe, ciemność i Black Lodge w starej piwnicy.

Oczywiście również w pełni na setkę, bo Rogi to fizycznie rytuał, interakcja hałasu, z całym swoim brudem, sprzężeniami, niedoskonałościami i nie ma tu miejsca na upiększanie.

Następnie ścieżki powędrują do USA do Steve Austina z Today Is The Day na analogowe próbne miksy i mastering. Od efektu tej pracy będzie zależało co dalej z przygotowywaniem pierwszej oficjalnej płyty Rogi.

W planach są też splity – w listopadzie Non Opus Dei wchodzi do studia nagrywać nową, moim zdaniem ich najlepszą i najbardziej dziwną płytę, zarejestrują też jeden z moich utworów. Ja z kolei nagrywam ich cover. Na identycznej zasadzie odbędą się sesje z kilkoma innymi zespołami.

Let the World Doom.

(Dzięki, Sławek Łużny)